Secrets of London
[12.09.1972] Wojny Dorszowe - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Poza Wyspami (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=26)
+--- Wątek: [12.09.1972] Wojny Dorszowe (/showthread.php?tid=4901)

Strony: 1 2 3 4 5 6


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Laurent Prewett - 19.07.2025

Dużo się wokół nagle zaczęło dziać. Kiedy niekoniecznie się było przystosowanym do tego, że miota tobą na wszystkie strony, to i jakoś ciężko było robić dobre wrażenie. Próba więc spięcia drużynowego na nic się zdała - Geraldine i Benjy robili swoje, ignorując prośbę i przymierzając do ataku, Leviathan wziął się za zarządzanie statkiem, a Victoria rozglądaniem w poszukiwaniu węży. Chaos wynikły z rzuconej akcji o podnoszenie statku wbił go wręcz w podłogę. Zaraz, to zaraz...

Wymierzył różdżkę w Geraldine na początku, trzymając ramy drugą ręką. Już mu się trzęsła od całego tego drżenia.


Transmutacja na zamienienie harupu Ger w... węża (niejadowitego jakiegoś!)
[roll=Z]

Dopiero potem się obrócił do reszty załogi, notując gdzieś w głowie zapytanie Leviathana.

- Mogę... ale musiałbym je lepiej widzieć. - Bo z tej perspektywy to chuja widział (a nawet i tego nie, ku swojemu nieszczęściu). Najchętniej to by przed sobą teraz widział piersi Victorii, żeby się jej (jakże mężnie) trzymać i nie puszczać. A pozostało mu wpatrywanie się w wodę. Czego też niekoniecznie zaznawał w tym momencie, gdy spoglądał po całym okręcie. I głównie chłonął hasło, jakie padło, że "wędrujemy w górę". Przy takim haśle wyobrażał sobie, że Victoria też najchętniej widziałaby przed twarzą cycki - tylko niekoniecznie swoje, a na przykład te jego. Jako suchoklates nie mógł się pochwalić takimi zasobami, jak ta dama, ale przynajmniej by ją trzymał... przez chwilę... zanim znowu coś by nie pierdolnęło w okręt...

- Victorio... jeśli będą ponosić statek... zejdę z tobą na dół. Opanujemy te węże, nie martw się. - A ponieważ RNGesus fuck you, to Laurent nie zachowywał takiej dobrej twarzy do złej gry, przebijał przez niego niepokój. Głównie tym, co działo się na tyłach statku (i wszystkim tym, o czym jeszcze nie wiedzieli).




RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Victoria Lestrange - 20.07.2025

Bardzo naiwnym było zakładać, że węże morskie zostaną w tym samym miejscu, w którym widziano je ostatnio, natomiast fakt, że przypłynęły taki kawał drogi i to tak blisko wybrzeża był tyleż zastanawiający, co alarmujący. Co je tutaj wabiło? Sama woda? Ryby? Drugą kwestią było to kiedy tu przypłynęły. Musiało to być stosunkowo niedawno – więc czy były zmęczone wielogodzinną wędrówką po nie do końca znanych im wodach? Węże – bo Victoria zakładała, że skoro pokazał się jeden, to i pozostałe gdzieś tu są, o ile coś ich nie zaatakowało po drodze, a ten jeden nie próbował ich właśnie odstraszyć. Zasadzka była możliwa. Tak jak możliwe było to, że próbował się bronić i do ataku na siebie nie dopuścić.

– Niedobrze… Albo tam na morzu dzieje się coś naprawdę złego, albo coś je tu faktycznie ciągnie – wymamrotała w odpowiedzi do Kapitana, gdy tak stali w trójkę z Leviathanem i dywagowali, nie będąc zadowolona z żadnego wniosku, który przychodził do głowy.

Odszukała wzrokiem Hestię, upewniając się, że kobieta po poprzednim manewrze statku stała na nogach i nic jej nie było. Kiwnęła zresztą do niej głową, jeśli ta i na nią spojrzała – wypatrywanie na morzu to najmądrzejsze, co mogli teraz zrobić, skoro mieli na widoku jednego węża.

– P-podnosimy? – powtórzyła za kapitanem, czując narastającą gdzieś w środku panikę. Tak, rozmawiali o tym wcześniej z Leviathanem, ale Victoria zakładała, że mieli się wzbić w powietrze w ostateczności. Tutaj mieli węża udającego skały w oddaleniu i brak innych przesłanek, że są w ogóle atakowani. A niestety doskonale zdawała sobie sprawę, że gdy będą w powietrzu, to ona będzie całkowicie bezużyteczna. Mogła biegać i skakać po bujającym na wszystkie strony statku, ale w powietrzu była boleśnie świadoma każdego metra, który dzielił ich od powierzchni. Upadek z wysokości nie był do przeżycia, a nawet woda robiła się wtedy twarda jak skała. Zacisnęła dłonie w pięści, próbując powstrzymać drżenie. Jeszcze się nawet nie wzbili w powietrze, a myśl o tym już pochłaniała jej umysł, przysłaniając część zdrowego rozsądku. Zamiast się rozglądać, to już wewnętrznie panikowała, że zaraz będą w powietrzu, nie zauważyła więc zamieszania przy rufie statku, dopiero wyciągnięta przez Laurenta różdżka i to, jak się zamachnął ją otrzeźwiło.

Byli atakowani? Weź się w garść Victoria. Dopadła zresztą do burty i wyjrzała za nią, próbując dostrzec to, w co czarował Laurent, myśląc bardzo naiwnie, że to musi być jakiś wąż w wodzie.


// Rzut na Percepcję ◉◉◉○○ – rozglądam się po wodzie blisko statku
[roll=Z]

Co nie miało większego sensu, bo przecież Prewett by tak nie zrobił – zaatakowałby zwierzę tylko w ostateczności, a tu nic takiego się nie działo. Dopiero wtedy do niej dotarło, że to nie w morze celował, w przeciwieństwie do załogi statku, która zaczęła uderzać nimi w wodę. Victoria nie była przekonana, czy to dobry pomysł, na dwoje babka wróżyła tak naprawdę: mogło to tak rozproszyć zasadzkę, jak i rozjuszyć zwierzęta. Laurentowi kiwnęła tylko głową w odpowiedzi, wcale niepewna, czy w ogóle dałaby radę zejść z latającego statku.


// Odgrywana zawada Lęk wysokości


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Hestia Bletchley - 20.07.2025

Upadek bardziej rozbolał jej dumę, niż ciało, nawet jeśli nie tylko ona upadła. Hestia szybko podniosła się na równe nogi i jeszcze szybciej obrzuciła spojrzeniem pozostałych towarzyszy, aby upewnić się, że na pewno nic im nie było. No dobrze. Wszyscy żyli. Statek też był cały, a co więcej zaczynał się unosić. Morskie węże nie umiały raczej latać, więc chyba w ten sposób byli bezpieczniejsi... Bo nie umiały, prawda?
Eh... A więc przynajmniej jedno było pewne – naprawdę będzie musiała poprosić kogoś o korepetycje z nauk przyrodniczych, zanim postanowi próbować zostac aurorką.

Ponownie spojrzała na skały... To znaczy na morskiego węża i wyciągnęła różdżkę, zastanawiając się co tak naprawdę powinna w tym momencie zrobić. Tak, zaklęcie w wodę na pewno by pomogło, ale... Wpadła na inny pomysł i wycelowała różdżkę w tego węża, którego była w stanie rozpoznać, aby rzucić na niego zaklęcie zmniejszające. Tak, aby albo łatwiej było go pokonać, albo złapać. W zależności jak to wyjdzie w praniu.

Transmutacja IV, próbuje zmniejszyć węża morskiego, którego widzę.
[roll=PO]


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Leviathan Rowle - 20.07.2025

Rowle nie spodziewał się chyba, że znajdzie się tutaj ktokolwiek kto mógłby się bać... w sumie czegokolwiek co utrudniłoby działalność w takich warunkach. Co więcej - nie spodziewał się że auror okaże się wrażliwy na wysokości. Przyjrzał się Victorii wyraźnie skołowany, kiedy nastąpiła wymiana zdań między nią, a Laurentem, przez moment chyba spodziewając się że to był żart. No bo jak to pod pokład? W momencie kiedy mogli mieć zaraz bardzo dużo problemy i pełne ręce roboty? W pierwszej chwili chciał zwyczajnie powiedzieć Laurentowi, żeby stuknął się w głowę - znaczy o wiele bardziej miło, ale i tak no było to dla niego zwyczajnie śmieszne. Szybko jednak doszedł do wniosku, że lepiej żeby Lestrange siedziała pod pokładem, niż dostawała ataku paniki na jego środku.

Laurent strzelił z różdżki, ale Leviathan miał własne plany - jeśli cokolwiek atakowało ich od tyłu, reszta musiała sobie z tym poradzić teraz sama, bo Rowle wychylił się przez burtę, chcąc samemu rzucić okiem na okaz znajdujący się przed nimi i ocenić z czym ewentualnie mieli do czynienia - z młodym czy dorosłym osobnikiem.

// rzucam na percepcję ◉◉◉○○ i dorzucam wop ◉◉◉◉○ i onms [III] żeby ocenić czy to młode przed nami czy może dorosły okaz

[roll=Z]


RE: [12.09.1972] Wojny Dorszowe - Mirabella Plunkett - 21.07.2025

Chyba nikt się tego nie spodziewał: gdy statek się podnosił, coś mocno szarpnęło, uniemożliwiając wszystkim wykonanie ich ruchów. Któryś z czarodziejów, pomagający w podnoszeniu statku, zachwiał się chwilę temu, przez co statkiem zatrzęsło. Wszyscy znaleźli się na ziemi, bez wyjątku.
- Kurwa mać, Dough! - kapitan wrzasnął, zbierając się z pokładu. Jego różdżka potoczyła się gdzieś hen daleko, ale to już teraz nie miało znaczenia.

Oba węże morskie dały nura w toń. Statek uniósł się jeszcze trochę, a atak... Nie nastąpił.
- Tam są, uciekają! - mężczyzna w bocianim gnieździe wskazał ręką gdzieś przed siebie. Gdyby pozostali się ruszyli, zobaczyliby wystające głowy dwóch małych węży, które szybko znikały im z pola widzenia i kierowały się w stronę Islandii. - Upewnijmy się, że nie wrócą, i wracamy.

Statek po jakimś czasie ponownie osiadł w wodzie. Wszyscy uwijali się jak w ukropie, próbując wypatrzeć węże morskie - ale ich nie było. Uciekły. Tak, to były młode. Nie, nie miały nic wspólnego z czarną magią. Mugole musieli je przepłoszyć, musiały oddzielić się od matki. A może ich matka nie żyła? Może po prostu były głodne. Dużo tu było nieścisłości i wątpliwości, ale jednego wszyscy mogli być pewni: ten, który spalił Londyn, nie wpadł na to (lub mu się nie udało), by przekabacić magiczne bestie na swoją stronę. Mogli przekazać tę informację swoim przełożonym: zadanie zostało wykonane.

Zgodnie z tym, co wiecie z DC, sesja zostaje zakończona. Dzisiaj otrzymacie za nią PD. Dziękuję za udział.