Secrets of London
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45)
+---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317)



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Lorien Mulciber - 26.05.2024

Aktualnie znajduje się razem z Richardem pomiędzy straganami północnymi, a strefą gastronomiczną.

Nie trzeba było Lorien specjalnie długo namawiać na wyjście. Nawet jeśli w grę wchodziły tłumy i typowy dla takich imprez chaos – ta była pierwsza przy drzwiach. Sytuacja diametralnie różna od tego co działo się parę dni temu, gdy musiała iść do Dziurawego Kotła.
Oczywiście – chodziło przecież tylko i wyłącznie o małą kontrolę rodzicielską. Tylko tyle. Zaraz potem mogli wracać do domu. Albo… Jeszcze lepiej. Zostać.
Kiermasz to były wszystkie te malutkie, zachęcające, pełne bibelotów i przydasiów, kramów i straganów. W przeciwieństwie do Roberta uwielbiała się szwendać po takich miejscach, momentami przypominając małą srokę. Byłaby w stanie przygarnąć i kolekcjonować wszystko co się błyszczy.
Ozdoby. Drobiazgi. Biżuterię. Głównie biżuterię.

Gdy tylko weszli na teren kiermaszu zaczęła się rozglądać. Wymieniła grzeczności z jedną z dziewczyn, które zatrudniły się na początku roku w Ministerstwie akurat w jej dziale, a która ją rozpoznała. Nie zdążyła nawet przypomnieć sobie imienia stażystki, kiedy tą porwał roześmiany tłum znajomych.
Przegapiła przez to pytanie Roberta. Może i lepiej? Uratowało go to przed oburzoną miną żony, która z pewnością byłaby w stanie odnaleźć stoisko i wiedziała dokładnie, gdzie przebywa Charles (spoiler: nie wiedziała, nie widziała praktycznie nic w tym tłumie. Ale to nie miało żadnego znaczenia).

Już otworzyła usta, żeby zaproponować mężowi spacer – jeden ten z tych „ekstremalnie romantycznych”, żeby mógł całemu światu zaprezentować jak bardzo ją kocha obsypując ją prezentami. Ale się zmył, rzucając tylko „muszę z kimś porozmawiać.”
Oczywiście. Mogła się tego spodziewać.
Załamała tylko ręce, przez moment patrząc za Robertem. Przez sekundę wyglądała nawet na mocno zawiedzioną. Ale szybko skupiła swoją uwagę na Richardzie, który z jakiegoś powodu postanowił na razie przy niej zostać.
- Ochronę?- Powtórzyła niemal ze śmiechem. Przecież nic nigdy złego nie stało się na sabacie, prawda? Przemyślała poważnie kwestię samotnego błądzenia wśród straganów – nie miała nic przeciwko, ale… No właśnie. Gdzieś z tyłu głowy zawsze tkwiło to cholerne „ale”. Nie chciała przyznawać, że ostatnie miesiące wciąż pozostawiły w niej potrzebę przebywania przy kimś. Profilaktycznie. Na wszelki wypadek.
Maska silnej i niezależnej pani Mulciber była tak krucha jak jej kontrola nad mocniejszymi emocjami.
Ale tego akurat Richard nie musiał wiedzieć. Najwyraźniej uznała, że nie ma za wiele do stracenia, bo ostatecznie chwyciła szwagra pod ramię, pociągając go nieco w dół – na tyle, żeby obojgu było względnie wygodnie – on nie musiał się nachylać, ona nie musiała się przesadnie wyciągać. Jedyne czego mógł szybko pożałować to fakt, że raczej nie będzie to specjalnie szybki obchód po straganach – Lorien w swoich szpilkach (nawet jeśli dzisiaj założyła zadziwiająco niskie) ani myślała truchtać, żeby dotrzymać Richardowi kroku. W ogóle wyglądała dzisiaj… inaczej. Pogodniej. Pierwszy raz od powrotu ze Szkocji.
Lammas było jednym z tych świąt, w które wręcz nie wypadało się smucić. Nie było czasu na melancholię i żale. I to wyraźnie oddziaływało na Lorien, kiedy tak stała na placu w swojej zwiewnej, beżowej sukience. Zadarła lekko głowę, zerkając na Richarda znad swoich okularów przeciwsłonecznych.
- Chcesz zajrzeć do Charliego?- Zapytała. Nawet jeśli mieli się i tak tam później spotkać z Robertem nic nie szkodziło tylko przelotnie zerknąć, czy wszystko było w porządku. Czy stoisko stoi, nic nie płonie. A potem mogliby już ze spokojną duszą poszukać ciekawszego zajęcia. Tak naprawdę, gdzie pójdą pozostawiła do decyzji szwagrowi. Obrał inny kierunek? Nie oponowała.
- Myślałeś o powrocie do pracy?- Zagadała, dając mu przy okazji do zrozumienia, że widzi jego mocno zachowawczą postawę. Zachowywał się momentami jak brygadzista na patrolu, obserwując wszystko jakby spodziewał się ataku z każdej strony. Raz Auror, całe życie Auror.[/u]


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Victoria Lestrange - 26.05.2024

Południowe stragany – Château des Dragons

Uśmiechnęła się do Anthony’ego, przymrużając swoje duże, ciemnobrązowe oczy. Akurat jej uśmiech w tym towarzystwie był szczery – teraz już była pewna, że przyjście na ten kiermasz, to była dobra decyzja, nawet jeśli miała się tutaj pokręcić tylko przez chwilkę. Była szczęśliwa, a rozpierało ją szczęście, że mogła pomóc temu biednemu kotkowi, którego teraz trzymała w ramionach, i który rozglądał się z ciekawością na boki, węsząc swoim małym noskiem tak, ze aż mu się wibrysy trzęsły. Na pewno się wyróżnił – niebiesko umaszczony kot, na czarnym płótnie, jakim była sama Victoria i jej ubiór.

– Wybacz, tak było najprościej wszystko opisać jednym słowem – to znaczy skąd się znają i kim dla siebie są – to jest rodziną, co nie było ani trochę oczywiste, zważywszy na jej nazwisko i jego nazwisko… Ktoś musiał głęboko siedzieć w ich drzewie genealogicznym, by było to jasne. Uśmiechnęła się raz jeszcze i ponownie zanurzyła usta w winie. Jej akurat nie przeszkadzało, że było tak lekkie – a przynajmniej nie przeszkadzało jej dzisiaj. – Tak, kilkoro mam w rodzinie – zaśmiała się cicho, bo rzeczywiście daleko nie trzeba było szukać: Loretta i Louvain Lestrange, albo Vakel Dolohov, nie jej bezpośrednia rodzina, ale mąż drogiej kuzynki, Annaleigh Lestarnge. No i Anthony, ale on akurat od drugiej strony rodziny, tej znacznie… spokojniejszej. A przynajmniej spokojniejszej pozornie, bo kto wie, co wyrabiała na przykład taka Elizabeth, jej babcia… oooch.

– Dobrze, później cię znajdę – uśmiechnęła się do Laurenta, gdy postanowił się odłączyć. Może potrzebował pobyć sam? Nie zamierzała się więc narzucać – niech spedzi chwilę czasu sam na sam ze swoją kicią… A może z kimś się tutaj umówił? Ostatecznie to ona się do niego dokleiła. Miała jednak na tyle wyczucia, by nie zmuszać go do swojego towarzystwa, jeśli nie miał na nie ochoty… Kiwnęła więc do Laurenta, gdy ten odchodził, i zaraz swoją uwagę przeniosła na powrót do Anthony’ego.

– Były cztery koszyki – uniosła rękę, na której wisiało jej ucho jednego z nich, które wzięła, by za jakiś czas schować tam Kwiatuszka. – I cztery kotki. Wszystkie to takie biedactwa, trochę skrzywdzone przez czarodziejów, albo dzieci. Na przykład na Kwiatuszka rzucono czar i nie da się go nijak rozproszyć, dlatego jest niebieski. Podobno świeci w ciemności – pogłaskała kota po głowie, a ten spojrzał na nią, jakby rozumiał, co mówiła. – Kiedy tam byłam, to prawie wszystkie znalazły nowego właściciela, został jeden. Ale jestem pewna, że i on szybko dostanie nowy dom – mówiła dalej i ponownie sięgnęła po kieliszek. – A co, szukasz mruczącego towarzysza dla siebie? – zapytała i przymrużyła oczy. – Możesz pogłaskać Kwiatuszka, pewnie nie będzie miał nic przeciwko – zachichotała. To pewnie był dla kota dzień pełen wrażeń. Normalnie dałaby go potrzymać Anthony’emu, ale przyszło jej do głowy, że to może być dla kota nieco zbyt wiele stresów i wrażeń na raz, dlatego jednak tego nie zaproponowała. – Chętnie wezmę ze sobą jakąś butelkę, tak swoją drogą – dobrego wina nigdy w domu za wiele, prawda?




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Isaac Bagshot - 26.05.2024

Widownia. Isaac rozmawia z Jimmem oraz Flynnem
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DoiEAvc.png[/inny avek]
Isaac dostrzegł rozbiegane spojrzenie długowłosego mężczyzny i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nie miał w kieszeniach niczego wartościowego, nie licząc jakichś tam galeonów. Chciałby odwiedzić każde stoisko, i w każdym zrobić drobne zakupy. Bardzo szybko się domyślił, że ma przyjemność z panami z grupy cyrkowej, która będzie występować dzisiaj na scenie. Wokół Bellów krążyło sporo plotek, a swoim postępowaniem sprawiali, że opinie o nich były naprawdę różne. Isaac miał jednak na ten temat swoje własne zdanie. Artyści, pisarze, wszelkiej maści ludzie renesansu, powinni się wyróżniać. Ich życie oraz zachowanie, kierowało się swoimi własnymi prawami. To właśnie oni pchali aktualne pokolenie ku większej otwartości oraz ekstrawagancji. Muszą przygotować ludzi do nieuchronnych zmian, jakie będą zachodzić w sposobie zachowania, ubioru czy nawet seksualnych uniesień. Zazwyczaj są przez to opluwani oraz krytykowani. Jednak tylko po to, żeby dwa czy trzy pokolenia później, zostać docenionymi i ogłoszonymi patronami zmian, które bez ich wkładu nie miałyby szansy nastąpić.

Prorokiem? Nie, kiepski byłby z niego Prorok. Za to długowłosy wspaniale nadawałby się do tej roli! Ojjj tak! Isaac uwielbiał takie przedstawienia, kochał nietuzinkowych i trochę szalonych ludzi. Nie trzeba było nawet wielkiej charyzmy, żeby był zachwycony tym, co właśnie usłyszał. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i wyjął jednego, żeby zapalić.
- Wspaniale! A te ogniste anioły będą rozpalać serca męskiej części widowni, mam nadzieję? A Bóg? Bóg również zstąpi? Łap.- Rzucił paczkę w stronę kaznodziei, dokładnie w tym samym momencie, w którym woda zmoczyła jego Samopiszące Pióro. Nie był to jednak wielki problem. Piórko bowiem otrzepało się niczym mokry labrador, po czym znów nabrało puszystości. Wróciło do skrzętnego notowania.

Drugi z panów natomiast nie wydawał się już tak “przyjazny”. Gdyby tylko Bagshot znał jego myśli, to na pewno westchnąłby przeciągle i przewrócił oczami. Ludziom nigdy nie dogodzisz. Możesz się elegancko ubrać, a ktoś i tak powie, że jesteś zbyt elegancki. Możesz mieć brązowe włosy, a ktoś ci powie, że są zbyt brązowe. Możesz się uśmiechać, a ktoś powie, że twój uśmiech jest brzydki. Możesz być smutną pizdą, i zaraz znajdzie się dziesięciu, którzy nazwą cię właśnie taką smutną pizdą…
- Znam dużo więcej kawałów o żydach. - Odparł więc chłopakowi, uśmiechając się nieco bezczelnie. Odpalając papierosa, patrzył jak ciemnowłosy przeczesuje sobie loki, żeby później dłonią zjechać na szyję, klatkę piersiową, brzuch… Niebieskie oczy Isaac'a rozbłysły. Uniósł ku górze jedną brew, uśmiechając się kącikiem ust. Podczas występu najchętniej popatrzyłby na jędrne kobiecie tyłki, oraz skaczące piersi. ALE... taki ognisty anioł również spełni jego oczekiwania. Niedawno zupełnym przypadkiem odkrył, że męskie wdzięki znajdowały się w kręgu jego zainteresowań. Dopiero się z tym oswajał, więc nie do końca wiedział co konkretnie podobało mu się w mężczyznach. Na pewno zwracał dużą uwagę na tych bezczelnych i wyuzdanych.
- Będę gwizdał, a w pakiecie dostaniesz jeszcze brawa. Już mi trochę gorąco, a jeszcze nawet się nie zaczęło. - Puścił mu oczko, a na potwierdzenie swoich słów, rozluźnił nieco krawat który miał zawiązany pod szyją. Zaciągnął się papierosem, mierząc Flynna spojrzeniem. Oceniał w swojej chorej głowie jak bardzo był atrakcyjny i co mogliby razem zrobić, gdyby spotkali się w nieco innych okolicznościach.
- To miłego dnia, panowie. Do zobaczenia na występie.


*kokieteria, wyuzdany



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Philip Nott - 26.05.2024

Strefa Gastronomiczna - Słodkości Nory Figg

Jak przystało na dorosłego czarodzieja Philip nie zamierzał tłumaczyć się nikomu ze swojego zamiłowania do słodyczy, jedzonych i tak ze stosownym umiarem. Niektóre z nich można było dostać wyłącznie podczas tego rodzaju wydarzeń, jak chociażby spożywana przez niego wata cukrowa o magicznych właściwościach przypominających wyłącznie jeden ze szczeniackich psikusów. Zmiana koloru włosów nie okazała się trwała, na szczęście. Tak przeszkadzająca Robertowi czerń jego włosów miała zniknąć w przeciągu paru chwil. Jak dotąd jedynymi zabiegami, jakim poddawał swoje włosy było regularne mycie i strzyżenie. Pomimo osiągnięcia trzydziestego szóstego roku życia nie znalazł jeszcze żadnego siwego włosa.

Powiadomić cię kiedy moja matka będzie organizować następny bankiet czy może wolisz znacznie bardziej kameralne przyjęcia? — Zadający to pytanie Nott doskonale wiedział, że niektórzy nie przepadali za uczestniczeniem w tego rodzaju przyjęciach. Pozostawał świadom tego, że wszystkie bankiety praktycznie nie różniły się od siebie. Pytając o kameralne spotkania rozważał zorganizowanie jednego dla bliskich znajomych na terenie swojej posiadłości w Dolinie Godryka, tym bardziej że lato z każdym dniem będzie zbliżać się do końca. Warto było skorzystać ostatniego miesiąca pełnego słońca. — Nie przepadasz za słodyczami? — Zapytał dla potwierdzenia swojego przypuszczenia, gdyż to teraz wydawało się być istotnym niuansem. Jeśli miał rację to jego kuzyn nie był pierwszą w jego otoczeniu, która nie przepadała za słodkościami. Podejście po to aby się z nim przywitać wydawało się bardzo miłe. Nie doszukał się fałszu w głosie tego mężczyzny.

Nie mam nic przeciwko temu. Tobie, kuzynie, poświęcę tyle czasu, ile potrzebujesz. — Zapewnił swojego towarzysza. Pomimo bycia postacią szeroko rozpoznawalną to uczestniczył w tym kiermaszu wyłącznie prywatnie. Zamierzał w pierwszej kolejności odwiedzić wszystkie stoiska i zakupić na nich wszystko co wpadnie mu w oko oraz poświęcić parę chwil na obserwowanie występów. Rozmowa z kuzynem, znajomymi i przyjaciółmi doskonale wpisywała się w przebywanie tutaj prywatnie. Nie wykluczał jednak nawiązania kontaktu ze swoimi fanami.

Bardzo chętnie. Po zjedzeniu tej waty cukrowej mam na razie dość słodyczy. Z tego co wiem to mój przyjaciel rozstawił tutaj się ze stoiskiem swojej winnicy i właśnie tego wina bardzo chętnie się napiję. — Nie widział powodu, dla którego miał się wzbraniać przed zajęciem miejsca przy jednym ze stolików. Ktoś powiedziałby, że to za wcześnie na spożywanie alkoholu, jednak Philip zamierzał raczyć się tym winem zamiast po prostu się spić. Do Château des Dragons nie było daleko i z pewnością po powrocie znajdą jeszcze wolne miejsce przy jakimkolwiek stoliku.


Zmierzamy do stoiska winnicy Château des Dragons

@Robert Mulciber


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Richard Mulciber - 26.05.2024

Richard w towarzystwie Lorien, minęli gastronomię, kierują się w stronę straganów południowych, rozmawiając podczas spaceru.

Jak to kobiety mają w zwyczaju, potrafią mieć zmienne nastroje. Dzisiejszego dnia o dziwo bratowa okazała się być bardziej pogodniejsza i zadowolona z tego wyjścia niż bliźniacy. Może to i dobrze? Nie siedziała sama w Szkocji, miała towarzystwo rodziny.
Robert miał to do siebie, że potrafił nagle zmieniać plany, bo kogoś zobaczył i zamierzał porozmawiać. Richard do takich zachowań brata, był już przyzwyczajony. Nie zawsze tylko wyczuwał momenty, kiedy to nastąpi. Jak dzisiaj, teraz. W tym momencie. I tak dobrze, że Robert zakomunikował, że idzie z kimś porozmawiać, wyznaczając miejsce spotkania. Po prostu Richard przyjął do wiadomości i zapalił sobie papierosa. Co dalej? Zostawienie Lorien samej, może i byłoby mu na rękę, ale będąc świadom usłyszanych informacji, co zaszło na Beltane, postanowił zapytać z uprzejmości, czy preferuje jego towarzystwo. Żartobliwie posługując się słowem bycia jej "ochroniarzem”. W końcu miał mieć oko na wszystko. Obserwować otoczenie, przemieszczające się osoby, kto się wystawia, kto się ośmiesza na scenie. Spojrzał w tym kierunku, ale szybko stracił tym zainteresowanie.

- Tak. Robert może będzie spokojniejszy, że nie szlajasz się sama.
Dodał z uśmiechem. Lorien sama w końcu stwierdziła, że lepiej dla niej będzie z kimś poruszać się po terenie kiermaszu, niż samotnie. Zwłaszcza, że znów chodziła w tych samobójczych i morderczych butach, zwanych szpilkami.

Skoro ujęła jego ramię, opuścił rękę nieco, aby im obojgu było w miarę wygodniej. Więc, zapewne ujęła jego prawe przedramię. Lewą rękę potrzebował mieć wolną do operowania papierosem, którego wypalał podczas spaceru, jakiego się podjęli. Ruszyli spokojnym spacerkiem. Rzucił okiem na mijającą gastronomię, dostrzegając być może brata w czyimś towarzystwie. Nie zatrzymywał się i kierował z Lorien dalej, w kierunku straganów południowych.

- Możemy zajrzeć.
Zgodził się bez zastanowienia. I niestety, to on bardziej musiał dotrzymywać kroku Lorien, która nie tylko miała małe nóżki, ale i musiała ubrać na siebie zabójcze buty, spowalniające tempo chodu. Trudno. Mieli dużo czasu, nim Robert dołączy do nich.
Rozglądając się po okolicy, rzucając przelotnie wzrokiem na widownię, scenę a przede wszystkim, ogólnie na otoczenie, otrzymał od Lorien niespodziewane pytanie. Zauważyła.
- Tak. Myślałem.
Przyznał jej szczerze. To nie było żadną tajemnicą.



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Heather Wood - 26.05.2024

[inny avek]https://64.media.tumblr.com/ee16844e676f0fd423bd7382372da012/bf90c44142d123b2-53/s400x600/d8f32073ae895762cfaf1e884d242fea6e88933a.pnj[/inny avek]
Południowe stragany – Biżuteria Viorici

Wood przyglądała się dłuższą chwilę biżuterii, którą wyciągnęła Vioricia. Dokładnie o to jej chodziło. Mimo, że nie grała już zawodowo, to nadal quidditch miał specjalne miejsce w jej serduszku. - Wezmę jeden zestaw z miotłami, i jeden ze zniczami, są super. - Nie lubiła się ograniczać, zresztą nigdy nie musiała dlatego stwierdziła, że weźmie obydwa.

Kolejnym przedmiotem, który pokazała jej kobieta była opaska. Spoglądała na nią nieco sceptycznie, bo Ruda nie znosiła, kiedy coś uciskało ją w głowę. Takie przedmioty nie były czymś, co leżało w jej zwyczajnych zakupach, jednak był to jarmark, może mogła sobie pozwolić na odrobinę odejścia od normy? Najwyżej rzuci ją w kąt i nigdy nie założy, nie byłaby to pierwsza taka rzecz w jej szafie.

Cameron chyba również sądził, że opaska to dobry wybór, zachęcił ją do podjęcia decyzji. - Niech będzie, kupmy ją. - Pozwoliła Lupinowi dorzucić trochę pieniędzy do puli, chociaż nie było to potrzebne, ale wiedziała, że taki mały gest może dla niego wiele znaczyć. Zdawała sobie sprawę, że trochę nie do końca był oswojony z tym, że ona po prostu była bogata. Nie miała najmniejszego problemu z tym, że on nie był taki majętny, jak ona. Zupełnie jej to nie przeszkadzało.

- Koszulka to świetny pomysł, z alkoholem się nie zgodzę i tak mu się nudzi, jakby zaczął do tego pić, to mogłoby się to źle skończyć. - Charles i bez tego był nieprzewidywalny, nie powinni mu dokładać alkoholu, który mógłby zamroczyć jego umysł i nakłonić do robieni głupot.

Wtedy pojawił się Cedric z lemoniadą. Jego się tutaj nie spodziewała, zaskoczona była jego nadejściem niemalże tak, jak Cameron. Z tego, co opowiadał starszy z braci spędzał w Mungu jeszcze więcej czasu niż on sam. Ciekawe.

- Siemanko Ced, kopę lat. Myślałam, że nie wychodzisz z Munga. - Dodała jeszcze na przywitanie. Jak widać jeśli znalazł się powód to nawet wampir mógłby opuścić swoją trumnę, przeniosła wzrok na Vioricię, całkiem ładny powód do wyrwania się z murów szpitala. - Cameron i sprawianie problemów? Coś ty, to raczej ja jestem jego wrzodem na tyłku. - Dodała lekko, po czym zaśmiała się w głos. Niby żart, a jednak dużo w tym było prawdy. W końcu jeszcze nad ranem składał jej nogę po kolejnej wizycie na Nokturnie. Wolała jednak, żeby nikomu o tym nie wspominał.

Wtedy też zauważyła stojącego niedaleko nich Atreusa, był to idealny moment, żeby się stąd wycofać, wolała nie doprowadzać do kolejnego konfrontacji, szczególnie, że Brenna na nich czekała, miała wrażenie, że ten typ ją śledzi, a Wood zdecydowanie nie była jego fanką. - Camiś, możemy już pójść do Brenny? Na pewno na nas czeka. - Powiedziała słodkim, aż przesadnie słodkim tonem, zaczęła przy tym ciągnąć go delikatnie w stronę panny Longbottom.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Nora Figg - 26.05.2024

[inny avek]https://images2.imgbox.com/6d/0b/kB3nxyuS_o.jpg[/inny avek]
Strefa gastronomiczna przy stoisku ze słodkościami

Znajome twarze, które jeszcze chwilę temu znajdowały się przy stoisku oddaliły się od niej. Mogła ponownie się skupić na pracy, fakt - zawsze miło się robiło, kiedy znajomi przychodzili się przywitać, jednak ona była w pracy, nie mogła poświęcić im odpowiedniej ilości czasu, mimo, że bardzo by chciała. Jarmarki jednak rządziły się swoimi prawami, dziki tłum pragnął jej słodkości.

Panna Figg dzielnie podawała każdemu chętnemu watę cukrową, lody i inne słodkości. Posyłała przy tym promienne uśmiechy na prawo i lewo, aby mieć pewność, że każdy z klientów odejdzie od niej odpowiednio zaopiekowany. To było ważne - pierwsze wrażenie, poświęcenie każdej osobie z kolejki odpowiedniej ilości uwagi, by poczuli się wyjątkowo. Wydawać by się mogło, że dokładnie wie, czego potrzebują osoby czekające na słodkości.

Z tyłu głowy ciągle miała myśl, że będzie się musiała stąd wyrwać w odpowiednim momencie, bo musiała zdążyć na występ Flynna, zająć przy tym odpowiednie miejsce - pod samą scenę, bo mu to obiecała, nie mogła więc w pełni wpaść w wir pracy, bo zapewne to przegapi, nie chciała tego zdecydowanie.

Dostrzegła dziewczynę, która wpatrywała się w Strachliwego Śnieżka, podeszła więc do niej. - Dzień dobry. - Rzuciła z uśmiechem, żeby się przywitać. - Ten piękny rudzielec to Strachliwy Śnieżek, potrzebuje specjalnej opieki i zrozumienia. Jego wzrok nie do końca działa, nie patrzy, gdzie idzie. Jest bardzo lękliwym zwierzaczkiem, przez co te włosy się jeżą. Ma alergię na duchy, szczury i poltergeisty, więc zwiastuje ich obecność kichaniem. Mimo wszystko to naprawdę przyjazny kociak, który potrzebuje nowego domu, czy jest panna nim zainteresowana? - Zapytała jeszcze Ulę.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.05.2024

Południowe stragany, przechodzę ze stoiska Kowenu ku wyrobom Ralisty Zamfir

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=ZIpJ6wR.png[/inny avek]

Uśmiechała się promiennie do Sebastiana, może nawet wyglądała na zbyt wesołą, ale próbowała udawać, że wszystko u niej w porządku, średnia z niej była aktorka i chyba zaczynała się denerwować tym całym występem, który miał być już za niedługo. Powinna odmówić ojcu, ale gdyby to zrobiła, to nikt by jej nie zastąpił, to ona była nadzieją na to, że Artemis znowu wróci na czarodziejski piedestał.

- Tak, tak, koszulę. Tylko musi być duża, mój brat jest jeszcze wyższy ode mnie. - Wolała o tym wspomnieć, żeby Astaroth nie musiał paradować w koszulce sięgającej mu do pępka, wolała oszczędzić sobie tego widoku, chociaż niektóre panny mogły być jej za to wdzięczne. Miała świadomość, że jej brat był naprawdę przystojny.

- Tak właściwie to wezmę obie, W imię Pani Księżyca i tę drugą z matką, na pewno mu się spodobają. - Nie musiała szczędzić grosza. Wierzyła, że Astaroth doceni jej gest.

- Obrazek odpuścimy, myślę, że gryzłby się z częściami zwierząt wiszącymi na moich ścianach. Już płacę. - Wyciągnęła kilka monet, które wręczyła Sebastianowi. - Reszty nie trzeba, niech Matka doceni gest. - Skłoniła się mu jeszcze na odchodne, po czym ruszyła dalej, ku kolejnemu stoisku.

Tym razem znalazła się przy stole Pani Zamfir oczywiście nie odmówiła sobie kieliszeczka rakii, nie byłaby sobą, gdyby wylała go za kołnierz. Jak tak dalej pójdzie, to nim dojdzie do jej występu będzie już zalana w sztok.



[roll=PO] sprawdźmy ten bimber


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Neil Enfer - 26.05.2024

PÓŁNOCNE STRAGANY

Kolejna pozycja na nieoficjalnej liście zwiedzania świeciła się ciepłym ogniem domowo robionych lamp. Nie to, że chciał wspierać konkurencję, ale na pewno chciał zerknąć co rywale mają w ofercie. Z drugiej strony czy był właściwie z nimi rywalami? To nie tak, że miał oficjalny sklep czy prowadził nie wiadomo jak mocno reklamowaną sprzedaż. Do tego nie był pewien swoich produktów. Znaczy był, jak najbardziej, ale wolał by klienci o tym nie mówili za głośno, bo jak komuś coś nie podpasuje, to nie będzie mógł zwalić błędu na niewiedzę czy niedoświadczenie, bo przecież jest profesjonalistą.
Stał przy świecach, nachylał się nad nimi, macał delikatnie fakturę, wąchając swoje dłonie, aby wybadać jak bardzo zostawią one na skórze zapach i nieprzyjemny tłuszcz. Nie chciał kupować więcej, nie mógł. Po pierwsze pieniądze, a po drugie miał w mieszkaniu tyle wosku, że drzwi same by zdecydowały aby go nie wpuszczać do środka, bo jak zły mąż mówił, że więcej nie kupi, a kupił.
Odruchowo zmarszczył brwi na widok różanych świec. I miały kształt róży i zapach róży i pewnie jeszcze smak. Wolał się do nich nie zbliżać i poświęcić uwagę drugiej stronie stoiska. Takkk, świece miodowe, porzeczkowe, leśno owocowe, idealne, perfekcyjne, one są dobre, a róże fuj, ohydne, złe.
Stał dłuższą chwilę przy stoisku. Niby tylko patrzył i badał, ale w jego głowie działa się epicka walka chęci kupienia i rozsądku mówiącego, że nie ma po co, że to marnowanie pieniędzy. Oczywiście produkty były piękne, ale nie dla takiej osoby, jaką był on. Sam sobie zrobi coś takiego, albo i nie zrobi, bo mu się odechce i uzna, że jednak pomysł bez sensu. Jakby kupił, to też by szybko zrozumiał, że kupił niepotrzebnie i by się potem dwa razy mocniej bił po tyłku za marnowanie ciężko zarobionych pieniędzy. Tak, Neil, bądź silny, dasz radę oprzeć się pokusie, musisz, ku chwale szczytniejszych celów! Wdech, wydech.
-Nie, dziękuję, tak tylko oglądam.- uśmiechnął się miło do kobiety jaka sprzedawała wyroby. Głupio mu było zostawać tam tak jak sęp, co tylko się gapi, nic nie kupi, a blokuje widok innym. Niby robi sztuczny tłum, ale nie było to konieczne, bo zainteresowanych było całkiem sporo. Powoli się zebrał. Skinął czarownicy jeszcze głową, wyłapując jej spojrzenie i powoli odszedł dalej, do kolejnego stanowiska.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Lightbringer - 27.05.2024

Rozmawiamy z Isaakiem na widowni, a potem razem z Flynnem biegniemy do namiotów za sceną.

- Bluźniercy - wykrztusił Jim, zadbawszy wcześniej o to, by ściszyć swój donośny głos. Poczerwieniał lekko ze świętego oburzenia, teraz nieprzychylnie zerkając kątem oka na stojącego obok dziennikarzynę, kiedy dotarło do niego, co to za proroka napotkali na swej drodze.

Jim we wszystkich ludziach widział dobro - często i gęsto bracia i siostry powtarzali mu, że jest zbyt ufny, że jego naiwność go kiedyś zgubi - strasznie się jednak zapalał, kiedy ktoś mówił źle o jego rodzinie. Isaac Bagshot mógł być sobie nawet korespondentem specjalnym z samej stolicy apostolskiej, i co dzień jadać w Watykanie obiad z papieżem: Jim zapałał do niego niechęcią, kiedy usłyszał, co też wypisuj! w tym jego szmatławcu na temat cyrku Bellów.

Pamiętał dobrze, jak zbulwersował się na widok wzmianki o porwaniach: ewokowało to te same uczucia, które towarzyszyły mu, gdy odkrył, że niektórzy ludzie kościoła krzywdzą dzieci. Szok, niedowierzanie i gniew. Jim nie po to przecież uczył wszystkie dzieciaki w cyrku czytać i pacierz mówić - coby na porządnych ludzi wyrośli - żeby ktoś go zrównywał jego i innych cyrkowców do zwyrodnialców, co chcą krzywdy niewinnych dzieciaków. Ile to razy nosił dzieciarnię na barana, pozwalając się ciągać za włosy, wymyślał na noc bajki o przygodach biblijnych plemion Izraela i odpowiadał na takie pytania jak: "czy w Biblii były dinozaury?".

- Gorąco? To ognisty miecz Michała Anioła, pogromcy szatana, blisko twej szyi. A na jego klindze zapisano... - Jim gestem zachęcił Isaaka, by się zbliżył, kiwając na niego paluszkiem w powietrzu - raz, i drugi, kiedy ocenił, że dzieli ich jednak zbyt duży dystans, żeby mógł nachylić się nad uchem dziennikarza - oczy błyszczały mu niebezpiecznie, tym samym ogniem, który obiecał wzniecić dziś na scenie dla Flynna. - ..."na pohybel fałszywym prorokom", po hebrajsku. Następnym razem napisz artykuł o biednych żydowskich dzieciach, co się potykają o swoje pejsy, a nie się do cyrkowców przypierdalasz.

Jim uśmiechnął się dobrotliwie, poruszył brwiami dla efektu, i wsadził dogasającego szluga z powrotem między zęby. Paczkę papierosów, którą wcześniej złapał w powietrzu - dzięki swym wyczulonym instynktom boskiego paladyna - wsunął panu dziennikarzynie do tylnej kieszeni spodni.

- Oddaj potrzebującym - rzucił wesolutko, głosem szczerym, ciepłym, którego głęboki tembr przywodził na myśl trzaskanie ogniska. Wydawał się być nastawiony do Bagshota serdecznie, nawet uniósł dłoń, tak, jakby chciał poklepać go krzepiąco po ramieniu, ale zamiast tego...

Klepnął go po tyłku.

Nie tylko dlatego, że dziennikarzynie się ten klaps w dupę należał za uprzedmiotawianie jego kochanego brata.

Jim po prostu chciał wymacać jego portfel.

- Serwus, z Bogiem - Pociągnął Flynna w przeciwną stronę, pstrykając palcami na wiadra z wodą, które uniosły się w powietrze, i podążyły w ślad za dwójką cyrkowców.

rzucam na aktywność fizyczną, żeby zabrać portfel Isaakowi, ale znając mnie, mimo gorących modlitw będzie porażka... więc tylko nieśmiało przypominam, że mam przewagę złodziejstwo i umiem kraść po Bellowemu, kiedy występujemy, a teasing Flynna to prawda jak występ, co nie? :gnije:
[roll=Z]
[roll=Z]

- Wiesz, co się stało, jak Samsonowi, wielkiemu mężowi i słudze bożemu, ścięto włosy? W Księdze Sędziów zapisano: Pan go opuścił. - Na ekspresyjnej twarzy Jima pojawił się wyraz zatroskania. A przecież Pan Bóg nie może nas opuścić, mieliśmy jeszcze nowy trapez przetestować... I dzieciakom te ogniste aniołki potem pokazać, wiesz przecież, jak cię lubią, Flynn. Chociaż Jim nie potrafił przeniknąć myśli Flynna, w jakiś podświadomy, bardzo jimowy sposób, zdawał sobie sprawę, że za słowami brata kryje się coś więcej.

Może i nie był najbystrzejszym z rodzeństwa: Flynn był najsprytniejszy, Layla najrozsądniejeza, a Alex - najmądrzejszy z nich wszystkich. Ale Jim nie był Alexandrem - nie miał żadnego autorytetu w oczach innych ludzi - kim był, żeby pouczać Flynna, jak ma żyć? Może i był wstawiony, ale Jim sam miał swego czasu problemy z alkoholem. Może i obsztorcował ostro tego dziennikarza, ale Jim był nie mniej porywczy.

Może i nie rozumiał skomplikowanego życia Edge'a, ani kierujących nim motywów - nie znał twarzy Crowa, szafującego groźnymi spojrzeniami - ale Flynn był częścią jego rodziny, o czym zbyt często zdawał się zapominać.

- A ja sobie nie życzę, żeby tu ktokolwiek kogokolwiek opuszczał, i lepiej to sobie wbij w swój kręcony łeb - wydyszał, kiedy wpadli wreszcie do namiotów przygotowanych pod sceną dla występujących artystów.