![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Anthony Shafiq - 26.07.2024 Południowe Stragany
Konwen > Magiczne Różności ◀TLTR▶ Pilnuje, żeby Sebastian schował wino, które dostał w prezencie. Szykanuje wygląd Morpheusa, żeby dać mu wymówkę do ulotnienia się. Ostentacyjnie udaje, że nie widzę Neila. Zgarniam całą wycieczkę (Lorien, Lyssa, Jonathan) do stoiska Magicznych Różności. – Błagam, tylko niech nie pozostaje na słońcu, wysoka temperatura bardzo szkodzi. – Poprosił, widząc, że zapodziany w służbie kapłan zlekceważył potrzeby dobrego wina. Butelka była gruba, z ciemnego szkła, wciąż jednak nawet pochmurne niebo mogło nie służyć zawartości. Wszelkie dalsze tłumaczenia Sebastiana przyjął z pobłażliwym uśmiechem, nie mając pojęcia jak prorocze były to słowa i jak ledwie kilka godzin później przyjdzie mu zachłystnąć się mistyczną strawą podczas wspólnej wieczornej modlitwy. Teraz jednak, otoczony ludźmi, machnął ręką na śmieci prezentowane na stoisku. – Bądźmy w kontakcie przed najbliższą kwestą. Chciałbym mieć wgląd w program. – Dwa zdania więcej warte niż cokolwiek zebranego dzisiejszego dnia na placyku, były tak zaproszeniem jak pożegnaniem.
– Zaklinam... panie Longbottom! Chłoszczyć zdecydowanie nie wystarczyło, całe ucho się mieni, podobnie jak pozostające w nieładzie włosy. Doradzam szczerze i w dobrej wierze udać się na bok i zrobić z tym porządek. W końcu urząd Niewymownego zobowiązuje. – Słowa celowo nie niosły ze sobą ani szczerości, ani dobrej wiary. Był wyniosły, oceniający, rugał go, ale doskonale wiedział, że to będzie najlepsza wymówka, aby nie przemierzali dalej jarmarku razem. Finta w fincie, złośliwością zasłonięta życzliwa przysługa. Morpheus chciał mieć przestrzeń dla siebie, przestrzeń bez nich, a Jonathan - na ile znał wyczucie swojego gryfońskiego labradora - jeszcze by naciskał, żeby przemieszczali się w piątkę. Z resztą... wciąż wobec towarzystwa czystokrwistego Anthony i Morpheus uchodzili za dawnych szkolnych znajomych, a dzięki oklumencji Anthony mógł skrzętnie ukrywać intensywną nić zażyłości, która łączyła ich naprawdę. Zaraz po tych słowach przeszedł w tryb ignorowania Longbottoma, jakby nie mógł znieść skazy w wyglądzie mężczyzny. Podobnie z resztą zamierzał ignorować chłopaka, tego całego Neila, który pojawił się znikąd, a którego kojarzył jako gościa w życiu swojego przyjaciela. – Szanowne panie, Jonathanie... – jego głos, jak w kalejdoskopie, znów zalśnił galanterią, – nie mamy całego dnia, a mnie czeka powrót pod skrzydła opalookiego. Ruszajmy obok, do tych magicznych różności. Po dzisiejszym poranku mam małe zapotrzebowanie na eliksir wiggenowy – zarządził grupą i zaplatając sobie rękę Lorien o własne przedramię, ruszył z nią do sąsiedniego straganu oczekując, że pozostali pójdą za nimi. Magiczne różności
A tam, bez trudu wypatrzył zgniłozielone fiolki, które w rzeczywistości niosły dużo przyjemniejszy kolor świeżo ściętej trawy. Na szczęście Anthony nie miał porównania, więc jak dotąd jego ułomność była uciążliwa tylko przy sprawach zawodowych, lub podczas wizyt w muzeach w których dominowały obrazy zamiast rzeźb. Czekał na obsługę pochylając się ku Lorien i szeptając konspiracyjnie: – Szczerze... nie mam pojęcia jak to się stało, że w ogóle udało mi się trafić w tarcze, ani w ogóle jak napiąć łuk. Wietrzę spisek i wpływy magii translokacyjnej, choć nie mam potwierdzenia. Możliwe, że na zdjęciach będzie coś widać, jeśli takowe zostały poczynione. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=tpdMKuP.png[/inny avek] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bard Beedle - 26.07.2024 Chateau des Dragons
Tahira trochę odetchnęła z ulgą, gdy Anthony się oddalił, bo wtedy mogła mieć swobodnie zblazowaną minę, a nie udawać, że to wybitnie interesujące zadanie jest jej życiową pasją i spełnieniem marzeń. Jak dotąd też nikt nie podszedł z kotkami, ludzie przestali uciekać jak kurczaki z pourywanymi głowami, wszystko toczyło się przyjemnym niespiesznym rytmem. Prośbę wysokiego przystojniaka zrezlizowała od razu, nalewając mu do kieliszka, który ledwie co został pozostawiony przez poprzednich degustujących "z wysokiej półki". Shafiq (szef) zdawał się nie zwracać na nią uwagi, więc mogła obsłużyć Shafiqa (klienta) jak jej się tylko podobało. Szczególnie że wino zdecydowanie traciło, gdy lądowało w papierowym kubku i nie można było zobaczyć tego o co w nim chodziło - mieniącego się różowego koloru, który jak najbardziej miał oddać łuskę opalookiego smoka. – I jak... myślisz, że to ten sssam kolor? – zagadała po angielsku, choć jej akcent silnie wskazywał na południowe korzenie. Jej akcent smakował pustynią. Bystre oczy spalonej ziemi utkwione były w blondynie, który próbował wina takiego, jakie miało być - słodkiego, lekko musującego, odpowiadającego naprawdę niskim gustom. Dobrej na lato oranżadki. Tyle dobrego, że wzmocnione pieczęciami beczki pilnowały temperatury i trunek był przyjemnie chłodny, łaskoczący w podniebienie. – Hmm...– zmarszczyła nos, rozmyślając – Robisz może w ssstarociach? Wydaje mi się, że kojarzę twarz. – Nie był zbyt rozmowny, ale takich lubiła najbardziej. Poruszyła się giętko, zmieniając ułożenie ciała, którego kręgosłup zdawał się bardziej elastyczny niż u zwykłej angielskiej dziewczyny. Co nią powodowało? Zabicie nudy? Wyzwanie? A może kolejna szansa sprawdzenia, czy mimo odstręczającej natury klątwy z którą musiała żyć jakkolwiek jeszcze ciałem i rozdwojonym językiem miała szansę cokolwiek ugrać. [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/92/19/fb/9219fb5956fcffd7837889706f7aaf11.jpg[/inny avek]
Opis Tahiry Postać prowadzi: Millie Moody RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Millie Moody - 26.07.2024 Południowe stragany > Świeczki i kadzidła
Gadam z Bertim i Ginny, szukam Alastora, chce kupić rzeczy w świecowie i kadzidlowie. – Poszedł sobie? – wydawała się bardzo rozczarowana na tę nowinę, ale zaraz smutek przykrył grymas złości. – A to jebać go, chciałam mu podziękować teraz niech się pierdoli. – Naburczała, wyciągając różdżkę i przywracając swój niemal mugolacki strój. Jeansy, koszulka... Tylko pelerynę zostawiła, bo jej zajebista wyszła i chciała przez moment jeszcze poświecić brokatem, jak psu jajca na wiosnę świecą. – Dobra to ten, to chodźmy może jak się uspokoiło tam, bo chciałam kupić coś na sen i jakąś rytualną świeczkę na wieczór bo wiadomix Matka patrzy, może okien nie umyłam, ale wypadałoby jakąś modlitwę odjebać. – Uśmiechała się serdecznie, ciągnąć ich w kierunku mulciberlandu. Może gdzieś tam jeszcze stał Alastor? Może widział jak wykokszenie poprowadziła pokaz (przecież Bertuś by jej nie okłamał, prawda?) – Też świecisz dzisiaj Ginny, czy nie dajesz się przesądom? – Ciężko było mówić o przesądach, gdy limbo istniało, bogowie istnieli, magia istniała, a przyćpane energią rośliny nakurwiały budynki i bruk. No ale, przyzwyczajenie. Świat może stanął na głowie, ale jeszcze kilka lat temu nie. Cały czas byli czarodzieje kpiący z wróżbiarstwa, jakby nie zdążyli się nauczyć, że to wszystko kurwa była prawda. Świece i kadzidła
– Eee można? Jakie macie rytualne? Potrzebuje dobrze wyprofilowanych cycków, bo płaska świeca obraża Matkę – rzuciła czyściuchom, cały czas rozglądając się za Alastorem, wysoki był to powinno być łatwe, ale wszyscy tu chyba żarli jakieś napromieniowane kurczaki, bo żadna głowa nie górowała... No nawet Bott był jakimś pieprzonym gigantem. – Widzisz Alka? – zapytała, bo może to nie ludzie byli wysocy, tylko ona była konusem. – Jeszcze przypomnij mi potem, że mam zakręcić kołem, bo z tego wszystkiego dzisiejszego to zapomnę i chuja dostane. – biadoliła, nieświadoma punktu zapalnego "chujowej" imby sprzed chwili. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Richard Mulciber - 26.07.2024 Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber
Dopalił papierosa i zgasił niedopałek w piachu, na chodniki przygniatając butem. Nie miał pod ręką popielniczki, w terenie radził sobie w taki sposób. Po takich wydarzeniach, kiermaszach i tak będą sprzątali. Richard wstał, aby rozprostować kości. Rozejrzeć się po okolicy. Wsadził ręce do kieszeni i podszedł nieco bliżej ich stoiska. Upewniając się, że wszystko jest na swoim miejscu. Nie przeszkadzał Charlesowi w układaniu pieniędzy. - Cieszę się, że po latach w końcu się przełamałeś, aby dobrze poznać tutejszą kulturę.Skoro dopiero w tym wieku Charles wypił herbatę z mlekiem, to był dziwny sukces. Za dzieciaka nie chciał niczego nowego próbować. Podchodził do tego z ostrożnością. Jakby z obawą, że Leonard mógłby coś tam wrzucić. Do teraz Richard nie rozumiał, dlaczego oni sobie to robią. Są braćmi, powinni sobie pomagać. Wspierać się. Z Robertem dają im ten przykład. Rozglądając się po okolicy, kontrolnie rzucił spojrzenie w kierunku sąsiedniego stoiska, jakie należało do Sophie. Leonard został z nią, aby jej pomagać. Miała kilku klientów. Jeden właśnie dyskretnie odstawił kieliszek i uciekł. "Pierwszy niezadowolony?" – strzelał, zastanawiając się. Słuchał jednak co mówił do niego Charles. - Zawsze możesz poszukać kogoś, kto cię tego na uczy.Zasugerował inne rozwiązanie. Dalsze rozwijanie swoich umiejętności. Poszerzenie je o dodatkowe możliwości. Na kolejne słowa Charlesa, Richard już nie odpowiedział, słysząc pytanie kobiety, która podeszła do ich stoiska (Millie Moody). Skierował na nią swoje spojrzenie, które poważniało z kolejnym jej pytaniem. "Może jeszcze o kształt dupy zapytają?" – pomyślał. - Posiadamy świeczki rytualne i w tradycyjnych kształtach. Takie, jakie pani szuka, nie posiadamy i nie tworzymy. Jeżeli zależy pani na konkretnych, proszę zapytać przedstawiciela stoiska kowenu. Może będą mieli to, czego Pani szuka.Odezwał się uprzejmie, z lekkim uśmiechem, zanim pozwolił dojść do głosu Charlesowi. Z kolei poważniej już spojrzał na syna, wzrokiem mówiącym "nawet nie próbuj oferować chęć ich stworzenia". RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 26.07.2024 Południowe stragany Nie chciał być wredny... cóż, przy ostatnim niepozbieraniu myśli i emocji prawdopodobnie był jedną z osób, które nie powinny wytykać chaosu głowy Fleamonta i niemożności ogarnięcia jego akcji i reakcji. W jednej chwili się do ciebie słodko uśmiechnie, w drugiej nakazuje ci spierdalać, a ty się musisz domyśleć, o co mu chodzi, bo nie jest skłonny do tego, żeby to wyjaśnić. Czy teraz było lepiej, niż na początku tego spotkania? Chyba tak. Skoro nie było negatywnych odczuć to znaczy, że jest lepiej. Albo właśnie nie. Bo skoro już niema nawet odczuć negatywnych, a te pozytywne się nie pojawiają, to tak naprawdę jest gorzej. Związki międzyludzkie rozpadały się, kiedy już niczego między nimi nie było. Myśli Laurenta nawet nie muskały tego tematu. Ta sytuacja nie była zero-jedynkowa, a całe święto żniw było wykańczająco męczące. Włącznie z przejażdżką, jaką zaoferował Flynn. - Nie mogłem, ponieważ żeby kogoś gdzieś zostawić to najpierw musi się znaleźć w tym miejscu. - Jego powóz z abraksanem czekał na powrót do domu, a on jeszcze chciał zajrzeć do Florence, Atreusa i Oriona. Długi, bardzo długi wieczór. - Wziąłem Divę tutaj, od schroniska Figgów. Była jednym z dręczonych zaklęciami kotem.- Przez dzieci, albo i nie przez dzieci - była męczona. Zastanawiał się, czy przecież ktoś nie weźmie takiej piękności, ale, no właśnie - była piękna. I przede wszystkim było mu jej szkoda. Pochylił się nad buteleczką i w pierwszej chwili zmarszczył brwi. W drugiej dotarło do niego, co Flynn trzyma i obejrzał się ze zdziwieniem i grozą na loterię. - Co oni dodają do tych losów... - Czy Laurent miał zaufanie, że ta zawartość nie znajdzie się w jego pobliżu? Ha... procent zaufania do Flynna był bardzo chwiejny. Z jednej strony za duży, a potem okazywało się, że potrafił się diametralnie skurczyć w jednej chwili. - Mam nadzieję, że to był jakiś unikat... - I że połowa tutejszych czarodziei nie będzie teraz z nim chodzić w kieszeni. - Dobry chłopiec. - Wyciągnął dłoń do jego głowy i czule go pogłaskał po tych brudnych kudłach. Z łagodnym uśmiechem. To, że mężczyzna przed nim zdawał się starszy od niego wyglądowo jakoś traciło na znaczeniu w tym rozrachunku. To było lekko żartobliwe z jego strony. Tak też chwalił swojego psa albo hipogryfy, kiedy były grzeczne i słuchały - w tym kierunku żartobliwe. Bo co w zasadzie miał powiedzieć na to, że został tutaj... dla niego? Przez niego? Nawet nie wiedział, w którą stronę to skręcało. Jakiejś durnej litości czy może potrzeby pokręcenia się w jego towarzystwie z jakiegoś powodu. - Bardzo chętnie skorzystam z twoich silnych ramion. - Wystawił w jego kierunku koszyk z Divą, obracając się w kierunku uroczej dziewczyny, która obsługiwała stoisko. Uśmiechnął się teraz do niej - ciepło i sympatycznie - ale pokręcił głową odmawiająco w jej kierunku. - Wiem. Ciężko o tym zapomnieć. - Ale zeżarł czekoladki i nic mu nie było, a czasami shot po zatruciu alkoholem wcale nie bywał głupi. Czasami. Laurent był mocno skonfundowany stanem Flynna, ale nie chciał na to naciskać. To powiedział do Fleamonta, rzecz jasna. - Innym razem, madame. Dziękuję za zaproszenie. - A to już powiedział do samej Sophie, kiedy mijali stoisko, idąc w stronę stoiska Kosmetyków Pottera. - Może od tego samego momentu, w którym niedoszły dziedzic Prewettów zajął się kurwami. - Żeby nie powiedzieć "kurwieniem się", bo to miał na myśli, ale złe ujęcie słowa było tu celowe. - Chyba nie wszyscy muszą chodzić tymi samymi drogami. Mówiłeś, jak nie lubisz tych granic, więc czemu znów sam je budujesz? - Granic, w których wszystko i wszyscy mieli swoje miejsce. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 26.07.2024 Świeczki i kadzidła Mulciberów Charlie zajmował się liczeniem pieniędzy, tak jak zaczął wcześniej. To znaczy, jeszcze się nie zajmował: na razie musiał rozdzielić poszczególne nominały, by łatwiej było zsumować urobek z tego dnia. - Ale te śniadaniowe bułeczki? Te z rodzynkami? Są okropne, do nich nigdy się nie przekonam. - Wspomniał scones, dość charakterystyczne i dziwaczne w swojej formie dla nieprzywykłych przyjezdnych. - Jest jeszcze tyle angielskich rzeczy, które muszę poznać... Na wszystko przyjdzie czas. Mruknął w odpowiedzi na słowa ojca odnośnie rzeźbiarza. Do tego potrzebne były zdolności i z pewnością łatwiej będzie komuś zapłacić za formę aniżeli samemu dłubać tak długo, aż będzie się zadowolonym z efektu. To było jednak rozwiązanie. Tylko gdzie znaleźć nauczyciela? Podniósł głowę znad sortowania na głos dziewczęcia, które podeszło do straganu, i uśmiechnął się, lecz nim zdołał otworzyć usta, ojciec go ubiegł w obsłudze. Zdecydowanie zdziwiło go pytanie o świeczkę z cyckami i już chciał zaoferować swoje usługi, lecz spojrzenie Richarda go uciszyło. Również ojcu posłał lekki uśmiech, przepraszający, choć przecież nic jeszcze nie zrobił. - Zapakować? - Zapytał Millie z nadzieją, że ta porzuci seksualne żarty i po prostu kupi to, po co przyszła. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leon Bletchley - 26.07.2024 Magiczne Różności
— Ja dowiedziałem się, że ten mężczyzna jest politykiem i filantropem. Wykonuje zawód, który pozwala mu na decydowanie o tym, co może być legalne w naszym świecie. Handel magiczny. — Odpowiedział na słowa swojej przyjaciółki, chociaż dopuszczał do świadomości to, że to nie będzie właściwe dla niej skojarzenie. Przecież Olivia nie musiała interesować się polityką. Jak dotąd nie zdradzała jakiegokolwiek zainteresowania tym aspektem świata czarodziejów, choć pozory mogły mylić. Jego polityka nieszczególnie interesowała. Nie ukrywał, że w tym momencie najbardziej interesowała reakcja przyjaciółki na podarowane jej książki. To och, szeroki uśmiech i ten uścisk były tym, czego w jakimś stopniu oczekiwał. Było to bardzo miłe. Trzymając koszyk objął przyjaciółkę ramieniem, uśmiechając się radośnie. — Cała przyjemność po mojej stronie. Z tymi książkami masz szansę nie tylko wywoływać bólu brzucha u swoich gości, ale również stać się doskonałą kucharką. — Zapewnił ją co do swoich intencji. Pozostawał optymistą, co do powziętego przez Olivię zamiaru. Gotowanie nie było tak trudne, jak się wydawało. W większości przypadków należało postępować według przepisu. Wtedy wszystko będzie dobrze. — Bardzo miło mi to słyszeć. — Po otrzymywaniu przyjacielskiego buziaka mógł uznać to za najlepsze podziękowanie, na jakie mógł liczyć. Nie było co doszukiwać się w tym geście drugiego dna. — Jeśli ty twierdzisz, że żyjesz pod kamieniem to ja również... wiem tyle, że jest kapłanką. Tak jest napisane na okładce. Nie mogę powiedzieć, czy ona nawet istnieje i czy naprawdę ma na imię Fantazja. Kupiłem te książki na stoisku kowenu. — Odpowiedział półszeptem. Nie mógł powiedzieć, aby spotkał kapłankę Fantazję osobiście. Mimo prowadzenia rozmowy z Olivią, Leon zwrócił uwagę na małe zamieszanie z udziałem jednej z klientek i jej towarzysza. Postanowił się w to nie wtrącać dopóki nie będzie tego wymagać sytuacja. Nie było to jego stoisko i nie został poproszony o pomoc. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Guinevere McGonagall - 27.07.2024 Świeczki i kadzidła Mulciberów
rozmawiam z Millie i Bertiem; proszę o świeczkę Uśmiechnęła się miło, nie wyrywajac dłoni z delikatnego uścisku, kiedy Bertie Bott ucałował ją w ramach przywitania. – Tak po prawdzie, to jestem fanką fasolek. Jak mi je znajomi pokazali, to uparłam się, że muszę spróbować wszystkich – i naprawdę tak było. Obrzydliwe smaki? Potrzymaj mi piwo (albo kawę, bo Ginny nie za bardzo piła alkohol). Wystarczyło, że zwietrzyła nosem jakąś rywalizację i rzadko kiedy umiała się powstrzymać. – Ale tort jest dobry, tak. Coś wymyślę – no i tortem będzie mogła się podzielić na wykopaliskach, nikt nie popatrzy na nią podejrzliwie, że podsuwa całą miskę podejrzanych fasolek. – Jestem magimedykiem – zachichotała, bo doskonale wiedziała, że na to nie wygląda. Ale z masą (a dopiero potem rzeźba) byłoby to chyba jeszcze dziwniejsze. – Pracuję na wykopaliskach archeologicznych – dodała jeszcze i darowała sobie, że zagląda też do szklanej kuli i stawia tarota, bo cały ten zestaw brzmiał tak absurdalnie jak wyglądał: historyk, lekarz, wróżbita. Brakowało jeszcze tylko filantropa i mielibyśmy celebryckie bingo. Guinevere spojrzała we wskazanym przez Bertiego kierunku i aż zakryła sobie usta dłonią. Naprawdę coś tak intensywnego się tam podziało? Musiała wszystko ominąć i może to nawet dobrze. – Ja? To nie do końca dla mnie – i to nawet nie była kwestia przesądów co tego, że zwyczajnie modliła się do innych bogów. Ale szanowała, że tutaj mieli takie, a nie inne wierzenia. Za to przynajmniej daty się w nich pokrywały. – Ale kupiłabym świeczkę i tak, babci na pewno się przyda – za to daleka była od kpienia z wróżbiarstwa. Ruszyła więc razem z Millie i Bertiem do wspomnianego wcześniej straganu, i kiedy Moody w ten krzykliwy sposób mówiła, czego potrzebuje, to McGonagall przyjrzała się temu, co mieli wystawione na stoisku. – Ja poproszę jedną. Najbardziej klasyczną jak się da – nie wiedziała o co chodzi z tymi cyckami na świeczce prawdę mówiąc. Przyszło jej do głowy.m, że Anglicy mają strasznie dziwne poczucie humoru, skoro muszą nawet w religijne świece wciskać motywy seksualne. Co prawda normalnie takie świeczki by ją bawiły w opór, ale nie, kiedy chciała przynieść taką swojej babci. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Cathal Shafiq - 27.07.2024 Chateau des Dragons -> stoisko kowenu Uroda Tahiry, tak egzotyczna w Anglii, dla Cathala nie była niczym nowym: ciemne włosy, ciemne oczy i ciemna skóra były czymś, co doskonale wyryło się w jego pamięci po latach spędzonych w Egipcie. Rozdwojony język też nie przyciągał uwagi Shafiqa – mógł być objawem klątwy, drobnego zaklęcia, rzuconego na czas Lammas albo ekstrawagancji kogoś, kto dokonał takiej zmiany czarami i eliksirami. Zwrócił więc na nią nieco uważniejsze spojrzenie dopiero, gdy zadała pytanie. Jasne oczy Cathala skupiły się na zawartości kieliszka. Nie odpowiadał długą chwilę, zbyt długą, aby było to naturalne: nie tyleż chciał ją zignorować, ile pytanie wybiło go z rytmu, zniszczyło skupienie, potrzebne mu w tłumie, pośród tylu bodźców, pchnęło ku jedynemu wspomnieniu smoka o różowych, opalenizujących łuskach, które kryło się w pamięci. Przez chwilę nie był tu i teraz, a spoglądał na bestię w locie, przelatującą nad terenem rezerwatu, na łuski mieniące się w promieniach zachodzącego słońca. – Nie – ocenił w końcu. Nie ze złośliwości, a dlatego, że zwykle odpowiadał szczerze, rzadko czując potrzebę kłamstwa w imię dobrych manier: ktoś inny pewnie dopatrywałby się podobieństwa, ale w jego absolutnej pamięci kryło się dokładnie wspomnienie, i tamten róż nie był jednolity, łuski w różnych miejscach ciała miały inne odcienie, i oddanie tej barwy, całego jej bogactwa, byłoby niemożliwe w butelce wina. Uśmiechnął się do niej lekko, unosząc tylko jeden kącik ust, gdy spróbował nalanego mu trunku, a potem odłożył pusty kieliszek. – Dobrze dobrane do Lammas. Może miał to być komplement. Może obelga. A może jedynie stwierdzenie faktu. Z Cathalem Shafiqiem trudno było czasem powiedzieć. – Nie sądzę, żebyśmy się znali. – Pamiętałby ją wtedy: chyba że od wspomnienia minęły lata, i jej wygląd zdążył się zmienić. – Ale tak, robię w starociach. Dziękuję za degustację Skinął jej głową nim udał się do sąsiedniego stoiska, z którego odeszła większa część grupy i został jedynie jakiś młody chłopak, któremu jednak Shafiq nie poświęcił uwagi. Przesunął wzrokiem po wystawionych towarach, uniósł jedną ze świec, obracając ją w dłoniach - oczywiście, że miała jakiś spersonalizowany napis, dewocjonalia w Anglii prawie zawsze go miały... - a potem skupił spojrzenie na stojącym za ladą Macmillanie. Zmierzył go spojrzeniem, przypatrując się szacie. – Ładna szatka, Sebastianie. Posada w Ministerstwie cię ostatnio znudziła? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Penny Weasley - 27.07.2024 Magiczne Różności
Penelope Anne Weasley nie była naiwną dziewczynką, która wierzyła w bajki. Nie chciała w te bajki wierzyć. Nie chciała też odpuszczać, kiedy chodziło o interes, na którym naprawę mocno jej zależało. Wkładała w to wszystko dużo ciężkiej pracy. Przeznaczała wiele czasu. Wciąż jednak daleka była od tego, żeby wypłynąć na powierzchnie i zacząć na tym nagle.... nagle zacząć na tym rzeczywiście zarabiać. Możliwe, że wszystko to wydarzyło się w nieodpowiednim momencie. Miała gorsze dni. Miała mniej cierpliwości. Gorsze samopoczucie. To się przecież zdarzało. Zarazem jednak, każdy kto choć trochę Weasley znał, wiedział że ta potrafiła czasem łatwo się zagotować. Zwłaszcza, gdy chodziło o coś, co było dla niej ważne. Istotne. A czymś ważnym dla Penny niewątpliwie były Zaczarowane Różności. Nie wiedziała, że mężczyzna był niemową. Trochę zbiło ją to z tropu. Trochę zaskoczyło. Aż nie wiedziała, w jaki sposób powinna na to zareagować. Zmarszczyła brwi. Zastanawiała się. A co jeśli poza brakiem możliwości normalnej rozmowy, był też jakiś taki upośledzony? Przecież nie będzie nad upośledzonym się tutaj znęcać, prawda? No ale pisał całkiem składnie, ładnie, zrozumiale... - Ten produkt, pański klient przyszedł zareklamować do mojego sklepu na Alei Horyzontalnej. Do Zaczarowanych Różności. Wystraszył moich klientów, narobił zamieszania i zażądał zwrotu pieniędzy z powodu słabej jakości wyrobu. - raz jeszcze zaprezentowała mu tę nieszczęsną broszkę, za którą chciała uzyskać zwrot pieniędzy. Pieniędzy, których nigdy na zakup przedmiotu nie wydała. Z przedmiotu wypadł kamień. Nie wyglądało to zbyt dobrze. - Wprowadził go pan w błąd zbliżoną nazwą stoiska. Nie obchodzi mnie czy było to celowe, czy nie. Proszę o zwrot pieniędzy. Tak jak mówiłam przed chwilą. Niby wydawała się spokojniejsza, na odrobinę spokojniejszą brzmiała, ale nadal upierała się przy swoim. Nie zamierzała brać odpowiedzialności za pracę jakiegoś straganiarza, który nie potrafił porządnie osadzić kamienia w swoim wyrobie. Najwyraźniej nie był wystarczająco dobry w tym, czym się zajmował. No cóż. Jeśli będzie to konieczne, zasugeruje mu, żeby jeszcze się podszkolił. Ona długo pracowała nad tym wszystkim, zanim uznała, że jest wystarczająco dobra, żeby móc pracować na własny rachunek. Cokolwiek w tym czasie działo się przy stoisku, ktokolwiek się przy nim znalazł - Penny nie zwracała na to uwagi. Skupiła się w pełni na sprawie, która ją tutaj przyciągnęła. |