Secrets of London
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45)
+---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317)



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leon Bletchley - 11.08.2024

Wyroby pani Zamfir

Leon postanowił zastanowić się słowami swojego sąsiada. I w zasadzie był w stanie się z nim zgodzić, jednak to nigdy nie było takie proste jakby się mogło wydawać.

To prawda. Olivia stawała w mojej obronie w czasach szkolnych, ale teraz na to patrzę zupełnie inaczej. Z perspektywy czasu to nie było właściwe, tak jak teraz nie było to właściwe. Jak widać, ludzie w tego typu okolicznościach są zdolni do bezsensownej przemocy. Co nie powinno miejsca. — Jako skrajny pacyfista i przyjaciel tamtej dziewczyny starał się spojrzeć na całą sprawę znacznie głębiej. Jednocześnie potępił stosowanie przemocy - w dzisiejszych czasach nie brakowało zwolenników rozwiązań siłowych i jak i tych, co potrafili przelewać krew niewinnych na rzecz chorej ideologii.

Ja jak dotąd nie mam z tym problemu. — Odpowiedział na słowa swojego sąsiada. Po to zarabiał aby mieć pieniądze na tego rodzaju wydatki.

Pani Zamfir... to mój znajomy, Neil. — W tym momencie postanowił przedstawić swojego towarzysza. Na tym kończyła się jego rola - stworzył mu podwaliny pod prowadzenie rozmowy z prowadzącą to stoisko czarownicą.

Bywam co jakiś czas w tym szpitalu, może następnym wypijemy razem herbatę. W dalszym ciągu pracuję w Ministerstwie Magii. Dlatego staram się wykorzystać go jak najlepiej. — Zwrócił się kobiety, kiedy ta pakowała wybrane przez niego przetwory. — Wszystko ma swój czas i miejsce. Przemijanie i powstawanie nowego życia, tak samo jak potrzebny jest czas i odpowiednie warunki do uzdrowienia. W takim razie wezmę i to. — Leon nie odwoływał się w tym momencie do postaci Matki, jakby preferował perspektywę bezcielesnego kręgu życia i tak właśnie było. Nie należał do grona ludzi poszukujących oparcia w wierze. Nie odejdzie stąd bez tego alkoholu.

Dziękuję, pani Zamfir. — Przyjął od kobiety kieliszek śliwkowej rakiji i z przyjemnościom oddał się degustacji. — Zdecydowanie wezmę tę z miodem. — Powiedział odstawiając kieliszek.

Matce najbardziej spodoba się ta z motywem roślinnym i tą poproszę. — Zadecydował po chwili, dobrze znając gust swojej matki.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Guinevere McGonagall - 12.08.2024

Świeczki i kadzidła Mulciberów –> Mulciber Moonshine
rozmawiam z Millie i Bertiem idąc do stoiska z cytrynówką, po czym widzę zamieszanie ze świeczką

– Można tak powiedzieć – bohaterka? Może jakaś jej część chciała nią być, ale nie uważała się za kogoś takiego. Szła przez życie wedle tego, co uważała, że powinna robić: pomagać ludziom i udało jej się to połączyć też z tym, co tak bardzo ją fascynowało. – Proszę tak nie mówić. Każdy z nas ma swoje miejsce w życiu i żaden zawód nie jest ważniejszy do drugiego. Dla mnie na przykład również może być pan bohaterem, czekoladki i fasolki zdecydowanie umilają dni na wykopaliskach – i mówiła to całkowicie serio, zresztą uśmiechnęła się szczerze do Botta. – Swoją drogą to naprawdę fascynujący pomysł, te fasolki wszystkich smaków – całkowicie skradły jej serce w momencie, kiedy Cathal zapoznał ją z tym niesamowitym konceptem.

Było jej po prawdzie obojętne, jaki ta świeczka będzie miała kolor, więc poprosiła o żółtą, bo to było pierwsze, co jej przyszło do głowy i za chwilę odebrała pakuneczek, który schowała sobie do torby i zaraz przekazała też odpowiednią kwotę pieniędzy.

– Jest też loteria? Ooo… nie wiedziałam nawet – kiedy tu się pojawiła, spóźniona przeokrutnie, to skupiła się na przechadzaniu pomiędzy straganami, nawet nie zauważyła kolejki do loterii. Więc w sumie to też mogła o tym przypomnieć pannie Moody, bo sama chętnie by się tam zabrała. Nie wiedziała, za kim się rozglądali, więc sama patrzyła tylko po okolicznych straganach, aż chyba w tym samym momencie co Millie, oczy jej spoczęły na drugim szyldzie z nazwiskiem Mulciber… a potem dostrzegła znajomą blond czuprynę i lekko przekrzywiła głowę.

– Przykro mi – powiedziała szczerze na wyznanie Moody, że jej już skoczyły się babcie, a jedno uderzenie serca później pomyślała sobie, że może w takim razie jej tego babcinego ducha brakuje i chciałaby… – Możesz nas kiedyś odwiedzić, jeśli chcesz. Moja babcia nie ma zbyt wielu wnucząt, właściwie to w okolicy obecnie jestem tylko ja, a zawsze chciała mieć gromadkę dzieci do rozpieszczania – za to miała gromadkę zwierząt… – A wyglądasz mi na kogoś, kogo chętnie rozpieściłaby babcinym obiadem – i na kogoś, kto chyba tych babcinych obiadków bardzo potrzebował… Ginny taka już była: z sercem na dłoni, tym bardziej, że miała wrażenie, że Millie pod tą fasadą krzykliwości jest w głębi duszy smutną osobą. Może się myliła i może nie powinna zapraszać do siebie obcych, ale… Brygadzistka nie mogła być przecież złą osobą, tak? – Pewnie – dodała zresztą i ruszyli w tamtym kierunku.

Tylko po to, by wejść w sam środek… zamieszania?


Guinevere zdawało się, że widziała jakiś lecący obiekt, kiedy zbliżali się do straganu, i zdaje się, że ugodził w kucającego towarzysza Laurenta, którego wydawało jej się, że widziała wcześniej. Zaś teraz już była pewna, że to on, bo dotarli do straganu w momencie, kiedy Prewett właśnie wyrzucał z siebie potok myśli w kierunku mężczyzny stojącego za stoiskiem.

– Jakiś problem? – rzuciła z ostrożnością, gotowa nawet zareagować – bo taka właśnie była. Nie pozwoliłaby skrzywdzić nikogo niewinnego, bezbronnego… Nigdy też wcześniej nie widziała, by Laurent zachowywał się i mówił do kogokolwiek w ten sposób, więc teraz jej czujne spojrzenie, które wcale nie było już jasnobrązowe, a złotawe, o pionowych źrenicach, poruszało się od osoby, do osoby, na moment zatrzymując się też na stojącym kawałek dalej czarnowłosym mężczyźnie.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Neil Enfer - 13.08.2024

Wyroby Pani Zamfir

Pokiwał mądrze głową. Czas na przemoc był dawniej kiedy nie znali innych sposobów, teraz powinni sięgać po inną broń niż pięści, na przykład po pasywno-agresywne komentarze, czy pogardliwe spojrzenia, albo na przykład plotki.
Skoro miał pieniądze i chciał je wydawać, to niech je wydaje, nie będzie mu przecież zabraniać. Sam jednak się powstrzyma skoro podobne wyroby ma w domu.
Uśmiechnął się miło do kobiety i skinął jej głową kiedy został przedstawiony. Znajomy, co? Jakoś tak odruchowo spróbował przypomnieć sobie jaką wróżbę dostał.
Rozmowy z kobietą nie bardzo było jak zacząć, w końcu nie będzie gburem i nie wbije się w środek ich rozmowy, prawda, szczególnie że rozmowa była trochę skomplikowana i dalej pachniała prywatnością.
- Ja podziękuję. Już mam dzisiaj za sobą jedną degustację, wolę umieć chodzić prosto. - różne są te alkohole magiczne, nie ufał im, a przynajmniej nie w takich miejscach.
Zaciekawiony zerknął na prezentujące się chusty i przypomniał sobie, że taką niby roślinną to mieli w domu. W domu to mieli dużo rzeczy, jakby się mieli przeprowadzać, to łatwiej by było spalić to wszystko niż pakować.
Wspomnienia o domu uruchomiły coś w jego głowie, ruszył się jeden trybik, drugi, trzeci i wspomnienie z obietnicą doleciało w końcu do niego.
- Leon, przypomniałem sobie, że mam jedną sprawę do załatwienia, muszę iść. - wiedział, że sąsiad nie będzie mieć nic przeciwko, bo czemu by miał? Przypadkiem się spotkali i przypadkiem poszli razem i na pewno w ciągu najbliższego tygodnia spotkają się jeszcze co najmniej przypadkiem.
Neil uśmiechnął się do mężczyzny, skinął kobiecie głową, po czym ulotnił się aby zająć się swoim małym problemem.

Postać opuszcza sesję



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Olivia Quirke - 14.08.2024

Magiczne Różności

Miała przed chwilą wiele ripost. Naprawdę bardzo wiele - od tych słownych aż po te fizyczne, ale to wszystko działo się zbyt szybko. Jej mózg jakby nagle dostał zwarcia: Olivia po prostu nie myślała w tej chwili w żaden logiczny sposób. Zupełnie jakby nagle jakiś wścieknięty lis ugryzł ją w dupę i sprawił, że sama zaczęła toczyć pianę z pyska. Tak naprawdę gdyby Penny nie obraziła Tristana i nie trafiła w czuły punkt, to pewnie jakoś starałaby się temu zaradzić, ale... Cóż, wyszło jak wyszło.

Pisnęła, głośno dość, gdy poczuła jak cebulki włosów zostają brutalnie wyrwane z jej łepetyny. Pewnie w odruchu pomasowałaby głowę, gdyby nie fakt, że Tristan nadal ją trzymał. Co więcej - trzymał, unieruchamiał i jeszcze się odwrócił tak, żeby nie widziała Weasleyówny. Jakby to miało w czymś pomóc!
- Co za babsko! - warknęła, szamocząc się, ale już jakoś takoś bez przekonania. Nie to, żeby się uspokajała, bo pewnie gdyby Tristan i Matthew się zamienili, to by piekliła się dokładnie tak, jak Penny. Ale ją trzymał Tristan - jej Tristan, osoba której oddała całe serce. Ani myślała się szamotać i go bić, żeby ją puścił. - Zabierzcie mi ją z oczu lepiej, bo nie ręczę za siebie.
Niby mówiła do ogółu, ale w sumie to mówiła do Warda. Reszta chyba nie miała szansy ją usłyszeć, ale jakby usłyszeli to w sumie nic złego by się nie stało.

@Stanley Andrew Borgin @Tristan Ward @Penny Weasley


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Sophie Mulciber - 14.08.2024

Mulciber Moonshine - Laurent, Flynn, Leo

Kiedy Leo rzucił świeczką w pyskatego nieznajomego, Sophie zakryła dłonią usta. Po chwili jednak doszła do wniosku, że kuzyn zachował się odpowiednio. Powinni bronić dobrego imienia swojej rodziny! Ani ona ani on nie zrobili przecież niczego złego. Mulciberówna zapragnęła “krwi”. Zmrużyła oczy, zmarszczyła gniewnie nos i wlazła na stół, żeby w ułamku sekundy znaleźć się po drugiej stronie swojego stoiska. Podeszła bliżej Laurenta i Flynn'a, również wystawiając w ich stronę środkowy palec. Była czerwona i oburzona. Nie bała się. Miała za plecami Leonarda, a do tego chyba zbliżały jej się “te dni”, więc całą swoją złość wyładuje na oponentach.
-CHCIAŁAM poczęstować was bimbrem, a wy zaczęliście nas obrażać! I w jaki sposób robimy pośmiewisko?! Bo nie pozwalamy, żeby ktoś na nas pluł?!- Denerwowała się i w przypływie adrenaliny uniosła drugą dłoń, żeby do pierwszego faka dołączyć drugiego.-Leo pracuje w szpitalu i ratuje życie każdemu, kto potrzebuje pomocy! Mój ojciec, wuj i kuzyn produkują świece i kadzidła, które mają lecznicze właściwości i są dostępne dla wszystkich! Mój drugi wuj założył fundację wspierającą ofiary magirasizmu! A wy przychodzicie i nas obrażacie, nic o nas nie wiedząc!- Mówiła i była tak wściekła, że aż pierś jej zafalowała. Odetchnęła głośno. Ścierpły jej ręce, więc opuściła je. Nerwowym ruchem poprawiła grzywkę.- A wy co robicie dla mugolakow? Chodzicie po Lammas i obrażacie przypadkowych ludzi! Prawda, Leo?- Odwróciła się w stronę kuzyna, mając nadzieję, że ją poprze. Była bardzo zła. Zacisnęła usta i zachciało jej się płakać.-A ta świeczka?-Wskazała palcem na but Laurenta.-O-obraża cię w-widok...- Pociągnęła nosem i wierzchem dłoni przetarła policzek po którym poleciały łzy.-To pewnie sikasz p-przy zgaszonym świetle...- Powiedziała i rozpłakała się. Było jej przykro. Nie zasłużyła sobie na takie traktowanie. Ani ona, ani Leo. Myślała, że będzie mogła reklamować swój bimber, a zamiast tego martwiła się o ojca i musiała słuchać nieprzyjemnych komentarzy. To było dla niej za dużo.
-W-wy możecie nas obrażać, ale m-my nie możemy s-sie bronić?!- Pytała, wycierając dłońmi łzy.
Kiedy usłyszała kobiecy głos, odwróciła się i spojrzała na kolejnych nieznajomych.
-N-nie... tamci panowie mają zły dzień i lubią wyżywać się na innych.- Miała ochotę zamknąć stoisko. Na pewno była czerwona i spuchnięta. Biedna Sophie!


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 14.08.2024

Świeczki Mulciberów

Charlie był grzeczny. Stanowił tło dla Richarda, stał za ladą, podawał i pakował to, co kupowano, uśmiechał się i starał być tak niecharakterystyczny, jak to tylko możliwe. Miał być idealnym synem, idealnym pomocnikiem na straganie, jakby wcale nie wywołał kontrowersji jakiś czas wcześniej.

Nie mógł jednak zachować spokoju, gdy dostrzegł, że jego świeczki poszły w ruch po raz kolejny. Nie widział dokładnie całej sceny, gdy pochylał się nad skrzynką ze świeczkami.

- Tato? - Starał się zwrócić uwagę ojca, ale ten chyba zauważył już, co się działo. Charles uniósł dłoń do ust, by ukryć uśmiech, gdy mężczyzna zmiażdżył świeczkę pod butem i wdał się w rozmowę z Leonardem.

Jakieś zamieszanie działo się w innej części i Charlie może zainteresowałby się również nim, ale zwrócił uwagę na Sophie, która wyraźnie zaczęła płakać.

- Tato, pomóż im. - Poprosił, bezwiednie dotykając ramienia ojca. - Ja tu zostanę.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Electra Prewett - 15.08.2024

stoisko Potterów

Electra z zainteresowaniem słuchała słów Brenny, pomimo tego, że nie potrafiła zapamiętać nazw wszystkich składników. Zresztą, tak naprawdę nie miało dla niej znaczenia co znajduje się w perfumach; ważniejsze było wrażenie jakie wywoływał dany zapach. Była tak zaabsorbowana wąchaniem testerów, że nie zwróciła nawet uwagi na awanturę parę stoisk dalej.
Basil po chwili zastanowienia wybrał pierwsze perfumy zaproponowane przez Brennę, ale Electra dalej nie mogła się zdecydować. Z jednej strony, naprawdę podobał jej się lekki zapach niwelujący zmęczenie, ale z drugiej intensywniejsze zapachy zdecydowanie bardziej zapadały w pamięć. Zamknęła oczy i spróbowała wyobrazić sobie skojarzenia, jakie przywoływały u niej poszczególne perfumy. Pierwsze pachniały młodością i energią, Pokusa mogłaby być używana przez femme fatale z jakiegoś filmu, a orientalny zapach przypominał trochę mieszkania znajomych mugoli, którzy interesowali się wschodnimi kulturami.
Trudny wybór, wszystkie te zapachy są unikatowe. – otworzyła oczy i zwróciła się do Brenny. – Myślę jednak, że ten pierwszy najbardziej do mnie pasuje. – nie wspomniała na głos o tym, że efekt niwelowania zmęczenia może być przydatny podczas nocnych wypadów na miasto.
Perfumy te były dość drogie, ale na szczęście Electra miała jeszcze pieniądze, które dostała od matki na urodziny. W pewnym sensie można też było uznać perfumy za wydatek biznesowy, który miał pomóc w kreowaniu jej wizerunku.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Lyssa Dolohov - 15.08.2024

magiczne różności -> wyroby pani zamfir

Była wdzięczna, że nie mieli zamiaru przesadnie mieszać się w cały ten dramat rozgrywający się przy stoisku Magicznych Różności. Jedna burda na sabacie wydawała się w całości jej wystarczać. Szkoda tylko, że odsunięcie się od problemów spowodowało tylko, że pani Mulciber postanowiła sobie znaleźć jakieś nowe. Lyssa mrugnęła, przez moment przypatrując się Lorien, kiedy ta pewnym tonem zażądała uwolnienia, nawet w tym wszystkim sięgając po różdżkę. Cokolwiek jednak dalej chciała z tym zrobić, córka Dolohova westchnęła tylko lekko, chyba tym wszystkim trochę zmęczona i odwróciła wzrok.

Działo się zbyt dużo rzeczy na raz. Wcześniejsze wrzaski odsunęły się od niej, ale ostro wypowiedziane słowa Lorien i tak wywołały niewielką zadrę na umyśle młodej dziewczyny. Wiedziała, jak zwykle się to kończyło. Ćmienie głowy przychodziło szybko i niepozornie, nagle uświadamiając ją że czuje się źle, kiedy rozpędzone myśli kotłowały się pod wpływem przebodźcowanego ciała.

Czasem, kiedy się tak działo, czuła się jakby ktoś wepchnął ją do wody i ta zatrzasnęła się nad nią z dziwną, nienaturalną miękkością. Stała obok nich, ale głosy docierały z oddali, a myśli liczyły wibrysy kota którego ściskała na rękach, kiedy dłonią głaskała go po głowie w jakimś bezwiednym geście, na którym się zatrzymała, a który został niechcący zapętlony.

Niestety dla Jonathana, panna Mulciber nagle znalazła się zbyt daleko, w świecie starannie stworzonym ze swoich myśli w którym panował tak okropny chaos. Wszystko musiało więc najpierw wrócić na swoje miejsce, żeby mogła mu odpowiedź. Ba, zwrócić znowu uwagę na cokolwiek co działo się dookoła niej. Selwyn mógł tylko zauważyć, jak jej spojrzenie, utkwione w jakimś nieokreślonym punkcie przed nimi, oddala się i traci ostrość. A jeśli spojrzałby na jej aurę pewnie zobaczyłby jak jej emocje, początkowo prezentujące się w barwach lekkiej irytacji czy zdenerwowania, topnieją przybierając bardziej niemrawy wyraz. Wszystko wracało na swoje miejsce, tak. Ale czemu tak powoli.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Brenna Longbottom - 16.08.2024

Stoisko Potterów, kończę obsługiwać Basiliusa i Electrę
Brenna, absolutnie nieświadoma, jakie to podejrzenia wzbudziła w sercu biednego Basiliusa – cóż, były powody, dla których na co dzień nie pracowała u Potterów, i nie chodziło tylko o to, że nie umiała używać tych poetyckich formułek, o których wspominał Atreus – zapakowała dla niego perfumy, a potem uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy Electra wybrała pierwszą propozycję.
– Myślę, że naprawdę najbardziej do ciebie pasuje – powiedziała. – Tedy, zapakuj jedną sztukę, proszę, odbiorę zapłatę! – zawołała, bo uznała, że chociaż Basiliusowi albo będzie wszystko jedno, jak opakuje jego, a nawet jakby nie, będzie mu głupio marudzić, to chyba te dla Prewettówny dobrze opakować profesjonalnie… no i Brenna faktycznie zajęła się rozliczeniem oraz dorzucaniem im hojną ręką próbek.
Dobrze, że wybrała po prostu próbki nowego kremu do rąk, bo pewnie gdyby zdecydowała się dorzucić niedawno wprowadzony na rynek środek wybielający zęby, bo Basilius też uznałby to za jakąś aluzję.
– Udanych zakupów i miłego Lammas – stwierdziła, a kiedy obróciła się do Basiliusa, mrugnęła do niego łobuzersko. – Takiego bez żadnych wypadków- dodała jeszcze, na tyle głośno, żeby mógł w tym całym harmiderze usłyszeć, a na tyle cicho, by nie było to słyszalne dla wszystkich innych na stoisku.
Potem rozejrzała się, ale widząc, że matka z kimś rozmawia, postanowiła jeszcze moment poczekać, zanim zostanie zwolniona „z obowiązków”. Zerknęła na zegarek – miała z godzinę do odbioru kluczy, i trzy do dyżuru, powinna więc spokojnie zdążyć.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Leonard Mulciber - 16.08.2024

Mulciber Moonshine - Laurent, Flynn, Sophie, Guinevere

Bardzo zadowolony z siebie, Leonard jak gdyby nigdy nic wrócił do sączenia swojej naleweczki. Nie planował wdawać się w dyskusje z byle plebsem, bo niby jaki to miało mieć sens? Uczenie innych dobrych manier potrafiło być przyjemne, ale z doświadczenia wolał takie rzeczy robić w cztery oczy, nie w tłumie. Los chciał jednak, że koleżka poprzedniego pyszałka postanowił podejść i wygarnąć mu swoje. Jak dobrze, że w szkole spotkał całą masę podobnie przemądrzałych, lubiących uchodzić za ważniejszych niż w rzeczywistości są bubków. Świecenie mu przed oczami herbami, pierścieniami i całą masą innych, rodowych bibelotów było w Durmstrangu, zwłaszcza na etapie poznawczym i budującym hierarchie normą.
Leo uśmiechnął się leniwie. W przeciwieństwie do swojej kuzynki, nie należał do osób nadmiernie emocjonalnych. Zwłaszcza w sytuacjach, które raczej go bawiły.
- Pogratulowałbym spostrzegawczości, gdyby tylko była ona rzeczywiście trafiona - odparł lekkim tonem, uśmiechając się nawet nieco szerzej. Niemniej, jego oczy nabrały nieprzyjemnego chłodu, kiedy tak lustrował Prewetta. - Jeśli ktoś zachowuje się, jak hołota, powinien być traktowany, jak hołota. Co za szczęście, że za bezpodstawne uwłaczanie innym nie karze się już ucinaniem języka - dodał z nutką żalu. - Bo wydziedziczyć takich w końcu nie można, skoro należy się do szlamowatego plebsu.
Odpowiedział, na co miał odpowiedzieć z dostateczną dozą jadu i zamierzał na spokojnie wrócić do sączenia trunku, gdyby nie jego kuzynka. Dziewczyna ewidentnie przyjęła to wszystko zbyt do siebie. I na cóż?
Wzdychając lekko, Leonrd wstał i sam przeskoczył ladę, żeby chwycić Sophie pod jedno ramie i pociągnąć nieco do tylu.
- Sophie, Sophie. Szkoda marnować śliny. Zwłaszcza na takich, którzy bratają się z osobami wyrzucającymi z siebie przy każdym słowie więcej łajna, niż przeciętny stajenny.
Leonard sam spojrzał w stronę nieznanej mu kobiety i uśmiechnął się przepraszająco.
- Moje najszczersze przeprosiny. Przywiało tu na moment coś do szpiku kości przegniłego. Może łyczek bimberku mojej szanownej kuzynki na osłodę?