![]() |
|
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45) +---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317) |
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 19.08.2024 Południowe stragany
Zarejestrował to, że Laurent i ta opalona ślicznotka (teraz nosząca w jego głowie imię Ginny) się znali, ale to w sumie tyle - kiedy został objęty i odprowadzony na bok, cała ta scena sprzed chwili się rozmyła. Flynn nerwowo przełknął ślinę, ale to nie były niechęć ani przerażenie. Bliskość chłopaka wciąż była dla niego czymś niezwykle przyjemnym, po prostu... on się ewidentnie nie czuł dobrze, a nawet mimo podżegania tamtej kłótni to wciąż - w jego umyśle korzenie zapuszczała potrzeba czynienia blondyna szczęśliwym. Głupio by było rzucać teraz jakimiś dowcipami, bo by go pewnie bardziej rozdrażniły, niż uspokoiły. Jeszcze głupiej było przyznać się przed samym sobą, że to znowu się stało - kiedy zirytowany Prewett zsunął rękę z jego pleców, Edge momentalnie się napiął, jakby był na coś gotowy, ale na co? Na burę, na zdzielenie go z liścia, na cokolwiek korespondującego z relacją, do której wracał codziennie wieczorem i przy której kładł się spać. No, może nie od kilku ostatnich dni, ale przez ostatnich kilka lat. Znowu się nad wszystkim nadmiernie zastanawiał i nawet nie miał szansy przemyśleć wszystkiego, co zaprzątało mu teraz głowę, bo został złapany za policzek i zrobił dokładnie to, co we wszelkich kryzysach wychodziło mu najlepiej - spoglądał na niego w ciszy. Wiedział dobrze, że z rozmazanym makijażem i roztrzepanymi włosami nie wyglądał szczególnie dobrze, ale wciąż pozostawał sobą - tym samym sobą, który... nawet kiedy wkurwiał wszystkich niemożebnie, nawet kiedy doprowadzał ich do darcia się, płaczu, do ataków paniki, wyrzucania z siebie wszystkich najgorszych toksyn... nie przestawał być ich obiektem pożądania. Nienawidzili go czasami, faktycznie, ale zwykle za to, że nie mogli go mieć albo zgnieść do rozmiaru i kształtu własnych oczekiwań. Dlatego czasami wystarczyło być całkowicie sobą i spoglądać na kogoś w ciszy. Dać mu znać, że nie przeciekał mu przez palce. Że te brązowe oczy pełne głębokich uczuć i ciepła były teraz skupione całkowicie, dogłębnie, niezaprzeczalnie... na tej jednej osobie. On się teraz na boki wcale nie rozglądał. Skrócił pomiędzy nimi dystans. Nie nachalnie, ale nie pozwolił na prowadzenie tej rozmowy z odległości szerokiego kroku. - No shit. - Kąciki jego ust uniosły się w górę. Najwyraźniej naprawdę ciężko było wytrącić go z dobrego humoru, w jaki wpadł po udanej prowokacji. - Nie spodziewałem się tego, że oberwiesz rykoszetem moich słów - przyznał, ale nie przeprosił za swoje zachowanie. To nie byłyby szczere przeprosiny, bo przecież nie żałował do końca tego, co zrobił. - Chcesz, żebym cię zabrał do domu? - Oparł palce lewej dłoni na materiale jego koszuli i przekręcił głowę w bok. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 19.08.2024 Południowe stragany Nie, zdecydowanie nie było mu przykro. Nie widział tego w tych pieskich oczach, które czekały na to, żeby go wymiziać za uszkiem. Oczekiwał tego, że będzie? Chyba nie? Sam nie wiedział - wtedy wydawał się mieć wyrąbane na to, że w niego rzucają i go obrażają, teraz nic się nie zmieniło. Złe pytanie zostało zadane. Powinien pytać samego siebie, czy był do tego przyzwyczajony. Czy Flynn był przyzwyczajony do takich zachowań. Pewnie tak. Nawet na pewno. Stygmaty czasami nosiło się na czole i nie potrzeba było krwi, żeby je ujawniać. Tylko jak inni to widzieli? Laurent nie wiedział, czy tamta dwójka byli półkrwi, czy jednak czystej. Przecież nie mieli tego wypisanego na czole - wydawali mu się zupełnie nieistotnymi jednostkami w grze błękitnej krwi, ale z drugiej strony strony nie był ani nieomylny, ani nie był w stanie nadążyć za wszystkimi zmianami tego świata i wszystkimi uczestnikami tej gry. Odetchnął cichuteńko słysząc jego potwierdzenie - nie oczekiwał żadnego zaprzeczenia. To był fakt. Mógł to zignorować, ale powiedzieć, że to nie było warte reakcji? Nie znosił takiego zachowania. To, że był to akurat Edge dodawało stopni Celsjusza do rozgrzanego termometru, ale nie potrafiłby obojętnie przejść obok kogokolwiek tak traktowanego. Życie nie było sprawiedliwe, ale nie było potrzeby, by czynić je jeszcze gorszym, niż już było. Owszem, czasem wystarczyło spojrzenie. Potrafiło rozpalać, potrafiło całować bez udziału ust, potrafiło wsuwać się w najskrytsze zakamarki twojego ciała nie muskając go palcami. Słowa nie zawsze były potrzebne - i wiedział to nawet on, osoba, która lubiła mówić dużo. Różnych rzeczy. Czasami miał wrażenie, że to było już chyba na jakimś tle nerwowym. Ktoś jednak, z kim można pomilczeć i nawet nie męczy cię, żeby tę ciszę przerwać? Cisza, która nie była dziwna, nie była pusta, nie była nijaka? Bezcenne. - Myślisz, że mógłbym stać obok, jak jakiś degenerat cię obraża i jak dzieciak rzuca czymś w ciebie? - Gdyby nie to, że stali teraz tak blisko siebie, to zaplótłby ręce na klatce piersiowej. Zamiast tego złapał palcami szlufkę spodni Flynna. Być może jego osoba wystarczy do zamknięcia samego siebie w swojej strefie komfortu. - Mogłem zareagować na 10 lepszych sposobów. - Opuścił wzrok na wysokość obojczyków Edga. - Nie. Możemy zaraz iść pooglądać koncert. Muszę jeszcze dzisiaj gdzieś pójść. - Potrząsnął ręką, żeby obrócić zegarek na nadgarstku i spojrzeć na jego tarczę wiernie odliczającą godzinę. A przy tym przyłapał Divę, jak wychylała nosa spod koszulki. - Śliczny kot. - Laurent podniósł wzrok na sprzedawczynię przy stoisku wyrobów Zamfir w fikuśnej chuście, która obdarzyła ich ciepłym uśmiechem. Miłym, dla odmiany od interakcji jeszcze sprzed chwili. Pewnie ta kobieta (dziewczyna?), która do nich wyszła również była do rany przyłóż. Wyglądała na taką. Chyba też stała się ofiarą tego wydarzenia. Odwzajemnił uśmiech kobiety i przesunął wzrokiem po stoisku, ale kobieta już zajęła się następnym klientem, a on wrócił spojrzeniem do Flynna. Ach, łakocie... Laurent się jeszcze nie przekonał, jak bardzo zastępowały one Flynnowi jakiekolwiek jedzenie. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Stanley Andrew Borgin - 19.08.2024 [inny avek]https://i.pinimg.com/564x/dc/e3/f4/dce3f4f4f2277cf8720eae89816cf18a.jpg[/inny avek] Magiczne Różności - koniec afery
Tego już było za wiele i wszelkie próby zrobienia porządku z obydwoma rudymi nie przynosiły za bardzo sukcesów. W takiej sytuacji nie było innej opcji, niż ta, która mówiła "trzeba się oddalić". Stanleya też nie trzeba było jakoś szczególnie do tego nakłaniać, wszak nie widziała mu się wizyta brygadzistów przy tym stoisku. Nie miał zamiaru wchodzić z nimi w dyskusję. - Chodź Penny. Starczy tego dobrego - odezwał się do swojej towarzyszki, odstawiając ją na ziemię z dala od stoiska Olivii i Tristana. Wszystko po to, aby przypadkiem nie mogła wyrządzić dodatkowych krzywd dla tej dwójki. Bo o ile Ward starał się nad tym jakoś pilnować, tak jego koleżanka była chętna do bitki i ewentualny brak ewakuacji Weasley, mógłby zakończyć się jednym - pełnoprawną galą walk, jakimś magicznym MMA? Pomysł ciekawy, ale na kiedy indziej. Ruszył z dala od Magicznych Różności i skierował się w kierunku wyjścia z festynu. Oczywiście pociągnął za sobą Penny. Nie minęło chwila, a zniknęli gdzieś w tłumie. Kilka minut później już ich tutaj nie było i każde poszło w swoją stronę. Postacie opuszczają sesję
RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Basilius Prewett - 19.08.2024 Stoisko Potterów –> Świeczki Mulciberów
– Dziękujemy. Nawzajem – powiedział z uśmiechem do Brenny, gdy już razem z Electrą zapłacili za zakupione perfumy i odebrali od niej zapakowane paczki, ale gdy Longbottom dodała jeszcze tekst o wypadkach, nie mógł się nie powstrzymać, by nie wywrócił oczami i nie westchnąć cicho pod nosem. I oczywiście akurat w tym momencie ktoś, przechodząc obok, go tracił i szybko poszedł dalej, tak że czarodziej nawet nie zdążył zauważyć kto to był, więc tylko rzucił Brennie podejrzliwe spojrzenie, pokręcił głową i ruszył wraz z siostrą w stronę innych straganów. Ciekawe, czy gdyby dzisiaj odmówił modlitwę do Matki w prośbie o opiekę, taki układ zawierałby również pakiet ochrony przed samą Brenną, czy jednak istniały siły, którym nawet sama Bogini Księżyca nie była w stanie sprostać? Może lepiej nie ryzykować, bo jeszcze dojdzie do zachwiania jakiejś równowagi, a tego i tak mieli ostatnio za dużo po Beltane.– No dobrze – powiedział do Electry, gdy znaleźli się już w tłumie – Może chodźmy teraz do świeczek. Chyba raczej nie powinni znowu się tam bić. – Potrzebowali świecy rytualnej, a no co cóż. Stoisko Mulciberów wcześniej nie za bardzo dało mu okazję do spokojnych zakupów w momencie gdy ktoś się bił, ktoś dostawał zawału, ktoś drgawek, ktoś wstrząsu mózgu, a jeszcze inny ktoś przeszkadzał autorom w wykonywaniu ich pracy. Na szczęście teraz nie było tam żadnych afer. Ani świeczek o szczególnych kształtach, więc Basilius jedynie poprosił o rytualną świeczkę, ale zanim jeszcze zapłacił zerknął na Electrę. – Potrzebujesz jeszcze coś stąd? RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Jonathan Selwyn - 19.08.2024 Wyroby pani Zamfir
Jako, że nie wyglądało na to, aby cała sytuacja miała doprowadzić do tragedii, Jonathan ostatecznie uznał, że nie będzie ingerować i zajmie się dalszymi zakupami, chyba że nagle ktoś zacznie głośno wołać o pomoc. Zerknął na Anthony'ego i Lorien. Chyba cokolwiek się pomiędzy nimi wydarzyło zostało już zażegnane. Przeniósł spojrzenie na wystawione na stanowisku przedmioty, ślizgając się wzrokiem po dżemach i sokach, zatrzymując się nieco dłużej na bułgarskim wyrobie alkoholowym, aż wreszcie jego wzrok całkowicie spoczął na barwnych chustach. – Niesamowite, prawda? To chyba właśnie jest ta tajemnica rękodzieła, którą tak trudni jest posiąść wielu z nam. Jakże łatwo by było przecież wziąć taki wzór i zrobić z niego coś kiczowatego, a tu jednak widać pewność ręki i umysłu w dobieraniu kolorów i odpowiednich ornamentów. Chyba najbardziej podobają mi się te czerwone, chociaż żółte też mają w sobie coś wspaniałego. To chyba jest jedna z największych skaz naszego drogiego brytyjskiego społeczeństwa. Wielu czarodziejów wychodzi z założenie, że ich stylizacje powinny być kolorystycznie spójne, utrzymane w podobnych barwach, kiedy tak naprawdę zupełnie ignorują przez to fakt, że kontrastujące kolory, oczywiście w odpowiedniej ilości, również tworzą spójną estetykę, jak właśnie na tych chustach – gadał, przyglądając się każdej z tkanin, posyłając przy tym uśmiech sprzedawczyni i zawahał się na chwilę zastanawiając się, czy miał w ogóle komu kupować taką chustę, a przecież wypadało skoro już tyle o niej mówil, a potem poprosił o jedną z nich, czerwoną, wraz z kilkoma słoiczkami dżemu i dwiema butelkami rakiji, aż wreszcie zerknął na Lyssę, by coś dopowiedzieć i zmarszczył brwi. – Wszystko w porządku moja droga? – spytał i nawet nie czekał na odpowiedź, by spróbować rzucić okiem na jej aurę. Zerknam na aurę Lyssy (Percepcja III) [roll=Z] [roll=Z] RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Thomas Hardwick - 19.08.2024 Stoisko Nory Thomas doskonale sobie zdawał sprawę, że to on zawalił całą sprawę tym razem i kobieta, przed którą uciekał jak najbardziej miała prawo nakopać mu w jego głupie dupsko. I bał się właśnie tego, że kolejne spotkanie skończy się po prostu kolejną dawką cierpienia i ostatecznym potwierdzeniem jego wielkiej głupoty. Bał się stracić czegoś, co pewnie było już skończone, choć nieoficjalnie. Bał się spojrzeć w oczy wiedząc, że mógł w nich widzieć tylko nienawiść. Chciał by wszystko po prostu poszło w zapomnienie. Nie zwierzał się jednak z tego. Nie dziś, nie przy przypadkowej złodziejce, której darował konieczność wizyty Departamencie, mając zamiar po prostu dobrze się bawić. - Czyli co, wolisz działać solo? Nie brakuje ci, by ktoś ci pomagał w ewentualnych ucieczkach? - Nie bardzo wiedział, czemu o to pytał. Chyba z jakiegoś powodu chciał ją po prostu poznać. Był jej ciekawy. - Słuchaj, jak mi przestanie iść po tej dobrej stronie, zawsze jak widzisz mam jakieś perspektywy. Na razie jednak nie mam zamiaru zmieniać pracy, dobre warunki i pewna pensja, mało podejrzane zabezpieczenie medyczne, dostawa ciastek do biura, brak nudy, nie mogę narzekać. - Wyszczerzył się. - A ty masz jakieś inne hobby poza polowaniem na biedne, samotne sakiewki? - Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale kompletnie się tym nie przejmował. Według wiary jego rodziców powinien tam trafić za samo czarowanie, które było wplątane aktualnie w każdą jego dziedzinę życia. Było więc już po ptakach. Prychnął rozbawiony, gdy usłyszał komentarz co do jego uwielbienia pączków. - Słuchaj, są stereotypy z którymi warto walczyć, a są i takie, których nawet nie próbuję ruszać i robię z nich wymówkę, gdy najdzie mnie na coś słodkiego. - Mrugnął do niej, szczerząc się przy tym. Zastanowił się nad jej komentarzem co do przedstawicieli jego płci i musiał się skrzywić. Tak, zdecydowanie mężczyźni częściej rzucali takie komentarze. - Nie mam nic na obronę gatunku męskiego. Jesteśmy czasem tępymi świniami. - Westchnął, wyraźnie speszony. Wzięli swoje jedzenie, po czym Thomas zaprowadził ich gdzieś na ubocze, by mogli spokojnie zjeść. Przyglądał się, jak włosy Bonnie przybrały czerwoną barwę, nie mogąc się nie uśmiechnąć. - Ognisty temperament? - Rzucił, wskazując na jej głowę, po czym sam spróbował znaleźć coś, w czym mógłby się przejrzeć. - Jaki ja mam kolor? - zapytał, znajdując w końcu łyżeczkę. Zaśmiał się na widok białych włosów. - Teraz pewnie powiesz, że przybyło mi lat? - Zaśmiał się, by zaraz skupić się na pączkach. Trudno było zdecydować się na jedne, choć miał swoich faworytów. - Lemon custard, truskawkowe i z polewą kawową zdecydowanie są gdzieś na podium, ale trudno mi zdecydować które są najlepsze. A ty? Masz jakieś ulubione smaki? - zapytał, popijając swoją lemoniadę. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Viorica Zamfir - 19.08.2024 Stoisko z biżuterią Viorici Ciągle odkrywali przed sobą kolejne karty, przynajmniej te, których nie trzymali zbyt blisko siebie, powoli poznając się nawzajem i poznając swoje małe tajemnice. Podobało się to Vior. To ile jeszcze mogła się o Cedricu dowiedzieć, jak wiele jego cech odkryć, choć nieco bała się pokazywać prawdy o sobie. Mężczyzna jednak ją ciekawił, co pewnie mogło być nie takie oczywiste. Każde spotkanie sprawiało, że odkrywała jego kolejne warstwy, które były poukrywane pod warstwą zmęczonego lekarza pracoholika. Wiedział, że jest ich wiele, pokazała ro ta cała przygoda w barze i ranek po niej. Ciągle jednak czuła, że jest tego więcej i więcej. I całkiem jej się to podobało. Nie wiedziała czego do końca chce w kwestii ich dwójki. Ale czuła, że powinna w to brnąć, choć miała wiele głosów w jej głowie, które krzyczały, że może to nie najlepszy pomysł. Rozsądek jednak rzadko kiedy zwyciężał, gdy znalazła coś co przykuło jej zainteresowanie. Było tak z ludźmi, przedmiotami a także możliwościami. - Wyobrażam sobie, że skoro ledwo docierasz pod drzwi własnego domu to ciężko znaleźć czas na przygotowanie wartościowego posiłku. Dobrze, że macie w szpitalu stołówkę, bo pewnie znaleźliby cię gdzieś zasuszonego w którejś z sal, bo stwierdziłby czas, że szkoda ci marnować czas na jedzenie w innym przypadku. - Wywróciła oczami. Nie, żeby sama odżywiała się regularnie i zdrowo, choć ona przynajmniej miała anioła stróża w postaci bułgarskiej pani domu za plecami, który sprawdzał, czy aby na pewno jej dziecko jako tako funkcjonuje chociaż w tej kwestii. Postanowiła jednak przestać na razie dręczyć Cedrika w tej kwestii. - Nie jestem wybredna, szczególnie jeśli jedzenie jest darmowe. No, powiedzmy, bo w zamian za ugotowanie czegoś dobrego mogę zmywać i ogarnąć kuchnię. Ewentualnie pomóc, jako pomagier nawet się sprawdzam. - Mrugnęła do niego, z delikatnym uśmiechem. Podobała jej się ta wizja. Szczególnie, jeśli ubrała w niej Cedrica w fartuszek. Pozwoliła nawet myślom zajść na chwilę dalej, szybko jednak ja opanowała, wracając do cywilizowanej rozmowy. No, przynajmniej przez jakiś czas. Czasami się zapominała. Pędziła przed siebie, robiła co chciała i jak chciała, nie patrząc na to, że innym może się nie koniecznie podobać to, co i jej. Lubiła ciągnąć innych ze sobą biegnąć często pod prąd, nie bardzo pamiętając o tym, że czasem było to dla innych zbyt wiele. Albo wcale nie chcieli się wybierać tam gdzie ona. I musiały jej o tym przypominać takie sytuacje jak ta z tym wiankiem. Było jej trochę przykro, ale z drugiej strony sama nie pomyślała w tym wszystkim o Cedricu, któremu zamiast sprawić przyjemność, przyniosła dyskomfort w całej tej sytuacji. I najgorsze, że zamiast jej o tym powiedzieć to próbował udawać że nic się nie stało, jak gdyby nie spodziewał się, że zrozumie. Bo naprawdę potrafiła. Może teraz o tym chociaż wiedział. Losowanie było całkiem udane, choć patrząc na mikstury które miała w rękach poczuła się trochę nieswojo. Szczególnie dwie był chyba trochę zbyt potężne na to co można było zdobyć na festiwalowej loterii i wolała nie myśleć kto jeszcze mógł je dostać w swoje ręce. I do czego wykorzystać. Przygryzła wargę, wracając od koła fortuny do stoiska. A potem odsłuchała raportu z chwili gdy jej nie było i uśmiechnęła się, już szczerzej. - Poszło ci całkiem dobrze. Jeszcze się okaże, że z tą twarzą zarobisz więcej niż ja - wyszczerzyła się w końcu, ciesząc się, że mogli już odejść od sprawy tego felernego wieńca i skupić się na innych rzeczach. Na przykład jak nie zdradzić, że w swoich rękach miała teraz bardzo niebezpieczne mikstury. - Szczęście przyniosło mi zapas eliksiru chroniącego przed ogniem. W razie pożaru będę mogła robić za bohatera, czy coś. - Zdradziła tylko część swojej zdobyczy, sprawnie chowając veritaserum i eliksir zapomnienia przed wzrokiem Lupina, podając mu do ręki wspomnianą przez nią fiolkę. Dobrze, że mieli przed sobą inne atrakcje. Jak na przykład reporter, który pojawił się przy jej stoisku. Przybrała profesjonalną i miłą twarz, jedną z wielu które miała przygotowane na podobne okazje i nieświadomie poprawiła włosy, przygotowując się do rozmowy, która miała nadejść. - Dzień dobry, Viorica Zamfir, właścicielka tego stoiska - również się przestawiła. Cedric mógł zauważyć, że ukryta pod blatem ręka zaczęła skubać nerwowo jego drewno. Była to okazja, jedna z wielu, których nie zamierzała przegapić by znów się rozreklamować. Kolejna z nadziei na to, że jakoś zepnie te cholerne życie i poprowadzi je w dobrym kierunku. Choć dalej miała tak wiele wątpliwości, czy da radę. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 19.08.2024 Południowe stragany
Przekręcił głowę w bok, najwyraźniej bardzo zadowolony z tego, jak potoczyły się te wszystkie sprawy. Może nawet by to jakoś skomentował, bo zdawało się, jakby rozchylił już usta, żeby coś spomiędzy nich wydusić, ale przerwała mu sprzedawczyni. Chciał mu powiedzieć, że nawet pomimo paskudnego doboru słów, od którego aż miał ochotę iść się umyć (co było bardzo zabawne, mając na uwadze, jak bardzo cuchnęło od niego potem), to bronienie go w ten sposób było całkiem urocze. Może nie perfekcyjne w jego własnych oczach, ale w tych słodkich oczach, które Flynn w niego teraz wlepiał, wybrzmiewało bardzo głośno - w sumie walić te dziesięć lepszych sposobów, każdy człowiek czasami wybuchał i zaliczał potknięcia, no ale... Nie będzie go głupek napełniał takimi myślami przy jakiejś losowej staruszce. Zdał sobie sprawę z tego, że przy ich poprzednich spotkaniach był strasznie wyszczekany, ale teraz każde spotkanie z kimś obcym skutecznie zamykało mu gębę. Te chwile pewnie obiorą go z resztek jakiegokolwiek mistycyzmu, o ile cokolwiek z nich jeszcze się tam ostało po samookaleczaniu się w jego wannie. Cóż, taka była właśnie cena poznawania osób, które się idealizowało - z każdą kolejną spędzoną przy nich sekundą stawali się coraz bardziej ludzcy, a ludzie mieli to do siebie, że wiele brakowało im do stania się idealnymi bohaterami literackimi. Flynn bardzo często nie wiedział, co mógłby w danej sytuacji powiedzieć. Jeszcze częściej nie wiedział, co powinien powiedzieć. Odpowiedzi na szeregi zadawanych sobie w głowie pytań pojawiały się zwykle dużo później - najczęściej kiedy próbował zasnąć i wspominał swój dzień, wszystkie te niedociągnięcia, niewykorzystane okazje na błyskotliwy komentarz. Który kot? Istniało wiele głupich rzeczy, jakimi zechciałby tutaj rzucić, ale nie mówił nic. Jego też to wszystko męczyło, ale było to odroczone w czasie. To było to, co przeżył tutaj Laurent? To co większość ludzi przeżywała w starciu z samymi sobą pod prysznicem? Kiedy Prewett powrócił do niego spojrzeniem, Flynn uśmiechał się szerzej. - Okej - rzucił w zastępstwie szkoda, będącego zapewne lepszym ujęciem tego, co czuł wiedząc, że ich drogi niedługo się rozejdą. Nie było go w planach na dzisiejszy wieczór. - Chociaż tobie przydałyby się teraz lepsze nuty niż piosenki tej laski. Znasz tą, która idzie you're watching yourself, but you're too unfair, you got your head all tangled up, but if I could only make you care mhmm - zabujał się, całkowicie świadom tego, jak cicho i niewyraźnie to zanucił. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 20.08.2024 Południowe stragany Zaczął się rumienić pod tym spojrzeniem. Miał ochotę burknąć "no co?", tak całkowicie nieelegancko i już całkowicie pieczętując swój los kompletnego odklejeńca. Nie mógł nawet się wytłumaczyć, że był pijany. Nie był. Był zbyt trzeźwy na to, żeby zaliczać dzień taki jak ten w ten sposób, a kiedy już niemal sądził, że może się podziać coś lepszego to działo się coś takiego jak to sprzed chwili - bluzgi, wyzwiska, nienawiść. Sinusoida. A Flynn w tym wszystkim? Na pewno nie był tą białą, prostą linią. Linią był, ale poszarpaną, ostrą, wokół której oscylowanie było trudne. Laurent chciał zrozumieć, poznawać, drążyć, ale nawet na to nie miał przyzwolenia od tego człowieka. I to było zupełnie bez sensu, bo potem Crow spoglądał na niego właśnie w ten sposób i nie rozumiał, co się dzieje, albo rozumiał to tak, jak mógł - że słodkie słówka i manipulacje mają tylko jeden cel, całkiem oczywisty. W porządku. Tylko nie rozumiał, dlaczego przy tym nie chciał go dopuścić do siebie. To przez tego Wróżbitę, z którym dzielił wóz? Wolał się dystansować, a otworzenie się równałoby się z porażką na tym polu? Flynn był słodszy, niż mu się wydawało i zyskiwał więcej, niż sądził przy tym poznaniu. Mistycyzm, bajki - Laurent je tworzył i o nich opowiadał, ale nawet w jego bajkach nie istniały doskonałości. Koniec końców była rzeczywistość, która nie pozwalała bajkom trwać. Nie było tu księżniczek, rycerzy - mieliśmy chociaż smoki, ale nie takie, o jakich opowiadano. Laurent zawsze wynosił ludzi wokół siebie na piedestał, nie ważne, jak długo ich znał, bo w jego oczach ci ludzie błyszczeli. I Edge też potrafił błyszczeć. Jeśli tylko sobie na to pozwalał. Nie znał tej piosenki. Próbował pociągnąć jej nuty dalej w swojej głowie, jej tekst, zastanawiając się, czy to jedna z mugolskich piosenek. Niektóre z nich znał sam, ale nie było co porównywać się do osoby, która o mugolach wiedziała tak wiele jak Flynn. I ta piosenka rzeczywiście by się przydała, przynajmniej ta część wypowiedziana przez Edga. Wyśpiewana? Musiał się mocno skupić na tych słowach, niektórych bardziej się domyślił niż je faktycznie usłyszał. - Całe szczęście, że wolę oglądać ciebie niż siebie. - Podłapał ten uśmiech i odpowiedział na niego swoim własnym. - I już się o ciebie troszczę. - Czasem sprawianie, żeby ktoś troszczył się bardziej było już tą toksyną, która niszczyła relacje. Flynn był w tym przecież mistrzem. - Niestety nie znam tej piosenki. Naucz mnie. - Laurent sobie nie zdawał nawet sprawy, jak specyficznie jego anielski, sopranowy w sowich najwyższych tonach głos brzmiałby w piosence Davida Bowiego. Ruszył w kierunku ostatniego straganu, na który chciał zerknąć, ale to już z czystej uwagi na to, że był w centrum zamieszania, a martwił się o Charlesa. RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Richard Mulciber - 20.08.2024 Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber
Nie musiał przypominać, ale to zrobił. Wiedział, że Charles nie jest już dzieckiem, ale błędy popełniał. Nie robił tego co prawda złośliwie. Może z ojcowskiej troski? - Tak wiem. Ale nie mogę w każdej sytuacji interweniować. Leonard także musi nauczyć się nad sobą panować.Wiedział, do czego nawiązywał Charles. Jeden i drugi przecież uczyli się interakcji społecznej w kontakcie z różnymi klientami. W Norwegii było inaczej niż jest tutaj. Skandynawia miała inne spojrzenie na sprawę mugolaków, nie akceptując ich zbytnio wśród czarodziei. Nawet na pracę w ich społeczności nie mieli co liczyć. Odpowiadając młodszemu synowi, spojrzał w jego kierunku, dostrzegając iż jego spojrzenie bardziej chyba utkwiło w oddalającym się Prewettcie. O tyle dobrze, że nie ruszył się z miejsca i nie pobiegł do czarodzieja. Jeszcze tego by brakowało, że i on mu coś powie. Nie przypuszczał, że jego młodszy syn spotkał go osobiście. Gdyby się jednak ruszył, musiałby go powstrzymać. Wzrok skierował na Basiliusa, który pojawił się przy ich stoisku ponownie. Zareagował, kiedy usłyszał jego pytanie, skierowane do najpewniej swojej towarzyszki. Nie spodziewał się, że tutaj wróci. Doceniał jego uzdrowicielską pomoc, kiedy niespodziewanie mieli tutaj zamieszanie i poszkodowanych. Na ich stoisku było już spokojnie. - Obsłuż klientów.Polecił Charlesowi, dając mu przestrzeń, dał mu szansę. Danie mu zajęcia, też odwróci jego uwagę od tego, co wcześniej miało miejsce w sąsiednim stoisku. Sam z kolei spoglądał w stronę drugiego stoiska, czy u Sophie i Leonarda było już na prawdę spokojnie. Czy rzeczywiście nie potrzebowali jego interwencji. |