Secrets of London
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45)
+---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317)



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Dora Crawford - 24.08.2024

magiczne różności -> stoisko potterów

Dora drgnęła, trochę jakby wytrącona z jakiegoś dziwnego transu, w którym do tej pory się znajdowała. W międzyczasie odsunęła się trochę od stroiska Olivii i Warda i bardzo dobrze, bo w pewnym momencie zrobiło się tam małe piekiełko. Weasley wykłócała się z właścicielką stoiska, ale Crawley absolutnie nie zamierzała specjalnie nadstawiać temu ucha, ani też brać w tym udziału. W końcu więc podreptała dalej, wciąż nieco zahukana, docierając wreszcie do stoiska prowadzonego przez Potterów.

Zajrzała do środka, spojrzeniem szybko wyłapując Tediego, ale i też... Brennę. Longbottom akurat nie spodziewała się tutaj zastać i na chwilę przez głowę przebiegła jej myśl, że może powinna czym prędzej wrócić do warowni, ściągnąć zmieniający kolor włosów eliksir i nigdy nie wspominać o tym święcie żniw. Ale przecież kupiła jej prezent, no i jeszcze nie tak dawno dawała popis swoich umiejętności na scenie.

Dlatego uśmiechnęła się, ale trochę tak niepewnie, i podeszła do Brenny.
- Bren, mam coś dla ciebie - oznajmiła z pełną nieśmiałością, bo nie powinna tutaj być. Przynajmniej nie wyglądając w ten sposób i doskonale o tym wiedziała. Ale mimo tego wyciągnęła z torby wcześniej kupioną na stoisku Viorici broszkę - Kupiłam na stoisku dziewczyny Cedrica. Patrz jaka ładna!


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Electra Prewett - 24.08.2024

Stoisko kowenu -> postać opuszcza kiermasz

– Jeszcze jak! – posłała bratu znaczące spojrzenie. Dobrze wiedziała, że mama nie obraziłaby się za żaden prezent związany z kowenem, nieważne jak kiczowaty. A już na pewno nie będzie narzekać na taki kalendarz, skoro kapłani stanowili ulubiony temat podczas jej cotygodniowych spotkań na ploty z koleżankami. Zresztą, po tylu latach małżeństwa bez miłości, zasłużyła sobie na powieszenie zdjęcia atrakcyjnego faceta na ścianie.
Electra mimochodem zerknęła na zegarek. Na brodę Merlina, jest która godzina? Spacerując po kiermaszu wcale nie czuło się upływu czasu, ale zrobiło się już późno. Biorąc pod uwagę, że wypadałoby jeszcze się ogarnąć przed wizytą u mamy, była najwyższa pora na powrót do domu.
– Chyba powinniśmy się już zbierać... – zerknęła na Basila. – Jeśli chcesz możesz jeszcze zostać, ale ja wolę wrócić teraz do domu. – nie mogła przecież odwiedzić mamy w swoim obecnym stroju.
Po zapłacie za zakładkę podziękowała kapłanowi i pożegnała się z bratem, by następnie ruszyć żwawym krokiem w stronę ich kamienicy.
Postać opuszcza sesję



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 24.08.2024

Południowe stragany

Odpowiedzią na ten rumieniec był kolejny, tym razem ciepły uśmiech. To musiało brzmieć bardzo, bardzo źle w kontekście tego, jak się zachowywał, ale naprawdę uspokoiło go to, że miał na Prewetta taki wpływ. Wciąż. Mimo tych wszystkich paskudnych słów, mimo potraktowania go jak jakiejś pobocznej opowieści w historii swojego wielkiego romansu, o którym mówił w tak pompatyczny sposób, zupełnie jakby nie spał teraz na kanapie siostry i nie zastanawiał się nad tym, czy trzecie z rzędu uderzenie w twarz nie przekreślało szans na te jego wymarzone, szczęśliwe zakończenie. Przyciągał go do siebie i odpychał, wplątując blondyna w swoją okropną sieć manipulacji. Czasami świadomie, czasami nie. Sam się już w tym gubił, w tym czego chciał i czego potrzebował też. Przyjaźń, tak? Chciał być jego przyjacielem, jeszcze przed chwilą tak żywo o tym myślał - o braku emocji i spokoju w związku z tym, jak miało układać się to, co pomiędzy nimi rosło.

Najwyraźniej z nim nic nie miało być proste.

Wciąż miał wrażenie, że gdyby zobaczył Prewetta z kimś innym, serce pękłoby mu tak samo, jak gdyby zobaczył z kimś innym innego faceta wplątanego tę sieć. To było głupie - mówić, że się kogoś nie chce, a jednak zwijać się na samą myśl o powodach do zazdrości. Sophie Mulciber nie była w oczach Crowa słodka. O jedno mrugnięcie za dużo. O sekundę za długie spojrzenie. Myślał o niej źle, bo przecież...

Zaczesał włosy za ucho, śmiejąc się pod nosem i przygryzł wargę.

- Byłoby miło, gdybyś podzielił się z samym sobą wyrozumiałością, jaką dla mnie masz. Nigdy jeszcze nie widziałem cię tak złego, wyglądałeś całkiem hot.

Ale to naucz mnie? W tym hałasie, w tym tłoku, w tym ścisku. Przy innej melodii docierającej teraz do ich uszu. Nie było mowy, żeby rozdzielił swoją uwagę aż tak bardzo - na pewno nie kiedy pozostawał skupiony na otaczających ich ludziach i potencjalnie płynących od nich zagrożeniach.

- Nie - rzucił całkiem swobodnie jak na wcześniejszy poziom drżenia głosu - ale mogę powiedzieć ci, skąd ta piosenka jest. Z The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars Davida Bowiego. Mugola. - Doprecyzował jego pochodzenie, bo to zawężało listę sklepów, w których można było potencjalnie dostać jego płytę lub kasetę. Czy zależało mu na tym, żeby blondyn go posłuchał? Nie wiedział. Uszczknął mu jednak jakąś część siebie - bycie cool jak Bowie stało się w to lato jedną z najważniejszych rzeczy definiujących go poza licznymi romansami. Do tego stopnia, że rozważał zmuszenie kogoś do kupienia mu biletu na najbliższy gig piosenkarza, tylko jeszcze nie wymyślił żadnej sensownej okazji - na szczęście wciąż istnieli ludzie, którzy tej okazji nie potrzebowali. - Ale ostrzegam, że to piosenka o upadku człowieka.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Lyssa Dolohov - 24.08.2024

Stanowisko Pani Zamfir

Lyssa drgnęła, a ospałe spojrzenie podniosło się na Selwyna powoli, jakby dziewczyna nie do końca pojęła co do niej mówił, albo że w ogóle to zrobił. Do tej pory wpatrywała się w punkt gdzieś przed nimi, zawieszony między straganami, nawet nie spojrzawszy na rozłożone u pani Zamfir barwne chusty. Była teraz zaledwie owieczką podążającą za resztą wycieczki i wcale jej to nie przeszkadzało, bo lepiej tak niż gdyby miała tkwić sama w tłumie, nagle zamknięta sama w sobie i odcięta od wszystkiego innego.
Brązowe oczy wreszcie zmrużyły się, a brwi ściągnęły delikatnie, kiedy pokręciła głową i uśmiechnęła się do mężczyzny przepraszająco, lekkością tego gest zbywając swoją dotychczasową nieuwagę.
- A... tak. To nic takiego. Przepraszam, po prostu się zamyśliłam. To czasem mi się zdarza - ale mimo że jej świadomość znowu wypełzła na światło dzienne, Lyssa z właściwą dla siebie umiejętnością ignorowania otoczenia, nawet nie spojrzała na materiały wyłożone obok nich czy butelki proponowanego alkoholu. Jakby z góry wiedziała, że absolutnie jej to nie zainteresuje. Z resztą, przyszła tutaj z ciekawości, ale już rano szykując się do wyjścia wiedziała, że to nie była zabawa dla niej. Beltane wciąż tkwiło gdzieś głęboko i napawało niepokojem. - To prezent dla kogoś czy dla siebie? - zagadnęła go, wskazując na kupioną przez niego, czerwoną chustę.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 24.08.2024

Świeczki i kadzidła rodziny Mulciber

Nie kłamał, kiedy mówił, że to wspaniałe mieć tak wielkie serce wypełnione po brzegi umiłowaniem. Za to kłamał w całej otoczce tego. Że jemu to nie przeszkadza? Owszem, nie przeszkadzało, dopóki sam trzymał bezpieczny dystans od tego uczucia. Mógłby go pokochać, ale nie miał odwagi wyciągania do niego rąk, kiedy granica była tak wyraźnie postawiona. Zbyt wiele razy się sparzył, zbyt wiele razy to fizycznie wręcz bolało i zamiast wypoczętym to budziłeś się... albo nie mogłeś zasnąć, bo krew była wszędzie, wszystko nią śmierdziało, bo wszystkie te dziwne i niedorzeczne wydarzenia, jakie miało się w głowie przykręcały gwóźdź do trumny spokoju. Ty nie leżałeś razem ze Spokojem w tej trumnie. Los nie był na tyle łaskawy, och nie! Ból. Dobrze, że Fleamont zachował wtedy na tyle przytomności, żeby na tamto pytanie odpowiedzieć, bo nie dawałoby mu to spokoju. I tak zaprzątało myśli. Co było takiego w bólu, że ludzie go poszukiwali. Co w nim widzieli. Dlaczego go pragnęli. Ta noga Flynna pewnie bolała go nawet teraz. Albo i nie bolała, bo może dali mu eliksiry - taką miał nadzieję. W tym korkociągu wydarzeń jakoś nawet się nad tym nie zastanowił, kiedy wędrowali przez te stragany i dotarło to do niego dopiero teraz, kiedy pomyślał, że chyba w tym wydaniu go jeszcze nie widział. Bo pomyślał też o wydaniach, w jakich go widział. Ale czy ktoś, kogo coś boli, może się TAK zachowywać? Tańczyć? Spacerować po całym Lammas z kotem w koszu?

- Trzeba się bardzo postarać, żeby mnie w takim stanie zobaczyć. A Lammas bardzo się o to stara co kilka kroków. - Mógłby się zawstydzić za nazwanie go "hot"? Mógł, bo zawstydził się teraz. Całkowicie wyjątkowo - i do tego lepiej też się nie przyzwyczajać, bo jego "zawstydzenia" były pruderyjne. Och zgrozo, ktoś kiedyś mógłby powiedzieć, że po prostu fałszywe. Ale ludzie to lubili, zdawał sobie z tego sprawę, a przynajmniej szukali tego w nim - delikatności w każdym odruchu, słowie i geście. Tutaj natomiast zawstydzenie nie pochodziło z samego komplementu, a raczej do tego, co było jego sednem. To było w jego głowie raczej żenujące, że stracił nad sobą kontrolę i sobie pozwolił na takie zachowanie.

Pokiwał automatycznie głową, kiedy usłyszał tytuł, chcąc go zapamiętać, ale kiedy zostało dodane, że to mugol, trochę zrzedła mu mina. Nie dlatego, że TO MUGOL. Dlatego, że poruszanie się po świecie mugoli było straszne. Obce. Czasem wędrował do poznanego poety podczas nocy Słońca i Księżyca, a to i tak był "damage control".

- Musisz mnie w takim razie zaprowadzić gdzieś, gdzie można to nabyć. - Właściwie to wcale nie musiał, ale Laurent powiedział to nieco szybciej, niż pomyślał, bo przecież jeśli ktoś miałby mu umożliwić dostanie się do płyty pana Bowiego, to proszę bardzo - Flynn, prawda? - Bo jak rozumiem nie posiadasz jego płyty? - Zainteresował się od razu. - Och, więc idealnie. - Uśmiechnął się enigmatycznie, trochę rozbawiony ostrzeżeniem, ale jednocześnie wcale nie było mu do śmiechu.


Właściwie nie zauważył nawet dobrze tego, że rozminął się ze swoim kuzynem, któremu towarzyszyła urodziwa niewiasta, kiedy jego wzrok spoczął na Charlesie. Charlesie, do którego uśmiechnął się ciepło, z wdzięcznością wręcz. A za co ta wdzięczność? To rodzaj ulgi - wdzięczność do Matki, że nic się temu chłopakowi (już mężczyźnie!) nie stało i chyba nawet włos mu z głowy nie spadł przy tym zamieszaniu.

- Dobry wieczór, Charles. - Nie trzeba było być geniuszem, żeby nie wyłapać zmiany w głosie Laurenta - na słodszy, jakby zaraz miał szeptać na uszko i uderzać gorącym oddechem w szyję. Nie zamierzał się tu na dłuższy moment zatrzymywać - mieli w końcu koncert do obejrzenia.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 25.08.2024

Stoisko Mulciberów

Charles nie zatrzymywał ani Basiliusa, ani jego uroczej towarzyszki. Gdy puściła mu oczko, uśmiechnął się do niej nieco szerzej, nie odwracając wzroku.

- Dziękuję. - Powtórzył, odprowadzając ich spojrzeniem. Gdzieś we wnętrzu poczuł dziwną potrzebę, tęsknotę za osobą, z którą on sam mógłby odwiedzać stoiska na Lammas, kupować jej drobiazgi, rozpieszczać, żartować...

Lecz tymczasem pojawił się Laurent, a wraz z nim rumieniec na twarzy, ciepło w klatce piersiowej i to dotąd nieznane, dziwne uczucie, którego Charles nie potrafił nazwać. Powróciły wspomnienia gryzącego dymu i błogiego odprężenia, słodkiej pieśni i miękkiej wargi pod palcem. Charlie zapomniał o świeczkach, o ojcu tuż za nim i całym świecie, który go otaczał. Czemu miałby się na nim skupiać, skoro przed nim stanął Laurent?

- Laurent! - Ucieszył się, opierając dłonie o blat swojego stoiska. W zaciśniętej dłoni wciąż miał monety, które chwilę wcześniej dał mu Basilius, lecz te zostały zapomniane. - Dobry wieczór. Dzisiaj bez pieska? - Zagadnął, a jego wzrok powędrował ku towarzyszącemu mu mężczyźnie. Nie znał go, ale czy to nie on wdał się w dyskusję z Leonardem i Sophie? - Mam nadzieję, że mój brat i kuzynka nie sprawili wam zbyt wiele przykrości. - Strzelił spojrzeniem w bok, ku stoisku z alkoholem. Chciał mieć pewność, że Leo nie zaszarżuje na nich, by bronić czci braciszka! - Mogę coś podać? - Dopytał, przypominając sobie, że przecież po to tu był. Interesy ponad wszystko. - Mogę zaproponować próbki naszych wyrobów, jeśli jesteście zainteresowani?

Nie miał pojęcia, ile o Laurencie wie Edge. Wolał nie zakładać, że nieznajomy zdaje sobie sprawę z zakupów Laurenta w Olibanum.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Richard Mulciber - 25.08.2024

Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber

Możliwe, że gdyby podszedł, złagodziłoby to napiętą sytuację przy stoisku Sophie. Richard uważał jednak, że Leonard w takiej sytuacji także musiał odrobić swoją lekcję odpowiedniego zachowania. Nie zignorował przecież tego, co sam widział. Obserwował. Zaznaczył, że jeżeli zostaną przekroczone pewne granice, wtedy odpowiednio zareaguje.

Nie kontynuowali tematu, gdyż pojawili się klienci dokonując zakupów. Pozwolił Charlesowi się nimi zająć. Wysłuchał ich wymiany zdań, a po chwili odprowadził wzrokiem, oddalających się do dalszego od nich stoiska.

Długo z synem nie pozostał sam przy straganie rodzinnym, gdyż pojawiali się kolejni. Tym razem osoby, które jakąś chwilę wcześniej, narobiły trochę zamieszania przy stoisku z cytrynówką. Co ciekawe, Laurent i Charles, znali się.
Podszedł bliżej, stając obok syna.

- Dobry wieczór.
Przywitał ich również. Nie podejmował tematu, który poruszył od razu jego syn. Może przy okazji dowiedzą się, o co poszło? Poznają wersję wydarzeń ze strony tych, którzy najpewniej byli winni jego zapoczątkowania?
Charles dobrze podchodził do rozmowy, z oferowaniem próbek ich wyrobów.

Laurent. Laurent Prewett. Im dłużej mu się przyglądał, nie z powodu jego uroku osobistego, a pod względem tożsamości, przypomniał sobie skąd go kojarzył. Nie robił z nim osobistych interesów a bardziej jego brat Robert, to jednak jego wizerunek był mu znany, kojarzony, jednego z wydań lipcowego Proroka Codziennego. Wywiad z Laurentem Prewettem, odnoszący się do wydarzeń na Beltane. Interesujące.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 25.08.2024

Południowe stragany

- A jednak wciąż biegniesz do przodu. - Do tych straganów. Po co? Crow tego nie rozumiał, przynajmniej jeszcze tego nie rozumiał. - Nie wolisz postać ze mną w miejscu? - Nie pozwolił mu zabrać się do domu, bo musiał gdzieś jeszcze iść - szkoda. - W sensie, do sklepu z płytami? Mam kasetę. Słucham muzyki w aucie. - Jednocześnie chciał słuchać z nim muzyki, do tego słuchać jego muzyki - muzyka była ważnym elementem jego egzystencji, o wiele ważniejszym niż Laurent mógł się tego spodziewać - to było dobre, to napełniało pozytywnymi emocjami. Nadzieją, której nie powinien czuć.

Na szczęście dla jego permanentnie paskudnego samopoczucia, nie potrzebował wiele, aby całkowicie zmienić nastawienie. To akurat działało u niego bardzo prosto - nie obchodziły go już ciepłe słowa sprzed chwili, niby-nieśmiałe komplementy, czekoladki, wspólny występ, towarzystwo, dawanie mu bilecików na loterię - wszystko co go teraz interesowało to to, że Laurent mówił do tego chłopaka słodkim głosem, a tamten od razu zaczął się czerwienić.

Crow nie odezwał się już ani razu. Sytuacja była oczywista, a on od razu dopisał sobie do niej jeszcze więcej, szczególnie rzeczy zaciskających mu serce - miał niesamowity talent w budowaniu narracji tak, żeby jak najmocniej sobie dojebać. W tej scenie stał więc w tle, nie przywitał się, nawet nie skinął głową. Nie mógł rościć sobie praw do człowieka, którego sam odrzucił, ale nic w ich relacji nie było logiczne, a już na pewno nie targające nim we wszystkie strony emocje. Sophie to było lekkie uszczypnięcie, Charles był uderzeniem pięścią w twarz. Crow wpatrywał się w niego zza opadających na twarz loków, ewidentnie smutny i rozczarowany, milczący, nie reagował. Wszystko, co się działo, działo się w jego głowie - decyzja o tym, że zaraz odda Laurentowi ten koszyk i teleportuje się do swojego auta, robiąc jakąś durną wymówkę.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 25.08.2024

Świeczki i kadzidła Rodziny Mulciber

- Muszę się upewnić, że jednemu znajomemu nic nie jest, który był w centrum tego zamieszania. - A jak będzie miał tę pewność - to tak, chciał postać z nim. W zasadzie to nie, nie chciał z nim postać. Chciał z nim stąd odejść i znaleźć się w bardziej zacisznym miejscu - w tym miejscu, skąd mogli oglądać koncert i się nim cieszyć. Zaraz. Za moment. Za nieświadomą chwilę, że przecież Flynn był psem ogrodnika - samemu nie weźmie, ale innym nie chce oddać. Albo chce? Nie chce? Byłoby łatwiej, gdyby decyzje były podejmowane... ale przecież decyzje należało podejmować za Flynna. Och, gdyby to było takie proste. Gdyby było to Fleamont nie spałby właśnie u siostry i nie zostałby uderzony trzy razy przez osobę, na którą tak się zarzekał, że zawsze do niej wróci. Może to taka klątwa. Klątwa, żeby zawsze wybierać osoby, które cię na pewno skrzywdzą. - Tak. Winylowymi, rzecz jasna. - Zerknął trochę niepewnie na Flynna, bo niepewny był tego, czy nie powiedział jakiejś głupoty. Czy były jakieś inne PŁYTY, o których on nie wiedział, a które były dla Flynna oczywiste. - Kasetami. Oczywiście. - Kasety. W samochodzie. Kasety. OCZYWIŚCIE. To pewnie jakaś forma mugolskiej płyty do samochodu - tak to sobie przetłumaczył. I zanotował w pamięci, żeby poprosić o pokazanie tych kaset i wyjaśnienie, jak pojazd odtwarza jeszcze muzykę. Bez magii. Mózg Laurenta się rozsypał, bo taka rzeczywistość była zupełnie odlotowa.

[/b]Uśmiechnął się półgębkiem słysząc to pytanie, czy bez pieska i najbardziej oczywista rzecz była, żeby powiedzieć, że owszem, bez pieska! Ale to przecież byłoby kłamstwo.

- Z pieskiem. - Ten żart bawił chyba tylko jego, ale nie zamierzał go nijak tłumaczyć ani się zatrzymywać nad nim, bardzo szybko i płynnie przeszedł do dalszego tematu. - Dobry wieczór, panie Mulciber. - Nawet nie był świadomy, że nie mówi do Roberta, kiedy skinął głową starszemu mężczyźnie i znów wrócił oczami do Charlesa. - Sprawili, ale mam zamiar dać temu się pogrzebać i nie wynosić tego tematu poza Lammas. - Przesunął kciukiem srebrny pierścionek z kamieniem księżycowym na swoim palcu. - Och nie, dziękuję. Chciałem tylko zerknąć, czy wszystko w porządku. Spore zamieszanie zrobiło się tutaj wcześniej. - Przede wszystkim miał jeszcze swoje zakupy. - Charles, poznaj proszę wspaniałego the Edga, który zabawiał publikę swoim niezapomnianym tańcem jeszcze chwilę temu. - Tak jak wyszedł do Charlesa na krok, tak teraz obejrzał się na czarnowłosego, który... miał straszną minę. Na tyle smutną, że Laurentowi od razu zniknął uśmiech z twarzy. Przez moment na niego patrzył, nim obrócił się znów do Charlesa. - Powinniśmy się kiedyś umówić na kawę albo herbatę, Charles. A tymczasem przepraszam. Śpieszymy się na koncert. I muszę się zająć pieskiem. - Uśmiechnął się do młodego Mulcibera, a starszemu skinął głową.




RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Brenna Longbottom - 25.08.2024

Stoisko Potterów
Gdy Brenna uniosła wzrok znad włosów Millie, doprowadzonych do ładu, jej spojrzenie padło prosto na wchodzącą do namiotu Dorę. Zamarła na moment, przypatrując się twarzy Crawleyówny: zupełnie niezmienioną twarz, nie tkniętą nawet przez makijaż, który mógłby nadać tej inny wyraz i sprawić, że stałaby się trudniejsza do rozpoznania.
Przynajmniej zmieniła fryzurę i kolor włosów.
Szanse na to, że gdzieś w tym tłumie Dora wpadłaby bezpośrednio na któregoś z Borginów, były niewielkie. Niewielkie – ale istniały. Tak samo jak niewielkie były szanse na to, że idąc po ulicy oberwiesz cegłą w głowę, a jednak nie tak dawno temu do Brygady trafił przypadek czarodzieja, który omal nie zginął, bo jakiś dzieciak podczas remontu uznał za doskonały pomysł wyrzucenie takiej cegły przez balkon. Może nic nie stanie się dzisiaj, ani przy kolejnym wyjściu, ani przy kolejnym, ale prędzej czy później nadejdzie taki dzień, kiedy ktoś opowie o niej niewłaściwej osobie lub pochylając się nad stoiskiem z biżuterią tuż obok stanie któryś z Borginów.
– Przepraszam na moment, Miles – rzuciła, chwytając pierwszy lepszy produkt, niby to idąc pokazać go klientce, i podchodząc do Dory. W pierwszej chwili nie dotarło do niej, co ta mówi: dopiero w drugiej opuściła wzrok na jej dłonie. No tak, prezent. Nawet gdyby zamierzała na dziewczynę wrzeszczeć, a przecież nie taki byłby plan, Dora wytrąciłaby jej broń z rąk.
Naprawdę ciężko było się na nią złościć. Ale Brenna nie złościła się: martwiła raczej.
– Dziękuję. Jest śliczna – powiedziała, przyjmując prezent i machinalnie przekazując Dorze buteleczkę perfum, którą złapała wcześniej. Myślała o tym, że ktoś musi z Crawleyówną pogadać: że ona musi z nią pogadać, i gdzieś w środku roztaczał się chłód na tę myśl. To jednak nie było odpowiednie miejsce, nie był właściwy czas. – Wracasz już do domu? – spytała cicho, mierząc ją uważnym spojrzeniem. – Wiesz, że możesz mnie poprosić o pomoc przed takimi imprezami – dodała. Rozumiała, że Dora lubi takie imprezy, a nie lubi zmian twarzy, ale tutaj stawką mogło być życie, i to nie tylko jej.