Secrets of London
[Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+---- Dział: Plac i stragany (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=45)
+---- Wątek: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) (/showthread.php?tid=3317)



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Olivia Quirke - 25.08.2024

Magiczne Różności - sprzątanie bałaganu

Penny została zabrana przez swojego towarzysza, ale Tristan trzymał ją jeszcze przez chwilę, dopóki wszystko się nie uspokoiło. Dopiero gdy ucałował czubek jej głowy, Olivia była w stanie się uspokoić. Czuła, jak serce wali jej w klatce piersiowej - zupełnie jakby miało zamiar uciec. Gdy ją puścił, odruchowo sięgnęła do włosów. Ruda złośnica wyrwała ich całkiem sporo, ale nie na tyle dużo, żeby zostawić łyse placki na jej głowie. Na szczęście.
- Co za paskudna dziewucha - Olivia jeszcze nie dostrzegała w tym wszystkim swojej winy. Zorientowała się, że w okolicy nie ma Leona, więc tylko wzruszyła ramionami. Pieprzony tchórz - i ktoś taki nazywa się przyjacielem? Dobre sobie. Quirke kucnęła i zaczęła pomagać Tristanowi w sprzątaniu bałaganu. Machnęła różdżką, żeby zacząć zbierać kawałki szkła. Bez słowa, musiała się uspokoić.

Gdy do stoiska podeszła blondynka, Olivia pokręciła przecząco głową, ale zrobiła wybitnie nieszczęśliwą minę.
- Nie, dziękuję, kochana jesteś - uśmiechnęła się do Lorraine, ale jakoś tak... smutno. - Cóż, można tak to nazwać. Konkurencja...
Bąknęła, zerkając na Tristana z ukosa. To faktycznie wyglądało na atak nieuczciwej konkurencji - od początku aż do końca. Durna, durna ruda wywłoka która miała czelność atakować osobę, która nie mogła jej odpowiedzieć. W innym wypadku pewnie Olivia by się nie wtrącała, ale tak? Zareagowała odruchowo, instynktownie. Była porywcza, co często - cóż, kończyło się właśnie tak. Quirke wyciągnęła rękę po rozsypane wyroby Tristana.
- Przyszła i zaczęła oskarżać Tristana o to, że podszył się pod jej sklep czy coś takiego. Nie wiem, nie do końca zrozumiałam, o co chodziło, ale chciała od nas pieniądze. Nawet nie wiem, czy to było nasze, ale wątpię. Niby ktoś jej złożył reklamację ale to bez sensu, skoro kupił to u nas, prawda? - powiedziała w końcu, odkładając część rzeczy na z powrotem stojący stół. Aż sapnęła, ale posłała kobiecie przyjemny uśmiech pełen wdzięczności, gdy zobaczyła że ta zdecydowała się jednak pomóc w sprzątaniu tego syfu. - Była agresywna, może moglibyśmy to zgłosić ale nawet nie wiem kto to był. I wyrwała mi kilka włosów.
Jakby na potwierdzenie tych słów Olivia pomasowała się po czubku głowy. Nie była jakoś wybitnie poobijana, raczej skończyło się dobrze zarówno dla jednej, jak i drugiej strony.
- Przyszłaś podziwiać śpiewaczkę na scenie? - zapytała, przesuwając ocalałe fiolki na bok. Kilka eliksirów ocalało, całe szczęście.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Dora Crawford - 25.08.2024

stoisko potterów

Dora troszkę nie ogarnęła, że Brenna była zajęta Millie, ale była trochę zanadto przejęta swoimi małymi kłopotami. Jakkolwiek też można by z łatwością nie założyć, że prezent postanowiła wręczyć Longbottom po to, żeby ją udobruchać, to akurat to nie chodziło jej teraz po głowie. Chciała jej zwyczajnie zrobić przyjemność, a kiedy przyjaciółka przyjęła broszkę, Crawley uśmiechnęła się do niej wesoło, chociaż perfumy przyjęła z pewnym zdziwieniem.
- Tak. Znaczy, chciałam jeszcze zagadać z Tedym, jeśli ma czas? - rozejrzała się dookoła, szukając chłopaka spojrzeniem. - Wiem, tylko... ty się śpieszyłaś, ja się śpieszyłam, a w ogóle to rozminęłyśmy się w domu i... przepraszam... - spojrzała na Brennę z miną zbitego pieska, bo to nie było tak że ona robiła to wszystko specjalnie. Po prostu czasem działo się zbyt dużo rzeczy i zapominała. Albo Brenna była zajęta.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Charles Mulciber - 25.08.2024

Stoisko Mulciberów

Ojciec pojawił się jak cień, który skrzydliskami przyniósł mrok przypominający o tym, że chłopcy nie byli sami i musieli się pilnować, a szczególnie syn ze swoimi uśmiechami i rumieńcami. Charlie wyprostował plecy, ale to miłe uczucie z wnętrza nie zniknęło. Nawet kątem oka nie spojrzał na Richarda, zaśmiał się za to, gdy Laurent nazwał kolegę pieskiem. Przynajmniej Charlie tak to zrozumiał. Rzucił Edge'owi przepraszające spojrzenie, nie chciał przecież robić sobie z niego żartów.

- Dziękuję za wyrozumiałość. Nastroje są wciąż dość gorące. - Wyjaśnił Laurentowi, posługując się nie do końca poprawnym określeniem. Po akcji z niegrzecznymi świeczkami emocje nie opadły i Charlie rozumiał, że każdy miał prawo się zezłościć. - Ale wszystko wraca do normy, prawda, ojcze? - Spojrzał w końcu na mężczyznę u swojego boku, starając się dostrzec, czy Richard doszedł już do siebie, czy przypadkiem nie zamierzał startować do Laurenta, tak jak zrobił to wcześniej Leonard. - Bardzo miło mi poznać, panie Edge.

Podać dłoń czy nie podać? Blat był szeroki, musiałby nachylać się nad towarem i wyciągać ręce jak pajac. Zamiast uprawiać akrobatyki nad świecami, wolał skinąć głową.

- Bardzo mi miło. I przepraszam, ale taniec widziałem tylko z daleka... dużo się tu działo. - Uśmiechnął się przepraszająco, był jednak pewny, że to nie przez nieuwagę jednego sprzedawcy Edge miał minę skopanego szczeniaka. Musiało stać się coś więcej, ale Charlie nie miał głowy na to, by zajmować się jeszcze tymi problemami. Może innego dnia, jeśli znów spotka Edge'a, zapyta o to. - Obiecuję, że następnym razem obejrzę cały występ, z godną mu uwagą. Miłej zabawy na koncercie! Jeśli zajrzycie tu później, przygotuję dla was próbki. - Obiecał, ale nie zatrzymywał już Laurenta, chociaż tak bardzo chciał! Może to przez opium chłopak kojarzył się tak przyjemnie, a może po prostu na Charlesa działał jego czar. - I będę czekał na sowę. Do zobaczenia.

Uniósł dłoń, by pomachać lekko na pożegnanie, zginając same palce.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bertie Bott - 26.08.2024

bimber mulciberów

- Tak, tak. Chodźmy - rzucił Bertie, kiedy Millie zaproponowała by jako kolejny cel podróży wybrali sobie bimber Mulciberów i gdy obsługa stoiska przy którym stali, wydała im ich świeczki. - Oh, tam od razu bohaterem - Bertie wydusił z siebie, z jakimś takim zakłopotaniem, przy którym udało mu się nawet zarumienić, kiedy jeszcze machnął zbywająco ręką. - Jedzenie to podstawa ludzkiej egzystencji. Ale cieszy mnie, że tak się to podoba. Rozgrzewa me serce, kiedy inni się z tego cieszą.

- A tak, można sobie zakręcić kołem. Wcześniej na każdym sabacie taką atrakcję wystawiały gobliny, ale z tego co się orientuję to tym razem zmienił się zarząd tej atrakcji z jakiegoś powodu. Nie zagłębiałem się w sumie w szczegóły, ale chyba to wyszło trochę na dobre, bo widziałem paru ludzi z całkiem ciekawymi upominkami stamtąd - uśmiechnął się do McGonagall wesoło, gdzieś między słowami wskazując w jedną i drugą stronę, dość pobieżnie wybierając kierunek gdzie stały oba koła, żeby tylko w przybliżeniu dać jej ogląd gdzie się potem udadzą.

Bertie nie miał babć na zbyciu, ale tym akurat się nigdy nie chwalił. Kto wiedział, to tylko tyle że pochodził z sierocińca i jego przeszłość była owiana tajemnicą - dla niego w sumie całkiem stresującą i malującą przyszłość w niepewnych barwach. Na słowa Millie uśmiechnął się więc tylko pokrzepiająco, decydując się na taktyczne ominięcie tego tematu. Z resztą, Ginny mówiła za niego.

Bott nie zwracał zbytnio uwagi na to, ze coś latało dookoła, bo zajęty był rozglądaniem się po zupełnie innej części tłumu. Kiedy jednak zatrzymali się, a jego towarzyszka zainteresowała się tematem, sam czujnie przebiegł spojrzeniem po wszystkich zgromadzonych przy stoisku, chcąc się chociaż odrobinę rozeznać w sytuacji. Spocił się trochę na słowa ciemnowłosego mężczyzny, bo ten klął chyba gorzej jak Mills, która chwilę wcześniej odczepiła się od nich, zanim zdążył cokolwiek na ten temat powiedzieć.
- Panno Ginny - szepnął do niej, chcąc zwrócić jej uwagę i pochylając się nad jej uchem z nietęgą miną. - Skoro zwrócił się do ciebie po imieniu, to zakładam że to jakiś znajomy. Lepszy jak gorszy, więc można mu wierzyć na słowo, a skoro tutaj obrażają mugoli, to ja chyba nie czuję się komfortowo biorąc cokolwiek z tego stoiska - wyszeptał do niej z pewną nadzieją, że podziela jego opinię. - Moglibyśmy na przykład poszukać Millie. Wiem gdzie uciekła, wiec nie powinno być to problemem?


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Brenna Longbottom - 26.08.2024

Stoisko Potterów

Brenna odruchowo zerknęła ku Tedy'emu, zachwalającemu właśnie jakiejś klientce najnowszy zapach Ulizanny, tym razem truskawkowy - robił to prawie z takim samym zaangażowaniem jak matka, kiedy zachęcała Brennę, by częściej go używała i doprowadziła fryzurę do porządku. Ale po prawdzie nawet gdyby chłopak nie był zajęty, wolałaby, aby Dora nie stała tutaj, rozmawiając z nim. Mroziła ją myśl, że ktoś mógłby ją zobaczyć. A jeśli zobaczyłby ją podczas przyjacielskiej pogawędki z Tedym, i uznał, że ta trwa znacznie dłużej niż powinna trwać w przypadku transakcji biznesowej...
Może była to paranoja, ale zważywszy na to, jak szybko rosły listy ofiar śmierciożerców, Brenna uważała, że była to paranoja trochę usprawiedliwiona. Crawleyowie byli jednymi z niewielu, których nie tylko obserwowano, ale faktycznie chciano się pozbyć, podjęto takie próby... i którzy się wymknęli.
Na całe szczęście Tedy faktycznie zdawał się nawet nie dostrzegać Dory. Pewnie gdyby ją zauważył i rozpoznał mimo fryzury, jąkałby się teraz albo coś przewrócił na stoisku.
- Dziś jest spory ruch - odparła. - Mogę poprosić, żeby wpadł później do Warowni.
Brenna naprawdę nie chciała, żeby Dora patrzyła na nią w ten sposób. I może dlatego do tej pory nie nalegała, aby dziewczyna pozwoliła zmienić sobie twarz na stałe, nie próbowała porozmawiać z jej ojcem na temat eskapad Crawleyówny do Londynu, nie powiedziała jej: takie rzeczy mogą sprawić, że ktoś za ciebie umrze. Teraz więc też, widząc to spojrzenie Dory, chociaż sama utrzymała spokojny wyraz twarzy, w duchu była straszliwie rozdarta, bo wcale nie chciała dziewczyny stąd odsyłać… nie, inaczej: bardzo chciała nie mieć powodów, by ją stąd odsyłać, a z drugiej bardzo chciała, żeby Dora była czasem odrobinę mniej beztroska.
– Przed Mabon wpadnę do ciebie wieczorem – obiecała cicho. Mogła zmienić jej twarz trochę wcześniej, nie musiała przecież odmieniać jej tak bardzo, by zupełnie nie czuła się sobą. – Ja też się niedługo zbieram, ale dziś mam nocny dyżur, więc… widzimy się jutro.

Pożegnała się z matką i Tedym, a później zebrała się ze stoiska i terenu jarmarku.

Postać opuszcza sesję



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Guinevere McGonagall - 26.08.2024

Mulciber Moonshine –> Loteria
odchodzimy od stoiska, po drodze spotykamy Millie i idziemy na loterię

Napięcie niemalże można było kroić nożem, a kiedy usłyszała zdanie rudowłosej dziewczynki, że [i]tamci panowie[i] lubią się wyżywać na innych, musiała wyglądać na zaskoczoną. Zaskoczoną, bo choć nigdy nie widziała, by Laurent tak brzydko się do kogoś zwracał, bo jego wężowa natura zdecydowanie wdała się we znaki, to na ile go poznała, był człowiekiem sporej tolerancji i nie był przy tym okrutny. Nie dogadałaby się wtedy z nim i nie zapraszałaby go do swoich dziadków, w tym nawet na śniadanie, jak to miało miejsce ostatnim razem, gdyby było inaczej. Ściągnęła więc brwi, kiedy zaproponowano jej bimber na osłodę, bo kontrastowało to mocno ze słowami Laurenta, które wypowiedział wprost do niej, a potem ją przeprosił, tym dość intymnym gestem dając jasno znać, że nie są sobie całkowicie obcy.

– Nie masz mnie za co przepraszać, Laurie – odparła miękko, po czym obróciła głowę do Bertiego, który się do niej zwrócił, gdy Laurent już się odwrócił i odszedł. Kiwnęła do Botta głową, zgadzając się z nim w pełni. Odchrząknęła i zwróciła się do Leonarda: – Dziękuję, nie piję – co w gruncie rzeczy nie było wcale jakimś większym kłamstwem.

– Dziwne towarzystwo i zachowanie – zagadnęła, kiedy już z Bertiem odeszli kawałek, dając mu się poprowadzić w stronę, gdzie zniknęła Millie. – Nie mam powodu nie ufać Laurentowi, nigdy go nie widziałam takiego wzburzonego. Musiało się stać coś dziwnego, zresztą wydawało mi się, ze ten mężczyzna rzucał w kogoś z tłumu – dodała, popierając tym samym wydarzenia, które bardzo krótko skwitował Laurent. – Nie wiem co im mugole zrobili, że nawet na kiermaszu z okazji święta nie potrafią się powstrzymać… – mruknęła i westchnęła nieco smutno, że nawet w taki dzień niektórzy nie potrafią odłożyć na bok swoich animozji.

Szli w kierunku stoiska, gdzie uciekła Millie i najwyraźniej dziewczyna wpadła na ten sam pomysł co oni, bo spotkali się po drodze, na co Ginny po prostu się uśmiechnęła nawet nieco z ulgą, że udało się ją spotkać bez problemu i w tym swoim nadmiarze energii nie odeszła gdzieś dalej.

– To, co? Może ta loteria? – zaproponowała, szukając teraz tego kierunku, który wcześniej wskazał jej Bott, gdy o nią pytała. – Naprawdę gobliny się tym wcześniej zajmowały? Nie sądziłam w ogóle, że będą chciały się dzielić z jakimiś swoimi zbiorami… czegokolwiek w zasadzie – nawiązała tutaj do tej części informacji, które cukiernik wcześniej przedstawił, a ona w końcu je przetrawiła.

Ustawili się więc w kolejce i Ginny przysłuchiwała się leniwej rozmowie, albo sama zagadywała, pytała o coś, albo opowiadała, uśmiechając się przy tym do nowych znajomych. A gdy przyszła jej pora, zapłaciła za kilka losów i zakręciła kołem, po czym odsunęła się, czekając na swoich towarzyszy.

– Chcecie iść na koncert? Chyba się zaczął – zaproponowała i chętnie wybrałaby się z nimi, lecz jeśli mieli inne plany – to po prostu się pożegnała, życząc miłego wieczoru i poszła na widownię posłuchać sama. Tak czy siak – została do końca koncertu.



Postać opuszcza sesję



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Dora Crawford - 27.08.2024

stoisko potterów

- Oh, no dobrze - powiedziała gładko, jakby się nawet nad tym nie musiała zastanawiać. Ale prawda była taka, ze nie zamierzała narzekać, gdyby Tedy przyszedł i do Warowni, nawet jeśli ten moment wydawał się jej o wiele dogodniejszy. Nie zamierzała jednak przeszkadzać czy chłopakowi, czy Brennie w obsłudze stoiska i klientów, bo jeszcze by im za to pani Potter uszy poobrywała, a tego absolutnie nie chciała. Dlatego z miny zbitego pieska przeszła na tę o wiele przyjemniejszą, uśmiechniętą i absolutnie godzącą się aktualnie na wszystko - i oczywiście nie do końca zdającą sobie sprawę z rozterek Brenny, nawet jeśli chwilę wcześniej sama trzęsła się nad tymi wszystkimi rzeczami. Z pewną ulgą też przyjęła wiadomości, że Longbottom nie pytała o nic związanego ze sceną, więc bezpiecznym było założyć, ze nie widziała tego wylewu żałości. I bardzo dobrze, bo by się Dora chyba zapłakała, gdyby ktoś o tym teraz wspomniał.
- To w takim razie uciekam? Tak. Powiedz Tediemu ode mnie cześć i... do zobaczenia jutro - uścisnęła jeszcze Brennę, machnęła ręką do Millie, gdyby ta w ich kierunku patrzyła, a potem odeszła od stoiska, ruszając do najbliższego punktu teleportacyjnego.

Postać opuszcza sesję



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Bertie Bott - 27.08.2024

Bertie z pewnym zakłopotanym zadowoleniem przyjął fakt, że Ginny nie zamierzała zostać przy stoisku Mulciberów. Odetchnął nawet głęboko, gdy już się odwrócili i zaczęli się z tamtego miejsca oddalać, z każdą chwilą wyraźnie się rozluźniając.
- Nie widziałem, żeby ktoś w kogokolwiek rzucał, ale patrzyłem gdzie indziej. Niemniej jednak, czuję się odrobinkę zaniepokojony tym całym zamieszaniem. Co innego bić się o asortyment, jak przy stoisku ze świeczkami wcześniej, a co innego o poglądy. I to w takim miejscu... W sensie nie chodzi mi o znajomych, a o osoby obsługujące ten bimber... - pokręcił nosem, wyraźnie niezbyt zadowolony z tego, jak się sprawy miały. Nie chciał tam pić też trochę dlatego, ze ktoś jeszcze by mu zrobił zdjęcie i by ten cały biznes dostał jakąś darmową reklamę. Bertie może i zachowywał się jak kolega z sąsiedztwa, ale był świadomy tego jak łatwo było go rozpoznać.

Twarz mu wyraźnie pojaśniała, kiedy Millie znalazła ich gdzieś w połowie drogi do stoiska Potterów. Rozluźnił się też z tego powodu już niemal całkowicie, a potem obdarzył i jedną i drugą wesołym, ciepłym uśmiechem.
- Oh tak, loteria. Mills, miałem ci przypomnieć, więc to idealna okazja - wskazał na znajdujące się obok koło, samemu stając zaraz w kolejce, a zaraz uśmiechnął się jeszcze szerzej i podniósł rękę, żeby zamachać na Alastora i dać mu znać, żeby podszedł do nich. - Nie wiem czy chciały, bo te upominki to były takie trochę... felerne. Tak, to chyba dobre określenie. No nie były zbyt wysokich lotów, co tu dużo mówić. Słyszałem jak się ludzie na nie skarżyli, że nie są w stanie ich używać, bo czegoś brakuje albo wydają się zepsute. Myślę, że to krętacze zwyczajni byli - przyznał, chociaż nie do końca też wyłapał, co takiego się z nimi stało, ze nie było ich na Pokątnej.

- Jak tam, wszystko dobrze? Nikt nie sprawiał zbyt dużych problemów? Oh, Alastorze, martwiliśmy się okropnie, bo chyba ktoś nawet buty zgubił, a przynajmniej ktoś tak gadał. O, a to jest panna Guinevere, poszło jej fenomenalnie na pokazie Millie. Szkoda, że tego nie widziałeś, bo Mills była fe-no-me-nal-na!
Kiedy przyszła jego kolej, zapłacił za losy a potem sam zakręcił kołem, po czym odsunął się w ślad za Ginny - o kilka kroków, żeby poczekać na Millie, ale też nie przeszkadzać reszcie chętnych.
- Koncert brzmi wybornie, chodźmy - zachęcił jeszcze kobiety, ale wybór zostawił w rękach Moody. Jeśli ta chciała zostać, to on również, a jeśli nie to pożegnał się z Ginny i poszedł z brygadzistką.

Postać opuszcza sesję



RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - The Edge - 27.08.2024

Południowe stragany

Crow się nie zaśmiał. Nie raczył się też uśmiechnąć ani przy pierwszym użyciu tego żartu, ani przy drugim. Nie był zły, bo sam był jego twórcą, a raczej... był zły, właściwie to był wkurwiony, ale nie o bycie nazwanym psem, a o całą tę sytuację. Mówienie do tego człowieka słodkim głosikiem, a później żartowanie o nim w taki sposób. Jak jeżdżenie kredą po tablicy...

Paliło go w gardło i bardzo, ale to bardzo chciał wyrzygać z siebie kolejną niewybredną obelgę - skoro on miał zniszczony nastrój, to równie dobrze na piękne zakończenie dnia mógł rozjebać go wszystkim. I temu dzieciakowi, który najwyraźniej wpadł Laurentowi w oko i staremu dziadowi wiszącemu nad nim jak przyzwoitka i Laurentowi, który żył normalnie, zamiast traktować go jak gwiazdkę z nieba, a... on nie miał przy sobie nikogo innego, kto wypełniłby tę pustkę. Był niesamowicie uzależniony od innych ludzi, od ich ciepła, od ciepłych spojrzeń. Wkradał się do ich żyć i przyciągał ich do siebie, bo bez nich nie istniał. I było to teraz widać - Prewett chodził tutaj po tym cholernym jarmarku i zachowywał się jak lokalny polityk, a Crow nie potrafił nawet unieść w górę kącików ust, ani skinąć głową. Chuj z tym przedstawieniem. Zdawał sobie sprawę z tego, że normalnie wyglądał przez to groźnie - mało ludzi zadzierało z człowiekiem trzymającym nóż, nawet jeżeli milczał - tylko że teraz nie miał noża, trzymał wielki kosz z drzemiącym w nim kiciusiem i towarzyszył w zakupach księżniczce. Jego gburowatość nie była zastraszająca tylko odstręczająca.

Nie było mu miło poznać Charlesa. Właściwie, to bardzo szybko wpakował go w swoim sercu do grona osób, którym chętnie wcisnąłby te jego chujowe wyroby głęboko w dupę. Albo kazałby mu to zeżreć.

Nie, nie kazałby, dotarło do niego, kiedy po nie powiedzeniu Mulciberom ani słowa, oddalił się z Laurentem w głąb gęstniejącego tłumu. Znowu to robił. Zamiast przeżywać wszystko po trochu, on pożerał te wszystkie zdarzenia i związane z nimi emocje w całości i nie próbował ich przetrawić. Jeżeli się cieszył, to do przesady, jeżeli czuł się żałośnie - chciał od razu uciekać. Zazdrość, jako coś niesamowicie złożonego, odbiła się na nim tak mocno, że aż go zemdliło. Dopiero kiedy w tłumie zacisnął oczy i zakrył uszy dłońmi, dotarło do niego jak był przebodźcowany. Powinien po tym występie wrócić do Fantasmagorii i odpocząć, ale oczywiście, że tu został - leciał do tego chłopaka jak ćma do lampy. Czy to było najlepsze, kim mógł się stać? Spędził w ten sposób kilkanaście długich sekund, podczas których starał się oddychać i myśleć o czymkolwiek co mogło go uspokoić - ostatecznie udało mu się dojść do siebie, kiedy przywołał wspomnienie zanurzania się w bezkresnej, morskiej toni. Może i towarzystwo śmierci przerażało, ale wiązała się z tym cisza - to po nią sięgnął i próbował zaszczepić w swojej głowie mimo głośnych rozmów, stukotu obcasów i śpiewającej głośno wokalistki.

Oderwał dłonie od uszu i spojrzał na Prewetta. Jego wzrok wędrował od dołu, od butów, przez palce, na których doszukiwał się pierścionka, dopiero na końcu odważył się spojrzeć mu w oczy. Powiedzieć, o czym myślał przez tych kilkanaście sekund, odwagi już nie miał.


RE: [Lato 1972] Święto Żniw - Kiermasz (Wątek główny) - Laurent Prewett - 27.08.2024

Koło wejścia na teren kiermaszu

Och nie, nie pchał ich w tłum. Pchał ich POZA tłum. Kierował się do celu początkowego - wyjścia stąd. Przebodźcowanie, co? Nie był wrażliwy na tłumy jak Flynn, ale dzisiaj zrozumiał, dlaczego niektórzy mówili, że najbardziej samotnym można poczuć się właśnie tu. W tłumie. Nie był więc tak wrażliwy na towarzystwo ludzi, wielu ludzi, bo przecież zawsze to lubił i chciał z ludźmi przebywać. Dom na odludziu był jego miejscem na odpoczynek i reset, żeby móc każdego dnia do nich wrócić - inaczej nie miałby rezerwatu, przy którym też mnóstwo osób pracowało. Nie był, a jednak dzisiaj też mógł powiedzieć, że był przebodźcowany. Nadmiar emocji z różnych stron, różnej kategorii, ciągle podnoszące ciśnienie w głowie, to je opadające. Przez moment było dobrze, a zaraz znowu zaczynało się źle. Kiedy sądził, że już nie ma siły na więcej, pojawiało się to więcej, które temu przeczyło. To, co działo się zaś w głowie Flynna, było tragedią.

Tragedia, która rozgrywała się na zupełnie nowej płaszczyźnie, do której dostęp Laurenta nie istniał na dany moment. Kiedy szli i kiedy na niego zerkał nie był nawet pewny, czy chciał mieć dostęp. Jakże egoistycznie z jego strony, ale chociaż chciał wiedzieć, co tłoczą trybiki głowy tego człowieka, to nie chciał zostać zarażony kolejnego dnia tym negatywem, który całkowicie dobijał i obezwładniał. Rozbrzmiewało w ciszy pytanie: co się stało? Odpowiedź wydawała nasuwać się sama. Zazdrość. Zazdrość? Kiedy ta nasuwana odpowiedź wyprowadzana była na wierz, Laurent nie bardzo potrafił ją wbić w ich relację, dopasować ten element puzzla do obrazu, jaki tworzyli. A był to karykaturalny obraz dwóch zupełnych przeciwieństw, które gdzieś pośrodku łączyła pasja tak głęboka, szalona i intensywna, że zupełnie spalała. Miłość do miłości.

Odebrał od Flynna koszyk, kiedy widział, jak się napina, jak niemal nie wie, co zrobić z rękoma. I słusznie, bo ten zaraz zacisnął dłonie na swoich uszach, jakby ta wrzawa to było już za dużo. Więc tym lepiej, że już z niej wychodzili. Właściwie to może po prostu Crow się gorzej poczuł? Miał pełne prawo, a Laurentowi brakowało informacji, jak bardzo nie tolerował nadmiaru ludzi. Oczywiście, że brakowało - przecież ten człowiek występował na scenie, więc nawet nie wpadł na to, że może mieć awersję do wpatrujących się w niego oczu! Zatrzymał się. Razem z nim, chociaż Crow leciał ewidentnie na autopilocie. Miał nawet spojrzenie człowieka, który nie widzi niczego przed sobą. Stanęli z boku drogi, nieopodal wejścia na sam jarmark, gdzie nie było już tłumów - tyle co ludzie wchodzili i wychodzili głównym wejściem na obszar Lammas. Stał i patrzył. Powinien teraz coś zrobić? Na dobry początek postawił delikatnie Divę na ziemi w koszyku, żeby mieć wolne ręce. A kiedy już oczy Flynna przewędrowały przez jego sylwetkę od samego dołu, eleganckich butów, ciemniejszych spodniach, długich palcach, z których kciuk przesuwał otrzymany pierścionek z jednej strony na drugą, nad którą to czynnością Laurent się nawet nie zastanawiał - bo właśnie intensywność jego myśli pożerały osobę Fleamonta. Przez białą, koszulę, złoty, delikatny łańcuszek, aż do jego oczu - wtedy właśnie wyciągnął ręce, żeby przytulić Flynna. Tylko odwracając nieco głowę, żeby niekoniecznie wąchać jego wątpliwie wspaniały zapach. Przesuwał palcami po jego włosach i potylicy powolutku, uspakajająco.

- Co się stało. - Zadał to pytanie, kiedy odsunął się od niego na tyle, żeby móc spoglądać na jego twarz.