Secrets of London
[ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary (/showthread.php?tid=1298)

Strony: 1 2


[ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Pandora Prewett - 15.04.2023

Luty obfitował w opady śniegu w całej Europie. Było ciemno i zimno, obserwowała, jak para unosi się w powietrzu z każdym wypuszczonym oddechem — zarówno jej własnym, jak i towarzyszącemu jej zwierzęciu. Nie miała pojęcia, co jej strzeliło do głowy, kto normalny wypuszcza się w dzikie tereny Islandii, gdy dzień był tak krótki! Nie pomyślała zupełnie o tym, że słońce zajdzie kilka minut po siedemnastej i o tym, że tak nagle zrobi się ciemno, o czym przypominał jej sfrustrowany głos niezadowolonej Mary, która szła obok, marudząc pod nosem na swoją właścicielkę. Dzięki temu, że dookoła było pełno śniegu, Lumos dawało więcej światła. Las był gęsty i ciemny, wysokie drzewa kołysały się w jakiś mistyczny i być może złowrogi sposób, a rozmaite odgłosy roznosiły się echem, przerywane czasem jej kichnięciem lub rżeniem konia.
- Ty wiesz w ogóle, gdzie my jesteśmy i gdzie my idziemy? - przypominający odrobinę płynne złoto pegaz o długiej grzywie poruszył niespokojnie skrzydłami i łbem, łypiąc czerwonymi oczyma na Pandorę, która się nagle zatrzymała. Drgnęło mu ucho, kopyto z niezadowoleniem uderzyło w śnieg, rozsypując dookoła biały puch. Brunetka wyjęła z kieszeni zwiniętą mapę, próbując dostrzec na niej zaznaczony szlak. Nie miała pojęcia, gdzie była ta cholerna ścieżka, która była rzekomym skrótem do punktu z gorącym źródłem i miejscem obserwacyjnym. Miała stworzyć tam mapę Islandzkiego nieba, pooglądać zorzę i wypić butelkę whisky, którą miała w olbrzymim plecaku, który tkwił na jej plecach. Przymocowany był do niego teleskop, termos z ciepłą herbatą i jakiś śpiwór, zupełnie jakby Prewettówna miała zamiar spędzić noc w dziczy, licząc na to, że nie zje jej żaden niedźwiedź. Nerwowym ruchem poruszyła głową, wprawiając w ruch pasma włosów, kołysząc pomponem przy czapce.
- No może nie do końca wiem, ale ten Pan mówił, że to skrót? Godzina spaceru! Zobacz, jak tu pięknie. - przesunęła dłonią, gestykulując na przestrzeń dookoła, która wcale nie była taka zachwycająca, jak sobie to wmawiała. Przeklęła pod nosem po turecku, bo wtedy nikt nie rozumiał i nie mówił, że tak nie wypada mówić damie. Pandora wcale nie uważała się za damę. - Jak pójdziemy jeszcze trochę na północny wschód..
- Wiesz, gdzie jest północny wschód?
- Nie bądź taka negatywna! Zobaczymy zorze, zorze! Mogłaś zostać w pensjonacie, jak masz niszczyć atmosferę i optymizm.
- Tam była stajnia dla reniferów! Zamarzniesz, to będziesz miała dopiero pozytywne myślenie - koń prychnął oburzony, trącając ją pyskiem i szczypiąc zębami w rękawiczkę. Pandora spojrzała na nią z wyrzutem, trącając łokciem jej bok. Była pewna, że miała gdzieś kompas! Uśmiechnęła się pod nosem, zsuwając z dłoni rękawiczkę i trzymając ją w ustach, rozpięła nieco kurtkę, grzebiąc po wewnętrznych kieszeniach. Było zimno, ale było pięknie, jeśli czegoś się chciało, trzeba było się poświęcić — tak sobie powtarzała w myślach, nie chcąc zwariować.
Kolejny trzask gałęzi i jakiś huk sprawił, że podskoczyła w miejscu — co było oczywiście efektem zaskoczenia, a nie tego, że się bała i poślizgnęła się, lądując ze stłumionym piskiem na tyłek, dodatkowo trącona rozkładającym się skrzydłem pegaza, który wzbił się do góry.
- Mar? MAR! Gdzie Ty się wybierasz?! - krzyknęła głośniej, niż by chciała, płosząc pewnie wszystko dookoła. Mapa i kompas wypadły jej z rąk, ale podobnie, jak fioletowa rękawiczka. Różdżkę wciąż trzymała, święcąc gdzieś na swoje nogi. - Siktir!
Dookoła wciąż było pięknie. PIĘKNIE. Policzyła do trzech, próbując względnie zgrabnie i z resztą swojej dumy wstać z ziemi, co w tej ilości śniegu wcale nie było łatwe.


RE: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Hjalmar Nordgersim - 16.04.2023

Dla Hjalmara nie było ważne czy to świątek, piątek czy niedziela. Noc czy dzień. Mróz czy upał. Zawsze była idealna pora, aby wyruszyć do lasu. Nie potrzebował żadnego szczególnego celu - sama obecność wśród Islandzkiej fauny i flory uspokajała go. Dodając do tego rześkie, zimowe powietrze, nie było lepszej okazji do poddania testom swojej tężyzny fizycznej jak ten dzień.

Zerwał się wcześniej z rodzinnego warsztatu, przywdział wilczą skórę na lnianą wiązaną koszulę, wziął siekierę w dłoń i czym prędzej ruszył w stronę kniei. Kilkanaście sprawnych kroków później zniknął za pierwszymi choinkami. Odetchnął z ulgą. Przygodę czas zacząć…

Kochał swoją rodzinę. Kochał też swój zawód - fach, do którego był przyuczany przez całe życie. Uwielbiał spędzać czas ze swoimi bliskimi w każdej formie - w kuźni, na polowaniu czy na biesiadach. To nie miało znaczenia. Kiedy był potrzebny, zawsze był. W każdym momencie, inni Nordgersimowie mogli na niego liczyć.

Zawsze jednak czuł nieodparty zew lasu, który go nawoływał. Gdy tylko przekraczał próg domostwa czy pracowni, słyszał głosy, nakłaniające go do wyruszenia w dzicz. Najczęściej poddawał się im i czym prędzej znikał w borze. Tak też było tym razem.

Pierwsze kilka kilometrów spędził na przedzieraniu się przez gęsto porośnięty las w poszukiwaniu ofiary - zwierzyny, którą mógłby przytaszczyć do domu, a następnie spożyć przy akompaniamencie kominkowego ciepła i gorzałki. Ciął siekierą raz za razem, ucinając kolejne gałęzie, które za wszelką cenę starały się zatrzymać jego pochód na przód.

W końcu złapał trop. Po śladach rozpoznał, że natrafił na wilka. Podążył za nimi, uważnie rozglądając się wokół siebie aby przypadkiem z drapieżnika nie zostać ofiarą. Nie miał pojęcia ile ich może być - jeden, dwa czy całe stado. Jeżeli był przekonany o tym, że byłby w stanie pokonać ich kilka, tak z watahą byłoby dużo ciężej.

Czy Hjalmar się obawiał? Nie. Za dużo przeżył w swoim życiu, aby się obawiać dzikiej zwierzyny w lesie. Lata nauki władania toporami czy szeroko pojętej sztuki walki, tylko budowały w nim pewność siebie. Dzięki takiemu zabiegowi nigdy nie obawiał się, że nie powróci żyw ze swoich wypraw.

Po dobrych kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu minutach tropienia, jakiekolwiek ślady po zwierzynie zniknęły. Jakby co najmniej rozmyła się wraz z padającym śniegiem. Niezadowolony z takiego obrotu spraw Björn, postanowił wdrapać się na najbliższe drzewo z dwóch powodów. Po pierwsze - chciał z czubka dojrzeć w którym z kierunków mógłby pójść ten wilk. Może dałby radę dostrzec więcej szczegółów z wysokości, niż jest w stanie z ziemi. Po drugie - miał zamiar dowiedzieć się, gdzie on tak naprawdę się teraz znajduje. Ślepo podążył za swoją ofiarą, nie zostawiając żadnych znaków dla samego siebie. Tym samym nie posiadał teraz jednej, spójnej drogi, która doprowadziłaby go z powrotem do drzwi ciepłego domostwa.

Bez większych problemów znalazł się na sam szczycie drzewa, z którego zaczął się rozglądać. Niestety nie uważał zbytnio, pozwalając sobie na zbyt daleki wychył, który musiał skończyć się jednym - upadkiem Hjalmara z wysokości. Zahaczył o kilka gałęzi zanim spadł w grubą warstwę puchowego śniegu. Na całe szczęście, zarówno gałęzie jak i upadek, nie spowodowały żadnego uszczerbku na jego zdrowiu, poza kilkoma, mniejszymi draśnięciami, które zagoją się w swoim czasie.

- Djöfull! - wykrzyknął, a następnie wstał z hałdy w której wylądował. Otrzepał się i podniósł swój oręż. Przez ułamek sekundy wydawało mu się jakby ktoś go wołał. Jakby usłyszał część swojego imienia. Nie był jednak pewien kogo niesie o tej porze. Nie potrafił skojarzyć głosu z twarzą. Czy to Nökkvi? Albo Össur, brat Sveinna?

Ruszył w kierunku z którego usłyszał dźwięk. Był ciekaw, który z nich jest taki śmieszny i czy nadal będzie mu tak zabawnie jak nałoży mu po mordzie. Zdziwił się jednak niesamowicie, kiedy odgarnął gałęzie kilku z choinek, a jego oczom ukazała się jakaś kobieta, która za wszelką cenę próbowała walczyć ze śniegiem. Ten jednak nie dawał jej chyba za wygraną.

Przyglądał się zaistniałej sytuacji przez chwilę. Parsknął nawet cicho śmiechem jak to zobaczył, aż się odezwał - Þú ert ekki Nakkvi eða Össur - stwierdził zgodnie z prawdą. Poprawił sobie włosy, które zaczęły mu nachodzić na oczy. Kitę przerzucił na tył głowy, a następnie wyciągnął w jej kierunku dłoń - Hver ertu? - zapytał przyjaznym głosem kiedy pomógł jej wstać - Ertu að leita að úlfum? - spojrzał na nią. W tym momencie zdał sobie sprawę, że nie wyglądała na żadnego wojownika czy nawet łowczego, a raczej na zagubioną turystkę czy kij jeden wie kogo. Nie miał zamiaru jej jednak zostawiać. Dziewczyna ewidentnie potrzebowała pomocy, aby przeżyć do następnego poranka.




RE: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Pandora Prewett - 16.04.2023

Trzask przyniósł na myśl walkę potężnych zwierząt, z których jednej poszło dużo gorzej, niż drugiej i wylądowała gdzieś w kupię gałęzi lub na niskich gałęziach rosłych sosen. Za nic nie powiązała tego z wizją rosłego, niczym dąb człowieka, któremu zachciało się wspinaczki w celach orientacyjnych. Czytała o Islandii, zanim zdecydowała się przyjąć zlecenie i oglądać zorzę, jednak zawarty w książkach tekst oraz opowieści właściciela pensjonatu nijak miały się do tego, co przedstawiała sobą rzeczywistość. Las był ogromny i gesty, niewiele światła wpuszczały wysokie korony, które mogłyby odbić się o niemalże sięgającego kolan śniegu, przez który trzeba było się przedrzeć. Miał to być skrót, miało być łatwiej i pozwolić jej docenić i zatopić się w pięknie matki natury. Dzikiej, pozbawionej niszczącej wszystko ręki człowieka. I Merlin jej świadkiem, było absolutnie cudownie, rześkość powietrza i intensywny zapach wdzierający się do nozdrzy zatrzymywały dech w piersiach, ale dlaczego dotarcie do tego nieszczęsnego punktu było tak trudne? Pandora jako kobieta odważna i pełna optymizmu nie zamierzała oczywiście ze swojego pomysłu rezygnować, ale brak punktów zaczepienia w scenerii, które pomogłyby jej odnaleźć drogę do celu, zaczynały sprawiać, że trochę ogarniał ją niepokój. Nie chciałaby naprawdę, żeby zjadł ją niedźwiedź, stado wilków lub żeby zamarzła, jak sugerowała jej Mara, zanim uniosła się w powietrze. Nie miała jej za złe, taką miały strategię. Brunetka za nic nie pozwoliłaby, aby klacz spotkała krzywdę, a do tego widok gadającego konia mógł być przynajmniej zaskakujący. Miały układ, że nie odzywała się przy obcych, ale czasem się zapominała.
Gdy podniosła spojrzenie po kolejnym upadku w miękki puch, dostrzegając w półmroku zarys postaci, serce jej stanęło. Rosły i pokryty skórą, przypominał w istocie niedźwiedzia, który szykował się do ataku. Wbiła w niego odrobinę wytrzeszczone, duże oczy, mocniej zaciskając palce na swojej różdżce. Jakie było zaklęcie, które mogłoby bestię uśpić, a nie skrzywdzić? Nie chciała mieć krwi miśka na ręku, ale nie chciała też zrobić za przystawkę. Zwierzę jednak wydało z siebie rozbawione parsknięcie, a potem przemówiło ludzkim głosem, chociaż w języku brzmiącym niezwykle dziwnym, brzmiącym bardzo staro. Ściągnęła brwi, kiwając głową.
- Okay więc nie jesteś niedźwiedziem, nie zjesz mnie..- mruknęła cicho, lustrując go wzrokiem nieustannie, ignorując wpadający do oczu brązowy kosmyk, subtelnie unosząc wyżej różdżkę. I wtedy właśnie dostrzegła cały ten oręż, a raczej jego zarys i skóra okazała się wilcza. Wędrowała wzrokiem między twarzą mieszkańca lasu, jego dłonią i toporem. Dreszcz przebiegł ją po plecach. A może jednak ją pokroi? Znów przemówił, brzmiąc dość miło, chociaż miał dobre dwa i pół metra z jej perspektywy i była pewna, że jednym ruchem uciąłby jej głowę. Gdyby miał to zrobić, czy nie zaatakowałby jej z zaskoczenia? Dziewczyna uśmiechnęła się w końcu, łapiąc jego dłoń i zaciskając na niej zimne palce, bo rękawiczka tkwiła w śniegu razem z mapą i kompasem. - Dziękuję, poślizgnęłam się, wcale nie wystraszyłam. - rzuciła w jego kierunku, czując się znacznie lepiej na nogach i modląc się, żeby nie uszkodziła teleskopu. Zsunęła plecak z ramion, kładąc go na ziemię i poświęciła na niego, przyglądając się mu badawczo. Jak zrobi mapę bez teleskopu? Przez chwilę nie myślała o miśku i jego broni.- Całe szczęście, nie pękł! Miałabym pecha, większego chyba niż brak kompasu. - wyjaśniła mu, zapominając również, że nie mówił po angielsku. Odetchnęła głębiej, chcąc się doprowadzić do porządku. Wyprostowała się, nałożyła plecak, ale zaraz musiała się schylić, żeby pozbierać swoje rzeczy. Gdy wstawała z mapą, znów dostrzega ostrze, które odbijało światło zaklęcia. Przeklęła bezgłośnie pod nosem. A co, jak to mugol i weźmie ją za czarownicę? Wyczulona na odgłos skrzydeł, odchyliła głowę do tyłu, patrząc w granatowe plamy ze srebrnymi punktami, tak słabo widoczne między gałęziami. - Mar? Zostań tam.
Powiedziała głośniej, nie chcąc narażać potencjalnego człowieka bez magii na widok pegaza, ani też pegaza na jego topór. Przesunęła palcami po włosach, odgarniając je z twarzy i znów wbiła w niego wzrok, uśmiechając się nieporadnie i niewinnie. - Miły Pan mi powiedział, że przez las jest skrót i szybciej dostanę się do źródła i na punkt. Tylko słońce zaszło tak szybko!
Wyjaśniła, gestykulując, jak to często robiła, bo była człowiekiem pełnym emocji i uczuć, których tłumienie było niezdrowe. Jaka była szansa, że znał turecki? Zacisnęła usta na chwilę po tym, jak westchnęła. - Poradzę sobie, nie można się poddawać! Mam tu kompas i mapę.


RE: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Hjalmar Nordgersim - 16.04.2023

Trzeba było ją jednak zostawić... Ta myśl pojawiła się w jego głowie kiedy usłyszał jak kobieta, której przybył z odsieczą, zaczęła mówić w tym barbarzyńskim języku zwanym również jako angielski. Nie do końca obchodził go fakt, że to w sumie przez niego (albo dzięki niemu), dziewczyna znalazła się w takiej sytuacji - wszystko przez jego upadek z drzewa. Nie miał sobie nic do zarzucenia. W końcu nie mógł przewidzieć, że z tego drzewa się spierdoli.

Tsaa... Nie zjem, a powinienem jak słyszę w jakim języku mówisz. Pokiwał głową ze zrezygnowaniem. Przez chwilę zastanawiał się czy by nie udawać, że nie zna mowy ludu Brytyjskiego. Był ciekawy do czego mogłoby to doprowadzić. Postanowił jeszcze przez moment, kilka chwil "nie potrafić" wysłowić się w tym języku. Koniec końców będzie musiał się ujawnić, ponieważ nie dawał tej podróżniczce zbyt dużych szans na przeżycie w tej dziczy w pojedynkę. Tym bardziej, że wszystko wskazywało na to, że jest niedzielną podróżniczką, a nie zapaloną w boju tarczowniczką, z których słynął niegdyś jego lud.

- Mhmm... - mruknął na jej tłumaczenie o poślizgnięciu się. W ogóle nie było widać tego strachu w jej oczach kiedy wyłonił się z kniei. Przecież była "ostoją spokoju" w tym momencie - zapewne nawet grom z jasnego nieba by jej teraz nie przestraszył.

Przyglądał się z zainteresowaniem jej kolejnym ruchom. Ciekawiło go, po kiego czorta, zabrała ze sobą tyle niepotrzebnego sprzętu. Jakieś plecaki, mapy czy tony zbędnego osprzętu, który w sytuacji zagrożenia życia jest po prostu nieprzydatny. Według Hjalmara, tej kobiecie wystarczyłby sam toporek do szczęścia. Pomógłby jej się obronić jak i utorować sobie drogę przez gęstwiny lasu, a w razie czego zdobyłby jej potrzebny opał i strawę na wieczór.

Zdziwił się kiedy po raz kolejny usłyszał człon swojego imienia. Zainteresowało go, który z jego kolegów był taki mądry, aby rozpowiadać niepoprawny skrótowiec od jego imienia. Najgorszy w tym wszystkim nie był fakt, że rozpowiadał złą wersję, a raczej to, że opowiadał to obcym osobom. Niech tylko znajdzie tego śmieszka, tak mu obije mordę, że go rodzona matka nie pozna.

- Przecież nigdzie nie idę - odparł w znanym ich dwójce języku, chowając przy tym swoją siekierę za pasek. Nie rozumiał dlaczego miał stać dalej w tym śniegu, nieopodal choinek. Ale skoro miał tam zostać, to czemu nie? Może coś zgubiła i nie mogła tego odnaleźć, a każdy jego krok mógł zakopać jej zgubę pod grubą warstwą śniegu. W takim przypadku, odzyskałaby swój przedmiot dopiero przy pierwszych roztopach. A na te trzeba było jeszcze trochę poczekać.

- Kto taki? Stary Rökkvi? - zapytał z ciekawości. Do gorącego źródła może i było szybciej przez las ale pod jednym warunkiem - znajomości tego lasu. A tego najwidoczniej brakowało tej turystce - Taki niski, łysy z siwą brodą? Prawa część twarzy w runach? - opisał pokrótce starca. Liczył, że może to jej pomoże zidentyfikować osobę, która wprowadziła ją w taki błąd. Bo to była przecież jego wina, a nie słońca - każdy wie jak krótkie potrafią być dnie o tej porze roku. Pewnie wszyscy poza stojącą przed nim turystką - ignorantką ich bogatej kultury i tradycji. Żeby policzyć takich jak ona to nie starczyłoby mu palców na dłoni. Przyjeżdżają wielce bogaccy i bawią się w najlepsze w ich domu. Później się gubią i trzeba ich szukać.

- Tak. Poradzisz sobie. Kompas i mapę masz, to brakuje Ci tylko guza do kolekcji - stwierdził odpowiadając uśmiechem. Nawet zabawna była w tej swojej całej nieporadności - Mogę się już ruszyć czy nadal coś masz do podniesienia? - zapytał. Wolał mieć pewność, że nic przez niego nie straci. Jeszcze by miała do niego jakieś problemy o to. A tylko tego mu brakowało dzisiaj - był już wystarczająco zdenerwowany, że nie udało mu się upolować tego zwierza.

- Chodź zanim Cię wilki dopadną w tym lesie - rzucił odwracając się za siebie w kierunku gęstwiny dobywając swój oręż. Miał zamiar zaprowadzić tę zagubioną duszyczkę do jej docelowego punktu wykorzystując do tego knieję - tą samą o której jej ktoś powiedział. Tym razem miał zamiar pokazać jej jak to się powinno poprawnie zrobić, czyli pójść na przełaj wprost do tego źródła. I wykorzystać do tego to co była niezbędne do przemierzania ośrodków leśnych - siekierę.




RE: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Pandora Prewett - 18.04.2023

Jej angielski był dobry, czasem przebijał się turecki akcent i brzmiała dość śmiesznie, zwłaszcza gdy mówiła szybko. Chociaż język pochodzący z rodzinnych stron jej matki nie był przez Pandę opanowany w sposób komunikatywny, to wciąż była w stanie trochę zrozumieć z rozmowy i wypowiadać jakieś słowa, czasem powiedzenia. Znała też alfabet. Przyglądała się rosłemu blondynowi z odrobiną ostrożności, ale i zaciekawienia. Kochała ludzi, była ciekawa świata i miała w sobie olbrzymie pokłady empatii. Nawet jeśli nie umiał jej zrozumieć lub ona jego, zawsze znajdzie się sposób. Nie wyglądał, jakby miał ją zjeść lub skrzywdzić, ale niecodziennie spotyka się dwumetrowego niedźwiedzia w ludzkiej skórze z błyszczącym toporem w dłoni w środku nocy w Islandzkim lesie. Tylko kto o zdrowych zmysłach robi sobie takie spacery jak ona?
- Hej! Naprawdę! Wyglądasz, jakbyś mi nie wierzył! Coś trzasnęło mocno i się poślizgnęłam po prostu.. No i myślałam, że jesteś niedźwiedziem. Pasowałbyś na animaga niedźwiedzia albo na wilka. - wyjaśniła już pogodniej, jakby cały strach minął przez to, że wciągnął do niej dłoń. Olbrzymią, ale i ciepłą, trochę szorstką. Pandora bardzo lubiła dłonie i linie przeznaczenia, które się na nich kryły. Przyglądała mu się badawczo jeszcze dłuższą chwilę, zanim uśmiechnęła się po prostu, czując w głębi ducha, że nie da jej tu zamarznąć. A potem przypomniała sobie o teleskopie i tym wszystkim, co targała w plecaku. Prawdę mówiąc, dziewczyna nie miała swojego miejsca i nie przykładała zupełnie wagi do dóbr materialnych, nie była księżniczką. Wystarczył kawałek dachu nad głową, coś do zjedzenia i plecak, przepakowany trochę, ale miała w nim chyba wszystko, co było dla niej ważne i czego potrzebowała. Uważała, że zawsze trzeba być gotowym do kolejnej podróży, często więc nawet go nie rozpakowywała, wymieniając tylko odzież lub obuwie na stosowne, uzupełniając zapasy. Z czułością wręcz przesunęła po teleskopie, gdy układała wszystko na miejsce z westchnięciem pełnym ulgi. - Dobrze przez niego widać gwiazdy i planety, próbowałeś kiedyś spojrzeć? Jak tak na Ciebie patrzę, to przypominasz trochę dziecko księżyca i nocy.
Wyznała jeszcze z delikatnym wzruszeniem ramion, nawiązując do jego głosu, biegania po lesie i tego, jak się prezentował. Miała na myśli też kontrast, który był między nimi. On miał jasne włosy i cerę, duże, przypominające niebo oczy, a przynajmniej tak się jej wydawało w błękitnym świetle zaklęcia lumos. Ona była brunetką o czekoladowym spojrzeniu i ciemniejszej karnacji, odziedziczyła więcej z matki niż ojca, zresztą nie tylko pod względem aparycji. Gdy skrzydła ucichły, poczuła się lepiej i wtedy właśnie mężczyzna, którego porównała do wyznawcy srebrnego strażnika nieba, przemówił w sposób całkowicie zrozumiały. Pandora aż podskoczyła w miejscu, wbijając w niego ślepia i wskazując na niego oskarżycielsko palcem. - No wiesz?! Nie mogłeś tak od razu, zanim wspomniałam o księżycu? - zapytała tylko, prychając jeszcze na sam koniec, niczym niezadowolony kocur. Skrzyżowała ręce pod biustem, nie uciekła jednak od niego spojrzeniem. - Nie idziesz? Nie zostawisz mnie tu samej?
Mówił dalej, a ona kręciła głową z niedowierzaniem, czując, jak trochę czerwienią się jej policzki, co raz — było trudne do zauważanie przez półmrok, dwa przez jej karnację, a trzy, można było zrzucić to na panujący dookoła chłód. Naciągnęła czapkę na uszy z westchnięciem, kiwając głową na jego pytanie i opis jegomościa, który jej drogę polecił. Nie umiała się gniewać, kochała śmiech i dobre emocje, więc zaraz jej buzię znów rozjaśnił pogodny wyraz, a ona zrobiła krok w jego stronę. - Dokładnie ten. Myślałam, że mam więcej czasu przed zachodem, bo to Luty, ale zapatrzyłam się, bo tam było stado reniferów, nad zamarzniętym stawem, kawałek dalej. I zajęło mi to dłużej, niż sądziłam. - przerwała na chwilę, wsuwając odkrytą dłoń w kieszeń, aby zastukać palcami w materiał. Nie była ignorantką, była po prostu trochę niezdarna i angażująca się w to, co ją otaczało. Uwielbiała przyrodę, dzikość, a przede wszystkim zwierzęta — magiczne i te zwykłe. Na jego słowa westchnęła ciężko, kiwając głową. - No może nie brzmi to bezpiecznie i dobrze, ale poradziłabym sobie jakoś. Zawsze radzę, trzeba być optymistą, to przyciąga dobre rzeczy. Blado wypadłam, nie?
Zapytała ze wzruszeniem ramion, nawiązując chyba do całości, nie samego kompasu czy przygotowania do podróży. Rozejrzała się dookoła, a potem pozbierała swoje rzeczy, przytrzymując się okolic jego nadgarstka, żeby się nie wywrócić. - Dlaczego masz się nie ruszać właściwie? -rzuciła  zaciekawiona, zerkając na niego z dołu, gdy otrzepywała mokrą mapę ze śniegu. - Dokąd idziemy? Chciałabym zobaczyć wilka. Lubię wilki, zawsze chciałam jednego. Czemu Ty nie masz wilka? Pasowałby do Ciebie.
Poprawiła plecak na ramionach, wsunęła zagubioną rękawiczkę i kiwnęła głową, dając mu do zrozumienia, że jest gotowa. Gdy tylko zrobił krok, wyciągnęła jednak dłoń w jego kierunku, zaciskając palce na skrawku jego płaszcza. - Dziękuje, że mnie znalazłeś. I .. No wiesz, nie zjadłeś? To bardzo miłe z Twojej strony. Jesteś dobrym człowiekiem.
Nie musiał wcale marnować na nią czasu, miał pewnie lepsze zajęcia i Pandora doskonale to rozumiała, wielu by tak postąpiło. Gdy pakowało się w kłopoty, zwykle trzeba było radzić sobie samemu.


RE: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Hjalmar Nordgersim - 18.04.2023

Zastanowił się nad jej słowami - No i myślałam, że jesteś niedźwiedziem. Pasowałbyś na animaga niedźwiedzia albo na wilka. Z tym niedźwiedziem to fakt - można było go pomylić. Zwłaszcza jeżeli pod uwagę brało się też dźwięk z jakim spadł z tego drzewa. Wtedy rzeczywiście mogłoby to zabrzmieć jak niezgrabny uszatek. Tym jednak nie był. Dużo trafniejsze okazało się drugie “oskarżenie”. A dokładniej to to, które dotyczyło wilka, którym potrafił się stać jeżeli wymagało od niego sytuacja… lub pełnia.

Dziecko księżyca i nocy? A to dobre. Nie słyszał wcześniej niczego takiego. Do tej pory wydawało mu się, że jest dzieckiem Dagura i Sagi. Może jego staruszkowie nie powiedzieli mu wszystkiego? Albo stojąca przed nim niewiasta mówiła w jakimś dziwnym slangu o którym nie miał pojęcia. To tylko sprawiało, że miał coraz większą chęć zostawić ją na pastwę losu w tym lesie.

Nie ważne jak bardzo chciałby się jej pozbyć w tym momencie - nie mógł tego zrobić. Nie wypadało zostawić zagubionego wędrowca na pastwę losu po środku islandzkiego lasu. Tutaj wszystko czyhało na nieuważnych podróżników - nawet choinki lub spadający z nich islandczycy.

- Staremu Rökkviemu się nie ufa - stwierdził przekręcając oczami - Tym bardziej jeżeli jesteś samotną turystyką pośród nieznanych Ci terenów. Masz nauczkę na przyszłość - stwierdził. Hjalmar wolał nie rozwodzić się zbytnio na ten temat. Mógłby wiele złego powiedzieć o tym człowieku. Znał go lepiej niż własną kieszeń. Prawda była zresztą taka, że każdy mieszkaniec ich osady go znał i to z tej samej - złej - strony.

Słuchał jej. Nic innego nie miał do roboty w tym momencie. Strasznie dużo gadała jak na kogoś z jej umiejętnościami przeżycia w lesie. Nie zdawała sobie sprawy, że wszelkie odgłosy ściągają niepotrzebną uwagę? Z jednej strony odstraszają zwierzynę, a z drugiej ją przyciąga. Najgorsze w tym, że przyciągają wygłodniałą faunę, która jest w stanie zaryzykować atak na człowiek, licząc, że uda im się wygrać ten pojedynek. I tylko takiego starcia brakowało im, aby można było uznać ten wieczór za spełniony.

- Dlaczego mam się nie ruszać? - zapytał zaskoczony. Czy od tego upadku w śnieg odebrało jej rozum? Może doznała jakiegoś szoku albo innego wylewu do mózgu? Sama przecież przed chwilą kazała mu zostać w miejscu. Niech się w końcu zdecyduje - Ty w tym momencie na serio pytasz? - nadal nie dowierzał - Powiedziałaś abym się nie ruszał to tak zrobiłem. Dlatego pytam czy już mogę się w końcu ruszyć czy jeszcze masz coś do podniesienia - pokiwał przecząco głową. Powoli chyba tracił do niej cierpliwość.

- Jak to dokąd idziemy? Przecież chciałaś gdzieś tam dotrzeć. To próbuję Cię tam zaprowadzić ale skrzętnie to utrudniasz - z minuty na minutę, ze słowa na słowo, ta dziewczyna wydawała mu się coraz bardziej dziwna. Słyszał nie raz ostrzeżenia o takich kobietach -  Strasznie dużo gadasz. Wiesz? - zapytał łapiąc się za głowę. Miał wrażenie, że na jego jedno słowo, ona wypowiada co najmniej piętnaście - Jeżeli nadal będziesz tyle mówić to nigdy żadnego nie spotkasz. Wilka łatwo zgubić, a jeszcze prościej spłoszyć. A żeby uniknąć tych dwóch przypadków trzeba być cicho. Wtedy może zobaczysz wilka - oznajmił jej - Nie potrzebuję żadnego wilka. Wystarczy mi, że mam futro jednego z nich na sobie. Dzisiaj jeden już mi uciekł ale liczę, że go odnajdę i przyniosę na kolację. To dopiero jest kawał pysznego mięsa - przetarł buzię bo lekko pociekła mu ślinka na samą myśl. Wyobraził sobie taką potrawkę z wilka, a do tego butelka gorzałki - coś pięknego.

Kiedy był już gotowy, aby ruszyć w głąb lasu po raz kolejny coś mu przeszkodziło. A raczej ktoś. Ktoś pociągnął go lekko za płaszcz. Znowu ona… Przekręcił oczami zanim się do niej odwrócił aby ją wysłuchać.

Ciężko westchnął kiedy skończyła mówić - Przypadkiem - stwierdził zgodnie z faktem - Spierdoliłem się z tego drzewa - wskazał jej siekierą kilka połamanych gałęzi, mniej więcej na wysokości czubków niższych choinek - I wylazłem tutaj. I nie po to aby Cię zjeść, tylko po to aby wrócić do domu - nie wierzył w to co przed chwilą usłyszał - My nie jemy ludzi. Nie jesteśmy kanibalami. Jesteśmy islandczykami. Daleko nam do nich - zapewnił ją - Czy już jesteś gotowa, abyśmy mogli wyruszyć do tego całego punktu widokowego? Czy jeszcze jest coś co muszę wiedzieć, żebym nie musiał być ciągany za ramię przez całą drogę? - zapytał. Wolał mieć pewność co do jej gotowości i zamiarów. Wolał nie był ciągany za ramię kiedy przyjdzie im stanąć oko w oko z przeciwnikiem.




RE: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Pandora Prewett - 18.04.2023

Ciężko było nazwać Pandorę kobietą religijną i oddaną przykazaniom, miała swój własny pogląd na świat. Wierzyła w matkę naturę oraz magię, czytanie z gwiazd, zwierzęta totemiczne i wędrówkę dusz. Łatwiej żyło się z przeświadczeniem o należeniu do kręgu życia niż z wiarą w proroka czy innego przywódcę wyklętego narodu. Zwykle po poznaniu człowieka, a później jego imienia, tworzyły się jej jakieś powiązania, a on pasował zarówno na duszę niedźwiedzią, jak i wilka. Miała jednak zbyt mało informacji poza oczywistym kontrastem pomiędzy nimi, aby stwierdzić, co było bardziej odpowiednie.
Na wzmiankę o tym, że starego właściciela pensjonatu nie warto obdarzać zaufaniem, jedynie westchnęła krótko. Była przesadnie ufna, zawsze dawała innym szanse, a skoro z takim miłym uśmiechem zapewniał ją, że dotrze do punktu szybciej i w lepszych okolicznościach przyrody. Z drugiej jednak strony, czy Mara nie stwierdziła od razu, że dziadyga coś łże? Jej koń mocniej stąpał po ziemi niż Dora, nawet jeśli to on miał skrzydła. Była też czasem upierdliwie nadopiekuńcza. Mimowolnie brązowe ślepia kobiety powędrowały ku górze — czuła, że zwierzę było niedaleko, posłusznie i lojalnie, chociaż z niezadowoleniem, spełniając jej prośbę.
- Teraz już będę wiedziała. Wyglądał naprawdę miło i ciekawie opowiadał o tutejszych atrakcjach, tylko nie mam aż tyle czasu, aby skorzystać ze wszystkich. Na pewno nie chciał źle. - odpowiedziała z delikatnym wzruszeniem ramion, bo chociaż zdawała sobie sprawę z istnienia złośliwych i okropnych ludzi, zawsze szukała jakichś wymówek dla nich, za nich. Nikt przecież nie rodził się taki, chyba że był przeklętą duszą, a te według ksiąg i opowieści nie zdarzały się zbyt często.
Czuła, że mówi za dużo, ale często nie umiała przestać. Nie była świadoma tego, że mówiła więcej, gdy czuła się niepewnie lub nie radziła sobie z przewagą któreś z emocji. Często wpadała w kłopoty przez swoją niezdarność, ale nie zdawała sobie sprawy, że jej gadulstwo mogło przyciągnąć tutejsze zwierzęta, a nie je odstraszyć. Magiczne stworzenia reagowały ucieczką na dźwięk podniesionego głosu człowieka, chyba że były smokiem lub inną mantykorą, ale z tego, co kojarzyła — takowe nie występowały w tych rejonach. Mógł czasem jakiś przelatywać na Islandią, ale nie były to chyba warunki odpowiednie dla tych gadów. Obserwowała w zastanowieniu parę ze swoich chust, czując rozchodzący się po ciele dreszcz od zbyt długiego stania w miejscu. Plus był jednak taki, że w lesie i wśród drzew wiało mniej, niż na otwartych pastwiskach czy wzniesieniach, które tu wcześniej widziała. Na jego zaskoczenie kiwnęła głową, mógł z łatwością po jej minie wywnioskować, że nie kłamała. Twarz Prewettówny była bardzo łatwa do odczytania, na niewiele tematów w ogóle umiała wymyślić odpowiednią bujdę, prędzej zwyczajnie zmieniając temat lub dając okrężną odpowiedź. Wbijała w niego zaintrygowane spojrzenie, zupełnie nieświadoma zrządzenia lasu, które ich spotkało. - Jak mogłam mówić do Ciebie, jak nie mam pojęcia, jak masz na imię i nie mam żadnego prawa, aby kazać Ci postać w miejscu? - zapytała tylko, przekręcając głowę w bok, bo przecież była przekonana, że mówiła do swojego pegaza. Mara już dawno tkwiłaby z nimi, gdyby nie usłyszała jej słów. -Mówiłam do Mary. To moja przyjaciółka, ale nie jest fanką Twojego toporka, nie chciałam jej denerwować.
Wyjaśniła z delikatnym wzruszeniem ramion, zupełnie nie rozumiejąc jego zirytowania w tej sprawie, bo skąd mogła wiedzieć, że jest Mar i Mara? Obydwa nocne! Pandora pokręciła głową, sugerując mu, że nic więcej do poniesienia ze śniegu już nie miała. Jej palce zacisnęły się mocniej na różdżce, tonąc w miękkim wnętrzu rękawiczki.
- Oh, na punkt? Dziękuje, to miłe. Tak, wiem. Mogę przestać. Nie będziesz wtedy się tak złościł? -odpowiedziała, unosząc brew delikatnie, zanim przeniosła wzrok gdzieś na bok. Jego zdenerwowanie się jej udzielało, a ostatnie, czego brakowało w tym nieszczęsnym lesie, to kolejne przygody. Dla pewności złapała większy wdech, wciąż chcąc mu jednak podziękować. Wysłuchała jego słów o wilkach, nieco prychając pod nosem na futro i mięso, bo jak można było zabić tak piękne i majestatyczne stworzenia, a co dopiero je zjeść i robić z nich ubrania? Uznała jednak, że bezpieczniej będzie tego nie komentować, nie wchodzić w dyskusję na temat jego zwyczajów, gdy byli na jego terenie i poniekąd była na jego łasce, bo sama na pewno nie znajdzie wyjścia z tego cholernego lasu. - Zapamiętam. - obiecała krótko, mając w głowie to, że przeszkadzało mu jej gadanie. Zacisnęła usta, wyciągając dłoń w jego stronę. I znów nie wyglądał na zadowolonego, więc cofnęła ją równie szybko, wsuwając w kieszeń, obejmując kompas mocno.
- Oh. Nic Ci się nie stało? - tego nie mogła powstrzymać, uciekło samo spomiędzy warg, które zaraz szybko przysłoniła dłonią, odwracając wzrok na bok. Oczywiście ukradkiem zamierzała się mu przyjrzeć, czy aby się nie połamał, nie spadł na ten swój oraz czy inne rzeczy, które mógł chować pod futrem. Drzewa w tym lesie były cholernie gęste i wysokie, nawet jeśli śnieg amortyzował upadek, pewnie nabił sobie siniaków. - Wiem, to dotyczyło niedźwiedzia. Nieważne, przepraszam. Nie chciałam Cię obrazić, czy zdenerwować. Jeśli chcesz, możesz wracać do domu, nie będę obrażona czy zła. - odpowiedziała tylko, wysuwając z kurtki rękę, aby otworzyć swój stary kompas. Przedmiot był zdarty, tkwił na łańcuszku i miał zniszczone grawer w tureckim języku, a także błyszczący, czerwony kamyk na środku. Nie chciała go przecież zezłościć. Poruszyła niespokojnie ustami, otwierając wieczko i przyglądając się kręcącej igle. I znów rozległo się huk sowy, trzepot skrzydeł, a nawet pojedyncze wycie gdzieś z oddali. A może ryk? Mimowolnie zrobiła krok w jego stronę, jakby była zupełnie pewna, że nie poradzi sobie sama ze zwierzęciem, bo nie będzie umiała go skrzywdzić. Chciała oczywiście się odezwać, ale przygryzła tylko dolną wargę, wzdychając bezgłośnie i zatrzymała wzrok na strzałce, która w końcu wskazała północ po swoim szaleńczym tańcu — oczywiście tam, gdzie były największe krzaki i gdzie było najbardziej ponuro.


RE: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Hjalmar Nordgersim - 18.04.2023

Tego już było po prostu za dużo. Najpierw jakaś noc i księżyc, potem oskarżenia o kanibalizm, a teraz jeszcze wymyśla sobie przyjaciół. Ta temperatura czy inny upadek musiały ją solidnie przetrącić. Czy to jakaś gorączka? Może powinna udać się do jakiegoś eksperta? Na obrzeżu ich osady mieszkał stary uzdrowiciel. Hjalmar zaczął się zastanawiać czy by przypadkiem nie zboczyć z drogi i zaprowadzić zagubioną (i być może opętaną) dziewczynę wprost do tego medyka.

- Jak niby nie masz pojęcia jak zwracasz się do mnie po złym skrótowcu mojego imienia? - spojrzał na nią jakby co najmniej z byka spadła - Wiadomo, że nie masz prawa ale może coś Ci wypadło i chcesz to podnieść? A każdy mój krok może zakopać Twoją własność na kilka miesięcy? - podniósł brwi jakby to było co najmniej oczywiste. Czy w kraju z którego pochodziła ta kobieta, ludzie nie byli dla siebie po prostu mili? Czy jeżeli dana nacja miała do siebie to, że wypowiadała nadprogramową ilość słów to stawała się nieczułą, pozbawioną ludzkich instynktów grupą?

- Na brodę Merlina! - zaklął w niebiosa - O czym Ty bredzisz w tym momencie kobieto? Jaka Mary?! Jaka przyjaciółka?! - uniósł ręce w gniewie jakby chciał ją rozszarpać - Jaka fanka mojego toporka? Przecież tutaj nikogo nie ma! Rozejrzył się! - zaczął się kręcić wokół własnej osi. O czym ona teraz pierdoli Może ona była jakąś leśną fetyszystką i ta choinka, która stała przed nim była tą całą “przyjaciółką” - to już było schorzeniem, które należało leczyć - Gdzie niby jest ta Twoja “kumpela”? - spojrzał na nią jak na skończonego debila, a następnie wykonał gest cudzysłowu aby podkreślić swoje słowa - Aktualnie to nie denerwujesz żadnej swojej koleżanki… Której tu… NIE MA. Tylko mnie - zaznaczył. Przymknął oczy aby się uspokoić. Wdech i wydech Hjal. Wdech i wydech… To tylko kolejny dziwny, zagubiony turysta. Zaraz będzie po wszystkim - Grrhhh… - wydał z siebie stłumiony ryk kiedy przejechał ręką po twarzy. Ta sytuacja zaczęła go lekko przerastać. W tym momencie najchętniej złapałby jakieś drzewo na którym mógłby się wyżyć aby sobie lekko ulżyć. Hjalmar zaczął się wewnętrznie gotować. Był niczym czajnik gorącej wody, który próbował nie wybuchnąć.

Żałował. Bardzo żałował tego, że wymknął się wcześniej z rodzinnej kuźni. Teraz mógł sobie w najlepsze z Dagurem kuć żelazo póki gorące. A tak to musi teraz sterczeć pośrodku lasu i wysłuchiwać gadania o jakichś niewidzialnych przyjaciółkach. Ojcze, spotkała mnie najwyższa kara. Biję się w pierś za tę nieposłuszeństwo Nie widział innej możliwości. Przodkowie ukarali go za to co zrobił. Dostał nauczkę za swoje czyny. Więcej ich nie powtórzy.

- Nie wiem. Przekonamy się o tym dopiero jak to się stanie - wyznał. Powiedział jej prosto z serca jak się sytuacja miała. Nie mógł jej tego obiecać, że poczuje się lepiej, ponieważ do tej pory ciągle coś mówiła. Przekona się dopiero o tym jeżeli będzie mógł przez chwilę rozkoszować się błogą ciszą. Szumem lasu, wyciem wilków i hukiem sów. Tego mu właśnie było trzeba, a nie ględzenia o wszystkim i niczym.

Stało się. Dziewczyna rzeczywiście przestała mówić. Hjalmar nie dowierzał przez moment, że to się rzeczywiście stało. I słusznie zrobił, że w to nie uwierzył. Nie minęła chwila, a jego rozmówczyni nadal robiła to co umie robić najlepiej - zaczęła gadać.

- Nic mi się nie stało. Nic mnie nie boli. Wszystko jest w porządku - odparł przekręcając oczami. Nie potrzebował od niej żadnego współczucia. Żadnej ekspertyzy medycznej, której ona sama potrzebowała dużo bardziej od niego.

- Tak, zostawię Cię, wrócę i co? - zapytał ją całkowicie poważnie z lekko rozgniewanymi brwiami. Co ona sobie w ogóle myślała? A może nie myślała? - Jutro będe chodził po lesie i odnajdę Twojego trupa. Tego właśnie chcesz? - zapytał przekręcając głowę z zainteresowaniem. Bo może właśnie było to do czego ona dążyła - do samozagłady - Ty jesteś przestraszona na dźwięk spadającego islandczyka z drzewa, a co dopiero prawdziwego zagrożenia. Wtedy co zrobisz? Skulisz się w kulkę i będziesz udawać, że nie ma przeciwnika, a niedźwiedź czy Merlin jeden wie kto inny, będzie Cię pożerał? No błagam Cię, nie rozśmieszaj mnie - machnął ręką próbując dalej się uspokoić - Jeżeli nie chcesz zginąć to nie podejmuj głupich decyzji tylko wreszcie rusz się z tego śniegu bo zamarzniesz. A ja Twojego ciała nie mam zamiaru transportować do jakiejś śmiesznej Anglii czy innego nieludzkiego kraju - wyznał. Gdyby tutaj wyzionęła ducha to zapewne zakopałby ją pod warstwą śniegu i ktoś by ją odnalazł przy roztopach. Znaczy najpierw znalazły by ją wilki i zjadły. Wtedy mógłby ją odnaleźć ktoś. A raczej jej szkielet. I to jego pozostałości.

- Postawię sprawę krótko. Ja jestem przewodnikiem. A przewodnika trzeba się słuchać. Jasne? - zmrużył oczy i się jej przyjrzał - Jak mówię, że idziemy przez ten las. To idziemy przez ten las - zaczął wymieniać zasady jakie panują w trakcie podróżowania z nim. Były ciężkie, ponieważ do takich on sam był przyzwyczajony - Jeżeli mamy przeskoczyć jakiś krater to przez niego przeskakujemy. Jeżeli atakuje nas jakaś leśna bestia to z nią walczymy, aby nie skończyć jako jej posiłek - rozłożył ręce - Czy wszystko jest jasne? - złapał się wolną dłonią za swoją kitę po której zaczął jeździć. Sam też wolał się w końcu ruszyć. Zaczął tutaj lekko marznąć.




RE: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Pandora Prewett - 18.04.2023

Skrzyżowała ręce na piersiach, wcale nie kurczyła się pod kolejnymi wyrzutami ze strony mężczyzny, ba, stała wyprostowana i z uniesioną brodą, wlepiając w niego brązowe ślepia, błyszczące chyba dla odmiany od gniewu, a nie rozbawienia. Pandorę było bardzo trudno wyprowadzić z równowagi, sprawić, aby podniosła głos i jemu również się to nie uda.
- Nie mam pojęcia, jak się nazywasz i nie patrz na mnie, jak na wariatkę. - rzuciła głosem przepełnionym pewnością swoich słów, wkradła się nawet odrobina akcentu, co mogło świadczyć o tym, że pół Turczynka podchodziła do tego emocjonalnie. Nic o niej nie wiedział, nie miał absolutnie żadnego prawa oskarżać ją o tak okropne rzeczy, gbur paskudny. Wcale nie bredziła, a każde kolejne słowa — które przerywały cisze i mogły przywołać tu wygłodniałe wilki czy inne drapieżniki, o których wspominał, sprawiały, że miała coraz większą ochotę udowodnić mu, że się mylił. I jeszcze te spojrzenia, gesty, jakby mówiła o choince. I kto tu był wariatem? Prychnęła, gdy skończył mówić, a właściwie ryknął. Zbliżyła się do niego, stając na palcach i patrząc mu w oczy, uśmiechnęła się jedynie. - No to patrz niedźwiadku.
A potem zagwizdała — głośno i wyraźnie, co rozniosło się echem między drzewami. Cofnęła się pół kroku, nie musiała nawet patrzeć w niebo, bo więź, którą miała ze swoim abraksanem, była nierozerwalna. Zajmowała się Marą, gdy ta była jeszcze źrebakiem, dokarmiała ją z butelki, bo matka miała problemy z pokarmem. Ufały sobie, opiekowały się sobą, były dla siebie najbliższe. Nigdy jednak nie oczekiwała, że ktokolwiek będzie w stanie to zrozumieć, a co dopiero docenić, bo przecież była tylko zwierzęciem, pegazem o przerażających, czerwonych i mądrych ślepiach. Świst w powietrzu był coraz głośniejszy, a potem rozległo się zirytowane rżenie i odgłos kopyt, które uderzyły o ziemię, rozpryskując dookoła biały śmiech. Złoty pegaz trzepnął skrzydłami, wypuszczając głośno parę z nozdrzy, gdy zatrzymał się obok Pandory i łypnął wzrokiem na pogrążonego w ślepej furii mężczyznę. Była na tyle bezczelna, że zadarła łeb i spojrzała nawet z góry, znów wydając z siebie nieprzyjemny dźwięk, a potem kilkukrotnie uderzając kopytem o ziemie. Miała długą grzywę, pomiędzy którą były coś wplecione, ale ciężko było zauważyć w półmroku. Kobieta uniosła dłoń, zsuwając rękawiczkę i przesunęła po chłodnej, wilgotnej szyi zwierzęcia, starając się ją uspokoić. Oczywiście ta nie zamierzała mówić ludzkim głosem, dopóki Pandora by jej nie pozwoliła. Uśmiechnęła się do mężczyzny, nie komentując jednak niczego, zdradzając mu jedynie imię swojej przyjaciółki, która nie była choinką. - To Mara.
Mógł sobie iść, nie trzymała go tu na siłę i może nawet lepiej, gdyby sobie poszedł. Zawsze radziły sobie we dwie, więc i w Islandzkiej głuszy sobie poradzą. Klacz zdawała się czytać jej w myślach, bo trąciła ją łbem na znak, że być może nie był to najlepszy moment na samodzielność i niezależność, skoro krążyły po tym nieszczęsnym lesie ostatnie dwie godziny. Latanie we mgle i w tej ciemności było męczące, również przez niskie temperatury, które panowały wysoko. Prewettówna zdawała sobie sprawę ze swojej przypadłości, nie miała pojęcia, jak zachowałaby się, gdyby unosiły się wysoko nad lasem, gdzie krople deszczu zmieniałyby się w lód, niczym zaczarowane.
Nie odpowiadała na większość jego pytań, skoro to było niegrzeczne i sam tego nie chciał, mając dość jej paplaniny. Poprawiła plecak, na jego stan zdrowia zareagowała kiwnięciem głowy z jakąś ulgą, bo nawet, jak był gburem i wariatem, wciąż jej pomagał i nie umiała tak po prostu nie martwić się o kogoś, kto spadł z dwumetrowej choinki. Nie była też uzdrowicielem, znała podstawowe zaklęcia leczące, które pomagały jej w pracy, zwłaszcza gdy raniła sobie dłonie. Jego monolog sprawił, że wbiła w niego spojrzenie z odrobiną urazy i być może zaskoczenia, ale wciąż mu nie przerywała, przygryzając coraz mocniej wewnętrzne strony policzków czy wargi. Jej dłoń rozluźniała i zaciskała palce. Nie chodziło przecież o to, że się bała — nie chciała po prostu nikogo krzywdzić, niezależnie czy ludzi, czy zwierząt. Do drugich miała olbrzymi talent, dobrą aurę i rękę — jak mogłaby w obronie własnej chcieć śmiertelnie zdradzić coś, co mogłoby jej zaufać? To byłoby okropne. Mara prychnęła głośno, rozprostowując skrzydła i sprawiając, że dostał końcem jednego w okolicach ramienia, być może kilka piór przesunęło mu po policzku. Wpatrywała się w mężczyznę tak, jakby rozumiała, co mówił do Pandory i wcale się jej to nie podobało. I chyba też to, że brunetka sama była cicho. Zwierzę musiało czuć się niepewnie, gdy jej nie słyszało.
Już nie wspominając, że obraził Anglię i nazwał ją nieludzką, zrobił z niej trupa i zasugerował, że zachowałaby się w taki, a nie inny sposób. Posłała mu jeszcze krótkie, pytające spojrzenie, czy już może skończył i kiwnęła głową raz jeszcze, dając mu tym samym znać, że nie będzie dyskutowała i postara się go słuchać — w miarę swoich możliwości, chociaż chyba lepiej byłoby, gdyby sobie poszedł. Rozluźniła dłonie, przenosząc spojrzenie na konia, który trącił pyskiem jej rękę, otulając ją ciepłym oddechem. Miała racje, dłoń jej zmarzła i nabrała niepokojąco różowego koloru, więc wsunęła ją znów w materiał rękawiczki. - Bądź blisko, tu nie jest dla Ciebie wygodnie i bezpiecznie, Mar. - mruknęła cicho, aby przypadkiem nie doprowadzić go do kolejnego ataku niedźwiedziego ryczenia swoim głosem. - Poradzę sobie, naprawdę. - dodała jeszcze, gdy pegaz przygryzł jej pompon od czapki. Nie było jej wygodnie maszerować w tych krzewach, na które wskazywał kompas, trzymany teraz razem z różdżką w dłoni. Była dużym zwierzęciem, wysokim. Nim klacz odleciała, zbliżyła się do Hjalmara i trąciła jego ramię pyskiem po tym, jak przez chwilę wpatrywała mu się w oczy, a potem ruszyła przed siebie, rozpędzając się i znikając między drzewami. Pandora odprowadziła ją wzrokiem z westchnięciem, ruszając powoli w stronę, którą wskazał. Gdy pomyślała o tym, co zwierzę miało na myśli, wywróciła oczyma, raz jeszcze spoglądając na kompas. Skoro on był przewodnikiem, w porządku — przedmiot wrócił do kieszeni. Odpięła jednak termos z ciepłym naparem, zaciskając na nim palce, jednak zanim się napiła, wysunęła dłoń w jego kierunku, "pytając" tym samym, czy chciał się może napić czegoś ciepłego. Ważne było utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała, a stali tu dość długo. Może i nie umiała przetrwać w takich warunkach, ale nie chciała też, żeby niedźwiedź się przez nią rozchorował.


RE: [ 14 Lutego 1969, Islandia] Pandora x Hjalmar | Nocne Mary - Hjalmar Nordgersim - 19.04.2023

Może gdyby była przygotowana na taką wyprawę poprawnie to reagowałby inaczej. Ale jako, że nie było to musiał zareagować w ten sposób. Nie zamierzał przecież jej wyprowadzać z równowagi. Ba! On siebie wyprowadził z równowagi, więc nie musiał tego robić ponownie, tylko tym razem z nią. Wystarczyło, że jedno z nich było zagotowane do czerwoności.

Jakim cudem ona nie miałą pojęcia jak on miał na imię? W takim razie skąd znała skrótowiec - Mar od (Hjal)mara? Coś się tutaj bardzo nie zgadzało w tej historii. I trzeba byłoby to wyjaśnić, gdyby nie stan "wilka". Nie był w stanie teraz trzeźwo myśleć czy łączyć faktów. A już na pewno nie wdawać się w dalszą dyskusję z tą kobietą.

Oliwy do ognia dolało zachowanie młodej podróżniczki. Kiedy ta stanęła przed nim na palcach i powiedziała patrząc mu w oczy - No to patrz niedźwiadku. Myślał, że za chwilę wybuchnie śmiechem. Bo co ona takiego chciała zrobić? Weźmie od niego siekierę aby wyciąć tę choinkę, a następnie zacznie nią ruszać, że niby "ożyła" jej przyjaciółka? Ha! To by było dopiero dobre. Nie pozbierałby się ze śmiechu przez dobry tydzień. No i przede wszystkim potwierdziłaby się jego teoria o niepełnosprytności jego rozmówczyni.

Uśmiechnął się tylko na gwizd. Co ona sobie myślała? Że jest jakąś królewną Śnieżką i zaraz zaczną się do niej zbiegać wiewiórki i inne jelonki z lasu? Zdziwił się lekko kiedy ta cofnęła się o pół kroku. Może jednak coś było na tej rzeczy?

Z twarzy Hjalmara zniknął uśmieszek tak szybko jak tylko zdążył się tam pojawić. Przez moment zagościło tam zdziwienie, które przerodziło się w szok. Oczy zrobiły mu się wielkie, a serce zaczęło bić mu coraz mocniej - pomijając fakt, że już biło bardzo szybko.

Kiedy usłyszał trzepot skrzydeł w powietrzu, a chwilę później nawał białego puchu - zamarł. Nie tyle co się bał, a wydarzyło się coś czego nie dało się przewidzieć. W ostatnim geście zdrowego rozsądku złapał swoją siekierę w dwie ręce, aby być w stanie gotowości do obrony koniecznej. A więc walka. Bestia nadciągnęła...

Czy to rzeczywiście był potwór lub inny stwór niewiadomego pochodzenia? Na niedźwiedzia nie wyglądał. Na wilka też nie... Nadciągnął z nieba. Co to miało być? Smok jakiś? Te jak i wiele innych pytań zaczęły się kłębić w głowie Nordgersima. Nie miał pojęcia co powinien zrobić - ruszyć ile sił w nogach, aby pokonać bestię czy stać i czekać na rozwój sytuacji? Zdecydował się na drugą opcję. Na całe szczęście ściana śniegu opadała dosyć szybko, ukazując tym samym więcej szczegółów odnośnie zaistniałej sytuacji.

Z tego wszystkiego otworzył tylko lekko buzię. O kurwa... Latający obiad Tego nie spodziewał się nawet w swoich najsłodszych snach. W życiu czegoś takiego nie widział. Nie miał zielonego pojęcia, że można sobie wytrenować posiłek, który będzie w stanie do Ciebie przylecieć na Twoje zawołanie.

Doznał głębokiego szoku. Nie było choinki ale tak naprawdę nie było też "przyjaciółki". Bo od kiedy to konia można nazwać swoim najlepszym kolegom? Tym bardziej, że to było po prostu zwierzę. Nic więcej, nic mniej. On nawet nie potrafił mówić! Czy ona gadała do tego całego czterokopytnego stworzenia kiedy zajadało sobie trawę, licząc na zrozumienie i wysłuchanie? Niedorzeczne, a jednak.

Nawet trącenie pyskiem przez to "coś" nie było w stanie wybudzić go z szoku. Stan Hjalmara można by określić jako swego rodzaju "psychiczna śpiączka". Wiedział, że żył ale nie wiedział co powinien zrobić. Ruszyć się? Odezwać? Zapaść pod ziemię? To ostatnie wydawało się jak najlepsza możliwa sytuacja. Zwłaszcza kiedy jeszcze chwilę temu zarzucał jej różne choroby psychiczne... A tu takie heca...

Stał tak przez dłuższą chwilę i wpatrywał się miejsce w którym jeszcze kilka sekund temu stała Mara. Latający koń... Nadal nie wierzył w to co przed chwilą widział. Słyszał o takich rzeczach ale nigdy wcześniej nie było mu danego tego zobaczyć. Aż do dzisiaj, do teraz. Nie zwrócił nawet uwagi jak dziewczyna ruszyła we wskazanym przez niego kierunku. Dopiero ręka, która oferowała mu napitek wybudziła go ze "śpiączki".

- Ja... - zaczął mówić ale nie był w stanie dodać nic więcej, więc wykrztusił tylko tyle. Odwrócił się na pięcie za siebie i ruszył przodem przez choinki. Nie odzywał się. Toczył bitwę myśli w tej chwili. Próbował sobie to wszystko ułożyć w głowie. I tak już się wydarzyło za dużo jak na jeden wieczór...

Po dłuższej wymianie i nie małym szoku, ruszyli w końcu przed siebie. Mieli jasny cel do osiągnięcia - punkt widokowy nieopodal gorących źródeł. Na całe szczęście nie było to, aż tak daleko. Maksymalnie pół godziny do godziny dobrego marszu i znajdą się u celu. Dla wprawionego piechura - czyli Hjalmara - taki dystans był jak nic. Zważał jednak na fakt, że nie był tutaj sam. Miał ze sobą turystkę, którą trzeba było doprowadzić tam w jednym kawałku.

Mniej więcej po 20 minutach cichego przedzierania się przez gęstwinę, Björn zauważył ślady zwierzęcia. Nie potrzebował ani sekundy dłużej, ponieważ rozpoznał je od razu - wilk. I co ważniejsze, te ślady były bardzo świeże. Jakby dopiero tędy przeszedł.

- Wilk jest blisko... - stwierdził, kucając przy nich - I skierował się w tamtą stronę - wskazał palcem od prawej ręki małą polankę, która znajdowała za górką - Dokładnie tam gdzie my zmierzamy - oznajmił, a następnie złapał mocniej za swój oręż. Teraz mi już nie uciekniesz. Zerwał się do ponownego marszu. Nachylił się jednak lekko do przodu, aby poruszać się jak najwolniej da radę, aby tym razem nie spłoszyć swojej ofiary.