- Ty wiesz w ogóle, gdzie my jesteśmy i gdzie my idziemy? - przypominający odrobinę płynne złoto pegaz o długiej grzywie poruszył niespokojnie skrzydłami i łbem, łypiąc czerwonymi oczyma na Pandorę, która się nagle zatrzymała. Drgnęło mu ucho, kopyto z niezadowoleniem uderzyło w śnieg, rozsypując dookoła biały puch. Brunetka wyjęła z kieszeni zwiniętą mapę, próbując dostrzec na niej zaznaczony szlak. Nie miała pojęcia, gdzie była ta cholerna ścieżka, która była rzekomym skrótem do punktu z gorącym źródłem i miejscem obserwacyjnym. Miała stworzyć tam mapę Islandzkiego nieba, pooglądać zorzę i wypić butelkę whisky, którą miała w olbrzymim plecaku, który tkwił na jej plecach. Przymocowany był do niego teleskop, termos z ciepłą herbatą i jakiś śpiwór, zupełnie jakby Prewettówna miała zamiar spędzić noc w dziczy, licząc na to, że nie zje jej żaden niedźwiedź. Nerwowym ruchem poruszyła głową, wprawiając w ruch pasma włosów, kołysząc pomponem przy czapce.
- No może nie do końca wiem, ale ten Pan mówił, że to skrót? Godzina spaceru! Zobacz, jak tu pięknie. - przesunęła dłonią, gestykulując na przestrzeń dookoła, która wcale nie była taka zachwycająca, jak sobie to wmawiała. Przeklęła pod nosem po turecku, bo wtedy nikt nie rozumiał i nie mówił, że tak nie wypada mówić damie. Pandora wcale nie uważała się za damę. - Jak pójdziemy jeszcze trochę na północny wschód..
- Wiesz, gdzie jest północny wschód?
- Nie bądź taka negatywna! Zobaczymy zorze, zorze! Mogłaś zostać w pensjonacie, jak masz niszczyć atmosferę i optymizm.
- Tam była stajnia dla reniferów! Zamarzniesz, to będziesz miała dopiero pozytywne myślenie - koń prychnął oburzony, trącając ją pyskiem i szczypiąc zębami w rękawiczkę. Pandora spojrzała na nią z wyrzutem, trącając łokciem jej bok. Była pewna, że miała gdzieś kompas! Uśmiechnęła się pod nosem, zsuwając z dłoni rękawiczkę i trzymając ją w ustach, rozpięła nieco kurtkę, grzebiąc po wewnętrznych kieszeniach. Było zimno, ale było pięknie, jeśli czegoś się chciało, trzeba było się poświęcić — tak sobie powtarzała w myślach, nie chcąc zwariować.
Kolejny trzask gałęzi i jakiś huk sprawił, że podskoczyła w miejscu — co było oczywiście efektem zaskoczenia, a nie tego, że się bała i poślizgnęła się, lądując ze stłumionym piskiem na tyłek, dodatkowo trącona rozkładającym się skrzydłem pegaza, który wzbił się do góry.
- Mar? MAR! Gdzie Ty się wybierasz?! - krzyknęła głośniej, niż by chciała, płosząc pewnie wszystko dookoła. Mapa i kompas wypadły jej z rąk, ale podobnie, jak fioletowa rękawiczka. Różdżkę wciąż trzymała, święcąc gdzieś na swoje nogi. - Siktir!
Dookoła wciąż było pięknie. PIĘKNIE. Policzyła do trzech, próbując względnie zgrabnie i z resztą swojej dumy wstać z ziemi, co w tej ilości śniegu wcale nie było łatwe.