[20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 21.04.2023
adnotacja moderatoraRozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic
—20/03/1972—
Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna
Erik Longbottom & Geraldine Yaxley
Nie ulegało wątpliwości, że zraniona duma wezbrała w Erika na skutek informacji, które Geraldine zawarła w swojej korespondencji. Był nieco zaskoczony tym, że Brenna uznała Yaxley za kogoś, kto mógłby mu dorównać w umiejętnościach szermierczych. Nie, żeby poddawał je z miejsca w wątpliwość! Bądź co bądź, sport ten był poniekąd na wymarciu, nawet w społeczeństwie czarodziejów. Mógł wyliczyć na palcach jednej ręki co bardziej prominentne rodziny wciąż kultywujące tę dyscyplinę. Co więcej, ciężko było znaleźć ludzi, którzy faktycznie chcieli ćwiczyć się w tej sztuce. Być może dlatego pochwała siostry tak na niego wpłynęła? Na swój sposób rzucono mu rękawice i ciężko by było nie zaakceptować tego wyzwania.
Na miejsce spotkania wybrał jedną z sal treningowych w głównej siedzibie „Srebrnych Różdżek”. Z tego, co się orientował, o tej porze raczej nie była zbytnio uczęszczana, a poza portierem, nie napotkał nikogo innego. W sumie, co tutaj się dziwić? Jutro miała się odbyć Ostara, a na festynie czarodziejów i czarownice czekało mnóstwo atrakcji. Większość uczestników pewnie wolała się spokojnie wyspać lub pozałatwiać wszelkie sprawy na mieście, żeby mieć spokój podczas święta. Nie każdy był na tyle szalony, aby pchać się na arenę dzień przed publicznym wystąpieniem. Erik i Ger musieli być ewenementem na skalę kraju. Lub przynajmniej miasta.
Pogwizdując nieudolnie pod nosem, Longbottom przemierzał korytarze ośrodka klubu pojedynków. Nie słyszał nic poza cichymi podmuchami wiosennego wiatru o starawe okna i własnych kroków, które zdradzały jego obecność w budynku. W końcu znalazł salkę, którą zarezerwował przed paroma dniami i wszedł do środka, pozostawiając za sobą niedomknięte drzwi, co by zostawić wolną drogę Geraldine. Na początek wziął na siebie przygotowanie sali do dzisiejszej potyczki; machnął parę razy różdżką, a wielka fioletowa płachta z motywem faz księżyca uniosła się w powietrze, tworząc przy okazji schodki po obu końcach, co by czarodzieje mogli wejść na podwyższenie.
Erik wkroczył na nie, przeskakując kilka stopni i zaczął sprawdzać zapięcia swojej bluzy i inne elementy ochronne. Ostatnim krokiem było założenie rękawic. Akurat, gdy kończył się przygotowywać, wyłapał znajomy rytm chodu, który kojarzył jeszcze z czasów szkolnych. Zamarł na chwilę, opierając szpadę na ramieniu, nasłuchując jak pies albo wilk. Gdy w progu stanął nikt inny, jak Geraldine, na jego twarz wypłynął lekki uśmiech. Skłonił przed nią głowę.
— A więc jednak nie stchórzyłaś. — Uniósł jedną brew do góry, taksując kobietę taksującym spojrzeniem. Nie udało mu się jednak na długo utrzymać powagi. — Dobrze cię widzieć. — Rozejrzał się na prawo i lewo. — Jak przyszedłem, to miałem wrażenie, że jednak dzisiaj nas pozamykali przed Ostarą. Byłoby to bardzo... niepożądane.
Wyszczerzył zęby do kobiety, zapraszając ją gestem dłoni na podwyższenie.
RE: [20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.04.2023
Nie mogła się powstrzymać przed tym, żeby napisać do Erika. Szczególnie, że komentarz jego siostry naprawdę był ogromnym komplementem dla Yaxley. Może chciała też trochę podjudzić Longbottoma do szybkiego spotkania. Wiedziała, że nie pozwoli na to, żeby krążyły po kuluarach takie pomówienia.To nic, że jak do tej pory wiedziała o tym tylko ich trójka. Bardzo dobrze, że zgodził się wyjaśnić tę sprawę. Gerry uwielbiała takie przyjacielskie sparingi, uważała, że może z nich naprawdę sporo wynieść.
Miłość do szermierki obudził w niej ojciec. Jeszcze zanim rozpoczęła naukę w Hogwarcie. To głównie z nim ćwiczyła. Na samym początku był idealnym przeciwnikiem, ba za każdym razem z nią wygrywał. Gerard nie należał do tych osób, które odpuszczają tylko dlatego, że walczą z dzieckiem - wręcz przeciwnie. Gerry wiedziała, że czeka ją wiele lat nauki, żeby mu dorównać. Nie zniechęcało jej to jednak, wręcz przeciwnie. Miała swój cel, do którego dążyła. W końcu jej się udało. Z czasem, to ona była lepsza od ojca. Zresztą aktualnie, to walka z nim nie sprawiała jej żadnej frajdy, nie był już tak szybki jak kiedyś. Bez większego problemu z nim wygrywała. Musiała znaleźć sobie nowych przeciwników, o co wcale nie było tak łatwo. Mało kto pamiętał o tym dumnym sporcie. Niewielu czarodziejów wykazywało zainteresowanie nauką takich umiejętności.
Z Erikiem często spotykali się na salach treningowych Srebrnych Różdżek. Uważała go za naprawdę godnego przeciwnika, nie tylko do sparingów szermierczych, ale magicznych pojedynków. Cieszyła się, że udawało im się utrzymać w miarę systematyczny kontakt po zakończeniu edukacji. Był jednym z jej ulubionych kolegów z drużyny.
Termin był odpowiedni. Zdawała sobie sprawę, że wszyscy są pochłonięci przygotowaniami do Ostary. Powinni mieć spokój, nikt nie będzie ich tutaj dzisiaj niepokoił. Ostara w przypadku Gerry łączyła się również z jej urodzinami, jutro skończy dwadzieścia dziewięć lat. Jednak tego Erik mógł nie wiedzieć.
Nie zamierzała tutaj poruszać tematu balu Longbottomów na którym była gościem. Zdawała sobie sprawę, że sprawa jest świeża i może być dla jej towarzysza dosyć drażliwa. Przecież jego siostra wystawiła go na sprzedaż. Dosłownie. Nie miała pojęcia dlaczego wpadła na ten pomysł, znaczy fakt - zainteresowanie jego osobą było ogromne, zarobili na tym sporo pieniędzy, mimo wszystko to był jej brat. Z rodzeństwem to jednak dobrze tylko na zdjęciu...
Pojawiła się w siedzibie o umówionej porze. Zanim weszła do środka przygasiła jeszcze peta swoim ciężkim, skórzanym butem. Erik nie miał problemu z usłyszeniem jej kroków, bo szła dosyć ciężko. Nie była w lesie i nie musiała pilnować tego, aby nie zwracać na siebie uwagi. Weszła do salki, w której mieli się spotkać. Włosy miała zaplecione w długi warkocz, nie chciała, żeby przeszkadzały jej w sparingu. Wyglądała jak zawsze, sztruksowe, ciemne spodnie, za krótki sweter (zapewne przypadkiem wzięła któryś Theseusa) i skórzany płaszcz, sięgający jej niemal do kostek. Przywitała mężczyznę ogromnym uśmiechem.
- Czy ja Ci wyglądam na taką, która stchórzyłaby kiedykolwiek? Przygotowałam już list do Twojej siostry, pozostaje ta dzisiejsza formalność... - Weszła w głąb sali, zaczęła ściągać z siebie płaszcz, aby nie tracić czasu na przygotowanie. - Ciebie też Longbottom, zawsze dobrze Cię widzieć w jednym kawałku. - Cieszyło ją ich każde spotkanie, w końcu żyli w takich czasach, że niewinni ludzie umierali na ulicach Londynu. - Dobrze, że nikogo nie ma. Nie będą nam przeszkadzać. Jakby zamknęli to znaleźlibyśmy inne miejsce. - Nie odpuściłaby tego pojedynku.
- Widzę, że zdążyłeś wszystko przygotować. - Odparła jeszcze w między czasie sama ogarniała się do pojedynku. Nie znosiła tego, że musiała zakładać te wszystkie elementy ochronne, no ale skoro mus, to mus... Całkiem szybko jej to poszło. Minęła krótka chwila, a znalazła się na podwyższeniu przed mężczyzną.
RE: [20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 23.04.2023
Przewrócił wymownie oczami, jednak wzniósł wzrok ku niebu, jak gdyby musiał dłuższą chwilę zastanowić się nad odpowiedzią.
— Mam nadzieję, że to pytanie retoryczne — parsknął z przekorą w głosie. Mina szybko mu zrzedła, gdy Geraldine wspomniała o liście do Brenny. Momentalnie wziął się pod boki w akcie oburzenia. — Jesteś dzisiaj bardzo pewna siebie. To niebezpieczne, wiesz?
Brawura bywała zgubna i zapewne oboje byli tego świadomi. On pracował na co dzień w terenie, miał na koncie całkiem sporo śledztw, ale przy tym starć z przestępcami. Brak planu i pędzenie na oślep nie było specjalnie odpowiedzialne. U Yaxley pewnie było podobnie; raczej nie rzucała się na magiczne stworzenia, gdy te znajdowały się w jej polu widzenia. W jej fachu potrzeba było nieco... wyczucia. Erik w spokoju czekał, aż przyjaciółka przygotuje się do pojedynku.
— Och, naprawdę? — Uniósł brew. — Chcesz powiedzieć, że wizja pojedynku jest tak nęcąca, że byłabyś gotowa... Walczyć na ulicy, tak przy wszystkich? — Uśmiechnął się niepewnie. Przypominało mu to te wszystkie sceny pojedynków w sztukach, które zdarzało mu się oglądać w teatrze Selwynów. Zawsze wydawały się takie dramatyczne! — Na przykład przy tej fontannie na Horyzontalnej? — Bez wątpienia zostaliby okrzyknięci wydarzeniem dnia. Preludium do istnych szaleństw na Ostarze. Kto wie, może ktoś nawet by wezwał brygadzistów.
To by dopiero było, pomyślał, ponownie tracąc rezon. Momentalnie zaczął myśleć o tym, jak by to było, gdyby to Brennie przypadł ten przydział. Albo Mavelle. Albo Thomasowi. Albo Heather! Chyba nawet by mu to nieco urągało, że jedna z najmłodszych brygadzistek musiałaby mu wypisać mandat. I to taki od którego trudno byłoby się pewnie odwołać. Horyzontalna była praktycznie dzielnicą mieszkalną, tam się mogły bawić małe dzieci, które jeszcze nie dorosły do nauki w Hogwarcie. Machanie żelastwem, nawet jeśli były nim szpady szermiercze raczej nie było zbyt dobrym pomysłem.
— Przy rewanżu dam szansę ci się wykazać. — Mrugnął do niej porozumiewawczo.
Powłóczył wzrokiem po sylwetce kobiety, gdy ta zakładała kolejne ochraniacze. Skinął ledwo zauważalnie głową z aprobatą. Korciło go, żeby jeszcze dopytać, czy na pewno ma nałożone na bluzę odpowiednie zaklęcia obronnego, jednak uznał, że musi je mieć. Przecież nie mogła latać w niezabezpieczonym stroju! Gdyby Geraldine nie miała takowego, Longbottom prawdopodobnie odmówiłby pojedynku z nią z obawy, że zrobi jej krzywdę. Nie czuły się dobrze z tym, jakby sieknął przyjaciółkę lub nabił jej jakieś siniaki tuż przed samym sabatem. Należało świętować, a nie cierpieć w łóżku!
— To co... Skromniejszy i bardziej ułożony zaczyna? — spytał, śmiejąc się pod nosem. To naturalne, że miał na myśli siebie!
Gdy już oboje byli gotowi do walki, Erik rozpoczął „oficjalną” część tego typu starć. Ukłonił się w pas, a następnie zaprezentował swoją broń. Najpierw wyprostował ramię, kierując czubek szpady ku Geraldine, a następnie uniósł koniec broni w górę i zbliżył ją do swojej twarzy. Nie chciał poddawać się już na początku chęci zdominowania przeciwnika, toteż postanowił zacząć spokojnie. Natarcie powinno się udać; zaczepny ruch. Kto wie, może ją dzięki temu sprowokuje i popełni błąd? Zrobił kilka kroków w przód, wykonując pierwszy atak.
(Aktywność Fizyczna) Rzut na zaatakowanie Ger
[roll=Z]
RE: [20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.04.2023
- Pewność siebie nie jest niebezpieczna, kiedy zjesteś świadom poziomu swoich umiejętności. - Powiedziała bardzo stanowczym tonem. Zgrywała się, chociaż faktycznie po słowach Brenny, które okropnie połechtały jej ego czuła się może aż zbyt pewnie. Z drugiej storny faktycznie ćwiczyła ten sport od dzieciaka, więc to nie było tak, że było to bezpodstawne. - I to nie tylko dzisiaj, przecież mnie znasz. - Posłała jeszcze Erikowi promienny uśmiech, aby nieco rozluźnić atmosferę.
Geraldine przez swój charakter wiele razy już miała szansę się przekonać, że brawura jest dosyć ryzykowna. Zdarzyło jej się wiele razy wpakować w kłopoty, ale zawsze udawało jej się wyjść cało. Może trochę poturbowana - jednak nadal żyła, więc nie było tak źle. W czasie pracy starała się myśleć bardziej chłodno, wiadomo, że podczas polowania ognisty temperament mógł przynieść więcej szkody, ale nie zawsze wychodziło to tak jak chciała.
- Oczywiście, ja nie miałabym z tym problemu. - Najmniejszego, ba tłum gapiów dodawał dramaturgii. Wtedy chciało się zaimponować wszystkim zgromadzonym wokół, a porażka bolała jeszcze bardziej, kiedy tyle osób ją widziało. Na samą myśl o tym, że mogliby zroganizować taki pojedynek publicznie czuła adrenalinę.
- Nie wiem tylko, czy to legalne, a Ty jako brygadzista mógłbyś mieć z tego powodu nieprzyjemności.- Ona pewnie też, ale co mogliby jej zrobić? Zakuć w kajdanki. Nie bała się tego jakoś specjalnie. Yaxley lubiła lawirować na granicy prawa. Zresztą jej praca również często nie była do końca zgodna z prawem. Niby pomagała innym, łapała stworzenia, które niepokoiły czarodziejów, ale, czy tylko? Przyjmowała zlecenia nawet na najbardziej unikatowe stworzenia, to na nich mogła najwięcej zarobić.
- Jasne, przy rewanżu, oczywiście. - Bardzo dobrze, że i Erik czuł się pewnie. Widać było, że każdemu z nich zależy na wygranej - nie ukrywali tego. Zresztą, kto właściwie nie lubił wygrywać? Skoro już dochodziło do przyjacielskiego starcia, to dobrze było je wygrać dla samej satysfkacji. Dobrze było się spotkać, powalczyć z kimś innym niż zwykle i wygrać.
Zabezpieczyła strój magią, chociaż uważała to za stratę czasu. Ojciec pozwalał jej trenować bez takich rzeczy. Wiele razy po starciu z nim kończyła z siniakami, nie przeszkadzało jej to wcale. Uważała, że blizny i siniaki dodają charakteru.
- Najskromniejsza osoba jaką znam, tak jest - zaczynaj. - Gerry trzymała szpadę w lewym ręku. To mogło sprawić Erikowi trochę problemu, bo była leworęczna. Odkłoniła mu się delikatnie, odpuściła sobie jednak takie pierdolety jak prezentowanie broni.
Była gotowa do tego pojedynku. Obserwowała Erika uważnie, każdy jego krok. Czekała, aż ją zaatakuje. Nie zaskoczył jej. Machnęła ręką i zablokowała jego atak. Nie sprawiło jej to problemu.
Nie zwlekała, wiedziała, że szybkość jest wazna. Od razu wykonała atak, celowała w sam środek jego klatki piersiowej.
Rzuty na aktywność fizyczną
[roll=PO] - Obrona
[roll=PO] - Ewentualny atak
RE: [20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 25.04.2023
— Nie jest to nieprawda — rzucił, nieco na około przyznając kobiecie rację.
Zacisnął usta w wąską linię, zastanawiając się, jak odpowiedzieć na ten zarzut. W gruncie rzeczy nigdy wcześniej nie zastanawiał się, jak to było z organizacją takich... przedsięwzięć w miejscach publicznych. Jasne, brygadziści na patrolu raczej by tego nie pochwalali, jednak czy otwarcie traktowano to jako coś nielegalnego? Gdyby sam dostał wezwanie do takiego zajścia, zapewne kazałby pojedynkującym się wynieść się z dzielnicy, grożąc mandatem, ale czy zrobiłby coś poza tym? Nie był pewny.
— Można by było to podciągnąć pod występ artystyczny...? — rzucił niepewnie, jakby oczekiwał, że Geraldine na pewno będzie znała odpowiedź na tę zagwozdkę. — Ludzie występują na ulicy z gitarami, skrzypcami i nikt się nie czepia, a szermierka to też swego rodzaju sztuka, nieprawdaż? Też wymaga... kunsztu.
Towarzystwo Yaxley miał to do siebie, że Erik nie raz tracił rezon, na swój sposób wracając do mentalności z czasów młodości, gdy większość roku spędzał w murach Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Dynamika ich relacji była znajoma, więc naturalne było, że podświadomie wracał do tej samej roli, jaką pełnił w szkole. Podobnie było z Brenną. Dorośli, nieco się zmienili, jednak w swoim towarzystwie w gruncie rzeczy ich relacja niewiele różniła się od czasu, gdy przechodzili burzliwy dla wielu okres dorastania.
— Powodzenia. Chociaż... Ty go chyba nie potrzebujesz — Mrugnął do niej porozumiewawczo.
Już na początku wytrąciło go z równowagi to, że kobiecie udało się zablokować pierwszy atak. Miała niezłe wyczucie czasu. Chociaż była wyższa od Brenny, tak dalej była nieco drobniejsza od niego, co działało na jej korzyść. Lepsza mobilność, podobnie jak zręczność. Nie będzie to łatwe starcie. Atak Ger udało mu się częściowo zablokować, jednak był o włos. Czubek szpady zahaczył o jego bluzę, jednak Erik odbił w bok. To jednak sprawiło, że jego kontratak okazał się iście... mało elegancki. Szpada dosłownie latała w powietrzu, jakby trzymało ją jedenastoletnie dziecko.
(Aktywność Fizyczna) Obrona przed Ger x1, Kontratak x1
[roll=Z]
[roll=Z]
RE: [20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.04.2023
- Ale prawda też nie? Nie mógłbyś choć raz przyznać mi racji... - Powiedziała z udawanym rozczarowaniem. Mogła się tego po nim spodziewać. Nie tak łatwo było wyciągnąć z niego te magiczne słowa Masz rację, najwyraźniej godziły one w jego dumę.
- W sumie, jest w tym trochę sztuki. Pięknie tańczymy, kiedy walczymy. - Była to jedyna forma tańca jaką tolerowała, jaką mogła prezentować publicznie. Nawet lubiła, kiedy ludzie oglądali ją jak walczy. Mogło to być spowodowane tym, że czuła dumę, naprawdę ogromną, że ojciec nauczył ją szermierki. Było to dosyć wyjątkowe, co uważała za zaletę. Może przez to nie mogła znaleźć zbyt wielu godnych przeciwników, jednak każdy lubił czuć się choć trochę nie do końca pospolity.
Sama Yaxley uwielbiała spotkania z Erikiem właśnie przez to, że przy nim czuła się trochę, jakby wracała do czasów kiedy była uczennicą. Jego towarzystwo powodowało to, że chociaż na moment wszystkie problemy świata przestawały istnieć. Liczyła się tylko wola zwycięstwa, bo zazwyczaj spotykali się po to, żeby poćwiczyć różne umiejętności. Było to korzystne dla niej i dla niego - mogli doskonalić kunszt, a przy okazji wyśmienicie się przy tym bawić. Każdy wygrywał, przynajmniej zdaniem Geraldine, chociaż miała wrażenie, że Longbottom bawi się równie dobrze podczas tych spotkań co ona.
- Och, już nie bądź taki, każdy go potrzebuje, Tobie również szczęścia życzę. - Powiedziała z uśmiechem, chociaż coś jej mówiło, że będzie to jej dzień. Miała wyśmienity humor i w ogóle nie dopuszczała do siebie myśli, że może być inaczej.
Bardzo dobrze się stało, że zablokowała jego pierwszy atak. Pokazała mu, że to nie będzie łatwe starcie. Udało się jej go drasnąć, kiedy skontrowała atak, jednak Longbottom całkiem zgrabnie z tego wyszedł, więc praktycznie ledwie go dotknęła.
Czekała na jego kolejny atak, jednak nie nadszedł. Miała wrażenie, że macha szpadą bez sensu w powietrzu, nie zamierzała zwlekać. Po raz kolejny go zaatakowała, tym razem jako cel wybrała sobie jego lewy bark.
[roll=PO] aktywność fizyczna (Atakuję Erika)
RE: [20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 27.04.2023
Przyznanie się do błędu było sztuką. A Erik, chociaż zarówno przez samego siebie, jak i co poniektórych przyjaciół i znajomych mógł być postrzegany jako wirtuoz słów i miłośnik erudycji, wciąż szlifował swoje umiejętności w tej dziedzinie. Potrafił rozpoznać własne porażki i je zaakceptować, jednak często podobne przemyślenia zachowywał dla siebie. Otoczenie zaś otrzymywało przetworzoną wersję jego dywagacji, nierzadko wzbogacone o dość znamienną frazę „z pewnego punktu widzenia”, które mogło przerodzić się w przydługi monolog o tym, że ktoś faktycznie może mieć rację, jednak nie jest to opinia, której nie dało się, chociaż częściowo zdyskredytować.
— Nie, nie mógłbym — przyznał z powagą. — Trzymam ten komplement na bardziej podniosłą okazję. Coś w rodzaju przemowy weselnej lub wręczenie ci jakiegoś orderu za zasługi dla kraju i społeczności. Wtedy na dłużej zapadnie ci to w pamięci.
Zaśmiał się cicho, gdy Geraldine porównała ich trening do tańca. Cóż, nie myliła się. Było kilka punktów wspólnych między tymi dwoma formami spędzania wolnego czasu. Kontrola nad ciałem była kluczowa, podobnie jak intuicja pozwalająca na wyczucie ruchu przeciwnika i odpowiedzenie odpowiednim gestem. Tak jak partnerzy w tańcu, tak i pojedynkujący się musiały się dopełniać. Bez względu na to, czy w życiu prywatnym osoby te były rywalami, czy też przyjaciółmi. Oczywiście w przypadku walki z kimś obcym dochodził tutaj też element doświadczenia. Osoby na podobnym poziomie potrafiły zapewnić większe widowisko, niż takie, które zaledwie parę godzin wcześniej po raz pierwszy miały szpadę w dłoni.
— Przyda mi się — przyznał na odchodne z udawaną żałością. — Mam taki głupi zwyczaj nieodpowiadania na listy Brenny. A kto wie, może tym razem to ja będę musiał taki wypisać. Chyba że mnie uratujesz do tego losu...
Oczywiście był to żart. Umówili się na poważny pojedynek i tak właśnie Erik zamierzał podejść do sprawy. Nie potrafił się jednak powstrzymać się przed tym drobnym dowcipem. Bądź co bądź, w biurku miał pełno wiadomości od siostry, których treść po prostu akceptował i nie czuł, że może dodać coś więcej. Ale jeśli tutaj przegra... Oj, czeka go bardzo intensywna wymiana całych zwojów pergaminu. A kto wie, może do korespondencji dołączą się jeszcze inni Longbottomowie, chcąc skomentować jego porażkę w pojedynku? Lepiej, żeby postarał się jednak wygrać. Dla własnego dobra.
Jego kontratak był wyjątkowo nieudolny i to do tego stopnia, że Yaxley właściwie nie miała przed czym się bronić. Równie dobrze mogła odskoczyć w bok, jak i zastygnąć w miejscu jak posąg i nic by to nie zmieniło. Wytrącony z równowagi Erik po prostu machał bezsensownie bronią i pewnie robiłby tak przez dłuższy czas, gdyby nie atak ze strony Geraldine. Cóż, nie miał innego wyboru, jak tylko spróbować się obronić czyż nie? Unikanie swoich ciosów świadczyło o ich refleksie i zwinności, ale nie koniecznie umiejętnościach szermierskich. Jaki był tego wynik?
— AŁA! — syknął Erik, gdy czubek oręża przyjaciółki drasnął jego bark.
Zaklęcie ochronne narzucone na bluzę potwierdziło swoją obecność, migocząc białym, mglistym światłem. Czary broniły przed otrzymaniem ciężkich obrażeń, jednak uczucie nagłego odrętwienia i tak było szokujące. Zwłaszcza dla Erika. Cofnął się o kilka kroków, wbijając w Geraldine oskarżycielski wzrok. Cofnął rękę, jakby testował, czy bark na pewno nie został uszkodzony. W jego oczach zawitały ogniki rywalizacji. Zamierzał się za to odpłacić! Zrobił wymach szpadą i natarł na kobietę, celując w jej prawy bok.
(Aktywność Fizyczna) Obrona przed Ger x1, Atak na prawy bok Ger x1
[roll=Z]
[roll=Z]
RE: [20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.04.2023
Geraldine zaśmiała się w głos słysząc jego odpowiedź. Tego się spodziewała. Longbottom był trochę zaczepny, ale jej to odpowiadało. Lubiła się z nim przekomarzać. - Czyli nigdy. Świetnie z tego wybrnąłeś, chapeau bas. - Skłoniła się teatralnie, żeby mu pogratulować. Zdawała sobie bowiem sprawę, że żaden z dwóch podanych przez niego przykładów nie miał sensu, a nic podobnego, równie spektakularnego raczej się jej nie przydarzy. Będzie mógl więc zatrzymać dla siebie te ewentualne przyznanie racji.
Yaxley uwielbiała szermierkę właśnie przez to, że musiała panować nad całym swoim ciałem. Przyjemność sprawiała jej kontrola. Wiedziała, że wystarczy chwila nieuwagi, a może być po wszystkim. Musiała się skupić, wszystkie zmysły skierować ku pojedynkowi. Nic nie mogło jej rozproszyć. Od czasu do czasu potrzebowała takiego uczucia, bo zbyt często zdarzało jej się reagować bezmyślnie, szybko. Tutaj było inaczej - fakt musiała działać szybko, jednak również dokładnie, pilnować swojego przeciwnika, żeby nie oberwać.
- Nie ma szans mój drogi. Na całe szczęście nie mam w sobie nic z bohatera, więc nie czuję nawet potrzeby ratowania Cię z opresji. Nie będę księciem na białym koniu. - Pociągnęła temat, bo wydawał się jej być całkiem zabawny. Atmosfera tego pojedynku była naprawdę przyjemna, Geralidne była w wyśmienitym humorze, Longbottom był osobą, z którą chciało się przebywać, jakoś zawsze wprowadzał taki nastrój.
Zaatakowała go dość mocno. Yaxley miała krzepę, której mógłby jej niejeden pozazdrościć. Chyba trochę przesadziła. Usłyszała głos Erika. Trochę spanikowała, miała to być przecież zabawa. Tylko zabawa. Odsunęła się do tyłu, nie chciała mu zrobić krzywdy. Miał może i zaklęcia ochronne na bluzie, jednak i tak to odczuł.
Patrzyła na niego uważnie, aby się upewnić, że nic mu trwale nie uszkodziła. Nie musiało być jednak najgorzej, bo ją zaatakował. Szybko wykonała ruch szpadą, aby zablokować i odeprzeć ten atak. Udało jej się to bez mniejszego problemu. Postanowiła go zaatakować, zrobiła to szybko, jednak nie trafiła. Szpada pomknęła obok mężczyzny. - Kurwa mać. - Zawiodła się na sobie.
[roll=PO] Obrona
[roll=PO] Atak
RE: [20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Erik Longbottom - 30.04.2023
Podobnie jak w przypadku pojedynku magicznych, tak i tutaj obie strony miały szansę pokazać swoje prawdziwe oblicze. W walce nie zawsze był czas na wykalkulowanie wszystkich zagrożeń i określenie, czy oponent posiada jakieś nietuzinkowe umiejętności. Trzeba było zdać się na własne zdolności, wiedzę i zacząć naprawdę wierzyć w możliwości własnego ciała. Dla tych, którzy poświęcili wiele lat na dopracowanie tych elementów do perfekcji, podjęcie się takowej próby mogło być nadzwyczaj satysfakcjonujące. Nawet Erik nie mógł zaprzeczyć, że czuł się dobrze, kiedy po prostu walczył i nie musiał się przejmować potencjalnymi konsekwencjami.
W pracy zawsze miał z tyłu głowy te wszystkie przepisy, moralność i niemożliwą do odpędzenia myśl, że jedno nieodpowiednio użyte zaklęcie może nie tylko narazić czyjeś zdrowie i życie, ale także zniszczyć jego własną karierę. Niektórzy ludzie łatwo by się złamali pod taką presją. A teraz, z wojną domową na ich progu? Może nawet więcej. Przyjacielski pojedynek, chociaż podszyty rywalizacją, był odświeżający. Walczyli dla samych siebie, aby doskonalić swoje umiejętności i mobilność ciała. W pogmatwany sposób było to doświadczenie, które sprawiało, że Longbottom czuł się bezpiecznie. Doceniał to, zwłaszcza że przebywał w szacownym towarzystwie Geraldine.
Gdy zobaczył błysk w oczach kobiety tuż po tym, jak zadała mu cios, jego oskarżycielskie spojrzenie nieco zelżało, jakby starało się przekazać, że nie jest tak źle. Po prostu dramatyzował. Jeśli ten gest nie dał wyraźnego sygnału, że nie został aż tak skrzywdzony, to próba ataku na pewno mogła utwierdzić Yaxley w przekonaniu, że Erik nie miał zamiaru się poddać i nie planował padać na kolana, aby wywiesić białą flagę.
— Zaczynam rozumieć, co zauważyła w tobie Brenna — skomentował naprędce, gdy Ger sparowała jego uderzenie.
Zauważył, że wymach szpady nie był zbyt przemyślany i go minął, jednak i tak odskoczył, po czym... przyjął ruch oręża na swoją szpadę. Zaparł się nogami, napierając na szpadę przyjaciółki. Mała próba sił? Kto kogo zdominuje w tej rozgrywce? Kto wie, może któraś szpada nawet pofrunie w powietrze pod naporem siły drugiej strony?
(Aktywność Fizyczna) Określenie siły z jaką Erik napiera na szpadę Ger x1
[roll=Z]
RE: [20/03/1972] Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna || Erik & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.04.2023
Yaxley lubiła się chwalić swoimi umiejętnościami. Nawet jeśli był to tylko przyjacielski pojedynek. Była naprawdę dumna, że wypracowała sobie taką skuteczną technikę. Ciało było jej świątynią, siła fizyczna jej najważniejszym atrybutem, lubiła udowadniać innym, że nie bierze się to z niczego. Dla większości osób była tylko dzikusem, który biegał po lesie za zwierzętami, zależało jej na tym, aby wszyscy dostrzegli, że nie do końca tak jest. Aktywność fizyczna na tak wysokim poziomie nie brała się znikąd. Zresztą to jej ufała bardziej niż magii, to głównie w tej dziedzinie się szkoliła. Było to dla niej najważniejsze. Wiedziała, że ważne jest, aby była zwinna, potrafiła szybko reagować. Podczas takich pojedynków było to widać. Geraldine podejmowała szybkie decyzje. Bardzo płynnie przechodziła od obrony do ataku, nie widać było w niej ani chwili zawahania.
Dobrze było zmierzyć się z osobą, której nie mogła podejrzewać o złe zamiary. Wiedziała, że Longbottom jej nie oszuka, nie będzie korzystał ze szcztuczek, że tutaj faktycznie wygra lepszy. Mogła faktycznie ocenić poziom swoich zdolności - co nie zdarzało się często. Mało komu ufała faktycznie tak jak jemu. Znali się już wiele lat, pojedynkowali, czy z użyciem magii, czy siły fizycznej praktycznie od początku znajomości. Zaletą tych starć było również to, że Erik był godnym konkurentem. Był od niej większy, do tego praktycznie tak samo sprawny fizycznie jak ona, a to nie zdarzało się często. Wiarygodne informacje o swoich umiejętnościach mogła wynieść z tych wszystkich pojedynków. Uważała, że jest to przydatne. Mogła się dowiedzieć nad czym powinna popracować, a co działa. Układ idealny.
Na całe szczęście Longbottom powrócił do gry. Jeszcze się nie poddał, było to naprawdę budujące. Ceniła w nim tę zawziętość, nie poddawał się tak łatwo, tylko walczył do samego końca. Godne podziwu.
- Czy jest to komplement? - Zapytała jeszcze zaczepnie. Wiedziała, że tak, ale chciała usłyszeć to z jego ust. Liczyła na to, że połechta jej ego jeszcze bardziej, chociaż właściwie tego nie potrzebowała, powoli rosło do ogromnych rozmiarów.
Nie udało jej się go trafić tym razem, Erik jednak postanowił się z nią sparować. Yaxley zaparła się mocno, aby nie pozwolić sobie wybić broni z ręki. Sama również napierała dosyć silnie na jego szpadę i chyba to przyniosło oczekiwany efekt, bo zdecydowanie to ona pewniej wykonywała tę czynność, jeszcze moment, a wytrąci mu broń z ręki.
[roll=PO] to sprawdźmy z jaką siłą napiera Gerry
|