—20/03/1972—
Siedziba "Srebrnych Różdżek", ul. Pokątna
Erik Longbottom & Geraldine Yaxley
Nie ulegało wątpliwości, że zraniona duma wezbrała w Erika na skutek informacji, które Geraldine zawarła w swojej korespondencji. Był nieco zaskoczony tym, że Brenna uznała Yaxley za kogoś, kto mógłby mu dorównać w umiejętnościach szermierczych. Nie, żeby poddawał je z miejsca w wątpliwość! Bądź co bądź, sport ten był poniekąd na wymarciu, nawet w społeczeństwie czarodziejów. Mógł wyliczyć na palcach jednej ręki co bardziej prominentne rodziny wciąż kultywujące tę dyscyplinę. Co więcej, ciężko było znaleźć ludzi, którzy faktycznie chcieli ćwiczyć się w tej sztuce. Być może dlatego pochwała siostry tak na niego wpłynęła? Na swój sposób rzucono mu rękawice i ciężko by było nie zaakceptować tego wyzwania.
Na miejsce spotkania wybrał jedną z sal treningowych w głównej siedzibie „Srebrnych Różdżek”. Z tego, co się orientował, o tej porze raczej nie była zbytnio uczęszczana, a poza portierem, nie napotkał nikogo innego. W sumie, co tutaj się dziwić? Jutro miała się odbyć Ostara, a na festynie czarodziejów i czarownice czekało mnóstwo atrakcji. Większość uczestników pewnie wolała się spokojnie wyspać lub pozałatwiać wszelkie sprawy na mieście, żeby mieć spokój podczas święta. Nie każdy był na tyle szalony, aby pchać się na arenę dzień przed publicznym wystąpieniem. Erik i Ger musieli być ewenementem na skalę kraju. Lub przynajmniej miasta.
Pogwizdując nieudolnie pod nosem, Longbottom przemierzał korytarze ośrodka klubu pojedynków. Nie słyszał nic poza cichymi podmuchami wiosennego wiatru o starawe okna i własnych kroków, które zdradzały jego obecność w budynku. W końcu znalazł salkę, którą zarezerwował przed paroma dniami i wszedł do środka, pozostawiając za sobą niedomknięte drzwi, co by zostawić wolną drogę Geraldine. Na początek wziął na siebie przygotowanie sali do dzisiejszej potyczki; machnął parę razy różdżką, a wielka fioletowa płachta z motywem faz księżyca uniosła się w powietrze, tworząc przy okazji schodki po obu końcach, co by czarodzieje mogli wejść na podwyższenie.
Erik wkroczył na nie, przeskakując kilka stopni i zaczął sprawdzać zapięcia swojej bluzy i inne elementy ochronne. Ostatnim krokiem było założenie rękawic. Akurat, gdy kończył się przygotowywać, wyłapał znajomy rytm chodu, który kojarzył jeszcze z czasów szkolnych. Zamarł na chwilę, opierając szpadę na ramieniu, nasłuchując jak pies albo wilk. Gdy w progu stanął nikt inny, jak Geraldine, na jego twarz wypłynął lekki uśmiech. Skłonił przed nią głowę.
— A więc jednak nie stchórzyłaś. — Uniósł jedną brew do góry, taksując kobietę taksującym spojrzeniem. Nie udało mu się jednak na długo utrzymać powagi. — Dobrze cię widzieć. — Rozejrzał się na prawo i lewo. — Jak przyszedłem, to miałem wrażenie, że jednak dzisiaj nas pozamykali przed Ostarą. Byłoby to bardzo... niepożądane.
Wyszczerzył zęby do kobiety, zapraszając ją gestem dłoni na podwyższenie.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞