![]() |
|
[2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik (/showthread.php?tid=1724) |
[2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik - Laurent Prewett - 14.08.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Laurent Prewett - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty Nie przepadał za tym miejscem. Bliskość upiornego lasu wcale nie zachęcała do tego, żeby je odwiedzać, mimo to czasami po prostu trzeba było. Z bardzo różnych powodów. Szczególnie nocą i późnymi wieczorami Little Hangleton nabierało jakiegoś wyjątkowo upiornego wyrazu od czasu Beltane. Połączenie obu tych czynników czyniło prosty spacer w koszmarne doświadczenie. Jak lep, który dotknąłeś swoim ulubionym swetrem. Nie odkleisz go już bez uszkodzenia struktury. Musisz pociągnąć - parę nitek może przez to ucierpieć. Kiedy ucierpią to i cały sweter może być do wyrzucenia. Jak lód, którego dotknąłeś. Przymarzła skóra, a ty zaczynasz drżeć w niepewności, czy uda się ją odkleić. Tak po prostu. Tak samo niepewny był tego miejsca Laurent. Nie naczytał się o niczym w gazetach, nie naczytał kryminalnych książek pióra Lockharta ani nic z tych rzeczy. Nie musiał. Jego wyobraźnia pracowała sama. Napędzała koło, które potem mogło już tylko toczyć się z górki... ale na razie miało jazdę bardzo stabilną. Bo to tylko cienie, tylko wyobraźnia, tylko wiatr szeleszczący między listowiem. Księżyc świecił pięknie, a latarenki rozjaśniały uliczki. Wszystko było w porządku. Blondyn przybrany w ciemniejsze szaty, by nie rzucać się w oczy, szedł wyprostowany, nieco zmęczony dzisiejszym dniem i tym, że w ogóle musiał tutaj zabawić tak długo. Czego jednak nie robi się dla interesów? Przede wszystkim: dla interesów się pracuje. A kiedy posiadałeś coś swojego to jakoś nie miałeś szefa, do którego mogłeś się zgłosić o urlop i mieć na wszystko kompletnie wyrąbane. Laurent nie pamiętał, kiedy ostatnim razem naprawdę odpoczął. Delikatny uśmiech wstąpił na twarz Laurenta, kiedy zobaczył starszą panią z pięknym ptakiem - jaka tylko szkoda, że był w klatce. Nie pomyślał: biedny ptak. Sam jak nikt inny rozumiał, że niektóre zwierzęta, zwłaszcza przy transporcie, nawet trzeba było umieścić w takim miejscu, gdzie jego transport nie będzie niebezpieczny ani dla współpasażerów, ani dla samego stworzenia. Miał się minąć na chodniku z kobietą - on szedł w stronę stacji kolejowej, żeby wrócić spokojnie do domu, albo może nawet przespać się w hotelu, a ona wręcz przeciwnie - prosto do serca miasteczka. Nie zapamiętałby jej twarzy. Nie zaczepiłby jej - pora była późna. Wszystko odbyłoby się bez żadnego większego ambarasu. Ptak jednak zaczął krzyczeć. Drzeć się tak, jakby planował sprowadzić z nieba samą burzę. A kiedy Laurent już chciał kobietę minąć, wiedźma złapała go za rękę. Spiął się. Spojrzał na nią w zdziwieniu, otworzył szerzej oczy i sięgnął drugą ręką po różdżkę, nie wiedząc, czego się spodziewać. Kobieta wpatrywała się w niego oczami wielkimi jak spodki. Wyglądała na nawiedzoną, na... niebezpieczną. - Możesz oszukiwać przeznaczenie, ale przeznaczenie cię odnajdzie. - Odezwała się drżącym głosem i złapała go mocniej drugą ręką. - Proszę mnie... puścić! - Laurent zrezygnował z różdżki, złapał swoją wolną ręką przedramię czarownicy, próbując się uwolnić z jej uścisku. A miała więcej siły, niż podejrzewał. - Ona nie zapomina. On nie zapomniał także. - Puściła. Tak nagle, że Laurent zrobił ze dwa kroki w tył, żeby nie Serce kołatało w klatce piersiowej Laurenta, lekko zadrżał, kiedy smagnęło go późno wieczorne powietrze. Poprawił nerwowo rękaw swojego płaszcza, jakby chciał ze swojej ręki zetrzeć to nieprzyjemne wrażenie dotyku kobiety, a jej nieprzyjemny smród obmył go całego. Wariatka. Szaleńców nie brakowało, zwłaszcza nocą, zwłaszcza w takich miejscach. Przez moment odprowadzał ją spojrzeniem, cofając się powoli, nim obrócił, żeby szybszym krokiem dotrzeć do peronu. Najlepiej jak najszybciej. Nie dane mu było jednak do tego peronu dotrzeć. Przeszedł może ze sto metrów, kiedy usłyszał smagnięcie zaklęcia. Niewidzialna siła złapała go, jakby był lalką, nic nie ważącą, z którą można robić wszystko, bo przecież była tylko lalką. Jeśli odpadnie jej ręka zawsze można ją zamontować z powrotem. Odleciał z taką siłą i szybkością, że świat mu się zamazał. Poczuł bolesne, bardzo bolesne uderzenie w plecy i w głowę i na moment ucięło mu wizję. Opadł - tylko tyle poczuł. Spadł na ziemię, a jego nogi, niezdolne do utrzymania go, po prostu się ugięły. Pachniało tu suchym sianem, przegniłym, śmierdziała sucha ziemia i stare, wypaczone drewno. Nie brakowało takich starych zabudowań, które nadawały się tylko do rozbiórki, szczególnie poza Londynem. Zakaszlał, starając się oddychać przez bolące płuca i na drżących rękach podciągnął się do przodu i zadarł głowę w górę. Ku rechoczącej trójce czarowników stojących na uliczce przed nim, których ledwo co widział. Czuł coś ciepłego, mokrego, na własnej głowie. Obraz mu się rozmywał. - Dante przesyła pozdrowienia. - Jeden z nich wyszedł naprzód i machnął różdżką, przesuwając Laurenta w bok, na drewnianą belkę podtrzymującą lichy strop. Drugi z nich przyszpilił go znowu do ściany. I znów poleciał - nie orientował się nawet w którą stronę i gdzie był. Mroczyło go od bólu. Brakowało mu tchu. Nie mógł krzyczeć. Sięgnął trzęsącą się ręką po różdżkę i wyczarował ścianę między sobą a napastnikami. Jedyne, co mu przyszło do głowy. I może to był błąd. Może. Ale chciał się bronić - jakkolwiek. Silne uderzenie rozbiło ścianę z ziemi i uderzyło prosto w drewniane bele, odrzucając Laurenta, który tylko jedno zdążył w głowie zakodować. Trzymaj różdżkę, Synu. Utrzymał. Ciężkie, stare drewno i fragmenty muru poleciały na niego, przygniatając do ziemi. - O kurwa! Zabiłeś go! - Słyszał jeszcze ich słowa, kiedy leżał na ziemi, czując coś ciepłego na własnej twarzy. Cały świat był niewyraźny. Oddalony. - Miałeś go poturbować, nie zabić! - Kurwa, spierdalamy... - Zanim ktokolwiek przyjdzie, co..? Nastała cisza. Do oczu Laurenta nabiegały łzy, kiedy próbował się poruszyć, ale nie czuł rąk. Nie czuł nóg. Drżał. Nie chcę tak umrzeć. A kto by chciał, Lukrecjo? Któż by chciał... RE: [2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik - The Little Fox - 14.08.2023 Dzisiaj był ten boski mini rynek letni ze świeżymi warzywami, owocami, było na nim pełno słodyczy, które będzie mogła przerobić na te mega magiczne cukierki dla dzieci. Dodatkowo musiała kupić materiały na nowe stroje dla rodziny, bo niektóre dzieciaki wyrastały już ze swoich. Zadeklarowała się, że sama dzisiaj zrobi zakupy, aby uzupełnić zapasy. Co mogła to oczywiście ukradła, a co nie mogła to kupiła. Wiedziała, że nikt jej nie przyłapie – była zbyt świetna w tym. Musiała też uzupełnić składniki do eliksirów, do kuchni i inne rzeczy potrzebne w cyrku. Zaczynało się lato, niedługo dzieci wrócą ze szkoły i cyrk ze swoimi występami ruszy pełną parą. Dni odpoczynku pójdą w zapomnienie. Tak się zakochała jednak w ilości ludzi w tamtym miejscu, że straciła poczucie czasu. Niedługo odjedzie pociąg, którym chciała wrócić do domu, a przede wszystkim zaraz będzie ciemno i nikt jej nie ochroni przed tym, co się pod osłoną nocy kryło w cieniach. Latarnie już świeciły, niebo zachodziło krwistą czerwienią, a ona nie chciała stracić panowania nad swoimi emocjami, nie chciała zrobić nikomu krzywdy jako okropny, dziki lis pożerający ludzi na kolację. Ubrana była w letnią, kremową suknie, która odkrywała jej ramiona i eksponowała niewielkie piersi w odpowiednim miejscu. W talii miała przewiązany skórzany pasek, a na udzie miała przypięty niewielki nożyk w razie jakby magia zawiodła – tak na wszelki wypadek. Na nogach miała wygodne pantofle bez obcasów. W ręku trzymała wiklinowy kosz, który miał zaczarowane dno i mieściło się w nim więcej rzeczy niż mugolski umysł mógł sobie wyobrazić. Usłyszała jak jeden z budynków jest niszczony, do jej uszu dotarł też strzępek podejrzanej rozmowy, gdzieś w bocznej uliczce i nagle wybiegło z niej trzech chłopaków, potrąciło ją po drodze, ale utrzymała się na nogach. Chciała na nich nakrzyczeć, zrugać ich jak stara, dobra babcia, ale zamiast tego jej oczom ukazał się chłopiec, poturbowany chłopiec, przygnieciony przez kawałki gruzu. Krzyknęła upuszczając swój koszyk i pobiegła do niego najszybciej jak tylko mogła, a strach przed ciemnością nagle uleciał. Pojawiła się adrenalina. Rozejrzała się dookoła z nadzieją, że zobaczy jakiegoś stróża prawa, ale uliczka była pusta. Pewnie ludzie nadal bawili się na rynku, kupowali warzywa, owoce, słodycze, jeździli na karuzelach, które również były tam rozstawione. Śmieli się, handlowali, a ona była przerażona. Bez zastanowienia użyła najprostszych czarów, aby uwolnić chłopca spod kawałków ściany i drewna. – Hej, halo, nie zasypiaj! – dotknęła jego ramienia lekko. Nigdy nie udzielała nikomu pierwszej pomocy, nigdy nie łatała takich ran, a widok krwi spowodował, że ręce zaczęły jej drżeć ze strachu. Nie mogła sobie przypomnieć żadnego zaklęcia, którego go uleczy, ba! Chyba takiego nie znała. Nie chodziła nigdy do szkoły. – Musisz mi powiedzieć, co mam zrobić – najgorszy rodzaj bohatera to ten, który nie wie jak być bohaterem. – Dasz radę się podnieść? Złamałeś coś? Ile widzisz palców? – wystawiła mu przed twarz dwa palce. – Jak się nazywasz? Jak się czujesz? Nie mdlej tylko, nie mam tyle siły, aby cię dźwigać – mówiła, zadawała pytania, bo tylko to jej przychodziło do głowy. – Myślisz, że ci nicponie tutaj wrócą? Możemy kogoś powiadomić o tej sytuacji? RE: [2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik - Laurent Prewett - 15.08.2023 Bolało. Tak strasznie bolało, a on był taki przerażony. Nie chcę umierać. Może to życie nie było fair, może wiele brakowało do tego, żeby się nim cieszyć. Może za mało było miłości, radości, odliczanie dnia do każdej nocy, żeby w końcu zasnąć. Zapomnieć. Nie, to nie była radość. Ale przecież nie jest aż tak byle jak, prawda? Na końcu zawsze pojawiały się gwiazdy, a nawet gdy kryły się za deszczowymi chmurami to gdzieś tam człowiek wiedział - one w końcu się pokażą. Wyjdą. Jak nieśmiałe dziewczynki schowane za szerokimi spódnicami swoich matek. W tym życiu nadal było na co patrzeć. Zawsze była nadzieja, bo przecież to matka głupich. Ale każda matka kocha swoje dziecko. Myśląc o śmierci łatwo było zapomnieć, że zbyt łatwo dotykała wszystkich. I że dotyczyła także nas, nie tylko tego Thomasa z naprzeciwka, który stracił żonę w tragedii. Anioł bez skrzydeł przygnieciony przez ziemską grawitację. Widział w półcieniach kończącego się, letniego dnia drobną sylwetkę, która prawie biegiem do niego dobiegła. Pomóż mi... Myślał, ale chyba przez wargi nie był w stanie wydobyć z siebie niczego więcej poza lękiem. Nie poczuł nawet, że coś się porusza, że to gruzowisko zostało usunięte. Jedyne co poczuł to lekkość. Umieram? Nie chciałeś umierać. Nie, naprawdę nie chciałeś. Mała walka została wygrana, bo poruszyłeś w końcu ręką i spróbowałeś się podciągnąć, trzęsąc jak galareta. Słowa wypowiadane przez nieznajomą docierały do niego z hukiem w głowie, z opóźnieniem. Niewyraźne, rozmyte. Nie, to chyba nie śmierć. To chyba naprawdę walka. Tak, nie zasypiać. Skupić się. Skupić... Tylko jak się skupić, kiedy to tak boli. Poruszył palcami, żeby przywołać do siebie różdżkę, jeśli w ogóle się gdziekolwiek tutaj znajdowała. Gdzieś na pewno. Szukał jej. Chciał, żeby do niego powróciła - swojego właściciela. Kobietka obok niego, może dziewczyna, nie wiedział, trajkotała. I nie to, że chciał ją ignorować. Jego skupienie rozpadało się co chwilę, roztrzęsiony, wraz z każdym ukłuciem bólu. Ten zaś był wszechogarniający. - P-Prewett. La-uren...t... - Wydusił z siebie rozkołatanym głosem, spoglądając teraz z pozycji leżącej na swoją wybawczynię. Tak, wybawczynię. Powoli zaczynał czuć swoje ciało i po pierwszym szoku bodźce, słowa i pytania zaczęły wpełzać do jego głowy. Zamrugał parę razy, krople łez starły odrobinę krwi i brudu z jego policzków, kiedy kobietka zamachała swoją ręką i pokazała mu palce pytając o ich ilość. - M-Mung. Flo... Florence... Bulstro...ode. - Tak, to była pierwsza osoba, o której w ogóle pomyślał jeśli chodzi o zawiadamianie. Do Munga łatwo się było dostać zewsząd. - N-nie... nie wiem... - Zatrząsł się znowu, czując narastającą panikę. Chciał wstać. Powinien? Patrzył na Elaine, nieznajomego anioła, który spłynął z barwnego nieba na to zadupie i wyciągnął do niego swoje dłonie, jakby to od niej oczekiwał odpowiedzi. Bo nie wiedział, co ma robić. Niestety - ona też nie wiedziała. Laurent był przerażony i to było po nim widać. Przekręcił się na bok i zaczął próbować się podnosić. Świat był miękki. Wirował wokół niego, kiedy podparty na przedramieniu zaczął wstawać. Adrenalina robiła swoje. Pozwalała wykraczać poza to, co dokonalibyśmy w normalnych warunkach. Nawet nie wiedział, czy ma coś złamanego czy nie. Jego ciało było jak z waty, a ból skupiony w głowie pozwalał na ignorowanie obrażeń ciała. Tak, adrenalina była tym eliksirem, który był tu potrzebny. RE: [2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik - The Little Fox - 15.08.2023 Widziała, że krzywił się z bólu i w sumie mu się nie dziwiła. Został przygnieciony przez deski i jeszcze nie wiadomo, co ci nicponie mu zrobili. Panikowała, a to było naprawdę nie na miejscu, naprawdę nie powinna teraz panikować. Podniosła się odsuwając od niego i potrząsnęła kilka razy dłońmi oddychając głęboko. Mówiła do siebie, aby była spokojna, trzeźwa i nie panikowała. Nie pomoże mu jeśli się bardziej zdenerwuje. Miała ochotę rozszarpać tamtych chłopaków, miała ochotę rozszarpać każdą niesprawiedliwość na świecie, ale nie mogła tego robić. Zamknęła oczy na chwilę oddychając spokojnie świeżym powietrzem. Wróciła do poturbowanego chłopca, małego aniołka, któremu ktoś chciał odciąć skrzydła. Naprawimy jego skrzydła. Na pewno się uda. Nazywała się Elaine Bell i nie było dla niej rzeczy niemożliwych. Elaine wiedziała jak czerpać z życia, jak się nie załamywać, jak ignorować ból serca i niesprawiedliwości świata. Chciała mu pomóc się podnieść, godnie doczłapać do pociągu i godnie odstawić pod Mungo. Musiał być cały, a Elaine nie zamierzała go tu porzucać. Musiała tylko opanować swoje emocje. Dobrze, że przed podróżą wypiła eliksir uspokajający. Było znacznie lepiej się opanować w takich sytuacjach. Widząc, że otwiera oczy, że kontaktuje poczuła ulgę. Nie umierał. Wręcz próbował żyć, więc to był ogromny plus tej sytuacji. – Poczekaj tu, Laurent – szepnęła czując, że było to totalnie głupie stwierdzenie, ale była mocno zdenerwowana; otarła delikatnie jego policzki z łez i krwi. Ręce jej drżały niemiłosiernie, a w głowie trwała jedna myśl, nie denerwować się, być oazą spokoju, która uspokoi nawet największego nerwusa na świecie. Podniosła się i pobiegła po swój koszyk ignorując wysypane warzywa, wróciła do niego równie szybko jak zniknęła. – Nie ruszaj się, zaraz to ogarniemy. Ważne, że mówisz i wiesz kim jesteś, t-to ważne, bardzo ważne – mówiła drżącym głosem. Wyjęła butelkę z wodą i duży kawałek materiału, który miał służyć do uszycia nowych kostiumów. Oblała materiał wodą i zaczęła okładać jego twarz i czyścić ją z kurzu oraz krwi. Otarła też jego ranę z tyłu głowy krzywiąc się z bólu jakby sama czuła jego cierpienie. Przyłożyła materiał w to miejsce, aby krew w niego wsiąkła. To samo zrobiła z ramieniem, ale tam koślawo to zawiązała. – Nie będę próbowała cię leczyć, bo nie jestem uzdrowicielką – szepnęła i gdy chłopiec był już w miarę ogarnięty spróbowała mu pomóc się podnieść. – Tylko nie zamykaj oczu, musisz być przytomny. Nazywam się Elaine Bell, powtórz proszę moje imię – wydała mu polecenie, aby sprawdzić, czy nadal tu jest, czy nie odleciał. Nie poradzi sobie sama, potrzebowała innych osób. Oparła go o ścianę i spojrzała mu w oczy. – Co jeszcze cię boli? – zapytała, a potem sięgnęła do swojego koszyka, wyjęła mały pojemnik z ciastkami i podała mu jedno. – Zjedz, doda ci trochę sił – podała też mu butelkę z wodą – tym popij – usiadła na piętach patrząc na niego z wyczekiwaniem. Nie chciała go jeszcze podnosić, bo bała się, że to za szybko. RE: [2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik - Laurent Prewett - 15.08.2023 Kim jest nieznajomy? Co znaczy w twoim życiu? Czy mijany przypadkowo blondyn na ulicy może się zmienić w kogoś, kto je odmieni? Kiedy człowiek przestaje być tym nieznajomym i zmienia się na znajomego? Czy ktoś posiadał do tego listę, którą należy wykreślać? Albo trzeba tylko spełnić określone warunki, żeby już mówić o tym, że się znacie? Nieznajomi otaczali nas w ilości większej niż osoby bliskie, a jednak to nie ta ilość przykuwała naszą uwagę. Jak to się stało, że wśród tych nieznajomości nie tonęliśmy, tylko przemieszczaliśmy się sprawnie jak łódź przez fale. Kiedy nauczyliśmy się wybierać ludzi, by wynosić ich z tego tłumu i jak byli dobierani. Co było schematem, co było wyjątkiem. Laurent nie znał odpowiedzi na te pytania. Zapełniały przestrzeń między nim i wszystkimi nieznanymi mu osobami, których twarzy nie był w stanie nawet zapamiętać. Wiedział jednak jedno - kiedy już znałeś czyjeś imię i nazwisko to stawał się jakby... bardziej znajomy. Jakby te dwa słowa tworzyły osobę, stanowiły czar, jaki rzucało się na kogoś, z kim dopiero się zetknąłeś. Takim sposobem Laurent Prewett poznał Elaine Bell. Była mu zupełnie nieznajoma, ale teraz swoim mętnym wzrokiem dostrzegał tylko ją - tancereczkę, akrobatkę, która nie miała wielu talentów, by talentem nadrabiać w innych miejscach. Zupełnie przypadkowa znajomość, która nawet nie wiedział, jak blisko była życia, które chciał pogrzebać sześć stóp pod ziemią za swoimi plecami. I Elaine też nie zdawała sobie z tego sprawy. Ufała w końcu komuś, kto kiedyś był ostatnią osobą, jakiej można było zaufać. A jednak Laurent jemu też zaufał. Dziś zaś zaufał jej. Podniósł się do pozycji siedzącej, ale musiał się podeprzeć. Było mu słabo i wręcz przelewał się przez ręce, niezdolny do utrzymania swojego ciała. Chciał pokiwać głową, potwierdzić, że dobrze, że zaczeka. Będzie grzeczny. Zrobiłby teraz chyba prawie wszystko, co piękna Elaine mu proponowała. Albo nakazywała. To nie było proste - kiedy ktoś opierał na tobie swoje "być albo nie być". Nagle trzeba stać się osobą odpowiedzialną, bo od ciebie tyle zależało. Nagle trzeba było się spiąć, zebrać. Przemówić samemu sobie do rozsądku, że czas, żeby o kogoś zadbać, skoro dbali o ciebie. Albo nawet i nie - po prostu być człowiekiem. Pomóc komuś w potrzebie. - Nie zostawiaj mnie... - Nie było to godne, nie było to dumne, ale jak kobieta odeszła to Laurent naprawdę się przeraził, że po prostu ucieknie. Że nie będzie chciała brać na siebie odpowiedzialności i ciężaru, jakim był. Bo nie musiała. Wyciągnął za nią rękę, chciał ją złapać, ale nawet dobrze tej ręki nie podniósł z ziemi, bo błędnik mu oszalał i prawie znowu pocałował nosem podłogę. Musiał się podeprzeć znowu. - T-tak. - Potwierdził, trzymając oczy półprzymknięte. Dziwne, bo czuł się zmęczony. Ubytek krwi na ten moment nie był zagrażający życiu, ale zdecydowanie było to coś, co potrzebowało opieki medyka. Bo ta krew płynęła. Laurentowi było niedobrze. Chyba zamykanie oczu było kiepskim pomysłem. Podniósł głowę, żeby spojrzeć na swoją wybawicielkę. - Elaine. B-bell. - Powtórzył trochę składniej, co w zasadzie było dobrym symptomem. Pierwszy szok mijał i jego sprawność też powoli wracała na miejsce. A przynajmniej na tyle, żeby rzeczywiście świat przestał całkowicie wirować. W taki sposób mógł zobaczyć w pełni twarz pani Bell. - Nie... nie... nie jestem... nie wiem..? - Chciał powiedzieć, że nie jest pewny. Ach, kobiece dłonie na jego twarzy - powinien się do tego przyzwyczaić. Może było w tym nawet coś tragicznego, że tak regularnie sprawdzano, czy z jego twarzyczką jest wszystko okej, jakby była jedynym, co miał do zaoferowania. To nie było prawdą. Ale umysł potrafił błądzić po najbardziej zwichrowanych drogach. Przyjął grzecznie ciastko i ostrożnie przysunął je do swoich ust, żeby ugryźć. Trzęsły mu się ręce jakby były z galarety. Widać było, że nadal do końca nie wiedział, co się właśnie wydarzyło, a im bardziej się uspakajał tym bardziej go wszystko bolało. Starał się opanować. Już po kilku gryzach poczuł się... rzeczywiście poczuł się trochę lepiej. Nie to, że przestało boleć. Ale czuł, że... jest w stanie wstać. Wypił z wdzięcznością wodę, przepłukując usta. Normalnie bardzo doceniłby ten łakoć, który dostał. Tylko warunki były niesprzyjające. - Dziękuję... Chyba... chyba dam radę wstać. RE: [2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik - The Little Fox - 15.08.2023 Kawałek po kawałku próbowała złożyć w całość postać Laurenta Prewetta. Chłopca, który był na granicy śmierci, chłopca, który skończyłby kiepsko, gdyby nie ona. Czuła się odpowiedzialna za jego życie, więc nie miała zamiaru go porzucać. Strach prześlizgiwał się po jej ciele niczym wąż oplatając jej całe ciało, ale starała się być opanowana, nie ponosić się emocjom, być opanowana, nie dać się zgnębić lisowi, nie dać się zgnębić bestii, którą w sobie chowała. Ulgę czuła za każdym razem, gdy chłopak się odzywał. Żył, to wszystko znaczyło, że będzie dobrze. Zapewniała go, że zostanie, że będzie przy nim, że go nie opuści. Przeczesała mu włosy, aby nie wpadały do oczy, aby mogła je widzieć, aby mogła mieć pewność, że wszystko jest w porządku. Elaine w swoim życiu miała tylko rodzinę i znała ogrom nieznanych osób, albo nieznani ludzi znali ją. Przychodząc na jej występ poznawali skrawek jej historii, słyszeli o tym, że jest kobietą z gumy, kobietą bez kości, że zmieści się w tym małym pudełku. Była płomiennorudą pięknością, akrobatką, twórczynią śmiesznych cukierków, bestią z lisim duchem na ramieniu. Nie była na scenie Elaine Bell, nie była małym rudym dzwoneczkiem. Była talentem, atrakcją, a każdy mógł ją podziwiać, każdy mógł ją widzieć, każdy mógł ją zapamiętać. Ona nie pamiętała tych ludzi, nie patrzyła na nich, byli rozmytą plamą krzyków podniecenia, strachu i zachwytu. Nie myślała teraz, że poznawała Laurenta, że była jego nową znajomą. Myślała o tym, aby uratować tego mężczyznę przed śmiercią. – Powoli, zaraz poczujesz się lepiej – szepnęła, ale chyba bardziej do siebie, gdy zaczął jeść i pić kolejna fala ulgi przeszła przez jej ciało. Zaczarowała koszyk tak, aby leciał tuż przy jej boku, aby wyglądał tak, że go niesie. Następnie podniosła się na nogi czując jak jej lekko zdrętwiały, złapała jego ramię przerzucając sobie przez ramiona. Pomogła mu się podnieść przenosząc większość jego ciężaru na siebie. – Postaram się ciebie utrzymać, ale ostrzegaj jak będziesz tracić więcej sił przygotuję się trzymać twój ciężar. Staraj się też coś do mnie mówić, cokolwiek, abym wiedziała, że nadal jesteś świadomy. Pojadę z tobą pociągiem do Munga – poinformowała go powoli ruszając w kierunku ulicy głównej, która miała prowadzić na stację. – Chyba, że masz sposób, aby skontaktować się z twoją znajomą? – zapytała z nadzieją w głosie. RE: [2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik - Laurent Prewett - 15.08.2023 Powoli. Nie mógł i tak poruszać się szybciej. O własnych siłach teraz nic nie mógł. Łapał powoli myśli, które wynurzały się z tego lepkiego oleju, które oblał je całe. Ślizgały się. Ciężko było je uchwycić. Zaprogramował się na jedno działanie: dotarcie do szpitala. Dzięki Elaine było to w ogóle możliwe. A teraz naturalnie opierał się na niej, tak fizycznie jak i psychicznie, żeby dotrzeć do wyznaczonego celu. Do wyznaczonego miejsca. Do Florence. Kiedy coś się działo zawsze myślał o niej w pierwszej kolejności, chociaż to też nie tak, że chciał ją zarzucać wszystkimi problemami tego świata - świata swojego. Teraz się nad tym nie zastanawiał. Rozmowy o tym jak, dlaczego, co tu się wydarzyło zazwyczaj były najtrudniejszymi, jakie nas czekały. Kiedy już było jednak po wszystkim i człowiek zaczynał doceniać życie mu dane to i jakoś rodzinne awantury przychodziły łatwiej. Elaine zaś... nie zapomni jej, och nie. I na pewno nie zapomni się odwdzięczyć. Nawet jeśli kobieta nie wydawała się niczego oczekiwać w zamian - ale do tych wniosków dotrze dopiero wtedy, kiedy poczuje się lepiej. Ciężko było zjeść to ciastko, jego gardło, ściśnięte, nie chciało współpracować, a jeszcze gorzej było z mdłościami. Ale jadł. Tak mu powiedziano, więc jadł. Nie zastanawiał się nawet, dlaczego, bo przecież mogli mu wcisnąć jakąś truciznę. Obiecywała mu, że będzie lepiej, że się lepiej poczuje, a on zaufał jej słowom. Jej dotykowi, którym upewniała się, że nie poleci. Nie leciał. Nawet trochę się ustabilizował. Uciekł tylko przed jej dotykiem automatycznie, kiedy dotknęła tyłu jego głowy i jęknął z bólu, ale zaraz chłód przyniósł ulgę. Na tyle silną, że odetchnął. Że złapał głębszy wdech w swoje płuca i sam sięgnął dłonią, żeby przytrzymać ten materiał. Cokolwiek to było. A drugą rękę grzecznie udostępnił samej Elaine, żeby mogła założyć opatrunek. Patrzył na to. Nie do końca jednak do niego docierało to, co robiła ani to, co się z nim samym działo. Widział, ale jego mózg tego nie akceptował. I raczej - dzięki bogom. - Różdżka... - Laurent jeszcze raz rozejrzał się za swoją różdżką i w końcu ją namierzył spojrzeniem. Ostrożnie do niej podszedł, w zasadzie na kolanach, łapiąc ją i machnął. Takim sposobem na uliczce pojawił się Błędny Rycerz. Nie musieli jechać pociągiem ani nigdzie się wielce targać. Laurent nie używał często tego środka transportu, tak i teraz zamierzał wybrać podróż pociągiem, ale to była taka chwila, która zdecydowanie tego wymagała. Kierowca zresztą widząc ich też nie był pod dobrym wrażeniem. Laurent spojrzał na Elaine, jakby teraz on chciał powiedzieć, że spokojnie, że już jest lepiej, że sobie dadzą radę. Czasami jedno spojrzenie potrafiło przekazać bardzo wiele. - Spokojnie. Dam... radę... - Tylko w zasadzie przekonywał bardziej ją czy siebie? Z trudem się podniósł i stęknął, kiedy noga nie bardzo chciała z nim współpracować. Podparł się na ramieniu kobiety, niskiej i drobnej. Wyglądaliby pewnie prześmiesznie... gdyby nie to, że Laurent teraz wcale zabawnie nie wyglądał. Kierowca sam wyszedł im naprzeciwko, żeby zresztą pomóc zapakować Laurenta do środka. RE: [2.06.1972] Scenariusz: Lelek wróżebnik - The Little Fox - 15.08.2023 Stęknęła cicho, gdy mężczyzna oparł się na niej. Nie sądziła, że był taki ciężki. W sumie był dorosłym mężczyzną, a nie chłopcem jak go określała, czego się spodziewała? Gdy wspomniał o różdżce skinęła energicznie głową i rozejrzała się, pomogła mu ją dostać do rąk, a potem błyskawicznie pojawił się Błędny Rycerz, o którym w tym momencie nawet nie była w stanie myśleć. W sumie nie podróżowała tym autobusem nigdy, to miał być jej pierwszy raz i była w totalnym szoku, że takie coś pojawiło się w takim miejscu. Zaufała jednak osobie, która odpowiadała za ten transport, pomogła wtaszczyć do środka Laurenta z ulgą siadając obok niego na siedzisku. Cały czas nadzorowała jego stan, sprawdzała czy nie mdleje i czy siedzi stabilnie. Obejmowała jego ramię, aby nie mógł zlecieć. Dbała po prostu, aby czuł się pewnie i dobrze. Wiedziała, że ciastko pomoże mu na jakiś czas, ale i tak potrzebował pomocy medyka, co chwilę tylko czyściła materiał, którym okładał sobie tył głowy. Krew już nie leciała tak mocno, ale miejsce z tyłu wyglądało paskudnie. Nie była jednak doświadczona w tego typu ranach, więc nie mówiła mu tego jak to wygląda. Przytrzymywała ten materiał, aby nie spadł i był na swoim miejscu. Nie chciała robić kłopotu w sprzątaniu autobusu z krwi. Szybko jednak dotarli pod szpital, więc wyprowadziła Prewetta z niego przy pomocy pracownika autobusu. – Oprzyj się mocno – szepnęła – jesteśmy na miejscu – dodała pokrzepiająco. Koszyk nadal się obok niej unosił, a ona zaczęła go prowadzić do budynku, w środku od razu poprosiła o Florence, o której mówił Laurent i nie odstępowała chłopaka na krok. Koniec sesji
|