Nie przepadał za tym miejscem. Bliskość upiornego lasu wcale nie zachęcała do tego, żeby je odwiedzać, mimo to czasami po prostu trzeba było. Z bardzo różnych powodów. Szczególnie nocą i późnymi wieczorami Little Hangleton nabierało jakiegoś wyjątkowo upiornego wyrazu od czasu Beltane. Połączenie obu tych czynników czyniło prosty spacer w koszmarne doświadczenie. Jak lep, który dotknąłeś swoim ulubionym swetrem. Nie odkleisz go już bez uszkodzenia struktury. Musisz pociągnąć - parę nitek może przez to ucierpieć. Kiedy ucierpią to i cały sweter może być do wyrzucenia. Jak lód, którego dotknąłeś. Przymarzła skóra, a ty zaczynasz drżeć w niepewności, czy uda się ją odkleić. Tak po prostu. Tak samo niepewny był tego miejsca Laurent. Nie naczytał się o niczym w gazetach, nie naczytał kryminalnych książek pióra Lockharta ani nic z tych rzeczy. Nie musiał. Jego wyobraźnia pracowała sama. Napędzała koło, które potem mogło już tylko toczyć się z górki... ale na razie miało jazdę bardzo stabilną. Bo to tylko cienie, tylko wyobraźnia, tylko wiatr szeleszczący między listowiem. Księżyc świecił pięknie, a latarenki rozjaśniały uliczki. Wszystko było w porządku. Blondyn przybrany w ciemniejsze szaty, by nie rzucać się w oczy, szedł wyprostowany, nieco zmęczony dzisiejszym dniem i tym, że w ogóle musiał tutaj zabawić tak długo. Czego jednak nie robi się dla interesów? Przede wszystkim: dla interesów się pracuje. A kiedy posiadałeś coś swojego to jakoś nie miałeś szefa, do którego mogłeś się zgłosić o urlop i mieć na wszystko kompletnie wyrąbane. Laurent nie pamiętał, kiedy ostatnim razem naprawdę odpoczął.
Delikatny uśmiech wstąpił na twarz Laurenta, kiedy zobaczył starszą panią z pięknym ptakiem - jaka tylko szkoda, że był w klatce. Nie pomyślał: biedny ptak. Sam jak nikt inny rozumiał, że niektóre zwierzęta, zwłaszcza przy transporcie, nawet trzeba było umieścić w takim miejscu, gdzie jego transport nie będzie niebezpieczny ani dla współpasażerów, ani dla samego stworzenia. Miał się minąć na chodniku z kobietą - on szedł w stronę stacji kolejowej, żeby wrócić spokojnie do domu, albo może nawet przespać się w hotelu, a ona wręcz przeciwnie - prosto do serca miasteczka. Nie zapamiętałby jej twarzy. Nie zaczepiłby jej - pora była późna. Wszystko odbyłoby się bez żadnego większego ambarasu. Ptak jednak zaczął krzyczeć. Drzeć się tak, jakby planował sprowadzić z nieba samą burzę. A kiedy Laurent już chciał kobietę minąć, wiedźma złapała go za rękę. Spiął się. Spojrzał na nią w zdziwieniu, otworzył szerzej oczy i sięgnął drugą ręką po różdżkę, nie wiedząc, czego się spodziewać. Kobieta wpatrywała się w niego oczami wielkimi jak spodki. Wyglądała na nawiedzoną, na... niebezpieczną.
- Możesz oszukiwać przeznaczenie, ale przeznaczenie cię odnajdzie. - Odezwała się drżącym głosem i złapała go mocniej drugą ręką.
- Proszę mnie... puścić! - Laurent zrezygnował z różdżki, złapał swoją wolną ręką przedramię czarownicy, próbując się uwolnić z jej uścisku. A miała więcej siły, niż podejrzewał.
- Ona nie zapomina. On nie zapomniał także. - Puściła. Tak nagle, że Laurent zrobił ze dwa kroki w tył, żeby nie
upaść na ziemię i żeby odzyskać równowagę. Lelek w klatce kobiety uspokoił się, a ona sama obróciła i poszła dalej. Do miasteczka.
Serce kołatało w klatce piersiowej Laurenta, lekko zadrżał, kiedy smagnęło go późno wieczorne powietrze. Poprawił nerwowo rękaw swojego płaszcza, jakby chciał ze swojej ręki zetrzeć to nieprzyjemne wrażenie dotyku kobiety, a jej nieprzyjemny smród obmył go całego. Wariatka. Szaleńców nie brakowało, zwłaszcza nocą, zwłaszcza w takich miejscach. Przez moment odprowadzał ją spojrzeniem, cofając się powoli, nim obrócił, żeby szybszym krokiem dotrzeć do peronu. Najlepiej jak najszybciej.
Nie dane mu było jednak do tego peronu dotrzeć.
Przeszedł może ze sto metrów, kiedy usłyszał smagnięcie zaklęcia. Niewidzialna siła złapała go, jakby był lalką, nic nie ważącą, z którą można robić wszystko, bo przecież była tylko lalką. Jeśli odpadnie jej ręka zawsze można ją zamontować z powrotem. Odleciał z taką siłą i szybkością, że świat mu się zamazał. Poczuł bolesne, bardzo bolesne uderzenie w plecy i w głowę i na moment ucięło mu wizję. Opadł - tylko tyle poczuł. Spadł na ziemię, a jego nogi, niezdolne do utrzymania go, po prostu się ugięły. Pachniało tu suchym sianem, przegniłym, śmierdziała sucha ziemia i stare, wypaczone drewno. Nie brakowało takich starych zabudowań, które nadawały się tylko do rozbiórki, szczególnie poza Londynem. Zakaszlał, starając się oddychać przez bolące płuca i na drżących rękach podciągnął się do przodu i zadarł głowę w górę. Ku rechoczącej trójce czarowników stojących na uliczce przed nim, których ledwo co widział. Czuł coś ciepłego, mokrego, na własnej głowie. Obraz mu się rozmywał.
- Dante przesyła pozdrowienia. - Jeden z nich wyszedł naprzód i machnął różdżką, przesuwając Laurenta w bok, na drewnianą belkę podtrzymującą lichy strop. Drugi z nich przyszpilił go znowu do ściany. I znów poleciał - nie orientował się nawet w którą stronę i gdzie był. Mroczyło go od bólu. Brakowało mu tchu. Nie mógł krzyczeć. Sięgnął trzęsącą się ręką po różdżkę i wyczarował ścianę między sobą a napastnikami. Jedyne, co mu przyszło do głowy. I może to był błąd. Może. Ale chciał się bronić - jakkolwiek. Silne uderzenie rozbiło ścianę z ziemi i uderzyło prosto w drewniane bele, odrzucając Laurenta, który tylko jedno zdążył w głowie zakodować. Trzymaj różdżkę, Synu. Utrzymał. Ciężkie, stare drewno i fragmenty muru poleciały na niego, przygniatając do ziemi.
- O kurwa! Zabiłeś go! - Słyszał jeszcze ich słowa, kiedy leżał na ziemi, czując coś ciepłego na własnej twarzy. Cały świat był niewyraźny. Oddalony. - Miałeś go poturbować, nie zabić!
- Kurwa, spierdalamy... - Zanim ktokolwiek przyjdzie, co..?
Nastała cisza. Do oczu Laurenta nabiegały łzy, kiedy próbował się poruszyć, ale nie czuł rąk. Nie czuł nóg. Drżał.
Nie chcę tak umrzeć.
A kto by chciał, Lukrecjo? Któż by chciał...