Secrets of London
[15.07.1972] Flying - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [15.07.1972] Flying (/showthread.php?tid=1811)

Strony: 1 2 3


[15.07.1972] Flying - Laurent Prewett - 01.09.2023

adnotacja moderatora
Rozliczono - Philip Nott - osiągnięcie Piszę, więc jestem



Pogoda dopisywała tego dnia. Słońce, przesuwające się po niebie chmury, które zwiastowały deszcz, lecz nie w przeciągu następnej godziny czy dwóch. Niech pada, byle wieczorem, byle nocą. Rośliny potrzebowały deszczu, by się rozwijać. Czasami wydawało ci się, że tak samo deszczu potrzebowali ludzie. W tym kraju za dużo padało. Za dużo było deszczy i za dużo smutku toczyło się przez poranne mgły. Niezależenie od tego, jak długa była noc i jak szybko przychodziły pierwsze promienie niektórych trosk nie dało się rozgonić kilkoma maźnięciami pędzla na płótnie nieboskłonu.

- Pan Nott? Dzień dobry! Spodziewaliśmy się dzisiaj pana ojca? - Na spotkanie Philipa wyszedł Alexander, czarnoskóry mężczyzna, który promiennie uśmiechnął się do Philipa. - Abraksan pana ojca jest niemal gotów do wyścigów. Zapraszam! Zaprowadzę pana do stajni i pójdę poszukać panicza Prewetta, powinien być gdzieś w okolicy. - Alexander rozglądnął się za Laurentem, ale chwilowo nigdzie go nie widział - więc poprowadził Philipa do stajni dla abraksanów. O wiele większych niż stajnie koni. Te zwierzęta w końcu z natury były o wiele większe, a ich ogromne skrzydła potrzebowały też dodatkowej przestrzeni. W środku widać było, że przy jednym z boksów otworzonych aktualnie badał skrzydło jednego z abraksanów magiweterynarz.

- Mieliśmy mały wypadek z jedną panienką. Na szczęście nic poważnego się nie stało. - Wyjaśnił Alexander, woląc uspokoić w razie czego sprawę, zanim zostanie zapytany. Albo zanim Philip by cokolwiek niepokojącego pomyślał. - Proszę, oto on. Pan Laurent ma już gotowe dokumenty, jeśli klacz odpowiada potrzebom. Już po niego idę. - I rzeczywiście - poszedł.


Byli ludzie bardziej i mniej pozytywnie nastawieni do tematu brudnej i czystej krwi. Dla jednych to była świętość, nienaruszalna, pilnowana jak klejnot w królewskiej koronie. Spaczysz swoją linię - możesz nie mieć szansy jej odbudować. Jak dla Prewettów szansa wydawała się przetracona i wszystko wskazywało na to, że dziedzica nazwiska trzeba będzie szukać gdzie indziej. To była tylko sprawa jego rodziny, inni nie powinni w to wtryniać swojego nosa. Niestety społeczeństwo nigdy tak nie działało. Im więcej możliwości wciśnięcia się tam, gdzie brzmiała drama, tym większe emocje, ekscytacja. Żerowanie na czyimś nieszczęściu, żeby uśmiechnąć się pod nosem, było bardzo popularnym sposobem na spędzanie swojego czasu. Tak to po prostu działało. I do tej rzeczywistości po prostu trzeba się było dostosować.

Pani Violetta Black należała do tych osób, którzy byli zagorzałymi fanami Czarnego Pana. Ile by za niego oddała i co sądziła o czystości krwi wiedzieć mogli wszyscy potencjalnie zainteresowani albo i mniej. Wszyscy, którzy mieli ją okazję poznać. Rozpuszczona córka swojej matki, która trzymała w garści pieniądze, a które jej córeczka mogła przetracać jak jej się żywnie podobało. Laurent miał za dużo szacunku do pieniądza jak na kogoś, kto dysponował taką sumą, a i tak w porównaniu do niektórych wcale nie był aż tak obrzydliwie bogaty. Na przykład w porównaniu do swojego ojca. Nie musiał w tym celu porównywać wielkości skrytek w Gringotcie. Laurent przyszedł przed stajnię, kiedy kobieta wyżywała się na bogu winnym stajennym, słysząc jej podniesiony głos. Nie krzyk, ale podniesiony głos, z którego niezadowolenie wylewało się wiadrami. Albo święte oburzenie? Wojowniczka za słuszna sprawę - bo za swoją.

- Panienko Black, prosiłbym nie podnosić głosu. Nie ma powodu do nerwów, jestem pewien, że... - Zaczął łagodnie, uprzejmym tonem uśmiechając się do kobiety jak zawsze.
- Prewett. - Kobieta skrzywiła swoje wargi, ale to nie był wyraz po prostu nerwów. Lekkie obrzydzenie na jej twarzy zmieszało się z jakimś brzydkim błyskiem w oku.
- Słucham, panienko Black. - Odpowiedział w dalszym ciągu spokojnie, chowając to, że nie podobało mu się obcowanie z nią, że nie miał na to ochoty, że naprawdę żałował, że akurat ta rodzina została odesłana do jego części stajni z Keswick. Choć ona nie była jedyną osobą, która sprawiała, że żyć mu się odechciewało. Nie, nie pokazywał tego. Wpatrywał się w nią starając się zachować martwotę wnętrza, by nie dać się jej sprowokować.
- Mój abraksan złamał skrzydło. Odpowiadasz za to. - To paskudne skrzywienie na jej twarzy przemieniło się w jeszcze paskudniejszy uśmiech, kiedy na twarzy Laurenta pojawiło się zaskoczenie i zaniepokojenie.
- Czy ktoś już posłał po weterynarza? - Zapytał kobietę, bo jej wymysły i humorki miały tutaj absolutnie podrzędne znaczenie wobec dobra zwierzęcia. Absurdem było, że był odpowiedzialny za to, jak ta dziewczyna jeździła, ale za zdrowie zwierzęcia po wypadku odpowiadał jak najbardziej.
- Zwracaj się do mnie odpowiednim tonem, Prewett. "Panienko Black." - Pouczyła go. Laurent zsunął się spojrzeniem z niej na stajnię, wypatrywał wzrokiem Alexandra i spojrzał na stajennego, chcąc mu zadać pytanie, na które Violetta odpowiedzieć nie była łaskawa. Nie zdążył go zadać - stajenny skinął twierdząco głową, ewidentnie nieco przestraszony, zbity z tropu i powolii się wycofał. - Mówię do ciebie! - Złapała go za rękę i lekko szarpnęła, sprawiając, że Laurent rzeczywiście zwrócił na nią uwagę. Znów. Nie padły jednak następne słowa, bo ze stajni wyłoniła się matka Violetty - Nicole.
- Violetto. Dość. Jak ty się zachowujesz? - Kobieta wyprostowana, dumna, z wysoko zaczesanym kokiem, o zadziwiająco łagodnych rysach twarzy jak na swój ton i głos, jakim dysponowała. Rówieśniczka Laurenta od razu odsunęła się od niego i wyprostowała.
- Pani córka... - Znów nie dokończył.
- Nie z tobą rozmawiam. - Machnęła dłonią, jakby odpędzała się od wyjątkowo uporczywej muchy. I nawet na niego nie spojrzała. Laurent się nie odezwał.
- Marekah coś zrobił sobie w skrzydło. - Pożaliła się niewiasta, podchodząc do swojej matki, teraz strasznie zasmucona i jakże zmartwiona i przejęta abraksanem. Laurent w to nie wierzył. Najchętniej sam by pobiegł i sprawdził, co dzieje się ze zwierzęciem, ale... nie wypadało. Pewnie spowodowałoby to tylko większe, niepotrzebne mu zamieszanie. Nie miał na nie siły. Naprawdę nie miał na nic siły. Dopiero teraz oczy matki zwróciły się na niego.
- Uzdrowiciel został już sprowadzony, albo właśnie jest w drodze, abraksanowi z pewnością nic nie będzie, potrzebuje jedynie odrobiny czasu na rekonwalescencje. - Ciągle ten sam uśmiech, ten sam, przyjazny ton. Uspakajający. - Gdyby panienka była bardziej chętna do opowiedzenia, co się stało, na pewno ułatwiłoby to medykowi pracę.
- Sugerujesz, że moja córka jest odpowiedzialna za dobrostan abraksana? O ile mi wiadomo to twoja odpowiedzialność.
- Odpowiadam za zdrowie zwierząt, ale to pani córka... - Nie dokończył. Zapiekł go policzek, kiedy kobieta uderzyła go w twarz. Drobny moment zaskoczenia. Jedna sekunda zawahania. W drugiej już znowu się uśmiechał. - Nie. Oczywiście, że nie. Najmocniej przepraszam. - Za uwagę, za sugestię, za słowa, za spojrzenie, za oddychanie. Za życie.
- Tak sądziłam. Zrób użytek ze swojego marnego życia, Prewett. - Zlustrowała go od góry do dołu. - Ugh. Albo wróć do sypialni zarabiać. Słyszałam, że tam lepiej sobie radzisz jako bękart rodziny. - Skrzywiła się z obrzydzeniem, zawołała córkę i skierowała do odejścia. Laurentowi zadrżały kąciki ust.
- Jeszcze raz przepraszam. Obiecuję, że Marekah będzie zdrowy do następnego przybycia. - Uśmiechał się nawet, kiedy spoglądał na ich plecy. W uszach mu piszczało. Świat wydawał się odległy, odcięty od niego samego. Ile razy słyszał podobne uwagi i przytyki - chyba by nie zliczył. Jaką wartość miały pieniądze i wola, by być częścią czegoś? Ile można było sprzedać samego siebie? Laurent nie znał ciągle odpowiedzi na to pytanie. To było jak bezdenna studnia. Wszystko, co wrzucałeś, tonęły i ciągle było mało, ciągle coś chciało więcej. Więc poiłeś wodopój - nawet jeśli było to absurdalne.


RE: [15.07.1972] Flying - Philip Nott - 01.09.2023

Pogoda dzisiejszego dnia była wprost idealna do spędzenia większości albo nawet całego dnia na łonie natury, nawet pomimo przemykających po niebie zwiastunów deszczu w postaci chmur. Otrzymany tego ranka list od swojego ojca sprawił, że Philip musiał przesunąć w czasie swoje plany o parę godzin. W liście tym ojciec poprosił go o to, aby udał się w jego imieniu do New Forest i sfinalizował zakup drugiego abraksana oraz skontrolował przygotowania do wyścigów należącego do niego wierzchowca, Bumpera. Wierzchowiec to jakże wspaniałe imię zawdzięczał właśnie Philipowi. Trzeba jednak przyznać, że ono zapadało w pamięć. Lubił nadawać zwierzętom takie osobliwe imiona.

Dzień dobry, Alexandrze. Z listu mojego ojca wynika, że tak... jednak mu wypadło i dlatego przychodzę w jego imieniu. — Powitał nad wyraz uprzejmie Alexandra, uśmiechając się do niego. Niezwłocznie wytłumaczył swój powód wizyty w tym miejscu.

To wspaniała wiadomość, ojciec się ucieszy. Mogę zobaczyć Bumpera? Dziękuję, Alexandrze. — Dodał z zadowoleniem. To były naprawdę dobre wiadomości, które będzie mógł przekazać swojemu ojcu. Philip również uwielbiał oglądać wyścigi konne i zawsze obstawiał zwycięstwo Bumpera, ilekroć on był wystawiany w tych zawodach. Doskonale wiedział, że nie uniknie spotkania z Laurentem, swoim byłym kochankiem. Należało ich określić w ten sposób, skoro podczas rejsu podjął decyzję o zakończeniu łączącego ich układu, w którego część wkradało się coś więcej. Obyło się bez krzyków i trzaskania drzwiami, za to z opuszczeniem rejsu przez tego mężczyznę, z którym miał niebawem sfinalizować zakup drugiego abraksana.

Co dokładnie miało miejsce? — Po dotarciu do stajni abraksanów zdecydował się o to zapytać, będąc wiedziony własną ciekawością. Na razie nie miał powodu do zaniepokojenia. — Jest doskonała. Będzie mieć na imię... Sandstorm.  — Po wstępnych oględzinach wspaniałej klaczy zdecydował się podpisać dokumenty. W oczekiwaniu na powrót Alexandra i przyjście Laurenta z dokumentami zdążył wymyślić dla należącej do jego ojca klaczy wyścigowej. Jego ojcu mogło się nie spodobać to imię, jednak doskonale do niej pasowało. Będzie bardzo dobrze brzmiało w ustach komentatorów, zapadając pasjonatom wyścigów abraksanów w pamięć.

Światem rządziły dwie rzeczy - czysta krew i pieniądze. Philip, jak na kogoś, w kogo żyłach płynęła czysta krew i kto posiadał niebotyczne ilości galeonów, pomimo nieustannego z nich korzystania, nie uważał aby osoby o innym statusie krwi były gorsze od niego. Sport, jakim był Quidditch, charakteryzował się swego rodzaju pięknem - obowiązujące w nim zasady czyniły wszystkich zawodników sobie równymi, przyjaciółmi albo nawet rodziną. Mecze przede wszystkim wygrywało się przed wyjściem na boisko, w szatni. Quidditch potrafił sprawić, że czarodzieje o różnym statusie krwi i zamożności zbierali się na jednym stadionie, aby kibicować ulubionej drużynie. Oczywiście, istniała dysproporcja wynikająca z tego, że dla jednych kibiców były loże honorowe, dla innych twarde ławki trybun, ale wynikała ona z zasobności portfela i ograniczonych miejsc w loży honorowej. Zdawały się jednak znikać wszystkie różnice światopoglądowe.

Drugim dnem Quidditcha było to, że to naprawdę był doskonały biznes - wszak jego rodzina zbiła na tym prawdziwy majątek. Siedzieli na prawdziwej żyle złota. Kariera sportowa nie była usłana różami. Osiągnięcie sukcesu sportowego wymagało dosłownie krwi, potu i łez. Wiązała się z tym ogromna presja, wywierana bardzo często przez rodziców młodych sportowców i trenerów. Było to coś, czego doświadczył ze strony swojego ojca, coś co niemalże przyczyniło się do tego, że porzuciłby tę drogę zanim jego kariera zaczęła się na dobre. Pokazywał swoim fanom to, co chciał im ukazać. Nie zamierzał dopuszczać ich do swojego prawdziwego życia, które w ich oczach mogło uchodzić za idealne pod każdym względem. Tyle, że takie nie było.

Jako czarodziej czystej krwi, Philip mógł śmiało powiedzieć, że zna praktycznie wszystkich czarodziejów czystej krwi w swoim przedziale wiekowym ze wszystkich spotkań towarzyskich albo starszych przez wzgląd na prowadzone przez swojego ojca lub samego siebie interesy. O każdym z nich miał wyrobioną opinię. Jedynie czego tak naprawdę nie wiedział i nie chciał wiedzieć to tego, kto z nich popiera Lorda Voldemorta, którego poglądy nie zyskały jego aprobaty.

Córkę pani Black miał nieprzyjemność poznać podczas jednego z bankietów. Przez to jak został ukształtowany, jest jaki jest. Jest człowiekiem o trudnym charakterze. Łagodnie mówiąc. Panienka Black była naprawdę nieznośna i podczas tamtego bankietu musiał naprawdę się starać, aby utrzymać język za zębami. Wszystko po to aby uniknąć skandalu, po to aby mógł utrzymać swoją pozę lwa salonowego zamiast wyjść na chama przez powiedzenie rozpuszczonej pannicy paru słów prawdy na swój temat. Jej matce też by to nie zaszkodziło. Przez chwilę przysłuchiwał się wydawaną przez kobietę kakofonię podniesionego, pełnego niezadowolenia głosu. Powracając przed stajnię, stał się też naocznym świadkiem rozmowy Laurenta z właścicielką abraksana ze złamanym skrzydłem.

Violetta! Jak zawsze czarująca. Nie spodziewałem się Ciebie tutaj. Twój abraksan złamał skrzydło? Który to już raz? Piąty? Dziwnym trafem, jak zawsze wsiadasz na swojego wierzchowca, to biedne zwierzę sprawia wrażenie jakby stoczyło walkę z buchorożcem. Nadmienię, że w stajniach pana Prewetta nie oferują tak brutalnych widowisk. — Postanowił przerwać im tę wymianę zdań, przybierając jeden ze swoich zniewalających z nóg uśmiechów, uwydatniający dołeczki w policzkach. W przeszłości jakże kurtuazyjnie odbył konną przejażdżkę albo dwie z Blackówną i zdążył się przekonać, że powinni trzymać ją z dala od wszystkich zwierząt. Nie wiedział, który to już raz ten wierzchowiec musiał zostać odpowiedniemu leczeniu, ale nawet by się nie zdziwił, gdyby trafił w samo sedno. Doprawdy, ta kobieta była jak buchorożec. Jak zaczynała szarżować, rezultaty bywały straszne. Na nieszczęście dla niej, nie byli na bankiecie.

Jeśli oczekujesz aby ktoś zwracał się do Ciebie odpowiednim tonem, sama postępuj w ten sposób. Szarpanie kogoś na nic Ci się nie zda. — Philip rzadko kogokolwiek pouczał w takich kwestiach, jednak to była jedna z zasad którymi kierował się w życiu, kiedy przebywał w odpowiednim towarzystwie albo chciał coś osiągnąć. Ludzie, którymi się otaczał, łatwiej i chętniej robili to, czego od nich oczekiwał, kiedy zwracał się do nich w odpowiedni sposób.

Dzień dobry, pani Black. — Przywitał uprzejmie matkę Violetty, która - jak się okazało - sama nie panowała nad własną córką. Jaka matka, taka córka. Starszej kobiety nie będzie pouczać. W ogóle nie powinien się wtrącać w tę wymianę zdań, ale uczynił to z prawdziwą przyjemnością i z poczuciem, że tak należało postąpić. Przyłapał się na myśli, że nie podoba mu się to, jak te dwie jędze traktują Laurenta, który naprawdę doskonale zarządza tym miejscem. Nikomu innemu nie powierzyłby opieki nad swoim wierzchowcem ani innym zwierzęciem.

Tak, to pani córka odpowiada za dobrostan swojego wierzchowca podczas jazdy na jego grzbiecie. Pan Prewett odpowiada za konie pomiędzy jazdami. Posunęła się w tym momencie pani za daleko! Myślę, że powinna pani zrobić użytek z własnych nóg albo najlepiej z różdżki i opuścić to miejsce, razem z córką. Po wyleczeniu abraksana sugeruję go odebrać i więcej się tutaj nie pokazywać. Choć nie ukrywam, że chętnie zaproponuję pani odpowiednią cenę za tego konia. — Jeśli ktoś sądził, że w tym momencie będzie milczał, to pozostawał w błędzie.

Powiedział to, co należało powiedzieć. Nie zamierzał pozwolić na rękoczyny i na takie pomówienia, choć w nich tkwiło ziarno prawdy. Patrzył starszej kobiecie prosto w oczy, gniewnie, zadzierając ku górze wydatny podbródek. Co prawda, to nie była jego stajnia, ale nie zawahał się wyrzucić stąd kobiety i jej nieznośnej córki oraz zasugerować jej zmianę stajni, choć prawda była taka, że to nie w niej tkwił problem, a w samych kobietach. Jak wiadomo nie od dzisiaj, los zwierząt nie jest mu obojętny i stać go było na wykupienie tego konia. Nie będzie to łatwe, bo pewnie nie będą chciały go oddać. Zawsze dostawał, to co chciał.

Co ja Ci mówiłem, Laurie... Laurent? Nigdy nie przepraszaj. Nigdy i za nic. Nie takich ludzi.

Spojrzał na samego Laurenta, przygryzając dolną wargę. Przełknął te wszystkie pytania, które nagle chciał zadać. Powinny zostać zadane na osobności. O ile Laurent będzie chciał z nim porozmawiać. Mógł też być niezadowolony z tego, że Philip prawdopodobnie pozbawił go obrzydliwie bogatej klientki.




RE: [15.07.1972] Flying - Laurent Prewett - 01.09.2023

Uniósł ramiona i przez moment chciał się skurczyć w sobie, kiedy usłyszał tak dobrze znajomy głos, który wkroczył do tej konwersacji. Czy Bóg mnie dzisiaj znienawidził? Czy to był ten dzień, w którym wszystko się sypie, w którym już latasz, bo utonąć bardziej nie możesz? Takie dni się zdarzały. Zdarzały się też takie całe miesiące. Uniesione ramiona po paru sekundach sztywno opadły w dół, bo nie pozwolił sobie na skrzywienie się, na pokazanie słabości. Nie ważne było to, co słyszysz, koniec końców chodziło o to, jak z tego wyjdziesz. Poniżony? A i owszem. Ale niektórzy tak mieli - musieli się na kimś wyżyć, na kogoś wyrzygać, żeby samemu sobie polepszyć dzień. Walka z nimi? Bez sensu. Laurent nie miał ognia zaporowego, żeby odpierać ich ataki i kąsania. Już się nauczył, że z tym nie warto walczyć, bo jeśli nawet wygrasz jedną walkę to wrócą silniejsi. I nie warto też biegać do kuzyna czy do siostry, bo w końcu cię znajdą, kiedy będziesz sam. Przegrasz. Musisz się uzbroić, przywdziać zbroje, przygotować się do wojny i do bitew rozgrywanych na planszy tego świata, żeby myśleć o stawianiu oporu. Nie opłacało się. Laurent płacił więc tym upokorzeniem, w zamian dostawał spokojne życie. Doraźne kąsanie było czymś, co mógł wytrzymać. przymknął oczy na kolejne pięć sekund, a odpowiedź od Boga wcale nie nadeszła. Nie zniknął też głos, który wmieszał się w to wszystko, żeby... Po co... Boże, no dlaczego? Czemu wszystko musiało być jeszcze bardziej utrudnione, czemu musiałeś komplikować? Czemu, czemu, czemu...

- Oo... Panicz Nott... dzień dobry. - Violetta nie odpowiedziała Nottowi. Spojrzała na niego chmurnie, ale zatkało ją troszkę w gębie. Kwaśna jak mleko, oto jaka była to kobieta. I taką też nosiła teraz minę, jak sztylet posmarowany trucizną. Nie musiała nawet niczego mówić, żeby zrobiło się niemiło wszędzie, gdzie przebywała. I bardzo chętnie chowała się za suknią swej matki, choć ta dnia dzisiejszego nosiła na sobie jeździeckie bryczesy. Miała piękną figurę, mimo swoich lat. Dbała o siebie, a czas był dla niej oszczędny. Lub to ona nie oszczędzała na magii Potterów, żeby dbać o swoje zmarszczki. Nawet jeśli to starzała się jak dobre wino. Jedno z tych, które z czasem smakowało tylko lepiej. Choć w przypadku tych kobiet pierwsze wrażenie mogło tylko smakiem odpychać, nie przekonywać do siebie.

Świat naprawdę wyglądał inaczej, kiedy osoby trzecie ingerowały w twoje problemy. I nie znaczyło to wcale, że wyglądały lepiej. Idealnie w bajkach mówiono o rycerzach i ich białych koniach, o lśnieniu zbroi i o mieczu, który wyciągali. Philip na księcia nadawał się idealnie, zapewne nie brakowało takich porównań w świecie nastolatek a i starszych panienek, które podziwiały tego sportowca. Laurent niemal widział jego miecz, jaki teraz celowany był w dwie kobiety. W jedną o wiele bardziej konkretnie. Tylko po co? Ku własnej uciesze? Żeby samemu nasycić swoją bestię, która tak kochała się kłócić i brać udział w aferach? Tak to właśnie dla ciebie wyglądało - jakby Philip znalazł tanią okazję do sportowego pokłócenia się. Powalczenia zamiast na miotle o świstoklika to na słowa z ciętą panią Black. Łatwo było pomylić szlachetność z własnym interesem, kiedy korzystało się z sytuacji dla własnej uciechy, a potem prezentowało światu jako ten dobry. Jako ten, co chce pomóc. Być może jednak to już była wina goryczy, która przelewała się w morzu twoich oczu. Dziwne, że były nadal tak niebieskie. Powinny być już jak atrament.

- Myślę, panie Nott, że powinien pan jednak pilnować własnych spraw. - Blackówna przeciągnęła spojrzeniem po Nottcie, a potem spojrzała na Laurenta. Tak, to był koniec dla niej przedstawienia. Nie zamierzała wdawać się w dyskusję z Nottem, który za często lądował w prasie. - Może rzeczywiscie powinnam zabrać stąd abraksany i konie.

- Nie! - Laurent od razu do niej wystartował i ujął jej dłoń, schylając się lekko. - Przepraszam, pani Black. Nie ma takiej potrzeby, zadbam o te konie. - Nie, nie, nie... Przecież ta kobieta trafiła tutaj od jego ojca, nie mogła tak po prostu zabrać koni i... zresztą nawet jakby nie trafiła od ojca to potem co? Kilka następnych osób by te konie zabrało? Niby można powiedzieć: kilka klientów nie czyni majętności, jak ten jeden mermotek nie czynił wiosny. Ale jeden do drugiego... i nagle zaczynał robić się problem. Kilka słów dalej i nagle zaczynało się domino kiepskiej reputacji, braku poleceń... to był świat ze szkła. Raj Laurenta był budowany na szkle. Black spojrzała na Notta wręcz wyzywająco, kiedy z gracją wysunęła dłoń z palców Laurenta - i oddaliła się z dumą, robiąc długie kroki swoimi pięknymi nogami.

Ciężko powiedzieć, żeby spojrzenie Laurenta było smutne. Było po prostu puste, gdy odprowadzał ją wzrokiem. Przegrał walkę ze swoją mimiką i zniknął z twarzy uśmiech. Chwilę zajęło, zanim powoli obrócił się przodem do Philipa, jeszcze dłuższa nim podniósł na niego spojrzenie. Rozchylił usta, ale zaraz je zamknął.

Czy tu w ogóle było cokolwiek do omawiania?

- Słucham, Philipie. W czym mogę ci pomóc. - Wydał z siebie w końcu dźwięk, choć brzmiało to tak, jakby z trudem ten dźwięk kontrolował. I ten kontakt wzrokowy nawiązał może na sekundę. Zaraz opuścił swoje spojrzenie.




RE: [15.07.1972] Flying - Philip Nott - 01.09.2023

W świecie zdominowanym przez czystą krew i pieniądze nie można było dać się pożreć. Jeśli ktoś próbował go uderzyć w twarz to nie nadstawiał drugiego policzka do następnego ciosu. Przegranie jakiejkolwiek wojny czy bitwy w jego przypadku nie wchodziło w grę. Trwanie w nieustannej gotowości do obrony i ataku nie oznaczało prostego życia, jednak w takich sytuacjach jak ta pozwalało zachować godność i szacunek do samego siebie, kosztem odebrania ich komuś innemu.

Przez to, że zrobiło się znacznie ciszej, zrobiło się trochę przyjemniej... prawda? — Zwrócił się do spoglądającej na niego chmurnie Violetty. Ani na moment ten uśmiech nie zniknął z jego ust. Jedynie zagościł w nim triumf, wywołany poczuciem osiągnięcia pożądanego rezultatu w potyczce z dwiema kobietami.

Philip wprost uwielbiał znajdować się w centrum uwagi i poza zawodowym uprawianiem Quidditcha, dla sportu praktykował denerwowanie między innymi swojego brata. Prawda była taka, że gdyby przebywał w należącej do kogoś innego stajni, to zupełnie zignorowałby tego typu aferę. Nie przeszedł obok niej obojętnie, stając otwarcie po stronie Laurenta i to całkiem słusznie, biorąc pod uwagę, że te dwie jędze posunęły się za daleko.

Myślę, że pani powinna przestać być taką jedzą. Wtedy nie musiałbym ingerować w nieswoje sprawy. — Ponieważ nikt nie spróbował go uciszyć, zwłaszcza nie zrobił tego sam Laurent, zwracając się do kobiety nie omieszkał się przekazać parę słów prawdy.

Ani mi się waż! — Po ostatnich słowach kobiety otworzył usta aby dać jej do zrozumienia, że powinna zejść im z oczu i nigdy nie wracać. Naprawdę był skłonny odkupić od niej te zwierzęta. Zmienił jednak zdanie co do tego, widząc zachowanie Laurenta. On się zachowuje niczym uniżony sługa. Wskazał na niego palcem. Zdawał sobie sprawę z tego, że klienci przychodzący z polecenia, poczta pantoflowa i wieść gminna, mogą zagwarantować napływ nowych klientów i przyzwoitą reputację, a co za tym idzie pieniądze, jednak nikt nie powinien się zachowywać jak skrzat domowy w ludzkiej skórze. Zwłaszcza człowiek interesu. Jemu bardzo źle się patrzyło na stojącego Laurenta, z pustką w oczach i bez uśmiechu.

Zamiast pytać w czym możesz mi pomóc, lepiej powiedz dlaczego zachowujesz się jak pieprzony skrzat domowy w ludzkiej skórze? Z całym szacunkiem do skrzatów domowych. Do gabinetu, już. — Zwrócił się do tego mężczyzny w tym samym tonie, co wcześniej, kiedy kazał mu się tak nie zachowywać. Podpisanie dokumentów mogło chwilę poczekać. I tak, właśnie to zrobił. Kazał właścicielowi tego miejsca iść z nim do swojego gabinetu.




RE: [15.07.1972] Flying - Laurent Prewett - 01.09.2023

Tak, może i tak było. Tak na pewno było dla tych, którzy mogli sobie na to pozwolić. Ludzie walczyli o swoją dumę i swoje miejsce w tym świecie, a Laurent chciał tylko wywalczyć sobie miejsce w tym małym zakamarku świata. Nie był głuchy, nie był ślepy, widział, co się działo i co potrafiło być mówione. Przecież to jednak nie wszyscy. Łatwiej było sobie pozwolić na chwile takie jak te, kiedy wydawałoby się, że nikt nie patrzył. Gdyby kobiety wcześniej wiedziały o obecności Philipa to na pewno nie zrobiłyby takiej sceny. Bo to też o nich źle świadczyło. Laurent czasami szczerzył swoje kły, czasami syczał, czasem sobie nie pozwalał. Pytanie tylko, wobec kogo pozwolić sobie mógł, a wobec kogo nie mógł? Czasami się mylił w swoich wycenach, ale raczej było to jasne. Ci, którzy mogą ci wiele dać, warci są tego, że by przyjąć w otwartych słowach to, co i tak szeptano za plecami. Choć wymierzone w twarz rzeczywiście potrafiły boleć. Szczególnie trafiając na tak podatny grunt, jaki był przygotowany teraz.

Słuchanie takich rzeczy od ludzi w zasadzie obcych, z którymi nie łączy cię nic prócz pieniądza, to jedno. Oni zaraz pójdą, zaraz minie tych kilka chwil żałości i można będzie żyć dalej. Pojawi się ktoś, kto uśmiechnie się do ciebie życzliwie i naprawdę będzie mu zależało, albo przynajmniej wyrazi całkowicie szczerą sympatię. Człowiek nie musiał cię bardzo znać i nie musiał dzielić z tobą przeżyć, żeby cię lubić. Przecież mnóstwo ludzi przychodziło tutaj, którzy naprawdę szczerze gratulowali i szczerze się uśmiechali. Więc tak - mógł jednym uchem słuchać, drugim wypuszczać. Mógł też czasem posmęcić nad samym sobą i czasami mieć zły dzień. Mógł to wszystko. Jednak usłyszenie takich rzeczy od kogoś, kto obcy nie był to był zupełnie inny poziom. Bo znajomości można było skończyć i skreślić paroma słowami, jak przerwana była ta ich znajomość. Ale to nie było coś, co nie pozostawiło po sobie nici, śladu. To nie było coś, co nie pozostawiło odcisku na duszy.

Chyba nigdy nie usłyszał czegoś tak przykrego. A przecież nawet nie powinien się przejmować. Powinien to potraktować dokładnie tak samo, jak słowa tamtej kobiety - jednym uchem wpuścić, drugim już - wypuścić. Tamte wywołały zamieszanie w jego zmęczonym sercu i umyśle. Te wbiły się w głowę, serce i odebrały dech w piersi. Na tyle, że Laurent oparł na tej piersi dłoń, kiedy jego oczy zaszły łzami i zaraz te łzy potoczyły się po jego policzkach. Nie potrafił już tego zatrzymać w sobie i zachować jakąś "klasę". Zresztą... Pierdolić to. To, to miejsce, Philipa, Blackównę. Pieprzyć wszystko.

- Zadowolony? - Zapytał drżącym głosem, zanim obrócił się, żeby ruszyć szybkim krokiem - ale nie w kierunku biura... a przynajmniej nie biura stajni. Bo Laurent ruszył w kierunku swojego domu. A konkretniej - plaży.


RE: [15.07.1972] Flying - Philip Nott - 02.09.2023

Przez ostatni kwadrans wystarczająco się nasłuchał i napatrzył. Na podstawie tego, jak Laurent pozwalał się traktować swoim klientom, wysnuł takie a nie inne wnioski. Tak dokładnie zachowywały się skrzaty domowe względem swoich panów, nawet tych, którzy je traktują w ten sposób jak tamte kobiety potraktowały Laurenta. Chciał dowiedzieć się, dlaczego on na to pozwala. Dlaczego daje traktować się w ten sposób obcym ludziom. Dlaczego przyzwala na brak szacunku, przenoszenie na siebie odpowiedzialności osób trzecich, dlaczego przeprasza za wszystko, co można podsumować czterema słowami: przepraszam za to, że żyję. Dlaczego nadstawia drugi policzek i dlaczego go nie słuchał w tych momentach, kiedy starał się to zmienić.

Dlaczego pozwalał na te insynuacje odnośnie zarabiania ciałem. Dla pieniędzy, dla renomy? Nawet jeśli pieniądze rządziły tym światem, były tylko środkiem płatniczym. Oczywiście, łatwo się mówiło komuś, kto z chwilą urodzenia miał praktycznie wszystko. Przez ten kwadrans w jego głowie pojawiło się tyle pytań, na które naprawdę nie potrafił samodzielnie znaleźć odpowiedzi. Próbował uzyskać je od samego Laurenta. Tu i teraz. W starciu z tymi dwoma jędzami stanął w jego obronie, zamiast się przyglądać albo nawet odwrócić się na pięcie i pójść w swoją stronę.

Zakończenie przez niego ich wieloletniej znajomości było podyktowane tymi obawami przed tym, co odkryje pewnego dnia, przed nabraniem pewności co do okazywanej komuś sympatii i przekonaniem się, że ona nie jest wynikiem tego, że ktoś jest zawsze na wyciągnięcie ręki, przyzwyczajenia i gestów. Zestawienie tego z obowiązującym do niedawna ich układem wpłynęło na podjęcie przez niego decyzji o zakończeniu tego, co między nimi było dobre, bez postawienia wszystkiego na jedną kartę aby stało się lepsze. Nie podejmując wyzwania nie przegra ani nie wygra.

Wszystko co w ostatnim czasie działo się w jego życiu, na nim również pozostawiało swój ślad. Mogło to dla niego stanowić swoisty kompas, gdyby nie to, że pokazywał inny niż zwykle kierunek i przez to nie potrafił odnaleźć właściwej drogi. Prowadził go na manowce, z których trudno było zawrócić. Nie było przy nim nikogo, kto powiedziałby mu jak ma postępować. Pozostawało mu jedynie dochodzenie do tego wszystkiego metodą prób i błędów. Próby zdawały kończyć się niepowodzeniem. Najwyraźniej popełniał błąd za błędem. Podejmował już pierwsze starania, choć nie przynosiły pożądanych efektów.

Nawet działając w dobrej wierze, najwyraźniej udało mu się spieprzyć następną rzecz. Prościej byłoby nie angażować się, nie podejmować starań, pozostać biernym. Paradoksalnie nawet wybierając bezczynność, można było w ten sposób wszystko spieprzyć przez niezrobienie czegokolwiek. Nawet, jak to było skazane na porażkę. Podążył wzrokiem za dłonią Laurenta, zmierzającą ku jego piersi oraz dostrzegł również lecące po jego policzkach łzy. Zadane drżącym głosem pytanie. Zadowolony? Wszystko to, czego był teraz świadkiem, przywołało od dawna ciążące nad nimi czarne chmury i zwiastowały burzę albo nawet sztorm.

Zadowolony był zaledwie przez parę minut, z powodu, że udało mu się nagadać tym dwóm jędzom. To minęło z chwilą, gdy sprawy przybrały tak niekorzystny odwrót. Powróciło to zagubienie, ta niepewność, odczuwane przez niego napięcie i towarzyszący mu ucisk w żołądku. Odpowiedź brzmiałaby "nie". Przez chwilę spoglądał na plecy oddalającego się mężczyzny, trwając we własnym zawahaniu. Poruszył się, obierając tę samą trasę, chcąc zrównać krok z tym blondynem.

Co ja takiego zrobiłem? Wstawiłem się za Tobą przed tymi dwoma jędzami, tak im nagadałem, że im w pięty poszło i chciałem zrozumieć Twoje zachowanie! — Dogoniwszy kierującego się w stronę młodszego mężczyznę, zaczął mu zadawać stosowne pytania odnośnie obecnej sytuacji. Wszystkie niewypowiedziane słowa odnośnie ich poprzedniej rozmowy, w której formalnie zakończyli... wróć, w której on zakończył ich związek, nie wybrzmiały w jego głosie. W tamtym momencie Laurent zachował pełnię klasy, wyszedł z tego z twarzą. Choć mogło to być złudzenie, skoro opuścił pokład tego okrętu. Nie jesteś gotów na odpowiedź - nie pytaj.




RE: [15.07.1972] Flying - Laurent Prewett - 02.09.2023

Człowiek idący obok niego chciał wiedzieć. I nie pomyślał przy tym o tym, jakie te chęci mogą mieć konsekwencje, nie. Nie pomyślał, bo nie został nauczony o tym myśleć. Czegoś chciał, coś go interesowało, więc wyciągał po to swoje dłonie, a cała reszta, która działa dookoła tego, była skutkami ubocznymi, które po prostu się działy. Jak taran, który wpada na drzwi i jest zadowolony ze swoją załogą, że przedostali się do środka. Och, drzwi zniszczone, sypią się drzazgi, ktoś z boku przez to oberwał? No trudno, przecież ofiary się zdarzają. Ważne, że udało się osiągnąć cel, a ten zazwyczaj był prosty. Ale mimo wszystko wpadł na te drzwi. Słysząc zły głos po drugiej stronie muru, który może naprawdę by zignorował w innym wypadku, a może by po prostu jego rozmowa z tymi jędzami przybrała zupełnie inny obrót - tego już się nie dowiemy, bo pewnie druga taka sytuacja nie będzie wcale prosta w powtórzeniu. Laurent nigdy nie uważał, żeby Philip miał złe serce. Nie, wierzył w to, że ma je dobre, tylko został poprowadzony drogą, w której empatia nie była żadnym jego doradcą i nikt go nie nauczył, że kiedy po coś sięgasz dłonią to należy uważać, żeby nie porozbijać wszystkiego, co stoi na drodze twojej dłoni. Rodzice nauczyli go jednak, żeby pomagać, a on sam nauczył się w pewnym momencie swojego życia jakby... wybaczania? Spoglądania na pewne rzeczy łagodniejszym i bardziej wyrozumiały okiem? Nie wiedział, z czego to wynikało, widział za to zmiany, jakie w nim zachodziły i słyszał po różnych opowieściach, jakimi się dzielili, że przecież w tym wszystkim było coś więcej. Widział i chciał widzieć w nim dobrego człowieka, ale, hah... przecież też miał swoją wytrzymałość. Mizerną i marną, bo w świecie Laurenta wszystko było szklano-porcelanowe. Przerażające, delikatne i kruche. Nawet jeśli mogło sprawiać zupełnie inne wrażenie.

Tak, oczywiście, że bezpieczniej było nie podejmować wyzwania. Było bezpieczniej. Laurent się z tym całkowicie zgadzał. Nie bał się zakończenia tego, bał się właśnie tego, że na nowych warunkach Philip mógłby chcieć czegoś innego. Czegoś więcej. Lecz nie chciał. Mógł mieć przez to zły nastrój, mogło mu się nie podobać to, że stracił coś bezpowrotnie, ale to była najbardziej racjonalna i jego zdaniem - jedyna droga, jaka mogła zostać tu obrana. Lepiej, żeby Philipowi się szybciej odwidziało, niż później. Lepiej żeby zajął swoje myśli kimś, kto rzeczywiście będzie mógł mu towarzyszyć, kto będzie szedł z nim przez życie. Tylko że chwilowo jednak Philip szedł obok niego. Och, jakie to było straszne, jakie to było upokarzające... Dlaczego nie mógł sobie pójść, odejść. Poczekać. Czemu musiał za nim iść? Żeby już nie mógł zachować jakichkolwiek resztek godności w tym wszystkim? Żeby zepchnąć go ostatecznie na głęboką wodę, by już na pewno Laurent wiedział, czego nie może znieść? Ale on wiedział i nie chciał, żeby przekonywał się o tym ktoś inny. Wstydził się tego. Swojej słabości, swojego płaczu, tego, że Philip zamiast go zostawić to... to co? Chciał być świadkiem jego załamania się? Wiedział, że ucieczka była dziecinna, ale nic go teraz to nie obchodziło. Potrzebował uciec... schować się gdzieś. Gdzieś - ha... Matko, tyś jedna jedyna, komu innemu powierzyłbym łzy? Palce Laurenta rozplątały krawat pod szyją, zrzucając go na trawę, gdy minęli w końcu stajnię w odpowiedniej odległości.

- Zostaw mnie. - Warto było spróbować, co? Zrzucił z siebie cienką marynarkę, która jak zrzucone skrzydła ostała się na ziemi. Nie zostawił. Mówił. Pytał. Bez poszukiwania jakiegokolwiek wyczucia, bez zupełnego zrozumienia, że czasem to nie najważniejsze było, co samemu chce się wiedzieć, że nie zawsze najbardziej istoty jesteś ty w tym wszystkim, a niektóre emocje i pytania, jakie sam masz czasem powinny po prostu poczekać. Nie, nie rozumiał. Jak miał to zrozumieć, skoro nikt mu pewnie tego nigdy nie powiedział? Na pewno? Bo ciężko było uwierzyć, że nie usłyszał dwóch czy trzech zdań w przypływie złości. Nie zostawił więc - i pytał. Nie, nie pytał. Mówił. Chwalił się? Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie - tamte dwie kobiety, które mógłby rozmazać przed swoimi atramentowymi oczami. Laurent zaciągnął się powietrzem, tracąc coraz więcej kontroli nad sobą, nad swoim ciałem. Morze - tam nikt nie mógł go znaleźć, nikt nie mógł go dosięgnąć i tam był bezpieczny. Od wszystkich i przed wszystkimi. Dwa niespokojne oddechy później się odezwał.

- Wstawiłeś się za mną czy może spełniłeś swoją wewnętrzną potrzebę kłótni? - Gdyby nie był w tak kiepskim stanie emocjonalnym to zapewne by o to nie zapytał, ale może to właśnie tutaj zanikała ta granica, w której szczerość mogła przeważyć nad wszystkim. Może to właśnie była szansa dla samego Philipa - żeby usłyszeć o sobie samym coś więcej. Swoim postępowaniu. Tylko znów - jakim kosztem? Laurent rozpiął kilka guzików koszuli, ale zatrzymał się. I obrócił do Philipa. - I myślisz, że to jest teraz najważniejsze? Bo książę chciał coś zrozumieć? Wyobraź sobie, że nic mnie to nie obchodzi! Świat nie kręci się tylko wokół ciebie, nie jesteś pępkiem świata! - Wiatr od strony morza targał włosami dziś wyjątkowo mocno.




RE: [15.07.1972] Flying - Philip Nott - 02.09.2023

Philip robił to, co zawsze - szedł do przodu. Dotąd nigdy nie oglądał się wstecz, nie zerkał przez ramię i nie rozgrzebywał swojej przeszłości. Na przestrzeni ostatnich miesięcy również tego nie robiłby, gdyby nie to, że narzucono mu moment refleksji nad swoim dotychczasowym życiem. Obojętność i zainteresowanie były dwiema stronami tej samej monety. W naprędce wykonanym przez niego rzucie wypadła ta druga. Przeszedł za nim taki kawałek. Było za późno na to, aby zawrócić. Przez całe lata zdołał zdobyć bogate doświadczenia w uciekaniu od wszystkich swoich problemów. One nie znikały niczym za dotknięciem różdżki. Było to wyłącznie pobożne życzenie.

Zostaw mnie. Powinien posłuchać tego polecenia i odwrócić się na pięcie, jednak tego nie zrobił. Nie zapytał również, czy on naprawdę tego oczekuje od niego. Powinien się zatrzymać i wykrzyczeć mu to prosto w twarz zamiast kazać mu to zrobić podczas marszu przerywanego zdejmowaniem z siebie ubrań. Domyślił się, do czego to zmierzało. Blondyn próbował uciec do morza. W przypływie złości usłyszał ze strony osób trzecich parę słów prawdy na swój temat, jednak usłyszeć a wziąć sobie do serca to dwie różne sprawy.

A co, miałem do nich dołączyć i wdeptać Cię w błoto? — Wstawienie się za tym mężczyzną wydawało mu się słuszne w tamtym momencie. Po raz kolejny coś, czego podjął się w dobrej wierze, zwracało się przeciwko niemu. Pogłębiało się w ten sposób przekonanie, że nie było warto podejmować tego typu działań. Zawsze pozostawał gotowy do wzięcia udziału w słownej walce, jeśli dostawał ku temu dobry powód. Za wyjątkiem tych toczonych dla sportu. Dobrym powodem było to, aby nie pozwalać na to, aby takie nadęte paniusie traktowały kogoś na równi ze skrzatem domowym. Z pewnością byłoby znacznie lepiej, gdyby po prostu przysłuchiwał się stojąc bezczynnie. Może powinien dołączyć do tych kobiet i razem z nimi zmieszać z błotem Laurenta, skoro tak ochoczo daje się poniżać.

To co tu jeszcze robisz?! Wskocz wreszcie do tego pieprzonego morza i płyń w cholerę! — Próbę zrozumienia drugiego człowieka i jego zachowania można uznać za coś ważnego. Zrozumienia Ciebie. Zwłaszcza przy uwzględnieniu tego, że wymagało to podjęcia pewnych starań z jego strony, nawet jak zakończyły się sromotną porażką. Przypieczętowaną przez samego Laurenta.

Młodszy mężczyzna postawił sprawę jasno - nic go to nie obchodziło i dał mu do zrozumienia, że świat nie kręcił się wokół niego. Powinien zdobyć się na odwagę w momencie szczerości, który właśnie nastał pomiędzy nimi. Nie zrobił tego, zamiast tego przywdział jedną ze swoich postaw obronnych. Pytanie, które skierował do Laurenta, powinien zadać również i sobie. Co ja tutaj robię. Wiejący od morza wiatr nie tylko targał jego włosy, lecz również zdawał się przenikać przez materiał jego marynarki i koszuli, kąsając przy tym skórę.




RE: [15.07.1972] Flying - Laurent Prewett - 02.09.2023

Ten człowiek był, był... chciał dobrze. Chciał naprawdę dobrze i gdyby tylko te emocje tak nie buzowały to Laurent by to naprawdę widział. Nie przenosiłby tego w taki sposób pomiędzy nich, nie celowałby w Philipa. Nie robił tego po to, żeby go zranić, ale w tym amoku po prostu nie widział dokładnie sam, co robi, nie myślał nad tym, co mówi, te słowa tak wypływały tak jak wypływał jego płacz. Żałość próbowała wypłynąć z jego chudego, słabego ciała. I cóż, nie do końca jej się to udawało. Im dalej tym było tylko gorzej.

- Nie! Nie miałeś! Tylko co z tego, Philipie? Co z tego?! - Laurent nie krzyczał. Normalnie nie krzyczał, jego głos co najwyżej drżał czy to ze strachu czy z podniecenia, w miłosnym uniesieniu. Ale nie krzyczał. Dzisiaj jednak jego krzyk chętnie porywały fale i pochłaniały jedno słowo za drugim. Laurent obrócił się do niego bokiem, złapał parę razy łapczywie powietrze, uderzył się dłonią w pierś z bólu. Znowu miał problemy z łapaniem oddechu. I nie potrafił nawet powtórzyć teraz tego, czego uczyła go Victoria - żeby przede wszystkim ten oddech liczyć. Głęboki wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Nie mógł. Płacz go pochłaniał, jego siły, jego energię, jego myśli były rozkołatane, a serce waliło jak młotem. - I tak mnie zmieszałeś z tym błotem. Po co? Co ja ci zrobiłem, Philipie? Co ja ci takiego zrobiłem?! - Spojrzał znów na mężczyznę przed sobą, robiąc dwa kroki w tył, żeby zwiększyć odległość między nimi. Jego ręce wręcz się trzęsły, kiedy zaciskał je na koszuli. - Czemu nigdy nie myślisz o tym, jak ktoś się może poczuć?! Czemu... - Chciał kontynuować, ale brak powietrza mu to uniemożliwił. Zachłysnął się nim i uniósł dłonie do twarzy, żeby przetrzeć oczy, żeby przysłonić sobie widok na ten obrzydliwy świat, na który wcale nie chciał teraz patrzeć. Kiedy już z tego otrzeźwieje, kiedy do niego ta sytuacja dotrze to wstyd go pożre całkowicie. Uspokój się... Przecież nie wszystko było warte płaczu, przecież nie przystoi. Philip Nott był jedną z osób, przed którą nie chciał dać się tak upokorzyć, jak teraz robił to samemu sobie. Szukał miejsca, w której mógłby zatopić kotwicę w swojej własnej głowie, ale panował tam taki sztorm, że nie miał pojęcia, czy sobie z nim poradzi.

Philip niczego nie ułatwiał. Nie ułatwiali sobie wzajem. Niecelowo, nieświadomie, tworząc z tego jakąś kiepską dramę. Zaciągnął się znów łapczywie powietrzem, oglądając na morze. Słyszał je. Jej śpiew. Był współczujący, był czuły, delikatny. Fale były złe tego dnia, ale to nie na niego. Na ten świat, który krzywdził. Albo na marynarzy, którzy potraktowali go bez szacunku? Lub po prostu... dzisiaj był taki dzień. Morze było kochanką nieprzewidywalną i zawsze trzeba było z nim walczyć. Ale dawało dom, schronienie. Ciepło. I gdzieś tam, gdzieś tam daleko, kto wie? Może był właśnie taki świat, gdzie każdy był sobie równy? Laurent już nie pamiętał opowieści snutych przez matkę. Padły takie słowa, że rzeczywiście, po co on się w ogóle zatrzymywał? Po co podejmował rozmowę? To nawet nie była rozmowa. Emocje nigdy nie były dobrym doradcą, wiedział o tym świetnie, mógł prawić te mądrości, sam się do nich stosował, chował to wszystko, dusił. W końcu wybuchło. Nie pojawił się ruch z jego strony ani odpowiedź. Po prostu stał, najpierw drżąc, potem już się trzęsąc, kiedy jego oddech się trochę uspakajał i spoglądał na morze, słuchając jego zachęty i przestrogi przed wchodzeniem w jego unoszące się fale.




RE: [15.07.1972] Flying - Philip Nott - 03.09.2023

Philip gołym okiem widział, że w Laurencie coś pękło, stąd to wszystko. Łzy, podniesione głosy i próby ucieczki do morza. Z trudem łapany oddech. Wiszące pomiędzy nimi trudne pytania, które wymagały odpowiedzi. Na pewnym etapie każdego z związków przechodził przez podobną sytuację. Wszystkie tego typu układy nie miały narzuconej zasady odnośnie kłótni - ich braku. Wszystkie, których był częścią, kończyły się z hukiem. Temu, których ich łączył, zdawał się towarzyszyć opóźniony zapłon, który teraz zadziałał jak należy. Doszło do poważnej eksplozji i trzeba było ugasić pożar.

Na to pytanie musisz odpowiedzieć już sobie sam.Co z tego? Z jego pomocą Laurent mógł uwolnić się od tych dwóch jędz, jednak przez swoją służalczą postawę godną skrzata domowego zdołał pokrzyżować mu szyki i zdołał zapobiec utracie prominentnych klientek. Nie potrzebował go do tego aby zostać wdeptany w błoto. Jak na komendę kładł się pod butem takich osób, pozwalając im na to wszystko. W tamtym momencie stanowił jedyną osobę, która się za nim wstawiła. Bo tego nie zrobił nikt z zatrudnionych przez Laurenta pracowników. Jeśli ktoś nie dostrzegał w takich momentach jego starań to dostawał wyraźny sygnał, że lepiej unikać tego rodzaju zaangażowania. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Laurent do tego musiał sam dojść. Pomimo własnej gruboskórności, nie był z kamienia. Jego uwadze nie uchodziło to, że Laurent miał problemy ze złapaniem tchu, że znajduje się w kiepskim stanie.

Jeśli chodzi o to... nie ma związku z Tobą... Ja się pogubiłem... Ty nic nie zrobiłeś. Przepraszam. — Nie sposób zaprzeczyć temu, że Laurent miał rację. Podczas tego rejsu zmieszał go z błotem i prawdopodobnie zrobił to teraz poprzez przyrównanie go do skrzata domowego. Istniało wiele powodów, dla których zachowywał się w ten sposób i wszystkie z nich miały swoje odzwierciedlenie w jego przeszłości. Nie było sensu doszukiwać się winy albo niewinności Laurenta. Nie istniało żadne usprawiedliwienie na to, czego się dopuszczał. Nigdy nie przepraszaj. Ta zasada nie znalazła tu zastosowania.

Czemu nigdy nie myślisz o tym, jak ktoś się może poczuć?! Na to pytanie również nie było dobrej odpowiedzi. Jest egoistą. Nie udawał, jak większość ludzi. Czyniło to jego życie z pozoru łatwiejsze. Ludzie traktowali go inaczej, ponieważ był popularny i bogaty. Patrzyli na niego przez pryzmat jego spektakularnej kariery sportowej i korzyści, które mogli od niego uzyskać. Nie pytali go jak się czuje i co u niego słychać. Swoich prawdziwych przyjaciół mógł policzyć na palcach jednej ręki.

Ludzie traktują mnie inaczej, patrzą na mnie przez pryzmat mojej kariery sportowej i korzyści, które mogą odnieść poprzez znajomość ze mną. To, kto jak się czuje nie miało znaczenia. — Wypowiadając te słowa, nie oczekiwał że Laurent postawi się w jego sytuacji, że zrozumie, co skłoniło go do kierowania się tym w życiu. Nie było to usprawiedliwianie się. Nie mógł umieścić Laurenta w pierwszej lub drugiej grupie ludzi, którymi się otaczał. Był gdzieś pomiędzy.

Powiedz mi. — Postanowił zrobić coś, co może nie było właściwie pod wieloma względami. Podszedł powoli do młodszego mężczyzny, stając przed nim i ułożył dłonie na jego ramionach. Nie użył do tego siły, więc Laurent mógł łatwo się wyswobodzić i wybrać ucieczkę do morza. Mógł pozostawić go z domysłami, zamiast powiedzieć mu wszystko.