Pogoda dopisywała tego dnia. Słońce, przesuwające się po niebie chmury, które zwiastowały deszcz, lecz nie w przeciągu następnej godziny czy dwóch. Niech pada, byle wieczorem, byle nocą. Rośliny potrzebowały deszczu, by się rozwijać. Czasami wydawało ci się, że tak samo deszczu potrzebowali ludzie. W tym kraju za dużo padało. Za dużo było deszczy i za dużo smutku toczyło się przez poranne mgły. Niezależenie od tego, jak długa była noc i jak szybko przychodziły pierwsze promienie niektórych trosk nie dało się rozgonić kilkoma maźnięciami pędzla na płótnie nieboskłonu.
- Pan Nott? Dzień dobry! Spodziewaliśmy się dzisiaj pana ojca? - Na spotkanie Philipa wyszedł Alexander, czarnoskóry mężczyzna, który promiennie uśmiechnął się do Philipa. - Abraksan pana ojca jest niemal gotów do wyścigów. Zapraszam! Zaprowadzę pana do stajni i pójdę poszukać panicza Prewetta, powinien być gdzieś w okolicy. - Alexander rozglądnął się za Laurentem, ale chwilowo nigdzie go nie widział - więc poprowadził Philipa do stajni dla abraksanów. O wiele większych niż stajnie koni. Te zwierzęta w końcu z natury były o wiele większe, a ich ogromne skrzydła potrzebowały też dodatkowej przestrzeni. W środku widać było, że przy jednym z boksów otworzonych aktualnie badał skrzydło jednego z abraksanów magiweterynarz.
- Mieliśmy mały wypadek z jedną panienką. Na szczęście nic poważnego się nie stało. - Wyjaśnił Alexander, woląc uspokoić w razie czego sprawę, zanim zostanie zapytany. Albo zanim Philip by cokolwiek niepokojącego pomyślał. - Proszę, oto on. Pan Laurent ma już gotowe dokumenty, jeśli klacz odpowiada potrzebom. Już po niego idę. - I rzeczywiście - poszedł.
Byli ludzie bardziej i mniej pozytywnie nastawieni do tematu brudnej i czystej krwi. Dla jednych to była świętość, nienaruszalna, pilnowana jak klejnot w królewskiej koronie. Spaczysz swoją linię - możesz nie mieć szansy jej odbudować. Jak dla Prewettów szansa wydawała się przetracona i wszystko wskazywało na to, że dziedzica nazwiska trzeba będzie szukać gdzie indziej. To była tylko sprawa jego rodziny, inni nie powinni w to wtryniać swojego nosa. Niestety społeczeństwo nigdy tak nie działało. Im więcej możliwości wciśnięcia się tam, gdzie brzmiała drama, tym większe emocje, ekscytacja. Żerowanie na czyimś nieszczęściu, żeby uśmiechnąć się pod nosem, było bardzo popularnym sposobem na spędzanie swojego czasu. Tak to po prostu działało. I do tej rzeczywistości po prostu trzeba się było dostosować.
Pani Violetta Black należała do tych osób, którzy byli zagorzałymi fanami Czarnego Pana. Ile by za niego oddała i co sądziła o czystości krwi wiedzieć mogli wszyscy potencjalnie zainteresowani albo i mniej. Wszyscy, którzy mieli ją okazję poznać. Rozpuszczona córka swojej matki, która trzymała w garści pieniądze, a które jej córeczka mogła przetracać jak jej się żywnie podobało. Laurent miał za dużo szacunku do pieniądza jak na kogoś, kto dysponował taką sumą, a i tak w porównaniu do niektórych wcale nie był aż tak obrzydliwie bogaty. Na przykład w porównaniu do swojego ojca. Nie musiał w tym celu porównywać wielkości skrytek w Gringotcie. Laurent przyszedł przed stajnię, kiedy kobieta wyżywała się na bogu winnym stajennym, słysząc jej podniesiony głos. Nie krzyk, ale podniesiony głos, z którego niezadowolenie wylewało się wiadrami. Albo święte oburzenie? Wojowniczka za słuszna sprawę - bo za swoją.
- Panienko Black, prosiłbym nie podnosić głosu. Nie ma powodu do nerwów, jestem pewien, że... - Zaczął łagodnie, uprzejmym tonem uśmiechając się do kobiety jak zawsze.- Prewett. - Kobieta skrzywiła swoje wargi, ale to nie był wyraz po prostu nerwów. Lekkie obrzydzenie na jej twarzy zmieszało się z jakimś brzydkim błyskiem w oku.
- Słucham, panienko Black. - Odpowiedział w dalszym ciągu spokojnie, chowając to, że nie podobało mu się obcowanie z nią, że nie miał na to ochoty, że naprawdę żałował, że akurat ta rodzina została odesłana do jego części stajni z Keswick. Choć ona nie była jedyną osobą, która sprawiała, że żyć mu się odechciewało. Nie, nie pokazywał tego. Wpatrywał się w nią starając się zachować martwotę wnętrza, by nie dać się jej sprowokować.
- Mój abraksan złamał skrzydło. Odpowiadasz za to. - To paskudne skrzywienie na jej twarzy przemieniło się w jeszcze paskudniejszy uśmiech, kiedy na twarzy Laurenta pojawiło się zaskoczenie i zaniepokojenie.
- Czy ktoś już posłał po weterynarza? - Zapytał kobietę, bo jej wymysły i humorki miały tutaj absolutnie podrzędne znaczenie wobec dobra zwierzęcia. Absurdem było, że był odpowiedzialny za to, jak ta dziewczyna jeździła, ale za zdrowie zwierzęcia po wypadku odpowiadał jak najbardziej.
- Zwracaj się do mnie odpowiednim tonem, Prewett. "Panienko Black." - Pouczyła go. Laurent zsunął się spojrzeniem z niej na stajnię, wypatrywał wzrokiem Alexandra i spojrzał na stajennego, chcąc mu zadać pytanie, na które Violetta odpowiedzieć nie była łaskawa. Nie zdążył go zadać - stajenny skinął twierdząco głową, ewidentnie nieco przestraszony, zbity z tropu i powolii się wycofał. - Mówię do ciebie! - Złapała go za rękę i lekko szarpnęła, sprawiając, że Laurent rzeczywiście zwrócił na nią uwagę. Znów. Nie padły jednak następne słowa, bo ze stajni wyłoniła się matka Violetty - Nicole.
- Violetto. Dość. Jak ty się zachowujesz? - Kobieta wyprostowana, dumna, z wysoko zaczesanym kokiem, o zadziwiająco łagodnych rysach twarzy jak na swój ton i głos, jakim dysponowała. Rówieśniczka Laurenta od razu odsunęła się od niego i wyprostowała.
- Pani córka... - Znów nie dokończył.
- Nie z tobą rozmawiam. - Machnęła dłonią, jakby odpędzała się od wyjątkowo uporczywej muchy. I nawet na niego nie spojrzała. Laurent się nie odezwał.
- Marekah coś zrobił sobie w skrzydło. - Pożaliła się niewiasta, podchodząc do swojej matki, teraz strasznie zasmucona i jakże zmartwiona i przejęta abraksanem. Laurent w to nie wierzył. Najchętniej sam by pobiegł i sprawdził, co dzieje się ze zwierzęciem, ale... nie wypadało. Pewnie spowodowałoby to tylko większe, niepotrzebne mu zamieszanie. Nie miał na nie siły. Naprawdę nie miał na nic siły. Dopiero teraz oczy matki zwróciły się na niego.
- Uzdrowiciel został już sprowadzony, albo właśnie jest w drodze, abraksanowi z pewnością nic nie będzie, potrzebuje jedynie odrobiny czasu na rekonwalescencje. - Ciągle ten sam uśmiech, ten sam, przyjazny ton. Uspakajający. - Gdyby panienka była bardziej chętna do opowiedzenia, co się stało, na pewno ułatwiłoby to medykowi pracę.
- Sugerujesz, że moja córka jest odpowiedzialna za dobrostan abraksana? O ile mi wiadomo to twoja odpowiedzialność.
- Odpowiadam za zdrowie zwierząt, ale to pani córka... - Nie dokończył. Zapiekł go policzek, kiedy kobieta uderzyła go w twarz. Drobny moment zaskoczenia. Jedna sekunda zawahania. W drugiej już znowu się uśmiechał. - Nie. Oczywiście, że nie. Najmocniej przepraszam. - Za uwagę, za sugestię, za słowa, za spojrzenie, za oddychanie. Za życie.
- Tak sądziłam. Zrób użytek ze swojego marnego życia, Prewett. - Zlustrowała go od góry do dołu. - Ugh. Albo wróć do sypialni zarabiać. Słyszałam, że tam lepiej sobie radzisz jako bękart rodziny. - Skrzywiła się z obrzydzeniem, zawołała córkę i skierowała do odejścia. Laurentowi zadrżały kąciki ust.
- Jeszcze raz przepraszam. Obiecuję, że Marekah będzie zdrowy do następnego przybycia. - Uśmiechał się nawet, kiedy spoglądał na ich plecy. W uszach mu piszczało. Świat wydawał się odległy, odcięty od niego samego. Ile razy słyszał podobne uwagi i przytyki - chyba by nie zliczył. Jaką wartość miały pieniądze i wola, by być częścią czegoś? Ile można było sprzedać samego siebie? Laurent nie znał ciągle odpowiedzi na to pytanie. To było jak bezdenna studnia. Wszystko, co wrzucałeś, tonęły i ciągle było mało, ciągle coś chciało więcej. Więc poiłeś wodopój - nawet jeśli było to absurdalne.