Secrets of London
[ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. (/showthread.php?tid=1964)

Strony: 1 2


[ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - The Little Fox - 27.09.2023

Elaine Bell & Laurent Prewett

Godzinę przed wyjściem na piknik z Laurentem Elaine zabrała się za robienie kanapek z jajkiem, pomidorem i sałatą. Zrobiła do tego domowej roboty jogurty truskawkowe, które zapakowała w ładne słoiczki, sałatkę z makaronem, warzywami i majonezem. Zrobiła muffinki jagodowe oraz ciasto z rabarbaru. Do tego sporą ilość lemoniady cytrynowej z limonką i miętą. Zapakowała to wszystko do kosza wiklinowego, z którym się nigdy nie rozstawała, dorzuciła do tego spory kocyk i kilka poduszek, aby było im wygodnie. Lubiła takie pikniki, lubiła też gotować jedzenie, więc zrobiła go wystarczająco i miała nadzieję, że Laurent będzie głodny. Dorzuciła do kosza jeszcze pojemnik z owocami; znalazły się tam: czereśnie, truskawki, trochę pokrojonych jabłek i parę kawałków arbuza. Część z tych owoców ukradła, a część kupiła. Musiała sobie jakoś radzić, prawda?

Potem zabrała się za siebie. Ubrała jasno zieloną sukienkę, która miała odkryte ramiona i była zapinana od góry na dół na czarne guziki. W pasie przepięła szeroki pasek i założyła wygodne buty na płaskiej podeszwie. Na ramiona narzuciła biały, lekki szal, aby ochronić się przed oczami ciekawskich gapiów. Mimo wyluzowanego podejścia do życia czasami nie odpowiadało jej to, że jacyś mężczyźni się na nią za bardzo gapili. Elaine miała naprawdę dobry humor i cały czas coś nuciła pod nosem jakby na świecie było zbyt pięknie, aby móc się smucić.

W końcu wyszła z domu i poleciała we wskazane miejsce. Skorzystała z Błędnego Rycerza, aby dostać się na obrzeża niemagicznego Londynu, a potem wybrała się pod wskazane miejsce spotkania z Laurentem. Rudowłosej dziewczynie podobała się znajomość z uratowanym przez nią chłopcem. Polubiła to jak na nią patrzył, jak do niej mówił i jak czasami z nią flirtował. Nie potrafiła zrozumieć tych uczuć, ale było w tym coś magicznego. Pierwszy raz poznała taką osobę, która by wzbudziła w niej takie zainteresowanie. Wydawał się być przyjemnie dobrym mężczyzną, który dbał o magiczne istoty jak nikt inny. Nie znała go za dobrze, ale to jej się jeszcze bardziej podobało, bo wiedziała, że się do niego za szybko nie przywiąże, prawda?




RE: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - Laurent Prewett - 28.09.2023

Piknik na leśnej polanie brzmiał na tyle pociągająco, że pomimo wczesnej pory i pomimo tego, jak ostatnio napięte życie prowadził Laurent - chciał go w ten grafik wcisnąć. Choć do lasów trochę za daleko, szczególnie, że Knieja była teraz niebezpieczna, więc lepiej było się zadowolić okolicami Londynu. Może tylko popełnił jeden błąd, że nie zapytał, co on miałby przynieść od siebie. Nie znał się na gotowaniu, co prawda Migotek mógł coś sporządzić, ale coś, co robisz od serca i dla serca podarowujesz nie powinno być robione dłońmi innej istoty. Stety czy niestety - czasu na nauczenie się gotowania nie miał, więc koniec końców zerwał kwiaty ze swojego ogrodu, żeby zrobić z nich zaklęciem transmutacji małego aniołka - wyglądał jak plecionka, mocno pościągany łodygami i z plączącymi się płatkami i całymi kloszami kwiatów tańczących na jego ciele. Takie nawiązanie do ich rozmowy i mniemaniu o tym, jak łatwo posądzić kogoś o bycie aniołem, kiedy wcale nim nie był. Aniołek nie był duży, ale to przecież nie o to chodziło, żeby powalał rozmachem. Mieścił się w dłoni, choć dłoni Laurenta - dłoń Elaine była prawie jak dłoń dziecka. Musiało to wystarczyć szczególnie, że nie zamierzał przynosić żadnego alkoholu. Jedynie poprosił Migotka o przygotowanie kawy i herbaty oraz filiżanek, by mógł je ze sobą zabrać.

Podobno to właśnie rycerze przyjeżdżają do swoich księżniczek na białych rumakach. Z Laurenta nie był żaden rycerz, ale rzeczywiście pojawił się na białym rumaku. Białym jak śnieg abraksanie, który powoli kroczył po polnej drodze, żeby w końcu zatrzymać się na umówionym miejscu, do którego właśnie zbliżała się z innej strony Elaine. Mężczyzna zsunął się z boku zwierzęcia, która odeszło na bok, przesuwając chrapami po zielonych kłosach trawy łaskoczących go w nos.

- Dzień dobry, Elaine. - Lubił brzmienie ludzkich imion. Lubił elegancję określeń, kurtuazję powitań i wszystko, co wiązało się z pewnym doznaniem czegoś bardziej wzniosłego ponad zwykłą i szarą codzienność. Chyba dlatego prawie nigdy nie skracał powitań do krótkich "cześć", lubił podkreślać imię rozmówcy, choć przecież nie musiał, bo wiadomym było, do kogo mówi. To były drobnostki, ale jedna drobnostka tu, druga tam i nagle można było zebrać całą garść wartości. - Wyglądasz jak sama Pani Wiosna. Piękna sukienka. - Ach, sukienka jak sukienka... Elaine była zjawiskowa, niby... - Ach, albo to ja mam zwidy i to jedna z nimf leśnych zaszczyciła mnie swoją obecnością. - Ach, jak nimfa wyrwana z baśni i legend, która pochylała się nad stawem, by przyglądać się własnej urodzie, wzbudzać zazdrość kobiet i kusić do siebie mężczyzn. - Popełniłem błąd pisząc do ciebie list, ale nie bardzo miałem czas go naprawić w wirze pracy i zajęć. Zupełnie nie byłem pewien, czy cokolwiek powinienem ze sobą przynieść. - Jakoś przeszło mu przez głowę, że Fuego był zachwycony jabłkiem, który mu przyniósł, a które zostawił po robieniu szarlotki. - Skoro już wiem, że wino do ciebie nie przemawia, postawiłem na herbatę. - Może zbędnie, bo może również ją przygotowała, ale to akurat nie było ani coś, czego szkoda, ani to, co może się po prostu zmarnować.

Dzisiejszego dnia w jego garderobie dominował granat i szarość - jego elegancja podkreślona była subtelnym szyciem w motywach roślinnych to tu, to sam. Dość luźna koszula wpuszczona w spodnie uginała się pod każdym dotykiem letniego powiewu wiatru.




RE: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - The Little Fox - 28.09.2023

Elaine obraziłaby się na niego jeśli zrobiłby coś do jedzenia. Od gotowania była ona – Laurent był od jedzenia. Nie mogła się już doczekać, aż spróbuje jej kanapek, sałatek, ciast i innych pyszności, które przygotowała specjalnie dla niego. Gdyby wiedziała, że zabierze ze sobą konia to przyniosłaby dla niego jakieś warzywa. Ruda w prawdzie unikała bliskich spotkań ze zwierzętami, ponieważ nie reagowały na nią zbyt pozytywnie, ale nie mogła ich za to winić. Był to tylko ich instynkt. Dziewczyna nie potrzebowała żadnego prezentu, wystarczyła jej obecność Prewetta i to, że zgodził się pójść z nią na piknik. Miała wokół siebie głównie rodzinę i czasami czuła się samotna, a posiadanie przyjaciela spoza cyrku wydawała się jej być atrakcyjną myślą. Był kimś kto znał świat od innej strony, od posiadania stabilnego domu, od normalnej pracy, od prawdziwych rodzinnych spotkań. Ona w prawdzie kochała swoje życie, ale czasami jej czegoś brakowało.

Gdy dostrzegła Laurenta na koniu uniosła lekko brwi w zdumieniu. Wyglądał niesamowicie, prezentował się tak dostojnie. Ona poczuła się delikatnie zawstydzona tym, że była ubrana w taki sposób. Może powinna wybrać coś mniej wyzywającego? Laurent wydawał się być pełen elegancji i kultury, a ona była prostą dziewczyną, znalezioną na ulicy, opuszczoną przez biologiczną rodzinę, porwaną przez cyrkowców. Te myśli jednak odegnała, gdy ten tylko do niej podszedł i się z nią przywitał. Usta dziewczyny były cały czas rozciągnięte w ciepłym, wesołym i ufnym uśmiechu. Odstawiła koszyk na ziemię i bez pytania, bez zbędnych ceregieli po prostu go przytuliła. Bellówna uwielbiała się przytulać, uwielbiała bliskość innych osób, nie krępowała się tym, bo było to proste i przyjemnie ciepłe uczucie. Uściskała go oczywiście krótko na powitanie (no dobrze, może odrobinę dłużej niż zwykle innych ludzi, ale Laurent nie musiał o tym wiedzieć, prawda?). Odsunęła się od niego i lekko skinęła mu głową nie przestając się uśmiechać. Był tak cholernie uroczo przystojny, że nie mogła oderwać od niego swojego spojrzenia.

– Dzień dobry, mój drogi – powiedziała i zaczesała kosmyk włosów za ucho. Gdy zarzucił ją komplementami uśmiech się poszerzył, a w brzuchu wzbiło się milion motyli latając po nim jak po najpiękniejszych łąkach. Słyszała w swoim życiu ogrom komplementów, ale ten, który sprawił jej Laurent brzmiał bajkowo. Czasami komplementy mężczyzn były obrzydliwe, ale teraz czuła się naprawdę doceniona. – Dziękuję – nawet okręciła się wokół własnej osi, aby zaprezentować swoją sukienkę. To był jej jedyny mankament, kochała piękne sukienki, część z nich nawet sama szyła, inne kradła, a jeszcze inne znajdowała w różnych miejscach; na przykład na linkach z praniem innych osób. – Mam sporo jedzenia, mam też lemoniady. Herbaty nie zrobiłam, bo nie wystarczyło mi czasu, więc idealnie się składa – odpowiedziała i złapała za koszyk. – Poszukajmy dobrego miejsca – dodała rozglądając się dookoła. – Najlepiej w cieniu drzewa.




RE: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - Laurent Prewett - 30.09.2023

Ach, owszem, zaprowadzenie jej do abraksanów poskutkowało dowiedzeniem się, że od tej małej, uroczej kobietki magiczne stworzenia raczej uciekały, niż chciały dać się pogłaskać. Instynkt. W przyszłości miał rozmawiać o tym, czym ten instynkt był, z jedną osobą wyciągniętą z czeluści jego historii. Osoba ta szanowała istoty magiczne dlatego, że miały silny instynkt. Kierowały się swoimi przeczuciami, nawet kiedy były myślącymi i bardzo rozumnymi osobnikami - tak jak abraksany. Laurent był szczerze zdziwiony, że Michael, jego ulubieniec wśród tych skrzydlatych koni, nie był skory nawet nie polubić dziewczyny, ale wręcz nie życzył sobie jej obecności przy abraksanach. I przy samym Laurencie. To nie było tak, że to nie tworzyło żadnej lampki w głowie blondyna, bo tak negatywnie jeszcze chyba nie widział, żeby jego podopieczni zareagowali. Ale to też nie tak, że od razu miał ją za potwora, że jego podejście do niej się zmieniło. Mogła być posiadaczem jakiejś genetyki, która wzbudzała niepokój w zwierzętach - tym bardziej cieszył się, że tamtego dnia jego pies był z dala od domu. Abraksany jak abraksany, ale gdyby nie mógł uspokoić jarczuka to sytuacja byłaby bardzo niebezpieczna.

Teraz to nie miało żadnego znaczenia, bo oto byli na polanie, twarzą w twarz, uśmiechnięci i cieszący się ze wzajemnego towarzystwa. Po tym dziwnym liście z mnóstwem błędów, który nie przyprawił Laurenta o zawał (może troszkę!), a sprawił, że uśmiechnął się z rozczuleniem. Kimkolwiek był ten "Be", który list napisał, przynajmniej pisać potrafił, nawet jeśli chyba był dyslektykiem. Albo nie ćwiczył poprawnej angielszczyzny. Ważne było to, że udało się wymienić konwersację i dogadać co do czasu i miejsca spotkania, bo z kalamburami rysunkowymi naprawdę miałby problem sobie poradzić mimo bogatej wyobraźni.

Z aprobatą spojrzał na to, jak okręciła się przed nim - naprawdę wyglądała jak utkana z traw i promieni słońca istota, której boskość wykraczała poza ramy tego świata. Mistyczne stworzenie, które podróżowało przez wieki i tylko tym wybranym pokazywało samego siebie w pełnej okazałości i krasie. Musiał być szczęściarzem, że ktoś taki wyciągnął go spod gruzowisk dachu starej szopy.

- Nie miałem wątpliwości co do tego, że uraczysz nas prawdziwą ucztą. Nie przepadam za słodkościami, ale twój jabłecznik mógłbym chyba jeść do każdej kawy. - I to był fakt. Wcale nie był przesadnie słodki, rozpływał się w ustach - jej zdolności były porównywalne do samej Nory, której wypieki również rozpływały mu się w ustach. - Nie zastanawiałaś się nad tym, by pracować jako cukierniczka? Kucharka? - Czarownica z takim talentem byłaby witana z otwartymi ramionami w nawet tych najlepszych knajpach. Ba - pewnie nawet Nora chętnie by kogoś takiego przyjęła w swoje progi, a pomoc naprawdę by się jej przydała. Choć to było jego mniemanie, a przecież na prowadzeniu biznesu cukrowego znał się tyle, co nic. Elaine zaś wydawała mu się osobą, która nie poszukiwała stabilizacji w pojęciu pracy, która doprowadziłaby ją do utknięcia w jednym miejscu. Była wolnym duchem - bo w końcu kto mógłby spętać samą Panią Poranka?

Laurent pomógł niewieście rozłożyć koc na zielonej trawie i sam wyciągnął z magicznie powiększonej w środku torby termos z herbatą, filiżanki i... aniołka uplecionego z kwiatów i gałązek.

- Ostatnim razem szukałem cię, ale nie miałem jak prawidłowo podziękować. To dla ciebie. Choć nie dorównuje twojej urodzie mam nadzieję, że ci się podoba. - Zażartował ostatnim zdaniem delikatnie, bo przecież gdzież takim kwiatom do samej Elaine! Wyciągnął plecionkę w kierunku niewiasty, obserwując jej reakcję.




RE: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - The Little Fox - 01.10.2023

Elaine czuła często żal, że nie mogła zaprzyjaźnić się ze zwierzętami, że wyczuwały w niej tę legendarną bestię lisa o dwóch ogonach. Zapewne nie wiedziały kim jest, ale na zapas jej unikali starając się czasami nawet uciekać w popłochu. W swoim towarzystwie miała tylko Jagódkę, która była jej wdzięczna za uratowanie życia i nie uciekała na jej widok. Gdy ją oswajała było ciężko, bo sowa myślała, że Elaine ją zje, ale szybko odpuściła, dała sobie naprawić skrzydło i nie uciekła. Ruda nawet nie trzyma jej w klatce dając jej czystą swobodę w przemieszaniu się. Bellówna nie lubiła ograniczania wolności, więc nie zamierzała tego robić nawet sowie, bo powinna mieć możliwość rozprostowania swoich skrzydeł w każdym momencie, zapolowania na mysz kiedy tylko chce.

List został napisany przez samopiszące pióro, które Elaine zwędziła z jednego sklepu z rzeczy zwróconych i uszkodzonych. Niestety sama dziewczyna nie była w stanie zweryfikować napisanych słów i nie potrafiła obsługiwać tego pióra, które notowało każde jej słowo, co sprawiało, że wychodziły tam naprawdę dziwne zdania. Sama Elaine nawet nie wiedziała, co miała tam skreślać i chyba następne listy będzie pisać przy pomocy Flynna, który będzie weryfikować jej słowa zapisane w listach. Naprawdę powinna się zabrać za naukę czytania i pisania, ale nie miała na to czasu, ani nawet nauczyciela.

Gdyby wiedziała jak Laurent o niej myśli poczułaby się wyjątkowo zawstydzona. Wolała myśleć o sobie jak o przeciętnej cyrkówce, która wygina się niczym wąż ku uciesze widowni, która daje w siebie rzucać nożami lub zmienia się w lisią bestię. Gdy zadał jej pytanie odnośnie kariery wzruszyła ramieniem. Nie, nigdy o tym nie myślała. Zawsze cieszyła się z gotowania dla innych w jej domu, ale nigdy nie myślała o ustabilizowaniu się w jednym miejscu. Rozszerzyła oczy i cicho się zaśmiała, gdy wpadła na pewien pomysł.

– Mogłabym otworzyć swoją kuchnie, ale tylko jako wóz z podróżowaniem po świecie. Są wędrowne cyrki, więc czemu nie wędrowna kuchnia Elaine? – zapytała i złapała go pod ramie kierując się w pole w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca. – A tak szczerze to nie, nigdy nie myślałam o tym, aby na tym zarabiać. Wolałam siedzieć w cyrku, wolałam gotować dla rodziny i występować. Może to też dlatego, że nic poza tym nie znałam? Nie chce tracić czasu na siedzenie w jednym miejscu. Świat jest piękny i warto go oglądać. – odpowiedziała niekoniecznie jakoś szczegółowo, ale nie chciała mu powiedzieć, że prawdopodobnie jak będzie miała około czterdzieści lat to zostanie lisią bestią na zawsze i możliwe, że ktoś ją zabije, albo zostanie jako atrakcja w klatce w cyrku?

W końcu gdy znaleźli odpowiednie miejsce razem rozłożyli koc, Elaine powyciągała wszystko co miała w koszyku. Poduszki rzuciła pod drzewo, aby mogli się wygodnie optrzeć, a następnie spojrzała na Laurenta, który miał w rękach aniołka. Uśmiechnęła się szeroko niczym dziecko na widok lizaka i przyjęła z przyjemnością prezent.

– Dziękuję! – odpowiedziała uradowana i znowu go przytuliła nie mogą się powstrzymać. Laurent ładnie pachniał, a przytulanie go sprawiało jej nawet przyjemność. Wzięła aniołka do ręki i usiadła pod drzewem klepiąc przy tym miejsce obok siebie. – Siadaj. – Chwilę zagapiła się na prezencik uświadamiając sobie, że ten dzień był naprawdę przyjemny. Może powinna go zaznaczyć jako swoje urodziny? Wzięła w końcu szklaną butelkę z lemoniadą, dwa kubki, do których ją nalała i włożyła do środka kolorowe słomki; dla siebie żółtą (bo lubiła ten kolor), a dla niego niebieską (bo z tym kolorem właśnie się jej kojarzył). Butelka była magicznie zmrożona, ponieważ nadal była otoczona cała szronem jakby ktoś ją dopiero wyjął z zamrażalki. Aniołka schowała starannie do koszyka, aby go nie zniszczyć. – Rzadko dostaję prezenty, a ten jest chyba jednym z najlepszych. Jeszcze raz dziękuję – sięgnęła po kanapki i jedną z nich wręczyła chłopakowi.

– Opowiesz mi coś o sobie? Wiem, że hodujesz i kochasz zwierzęta. Wiem, że czasami wpadasz w tarapaty i lubisz dobre jedzenie. Chodziłeś do Hogwartu? Podobno tam przydziela się do różnych domów, nie? – ugryzła kawałek kanapki i napiła się zimnej lemoniady.




RE: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - Laurent Prewett - 02.10.2023

Och, gdyby tylko wiedział, jak blisko było temu aniołowi do Flynna, albo że stojąc przed lustrem widziała w sobie bestię chyba nie mógłby siadać na tym rozłożonym kocu, tylko podszedłby do niej, by ją czule objąć. Jeśli gdzieś na tym świecie było bezpieczne miejsce pozbawione widma ciężaru i strachu, to mogło stać się tutaj - chociaż na parę chwil. Na tej polanie, z dala od miejskiej wrzawy i zgiełku. Opowiadałyby o tym tylko brzozy i świerki, ćwierkały o tym ptaki, które na razie przynosiły ze sobą westchnienia wszystkich osób, jakie tutaj były - ale żadna z nich jeszcze nie opiewała nad sekretami tego, co mogło wokół nich zawirować. A sam Flynn? Laurent miał okazję go poznać w czasach, o których obaj chcieli zapomnieć. Zostawić za swoimi plecami i nigdy do nich nie wracać - tak byłoby najlepiej. Szczęśliwi odratowańcy, którym skapnęło trochę złota z pańskiego stołu, kiedy spisek został zapięty na ostatni guzik. Blondyn nie sądził, że kiedykolwiek się o niego otrze, a tym bardziej nie sądził, że prowodyrem takiego spotkania mogłaby być właśnie ta ognistowłosa pannica, która wdzięczyła się przed nim ze wszystkimi swoimi urokami.

- Mogłabyś. - Posiadanie marzeń było piękne i warto było wierzyć w ich spełnienie. Warto było do nich dążyć, próbować je spełniać, tworzyć nawet plan, po którym małymi kroczkami można było się poruszać do przodu i go wypełniać. Nie wszyscy jednak mieli tyle samozaparcia i nie wszyscy mieli do tego idealne możliwości. Niektóre drogi były cięższe, a ten ciężar zazwyczaj nie był nawet podyktowany warunkami, tylko ludźmi wokół. Osobami, które nie mogły cię wesprzeć, kiedy tego najbardziej potrzebowałeś i nie pomagały w dotarciu do celu. Niektórzy wręcz mówili, że to głupota, co robisz, że nie dasz rady, przestań, zostań tam, gdzie jesteś. Prewett naprawdę nie lubił takich osób. Rozumiał, że niektóre z pomysłów naprawdę wymagały weryfikacji, że niektóre z nich były niemądre, nieprzemyślane - wtedy rzeczywiście należało takiej osobie pomóc uświadomić sobie, że może popełnić błąd lub doradzić, jak zrobić to lepiej, na co zamienić, szukać alternatyw. Ale podcinanie skrzydeł tylko dlatego, że "lepiej jest jak jest"? Tego nie rozumiał. To było krzywdzące. Niesprawiedliwe. - Bardzo lubię zwiedzać odległe kraje, więc rozumiem twój punkt widzenia. - To nie tak, że przyganiał i nie pochwalał jej życia, albo że chciał ją namówić nagle na zmianę, oj nie! Zagadywał z ciekawości, żeby zobaczyć, jak ona to widzi, ale to było rzeczywiście jasne, tak jak założył tych parę dni temu przy ich spotkaniu. Elaine była ptakiem, który sądził, że siedzenie w klatce to choroba. Podpięcie jej złotego łańcuszka do nóżki byłoby tym, co ją przedwcześnie zabije. - Czasem udaje mi się gdzieś wyjechać, ale nie mam na to czasu. Wszystko w mojej pracy wymaga doglądania. - I obecności na miejscu. Poza tym zawsze się stresował, że jeśli tylko coś zostawi takim, jakie jest, same sobie, to coś się zepsuje, będzie potem wymagało jego większej uwagi, a gdyby tylko był na miejscu to tragedii od razu dałoby się uniknąć. Z takim sposobem myślenia było oczywiste, że jakiekolwiek zostawienie rezerwatu było okupione czymś więcej niż "po prostu wakacjami".

- Bardzo się cieszę. - Chciał w pierwszym odruchu zapytać "naprawdę?", a to zdziwienie pierwszej chwili i tak było na nim widoczne. Szybko zniknęło. Laurent się powstrzymał, bo bardzo szybko dotarło do niego, że to chyba jednak nic bardzo dziwnego? Laurent obracał się głównie wokół bogaczy, albo przynajmniej osób żyjących w wysokich standardach. Nie miał doświadczenia z osobami z... niższego progu urodzenia. Pewne granice były aż nader widoczne, kiedy się o takowych ocierał. Inna mentalność, nawet inne podejście do życia. Co nie znaczy, że widział między nimi przepaści, albo że nie chciał z takimi osobami się zadawać. Jedyna jego obawa była zawsze taka, czy takie relacje naprawdę były wiązane ze względu na to, że lubisz charakter drugiej osoby, czy może jednak...

- Bardzo się cieszę też z tego, że rozpoznajesz mnie od strony "lubi dobre jedzenie". - Zaśmiał się, otwierając chwilę przed tym szerzej oczy na jej słowa o "pakowaniu się w tarapaty". Dobrze ujęte. W zasadzie to nie mógł zaprzeczyć. A cieszył się, ponieważ ludzie go jednak kojarzyli z tego, że... nie jadł. I z jedzeniem miał problemy. - Chodziłem. W Hogwarcie... - I zaczął jej opowiadać. Niekoniecznie o sobie samym - o Hogwarcie. O domach, o tym, co sobą reprezentują i ich krótkie historie stwórców, jak łatwo się tam zgubić, bo magiczny zamek pełen jest sekretów. A Laurent potrafił dobrze opowiadać.




RE: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - The Little Fox - 02.10.2023

Gdyby wiedziała, że Laurent znał Edge może by tak chętnie nie spotykała się z Prewettem? Albo wręcz przeciwnie zaprosiłaby go do siebie na wspólne biesiadowanie? Z Elaine nigdy nie wiadomo, ale może lepiej by było, gdyby nie wiedziała, że ci dwoje się znają? W tym przypadku jest wiele niewiadomych; czy dziewczyna zgłosi się do Flynna po pomoc z listem? A może zgłosi się do swojej siostry? A może do kogoś innego? Może do Stanleya? Może Laurent powinien nauczyć ją czytać, aby mieć pewność, że ich listy będą tylko ich?

Elaine starała się nie mieć marzeń, bo nie chciała się zawieść, że coś jej nie wyjdzie, że będzie oczekiwać efektów, które nie nadejdą. Wolała żyć tu i teraz i po prostu działać. Jeśli chciała coś zrobić to, to robiła od razu. Tak samo było teraz piknikiem. Chciała zjeść na polanie, wśród traw i śpiewów ptaków, słuchać wiatru, który tańczy wokół niej targając jej rude włosy, chciała popatrzeć na niebo, zgadywać kształty chmur, a takie rzeczy są miłe w towarzystwie. Jeśli Laurent by się nie zgodził na piknik zapewne zaprosiłaby swoje rodzeństwo, albo wyszła sama. Zabrała ze sobą Jagódkę, aby mogła polować wśród leśnych polan i drzew. Spędziłaby czas sama ze sobą, zapewne czując się odrobinę smutniej, ale nadal spełniłaby swoją zachciankę. Może by się tak nie postarała z jedzeniem, może więcej rzeczy by ukradła, ale jednak byłaby tu, gdzie chciała być bez pomocy innych ludzi. Dziewczyna była jednak dobrym motywatorem, szybko łapała moment, w których osoby wykazywały się odkrywaniem marzeń i ich do tego motywowała. Starała się im powiedzieć, że mają moc zrobić wszystko, że nie muszą płakać nad swoją marną duszą tylko po prostu działać.

– Rozumiem, posiadanie tylu zwierząt i istot pod opieką wydaje się być odpowiedzialne. Szkoda, że nie można ich zapakować do koszyka i zabierać ze sobą nie? – zagadnęła, bo w sumie ciekawie by było podróżować z własnym domem i pracą w jednej małej walizce. Sama miała swój świat w jednym wozie, ale jakby nie miała cyrku zapewne wymyśliła właśnie coś w tym stylu, aby nadal mieć możliwość podróżowania.

Dziewczyna zdawała się nie zauważać jego zdziwienia na temat braku częstych prezentów, albo po prostu to zignorowała. Wiedziała, że pochodzili z różnych światów, więc nie dziwiła ją ich przepaść w doświadczaniu życia. Spotkała wielu takich chłopców jak on, wielu dziewczynek, które nie rozumiały jej radości z drobnych rzeczy. Wszystkie osoby spoza cyrku często nie rozumieli jej rodziny i sposobu życia.

I zaczął opowiadać, a ona zadawać pytania. Mnóstwo pytań, a przede wszystkim podsuwała mu jedzenie, zachęcała, aby zjadł kanapkę, aby wypił trochę lemoniady. Siedziała blisko niego na swoich piętach tak, aby móc patrzeć na jego twarz, która była wręcz nieziemsko piękna. Elaine podobało się to, co opowiadał o szkole, o jej stwórcach, ale nie żałowała, że nie poszła do tego miejsca. Wydawała się być tak cholernie zamknięta, taka mroczna i ograniczająca. Jej oczy jednak wręcz błyskały radością, gdy opowiadał o tym wszystkim, a ona chłonęła jego głos jakby był to eliksir życia.

– Niesamowite miejsca. Nie chciałabym tam chodzić, ale chętnie bym zobaczyła tą szkołę – odpowiedziała. Może kiedyś będzie miała okazję zrobić tam jakiś występ? Ciekawie byłoby zobaczyć więcej duchów. Może zaproponuje to swojemu rodzeństwu? – Nie czułeś się tam zamknięty? Dlaczego te wszystkie duchy wracają do szkoły? Kto chciałby wracać do takiego miejsca? – zadała kolejne pytania. Ciesząc się, że póki co nie musiała mówić o sobie. – Ciekawe doi jakiego domu ja bym należała? Myślisz, że można to jeszcze sprawdzić jakbym spotkała tego dyrektora? Myślisz, że by mi pozwolił?




RE: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - Laurent Prewett - 03.10.2023

Gdyby, gdyby, gdyby... Każdy człowiek zadawał sobie pytania, jak wyglądałyby niektóre rzeczy, gdyby zostały wykonane inaczej. Z perspektywy nabytego doświadczenia, posiadanej wiedzy i dojrzałości emocjonalnej. Żeby jednak gdybać trzeba w ogóle mieć jakąś alternatywę. Bo czy Laurent spotykałby się z Elaine gdyby wiedział, że ta ma bliski kontakt z Flynnem? To przecież zależało od bardzo wielu czynników. Zapewne jednak... nie. Pewnie nie chciałby kontynuować tej znajomości, woląc szukać miłych doznań gdzieś indziej. Gdziekolwiek indziej, byle nie mieć nawet pośredniego kontaktu z osobą, z którą coś go kiedyś łączyło. I to nie było "dobre coś". Z drugiej strony czy na pewno to byłoby w jego stylu? To byłby pierwszy odruch - ucieczki. Bezwarunkowy, bo instynktowny. Laurent jednak potrafił dociekać, wybaczać, szukać pozytywów. Odnajdywać światło tam, gdzie wydawało się go nie być. Więc... można tak było gdybać. I powstałoby nam bardzo dużo wersji tego samego scenariusza.

- Nie jest to aż takie niemożliwe, ale całego New Forest nie byłbym w stanie zabrać. - Istniały zaklęcia, które pozwalały magicznie zaklinać torby czy inne rzeczy, by mieściły więcej, tak i możliwe było zrobić torbę, w której istoty magiczne mogłyby chwilę posiedzieć. Takie zaklęcia jednak niekoniecznie były stałe, dlatego Laurent by nawet nie ryzykował. Czasami wykorzystywał zaklęcia zmniejszania, żeby przetransportować niektóre stworzenia, bo bez tego byłoby naprawdę problematycznie nawet dla samych stworzeń. Zamykanie w klatkach nie było niczym przyjemnym. - Nie jestem pewny, czy możemy mówić o "posiadaniu". Nie uważam ich za swoją własność. Daję im dom, gdzie mogą swobodnie żyć, nie niepokojone przez kłusowników. Staram się je po prostu rozumieć. - Poznać, nauczyć się ich zwyczajów, dogadać się z nimi.

Jego zdziwienie w reakcji na prezent, w reakcji na słowa, jakie popłynęły z ust Elaine, nie były podyktowane tym, że się dziwił, że rzadko dostawała prezenty, że nie była nimi obsypywana - nie pomyślał nawet w tych kategoriach. Zdziwił się, że to uznała za najlepszy prezent, jaki został ułożony w jej dłoniach. I to nie miało niczego wspólnego z bogactwem czy też nie, bo przecież on nie wydał nawet grosza na to, co zrobił. I chociaż dostawał mnóstwo drogich prezentów to jednym z najpiękniejszych, jakie wylądowały w jego dłoniach, nie były wcale te najbardziej drogie. Były chociażby wieńcem, które teraz tworzyły bajecznie piękną lampkę wiszącą nad jadalnianym stołem czy pudełkiem czekoladek, jakie otrzymał, żeby lepiej poradzić sobie z nabytą traumą. To były te rzeczy, które były wręczane naprawdę z myślą o tobie, nie o tym, żeby zrobić jak największe wrażenie majętnością.

- To dość daleko. Ale może kiedyś zawitacie w magicznej wiosce obok i będzie okazja? W Hogsmeade. - Czy o tej wiosce słyszała? Być może również nie, a może obiło się jej o uszy. Była to wioska zamieszkana tylko przez czarodziei, więc pewnie mogliby tam dać naprawdę niezłe show niczym się nie ograniczając. - To miejsce jest tak wielkie, że ciężko się tam czuć zamkniętym. Poza tym można wychodzić na wielkie ogrody, błonia i nawet spacerować koło Zakazanego Lasu. - Żeby czuć się tam "zamkniętym" trzeba mieć naprawdę bardzo obszerne pojęcie wolności. Na przykład takie, że nie da rady spać ciągle w tym samym łóżku, albo przynajmniej w tym samym miejscu, bo łóżko to samo mogło być. Tylko musiało być ruchome. - Duchy są zazwyczaj przywiązane do miejsca swojej śmierci. Rzadko zdarza się, by któryś z nich chciał je opuścić. - O Hogwarcie chodziły wspaniałe legendy, ale działo się tam też mnóstwo niepokojących rzeczy. - Nie mam pojęcia. Ale... mogę poszukać dla ciebie jakiegoś testu, takiego w naszym zasięgu, który nam podpowie, do jakiego domu byś należała. Co ty na to? - Było w końcu sporo takich wykreślanek do zabawy dla dzieci, wystarczyło tylko przeszukać jakieś gazety. A ponieważ kobieta nie potrafiła czytać był gotów jej z tym pomóc.




RE: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - The Little Fox - 03.10.2023

Dziewczyna też czasami gdybała o tym jak potoczyłoby się jej życie, gdyby nie została porzucona przez rodziców, co byłoby gdyby mogła pójść do Hogwartu, ile osób by poznała, czego się nauczyła, czy byłaby mądra, potrafiła czytać, czy nadal lubiłaby gotowanie, czy potrafiłaby się tak gimnastykować jak teraz? W jej życiu było wiele niewiadomych, których nie mogła rozwiązać, więc wyrzucała to z głowy zajmując swój umysł innymi rzeczami, gotowała, poświęcała czas zainteresowaniom, szukając co chwilę czegoś nowego, bała się, że jeśli zacznie o tym myśleć, to będzie smutna, to będzie tęsknić za głupotą, której nawet nie pamięta.

Fascynowało ją to, że Laurent tak bardzo kochał zwierzęta, podobało się jej to, że traktował je tak dobrze, że był dla nich wyrozumiały i nie chciał ich posiadać, a być po prostu ich przyjacielem. Zaimponował jej nawet tym, że nie chciał więzić swojego skrzata jak większość czarodziejów. Było to dla niej w jakimś stopniu pociągając, bo sama nie chciała być uwięzionym lisem w klatce, a bała się, że właśnie kiedyś tak skończy, zatraci siebie i nigdy nie będzie mogła czuć wolności. Cieszyła się, że on daje tym zwierzętom zalążek normalnego życia bez kłusowników i ciemiężców na karku.

– To naprawdę miłe i imponujące – odpowiedziała krótko czując, że nie musi wiele mówić. Nawet nie wiedziała za bardzo, co powiedzieć, a odrobinę wstydziła się mówić mu o tym, że jest zachwycona jego podejściem. – I przepraszam za ujęcie tego w ten sposób, ale sama znalazłam kiedyś ranną sówkę. Nazywa się Jagódka, ktoś ją porzucił, bo złamała skrzydło. Pomogłam jej i mieszka ze mną, nie ma nawet klatki, ma swoje miejsce wszędzie, gdzie tylko zapragnie i o dziwo nie uciekła – uśmiechnęła się ciepło myśląc o swojej małej przyjaciółce.

Elaine zwykle kradnie prezenty dla innych, czasami coś sama zrobi i zazwyczaj jest to jedzenie, bo tylko tak potrafi wyrazić miłość i przyjaźń do drugiej osoby, więc jak dostaje prezenty, które nie zostały ukradzione, ani kupione za fortunę to cieszy się z nich przeogromnie. W ten sposób czuje, że to naprawdę jest dla niej.

– Hogsmeade to wioska zamieszkana tylko przez czarodziejów, prawda? – zapytała, bo ta nazwa obiła się jej o uszy jakiś czas temu. – Brzmi fajnie, a czemu ten las jest Zakazany? To ten, w którym żyją centaury? – zapytała. Czy ta dziewczyna kiedykolwiek nie pytała?

Elaine wolała występować, bo czuła się wtedy spełniona, lubiła ćwiczyć ze swoją rodziną do występów, sprawiać im uśmiech, więc nic dziwnego, że w szkole bez codziennego widzenia się z cyrkowcami czułaby się tam zamknięta i ograniczona. Musiałaby robić codziennie coś, czego by nie lubiła, a tak żyć się nie da, prawda?

– Byłoby super! – wykrzyknęła i zaraz zasłoniła swoje usta uświadamiając sobie, że znowu poniosła się emocjom. – Masz ochotę na ciasto? – zapytała sięgając po pojemnik ze słodkościami – Czy może muffinka? A może sałatkę? – rozejrzała się po rzeczach, które tu przyniosła, gdy wybrał usiadła obok niego opierając się o drzewo i wyciągając przed siebie nogi, a tym samym sukienka sięgała jej do połowy ud. Nie przejmowała się tym, bo niby czemu? Spojrzała w niebo nie przestając się uśmiechać. – O! Zobacz – wskazała jedną z chmur – Wygląda jak królik! – dodała przekrzywiając głowę w bok. A może trochę jak penis? – tego nie powiedziała głośno, ale cicho zachichotała pod nosem.




RE: [ 18.06.1972 ] Piknik na leśnej polanie. - Laurent Prewett - 04.10.2023

Los Elaine był okrutny. Niesprawiedliwy. Nie było niczego pocieszające i pokrzepiającego w wizji życia, które zakończy się w lisiej skórze. I ta lisia skóra, kiedy serce ciągle będzie biło i bolało, gdy te złote ślepia będą spoglądały na świat (a może będą nadal koloru ocząt Elaine?) miała zostać wciśnięta na wystawę w zoo, albo do klatki. Tak to miało wyglądać? Podziwiana przez dziesiątki mugoli i czarodziei, atrakcja, którą można było przerzucać z miejsca na miejsce jak bagaż? Pomógłby jej. Gdyby tylko wiedział, gdyby tylko miał możliwości - pomógłby jej. Zająłby się nią, zapewnił życie, w którym nie byłaby zamknięta i nie byłaby przez nikogo niepokojona. W New Forest było przecież dużo miejsca. A Laurent byłby gotów wykupić kolejne posesje wokół, żeby nie narażać kobiety na los, jakiego się obawiała. Nigdy nie miał bezpośrednio do czynienia z tą klątwą. Albo miał, tak jak z Elaine, z jej przedstawicielami, ale nie miał okazji zagłębić się w temat, porozmawiać z przedstawicielem tej genetyki o samym problemie. To naprawdę było zbyt okrutne. Zbyt niesprawiedliwe.

- Każde stworzenie na tym świecie, Elaine, ma swoją wrażliwość i cel istnienia. - Wyciągnął dłoń do jej dłoni, by delikatnie ją ująć i unieść ku drzewom, rozkładając jej palce. Tak, że mogli teraz spoglądać na las przez pryzmat jej dłoni. Przez pryzmat tego, czy palce zegnie, rozłoży, czy może złoży, układając dłoń w niemy znak "stop". - Jeśli tylko jesteś odpowiednio czuła na tę wrażliwość odpowiedzą z wdzięcznością. Nic nie ginie w przyrodzie. Twoja dobroć nie rozpłynęła się w powietrzu. Ona to powietrze stworzyła, by sowa znów mogła latać. I ta sowa nigdy nie zapomni, że to dzięki tobie mogła dalej wypełniać swój cel, szybując ponad lasami. - Zgiął jej palce tak, jakby chciał pokazać, że może ten las chwycić, złapać w swoją garść... ale tak delikatnie, że nie jest to branie go w swoje posiadanie. Jedynie stanie się jego częścią, ponieważ jeśli tylko pokazywała sobą coś więcej niż ludzka chciwość nie było rzeczy niemożliwych. Choć Elaine była tutaj ograniczona klątwą, która sprawiała, że magiczne stworzenia były bardziej nieufne. Nie oznaczało to, że wszystkie od razu uciekały w popłochu.

- Zgadza się. - Odsunął się troszkę i puścił jej rękę, żeby oddać jej przestrzeń. To była odpowiedź zarówno na pytanie o wioskę jak i centaury. - Zakazany Las jest miejscem, gdzie żyją różne fantastyczne stworzenia. Większość z nich jest bardzo niebezpieczna i żyje dziko w tamtych terenach. Dodatkowo jest to dom wspomnianych centaurów. Nikt nie lubi, kiedy nieproszony gość wchodzi mu do domu, prawda? - Szczególnie taki obcy. Oczywiście można było mieć różne pojęcia gościnności, ale nawet jak ktoś się pojawiał, pukał i chciał porozmawiać była różnica, a kiedy ktoś się pojawiał i zaczynał deptać twoją ziemię. Czarodzieje byli w końcu różni. Głównie jednak chodziło o to, że różne licha kręciły się po tym lesie. Nie to, żeby New Forest było miejscem bezpiecznym. Przynajmniej w swoich głębinach. Zdecydowanie było jednak pod większą kontrolą niż dziki Zakazany Las.

Zaśmiał się cicho na wybuch jej radości - przypominała małe słoneczko, które wybuchnęło swoim ciepłem tuż przed jego oczami. Słodkie, ciepłe, nie dało się nie opalać w jego blasku i chłonąć go jak leku. Tak - leku. Elaine ze swoją słodyczą i beztroską była jak chłodny plaster na opuchliznę albo oparzenia.

- Może nie na wszystko na raz, pewnie smakowałoby dziwnie. - Nalał im herbaty do filiżanek i sam nałożył sobie przygotowanej przez nią sałatki, by zaraz powieść spojrzeniem za jej dłonią i uśmiechnąć się tak... egnimatycznie. A troszkę psotnie. - ... albo coś innego... - Odparł na jej porównanie do królika. Tak, zdecydowanie bliżej temu było do przyrodzenia męskiego niż króliczka. Ale przecież damie nie wypadało powiedzieć inaczej. Dżentelmenowi również. - Wiesz, że ponoć z chmur również można wróżyć? - Laurent nie znał się na wróżebnictwie, natomiast słyszał, że ponoć skojarzenia związane z chmurami mają... och. Może lepiej jednak nie kontynuować tego tematu przy tym, jak jedna z chmurek im się skojarzyła. - Zobacz. - Wskazał następną z chmur. - Ta wygląda jak para tancerzy. Pochylona dama w długiej sukni i trzymający ją partner. - Rozrysował swoje wyobrażenie na temat tego.