![]() |
|
[Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony (/showthread.php?tid=2032) |
[Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony - Anthony Ian Borgin - 09.10.2023 Kolejny rok szkolny dobiegł końca, został mu ostatni. Czy był już poważnym, eleganckim i godnym dziedzicem rodu, o czym przypominano mu na każdym kroku? Czy wybił sobie z głowy Brenne Longbottom, z którą utrzymywał kontakt listowny i która nie uzyskała aprobaty Staszka, jak i jego przyjaciół? Nie. Anthony Borgin wciąż był iskrą, żywiołem, nieokiełznanym indywiduum, które pomimo dość bolesnych konsekwencji, starało się żyć tak, jak mogło. Zdał, wyniki miał przyzwoite, nie mógł narzekać na brak zainteresowania wśród koleżanek - zwłaszcza, gdy przyjaźnił się z Louvainem i Atreusem, a do tego pokazywał w towarzystwie Stanleya. Czy byli w szkole fajniejsi chłopcy? Jego zdaniem absolutnie nie. Zarówno Lou, jak i Atre byli zajęci dość dogłębnie jakimiś pannami, żegnając się chyba czule po kiblach w pociągu, a Stasiek gdzieś mu przepadł, więc Antek godnie wziął na siebie poszukiwanie wolnego przedziału w jednym z wagonów Hogwart Express, który miał odwieźć ich do Londynu. Czy chciał wracać? Niekoniecznie, wakacje ograniczały jego wolność i zapewniały tuzin atrakcji, które niekoniecznie chłopaka interesowały. Z westchnięciem szedł, zaglądając do przedziałów, aż w końcu znalazł wolny. Nikt raczej Ślizgonom nie będzie próbował go zabierać, wszyscy w szkole znali ich bandę i pięści, o werbalnych prośbach o odpuszczenie czegoś nie wspominając. Tony nie bił się jednak często, miał inne metody działania, bardziej fascynujące. Bezceremonialnie zdjął szatę, rzucając ją niedbale pod okno, a potem poluźnił krawat i rozsiadł się, szukając w kieszeni spodni paczki papierosów, którą kupił w Hogs. Popalał okazjonalnie. Był trochę zmęczony i niewyspany, długo balowali w towarzystwie ognistej z chłopakami, celebrując przetrwanie kolejnych dziesięciu miesięcy edukacji, która momentami wydawała mu się cholernie nużąca. Ciemne włosy pozawijane miał w loki, opadały w chaosie trochę na czoło i uszy. Wiedział, że matka każe mu odwiedzić fryzjera jeszcze dzisiaj, ale nie miał zamiaru tego robić. Jego mała siostra zawsze lubiła jego włosy, obcięty na krótko wyglądał naprawdę dziwnie. Gdy drzwi przedziału otworzyły się, podniósł spojrzenie na przybysza, mając nadzieję na zobaczenie zarumienionych buzi swoich przyjaciół, żeby im trochę podokuczać. Lub przynajmniej Staszka, który pewnie niańczył Prewetta. Na widok Malfoyówny uniósł brwi w zdziwieniu. - Gdzie zgubiłaś swoją bliźniaczą siostrę? - zapytał z rozbawieniem, bo wydawało mu się, że Lorraine i Lorretta się nie rozstawały, nawet Lou o tym wspominał. Był chyba niepocieszony, że jego śliczna siostra nie poświęcała mu tyle uwagi, co zawsze. Nie czekał jednak na odpowiedź, znów przeniósł wzrok gdzieś w dół, grzebiąc po kieszeniach. - Do kurwy nędzy.. - przeklął bezgłośnie, bo przy kobiecie jednak nie wypadało przeklinać tak, jak mógł to robić z chłopakami. Jeszcze by dotarło do uszu Brenny, że jest taki pyskaty i co wtedy? RE: [Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony - Lorraine Malfoy - 10.10.2023 Kiedy Lorraine dziś rano przypadkiem rozlała olej arganowy – którego to używała namiętnie i w dużych ilościach do pielęgnacji swoich długich srebrzystoblond włosów, zawsze ułożonych przed zajęciami w proste, acz efektowne fryzury – wiedziała, że zdarzy się coś strasznego. Początkowo próbowała traktować to wyłącznie w kategorii porozumiewawczego mrugnięcia od losu: rok szkolny dobiegł końca, a ona nie zmrużyła tej nocy oka, jak zwykle zdruzgotana koniecznością powrotu do swojego prawdziwego życia, na które składały się rozwalająca się rudera w Little Hangleton (wyłącznie z braku lepszego słowa określana przez dziewczynę domem), codzienne awantury oraz humory rozpieszczonych bachorów z bardziej zamożnych rodzin czystej krwi, które to resztkami sił próbowała przyuczyć do gry na fortepianie podczas prywatnych korepetycji. Szybko poznała jednak prawdziwe znaczenie złego omenu, kiedy sowa Lorraine – wyjątkowo potulna, jakby wyczuwała zły nastrój właścicielki – dostarczyła jej pod koniec pożegnalnej uczty list od matki. Miranda Malfoy trafiła do szpitala, trzeci raz w ciągu ostatniego półrocza, i chociaż zdążyła odzyskać przytomność po nagłym omdleniu, uzdrowiciele zdecydowali się zatrzymać ją na kilka dni w klinice, i nieco złagodzić nasilające się objawy postępującej włochatości serca… A to znaczyło, że nie było komu odebrać Lorraine z dworca. Bo wizja ojca, Armanda Malfoya, na peronie 9 i ¾, aportującego się na torach zamiast płyty dworca (Piłeś? Nie teleportuj się!), i rozczłonkowanego przez podjeżdżający Hogwarts Express z Lorraine na pokładzie (bo taką interpretację rozlanego oleju podawał w swoim dziele „Mistrz i Wiedźma” XIX-wieczny wróżbita Bułhakow) była niestety przyjemna tylko przez krótką chwilę. Wściekłość szybko zastąpił wstyd. Dojazd do Little Hangleton był koszmarny, i zwyczajnie nie starczyłoby jej pieniędzy na tę podróż. Malfoy musiała napisać list do ciotki z prośbą o nocleg – że niby przypadkiem jest w Londynie, i chętnie pomoże jej w tej corocznej zbiórce charytatywnej! – a wcześniej wysupłać parę knutów na jakiś malutki pokój u obleśnych znajomych ojczulka z Nokturnu, póki ciotka nie odpisze. Niełatwo było znaleźć wolny przedział w zatłoczonym pociągu, dlatego kiedy natrafiła na mniej wypełniony wagon, odetchnęła z ulgą, i chwyciła za klamkę, gotowa wyrzucić każdego gówniarza, który okupowałby jej potencjalną enklawę samotności… Anthony Borgin. Zacisnęła zęby, aż drgnęła jej szczęka, ale szybko opanowała irytację. Sam? – Gdzie zgubiłeś swoją obstawę? – rzuciła bezceremonialnie zamiast powitania; w końcu jeszcze przed kilkoma godzinami wymienili się spojrzeniami nad półmiskiem wyjątkowo obrzydliwej zapiekanki przy stole wspólnym Slytherinu!, zupełnie nie kwapiąc się, by odpowiedzieć na pytanie chłopaka. Choć nastroje Lorraine były bardziej kapryśne niż angielska pogoda, w jej słowach nie dało się wyczuć jadu czy niechęci – ot, taka była jej przewrotna natura, że była przesadnie uszczypliwa bez względu na okoliczności. – Czyżby wasze rozdmuchane ego nie zmieściły się w jednym przedziale? Nie żywiła żadnych negatywnych uczuć również wobec skupionej wokół chłopaka grupki ślizgonów, którzy brylowali w Hogwarcie tak samo jak i ona z Lorettą, jednak potrzebowała chwili spokoju, po tym jak ostatnie pół godziny spędziła płacząc w łazience, i czekając, aż jej twarz odzyska normalny koloryt. Mogła przeżyć obecność Borgina, który był jednym z mniej irytujących wychowanków Slytherinu, a łączące ich relacje można było określić mianem… Poprawnych? No i był niegłupi – wcześniej faktycznie trzymała się u boku Loretty, która to – choć nie została wtajemniczona w treść wspomnianego listu – doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak. Lestrange znała ją zbyt dobrze; na tyle dobrze, że nie spytała o nic bezpośrednio, mając na względzie chorobliwą dumę Lorraine. Chociaż przed innymi ludźmi prezentowały zjednoczony front, a jedna zawsze gotowa była stanąć za tą drugą murem, oczywiście, zdarzało im się kłócić – były do siebie zbyt podobne, a jednocześnie tak różne i zafiksowane na dzielących je szczegółach – obie jednak nabrały pewnego doświadczenia w nawigowaniu trudnymi dla nich tematami. Malfoy wiedziała, że mogłaby poprosić przyjaciółkę o nocleg, a ta nie zadawałaby zbędnych pytań, tylko ucieszyła się z jej obecności – lecz Lorraine nie zamierzała tego robić. Nie chciała jałmużny, nie chciała czuć się zależną od innej osoby, nawet tak bliskiej, jak Lestrange’ówna, ba – im bliższa była ich relacja, tym bardziej nie chciała czuć tej dysproporcji w ich sytuacji materialnej – nie chciała o nic prosić. Dlatego rozstając się przy wejściu do pociągu, kiedy muskały z Lorettą powietrze koło swoich policzków, zdążyła jeszcze szepnąć jej na uszko, że na pewno dołączy do niej potem, a teraz potrzebuje chwili dla siebie. Miała nadzieję, że jej oczy nie były już czerwone od płaczu, nie miała ochoty okazywać słabości przed tym wymuskanym lalusiem. Swoją drogą, gładkolice oblicze Antoniego Borgina dziś wydawało się jakieś inne niż zwykle. Dziś… prezentował się wyjątkowo dobrze, co pozwoliła sobie mimochodem zauważyć, kiedy lekko zmrużonymi oczkami wpatrywała się w jego słodką twarzyczkę. To znaczy, wyglądał na kompletnie zmarnowanego. A Lorraine niestety miała słabość do mężczyzn, którzy wyglądali jakby szykowali się na rendezvous z Kostuchą, było coś nieodpartego w ikarowej hubris takich zmaltretowanych życiem paniczyków!! Pod oczami chłopaka kwitły cienie, tak, że wyglądał jakby nie spał milion lat, albo – co bardziej prawdopodobne w skojarzeniu z orgiastycznymi hałasami dochodzącymi z męskiego dormitorium zeszłej nocy oraz uprzednim zamówieniem na ognistą whisky – balował do białego rana. Jego gęste kędziory w artystycznym nieładzie opadały na czoło, na którym rysowała się niewielka zmarszczka zniecierpliwienia… Przynajmniej może liczyć na niezgorsze widoki, kiedy będzie formułować list do cioci. – Zamierzasz wykonywać dalej taniec godowy niuchacza… – kiedy Borgin oklepywał kieszenie (być może w poszukiwaniu jakichś resztek godności, bo tej – jako jeden z bananowych bachorów arystokracji – w przeciwieństwie do pieniędzy, nie posiadał wcale, tak w skromnej opinii Malfoyówny) wyglądał bowiem całkiem jak to skądinąd urocze, puchate stworzonko, które tak chętnie chomikowało kradzione świecidełka do systemu skórzanych kieszeni w torbie na brzuchu. Nie pasowały do niego przekleństwa!! – …czy będziesz na tyle wspaniałomyślny, żeby posłać mój kufer na półkę? Nie chcę zniszczyć sobie fryzury. Różdżki użyła bowiem jako pałeczki do misternego koka z tyłu głowy – bo przecież nie mogła wyjść z łazienki zabeczana i potargana!! Jak gdyby nigdy nic zajęła miejsce naprzeciwko Anthony’ego, rzucając obok siebie podręczną torebkę. Nie zamierzała tu spędzić całej podróży, ale skoro już tu była, chciała siedzieć wygodnie, bez kufra zawadzającego pod nogami. RE: [Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony - Anthony Ian Borgin - 19.10.2023 Nie wierzył we wróżby, złe omeny i inne takie fusiarstwa, bo jeśli czegoś się chciało, brało się własnymi rękoma, a jeśli coś się działo złego, to dlatego, że wcześniej podjęte wybory były złe. Nie było z reguły sensu przejmować się tym, na co nie miała się wpływu lub raz podjętą decyzją, niezależnie, czy była błędna, czy właściwie, bo nie można było już tego cofnąć. Ot, prosta filozofia życia Borgina, bez której by zwyczajnie zwariował. Ściągnął brwi, gdy drzwi od przedziału otworzyły się i zobaczył jasnowłosą dziewczynę o ładnej buzi, chociaż zupełnie nie w jego typie. I mogła być nieco zdziwiona, że widzi go samego, bo przecież zwykle był z chłopakami. Byli popularni, byli Bandą Borgina — starszego, rzecz jasna. - A co, stęskniłaś się za nimi i ja Ci nie wystarczam? - zapytał z teatralnym westchnieniem, smutkiem w ciemnych oczach i nawet zatrzepotał rzęsami. Nie trwało to jednak długo, bo ciszę przerwała salwa śmiechu, a Tony wzruszył ramionami. - Atreus i Lou pewnie się obściskują, Stanley może też lub odwiedził Sauriela w przedziale. Jeśli chodzi o Laurenta, to nie wiem. - wyjaśnił jej rzeczowo, wyliczając na palcach, co mogli robić jego szanowni koledzy. Byłby zszokowany, gdyby pierwsza dwójka robiła coś innego, bo przecież byli obrzydliwie popularni przez latanie na miotle i te pełne flirtu teksty. On też nie skomentował jej głupiego pytania, wywracając jedynie oczami. Znał ją trochę, była zmienna i wydawała się dość uparta, miała niewątpliwie zawziętą iskierkę w niebieskich oczach. - Ty bez klona, ja bez chłopaków — przeznaczenie Lorr, mówię Ci. Chłopak posłał jej sympatyczny uśmiech. Była dobrze urodzona, była Malfyoem i nie miał powodu, aby jej nie lubić. Czasem załatwiała mu papierosy, gdy dowiedziała się, że sięgał po nie częściej. Nie miał pojęcia o sytuacji w jej domu, kwestiach finansowych czy noclegu, ale zupełnie go to nie obchodziło. Nawet jeśli jej oczy były odrobinę podpuchnięte, nie skomentowałby tego. Nie był gnojem, który przyzwoitym kobietom dokuczał — nawet jeśli miały trudny charakter. Wydawała mu się nieznośna na dłuższą metę. Sam nie wyglądał lepiej, niewyspany i wypełniony kawą, za którą przecież średnio przepadał w tym wieku, ale musiał jakoś pokazać się ojcu. Oczywiście nie uniknie kary i nowych blizn, gdy dziadyga przejrzy mu wspomnienia, ale nie miało to żadnego znaczenia, bo i tak było warto. Przyglądała mu się jakoś badawczo, więc wskazał dłonią na siedzenie naprzeciwko siebie, sugerując, aby nie stała, jak słup soli i się rozgościła. Parsknął śmiechem na jej słowa, grzebiąc po swoich ubraniach w poszukiwaniu papierosa. - A działa? Niuchacze są urocze, dziewczyny na nie lecą. - wzruszył ramionami, nie mogąc powstrzymać się przed zaczepką: jego głos był równie zadziorny, co loczek spływający mu na czoło. - Szukam fajek, mam tylko kurwa nadzieję, że ich nie zostawiłem w dormitorium. Masz w razie co jakiś towar Panno Malfoy? Zapytał, bo odżyła w nim porzucona wcześniej nadzieja, że może ona faktycznie będzie mogła mu pomóc i nie będzie musiał biegać po całym pociągu, jak jakiś idiota w poszukiwaniu Stanisława i jego papierosów. Podróż do Londynu była długa, a on był głodny i chciał zapalić, nie wspominając o tym, że znów zaczynało chcieć mu się pić. Na jej słowa kiwnął głową, wstał, ukłonił się i zabrał jej kufer, lekko wrzucając go na górę. Musiał dbać o kondycję fizyczną, jeśli chciał przeżyć powroty do domu. Ostatni rok mocno zmienił jego sylwetkę, urósł i nabrał mięśni, zmężniał, chociaż na twarzy wciąż było mnóstwo chłopięcego uroku. Upewnił się, że bagaż blondynki nie spadnie, a potem przesunął dłonią po tylnych kieszeniach, ale tam też nie było żadnej paczki. Jak na złość. - Chcesz kulkę ze strzelającym musem truskawkowym? Mam też paszteciki dyniowe, ukradłem ze śniadania. - oznajmił, siadając z westchnieniem. Skoro nie mógł zapalić, mógł przynajmniej zjeść. Przysunął do siebie swoją podręczną torbę i wyjął na kolana paczkę musów, fasolek, jakieś dwa batoniki i torbę pasztecików dyniowych, które były w całkiem przyzwoitej formie, jedynie trochę zgniecione. Ruchem głowy zasugerował, aby się częstowała i sam zabrał się za pasztecika, głodny, jak wilk. - Zawsze bardzo pilnujesz włosów, zauważyłaś? Nigdy nie widziałem Cię rozczochranej lub w takich.. No.. Luźno puszczonych i niegładkich? Nie znał się na włosach, więc nie mógł jej tego lepiej zobrazować. Potem zamilkł, przeżuwając swoją kradzioną przekąskę — takie najlepiej smakują. RE: [Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony - Lorraine Malfoy - 09.11.2023 – Po tym jak wrzuciłeś mnie do jeziora, najchętniej utopiłabym cię w łyżeczce od herbaty – odpowiedziała słodko Lorraine, sadowiąc się wygodnie naprzeciwko skacowanego pana dziedzica Borginów. Wyciągnęła z torebki malutką kosmetyczkę z lusterkiem, w którym dosłownie w kilka sekund skontrolowała, czy koloryt jej twarzy wrócił do stanu wyjściowego, nie przerywając dyskusji z Anthonym. – Więc oni się bawią, a ty? Będziesz tak siedział samotnie przez całą podróż? Masz szczęście, że cię uratowałam od zanudzenia się na śmierć. – Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy ten zaczął wyliczać grzeszki swoich przyjaciół – Banda Borgina była liczna i pełna ciekawych indywiduów – chociaż nieomal przewróciła oczami na komentarz o obściskiwaniu się, bo teraz trochę jej się zrobiło smutno, że nie poszukała silnego męskiego ramienia Atreusa, aby się wypłakać i odciągnąć myśli od problemów, tylko jak ostatnia ofiara siedziała w kiblu i naprawdę ryczała. Starszy Ślizgon wpadł jej w oko jeszcze przed ich przygodą z Jęczącą Martą, i w sumie to nie miałaby nic przeciwko, gdyby to ją teraz bajerował, a nie jakąś losową lafiryndę zachwycającą się rozmiarem jego wyścigowej miotły. A może i do niego posłać niedługo jakiś liścik, skoro i tak na dłużej zatrzyma się w Londynie? Trochę się zarumieniła przez zbereźne myśli o panu Bulstrode, i prawie, prawie straciła wątek, ale Anthony akurat przewrócił oczami w taki przeuroczy sposób, i jeszcze odgarnął włosy z czoła zblazowanie niedbałym gestem!!!, tak, że Lorraine – trochę wkręcona już w romantyczna wila mode – od razu skrystalizowała ostre spojrzenie swoich ślepi z powrotem na jego twarzyczce, i trochę mimowolnie odwzajemniła uśmiech. Miała nadzieję, że Borgin nie rzuci jakiegoś męski dowcipu o tym, jak jasno błyszczą jej oczy na jego widok, tylko szkoda, że latarnia jej intelektu nie świeci tak jasno jak one, czy coś, haha, bo wiecie, nie lubił blondynek, ale już pewnie żarty o blondynkach to, hoho, boki zrywać!!! – Obudził się w tobie wróżbita? Nie mów, że to ostatnie umartwianie swojego układu trawiennego otworzyło ci trzecie oko zamiast doprowadzić do perforacji żołądka – przewróciła tylko oczami, kiedy zaczął mówić o wyrokach przeznaczenia. A może to na takie właśnie teksty podrywasz dziewczęta?, pomyślała z rozbawieniem, choć wstrzymała się przed powiedzeniem na głos. Lubiła wkurzać Tony’ego, kiedy miała ku temu okazję, ale nie chciała przecież, żeby się tak całkiem obraził!! – Co ty zresztą możesz wiedzieć o przeznaczeniu, Tony – dodała już więc o wiele przyjaźniejszym tonem, niemal serdecznie, jakby ta wcześniejsza lekka przygana w jej głosie była czystą igraszką, co zresztą było zgodne z prawdą. Pozer, pomyślała z satysfakcją, kiedy to Anthony, zamiast użyć prostego zaklęcia, wstał, by własnoręcznie umieścić jej kufer na półce bagażowej; widać lubił popisywać się siłą i prężyć muskuły, skoro zrobił to bez najmniejszego wysiłku… Bezczelnie przypatrywała się, jak to robił, jakby był kawałkiem befsztyku z hipogryfa. W sumie, był. …Ale wspomnienie Loretty dało jej do myślenia, głównie dlatego, że jej najlepsza przyjaciółka zdążyła się jej zwierzyć (OCZYWIŚCIE ZE WSZYSTKIMI PIKANTNYMI SZCZEGÓŁAMI!!) z małego tête-à-tête z Borginem w szkolnym kiblu (Lorraine trzeźwo zawyrokowała wówczas, że hogwarckie łazienki ewoluowały w najlepsze miejsce na randkę), gdzie, wedle relacji Lestrange’ówny, padło nie tylko wiele czułych słówek, ale i doszło do czegoś więcej… Szczęściarz, westchnęła dramatycznie Malfoy, kiedy Loretta wyjawiła, że całowała się z Anthonym… I obie zaczęły wówczas chichotać, bo przecież nie tak dawno same uczyły się na sobie całować, i po pierwszym nieśmiałym pocałunku, jaki wymieniły, szybko stały się ekspertkami w tej sztuce. Lorraine zastanawiała się, czy na ustach Borgina dalej dałoby się poczuć smak pomadki Loretty… Postanowiła się zabawić. – Czy działa? – powtórzyła z uśmiechem, i pozwoliła wybrzmieć tym słowom dłuższą chwilę, przedłużając sztuczną ciszę, która nagle zapadła w przedziale, tak, żeby Borgin mógł przypomnieć sobie każdy żart o głupocie blond czarodziejek, jaki znał… Och, Tony, sam się podłożyłeś, pomyślała. I przeszła do ataku. – Nie wiem. Spytaj Loretty. – MIC WAND DROP. Nie czekała na jego reakcję. Zaczęła wyciągać na stolik pergamin i przybory do pisania, w końcu miała pisać list do cioci. I kolejny, do znajomego jej ojczulka na Nokturnie, który lubił wlepiać oczy w tyłek dziewczyny, więc z pewnością uradowałby się, gdyby poprosiła o nocleg. I może do Atreusa, czy nie chciałby się spotkać… Chociaż nie chciała wyjść na desperatkę, więc ten ostatni list mogła wysłać potem. Z powrotem zwróciła spojrzenie na Antosia, który dalej nie mógł odnaleźć swoich fajek, oj, biedactwo... – Nie wiem – powtórzyła uparcie na pytanie o papierosy, czerpiąc coraz większą uciechę z obecności Anthony’ego w tym przedziale. – Chyba ostatnia paczka mi zamokła, kiedy wpadłam do jeziora. – Wesołość w jej głosie była ewidentna. – ...Kulka? – podniosła głowę, zaciekawiona... I uśmiechnęła się cwaniacko. No dobra, czyli handel wymienny. Odłożyła na bok pióro. W jednej chwili wyłowiła paczkę z papierosami (!!!) z bocznej kieszeni torebki, i włożyła jednego do ust. Jednym płynnym ruchem uwolniła różdżkę ze splotów swoich długich włosów, pozwalając, by te taflą rozlały się na jej ramiona; tak jakby kilka chwil wcześniej bezczelnie nie wykorzystała chłopaka do targania swojego bagażu właśnie dlatego, że nie chciało jej się psuć fryzury… Promienie letniego słońca wpadały przez okno pociągu, nadając jej włosom kolor płynnego złota. Odgarnęła je, niedbale kobietkowym gestem (two can play this game, Antoś), jakby zbywała jego uwagę o wiecznie nienagannej prezencji... I jednym dotknięciem różdżki podpaliła trzymanego w zębach papierosa. Wydmuchnęła dym, i uśmiechnęła się szelmowsko do Antka. Ręki z tlącym się papierosem nie wyciągnęła jednak w jego stronę. – Chodź i weź sobie. RE: [Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony - Anthony Ian Borgin - 23.11.2023 Przyjrzał się jej badawczo, mimowolnie przekręcając głowę tak, że kolejne kosmyki włosów spłynęły mu na czoło. Owszem, wrzucił ją do jeziora, tylko dlaczego właściwie to zrobił? Nie mógł przecież jej podrywać, bo była blondynką — nawet, jeśli ładną. Westchnął, wzruszył ramionami i nie spuszczając z niej wzroku, uśmiechnął się. - To było z sympatii, a jakbyś mnie utopiła, jestem przekonany, że tęskniłabyś za oglądaniem się za mną na korytarzu. Nie był to może najsensowniejszy argument, ale młodemu Borginowi wydał się właściwy. Przecież razem ze swoimi kolegami z bandy Borgina byli bananowymi dziećmi, każdy chciał być nimi i wszystkie dziewczęta się za nimi oglądały. A przynajmniej w takiej bańce mydlanej Antoś funkcjonował. Nawet na kacu byli fenomenalni. - Z nich większe ławice niż ze mnie. W gruncie rzeczy, to jestem bardzo przyzwoity. - przesunął palcem po szyi, zahczając skórę paznokciem i pozostawiając na niej ledwo widoczną rysę. Był taki przecież, nie kłamał — jedyne co, to lubił się całować. Poza tym jasnowłosa bystro zauważyła, że już samotność mu nie groziła. - Tak, jesteś moją iskierką szczęścia w podróży do domu. Jak Ci się odwdzięczę? Zapytał pół żartem, pół serio, bo mógł przecież coś małego dla niej zrobić. Naprawdę nie lubił wracać do domu, bo świadomość, kto na niego tam czekał i jakie przesłuchanie mu urządzi, wykręcała mu żołądek. Wiedział też, że nie mógł zawsze liczyć na obronę dziadka czy Stanleya, był dużym chłopcem. Gdyby wspomniała, że lubi Atreusa, pomógłby jej przecież, chociaż byłaby jedną z wielu. Jego przyjaciel był porażająco popularny i nie powstrzymywał się przed wykorzystywaniem swojej inteligencji, aparycji, a także pozycji w drużynie, aby bliżej poznać jakąś miłą uczennicę. Lou zresztą robił to samo. Nie powiązał jej rumieńca z Bulstrode, ale odwzajemniony uśmiech był miły i normalny. Tak, jakby przez te kilka sekund faktycznie byli tylko zwykłymi uczniakami ze szkoły magii ze zwykłych rodzin. Nie od Malfoyów, nie od Borginów. Niestety, taki luksus pojawiał się naprawdę rzadko. Niechętnie też przyznał, że była naprawdę ładna, jak na blondynkę. Nie mógłby się oczywiście zakochać, głównie w obawie przed swoim starszym bratem, który miał radar na złote lub srebrne włosy wbudowany w głowie i obawiałby się, nakrycia potencjalnej dziewczyny z wyżej wymienionym w schowku na miotły. - Jak tak na Ciebie patrzę, to naprawdę jesteś ładna. Powinnaś umówić się ze Staśkiem, owinęłabyś sobie go dookoła palca przez te Twoje jasne włosy i wielkie, niebieskie oczy. Anthony Borgin zawsze był dość bezpośredni, ale w jego głosie — chociaż tak pewnym siebie, na próżno było szukać złośliwości. Ot, zwykła rada od kolegi. - Moje trzecie oko jest ślepe, serio. - skrzywił się, machając ostentacyjnie dłonią. Nawet jakby się otworzyło, byłoby bezużyteczne. Taki z niego wróżbita, jak z Lorraine byłaby brunetka — absolutnie nie mógł sobie tego wyobrazić. Widział też, że ich relacja często obfitowała we wszelkiego rodzaju iskry, nie mógłby się ot tak obrazić lub tupnąć nóżką, bo zła Panna Malfoy coś mu powiedziała nie po jego myśli. - Tylko tyle, że jest nieprzewidywalne i niesprawiedliwe i złośliwe. A Ty? Wiesz coś o przeznaczeniu? Podniósł wzrok do góry, napotykając te wspomniane wcześniej, duże i jasne oczy, które otaczał wachlarz rzęs. Uśmiechnął się na ten widok znów, dość figlarnie i uroczo, pozwalając sobie puścić jej oczko. Owszem, może trochę ją podrywał, ale ona też nie wyglądała, jakby specjalnie jej to przeszkadzało. Umieszczenie walizki na górze nie było problemem, nawet nie pomyślał o róźdze — zwyczajnie zapomniał, wciąż targany przez wczorajszą ognistą. Czy lubił się popisywać? Trochę tak, był w końcu dobrze zbudowany i miał wysportowaną sylwetkę, bo lubił biegać. Bez koszulki z przodu wyglądał jeszcze lepiej, gdy zarysy mięśni przecinały brzuch, chociaż blizny na plecach nieco mu odejmowały. Mogła się patrzeć, nie zwracał na to uwagi, a nawet jeśli by zwrócił, wychodził z założenia, że od tego przecież wszyscy mieli oczy, żeby się przyglądać. Wściekłby się, gdyby wiedział, że ona wiedziała. Miał nadzieję, że Loretta nikomu nie powie i że nie dotrze to w żaden sposób do Louvaina, bo życie było mu miłe. A tak serio, ten egocentryczny idiota zapatrzony we własną bliźniaczkę, był po prostu jego najlepszym przyjacielem. Nadal trochę nie rozumiał, co się w ten łazience działo i dlaczego właściwie Lestrangeówna go tak prowokowała. Całowanie się było przyjemne, więc nie mógł narzekać. Młoda czarownica była śliczna i drobna, jego palce wciąż pamiętały subtelne przeciągnięcie po jej talii czy udach, na które mu zresztą pozwoliła. Tak, to było jedno z lepszych wspomnień z minionego roku szkolnego, nawet jeśli konsekwencje mogły być paskudne. Zresztą, ojciec, wertując jego głowę — jak zwykle zresztą — nie omieszka pewnie tego skomentować. Był jednak pewien, że ze względu na pochodzenie, uzna Lorette za dobrą partię i aż tak się nie wkurwi. Chrząknął wymownie, zaskoczony jej miną, jak i słowami. Trybiki w jego głowie zaklekotały, a on ukradkiem zacisnął pięści, starając się jednak robić dobrą minę do złej gry i wybrać najlepszy na ten przypadek sposób — spróbować zmienić temat, chociaż spojrzenie siedzącej naprzeciw blondynki jasno dawało do zrozumienia, że mu tak łatwo nie odpuści. - Pytam się Ciebie, a nie Loretty. Widzisz ją tu gdzieś? Uśmiechnął się słodko, w sposób jawnie podpatrzony od niej. Nie odzywał się więcej, przyglądając się temu, co robiła. Czasem przenosił spojrzenie za okno, pozwalając sobie na jedno lub dwa westchnienia, gdy tak dobrze znany mu krajobraz, zniknął gdzieś z tyłu. Podobnie, jak majaczący w tle ciemny punkt, który był zamkiem. Papieros był odpowiedzią na wszystko, grzebał za nimi i szukał, jakby od tego zależało jego życie. - Będziesz mi do końca życia wypominała to, że wrzuciłem Cię do tego jeziora? Miałem pewnie dobry powód. - westchnął i bezradnie rozłożył ręce. Może chciał podejrzeć, jaki miała kolor stanika? Albo się z kimś założył? A może Stanley go skłonił? Najpewniej jednak po prostu był to impuls, nagła potrzeba, którą musiał zrealizować po tym, jak go czymś zirytowała lub rozśmieszyła. Przez szumiący wciąż w uszach alkohol, naprawdę nie mógł sobie przypomnieć. Opadł na siedzenie, sięgnął kulki i wrzucił jedną do ust po tym, jak ją poczęstował. - Mówił Ci ktoś, że jesteś trochę złośliwa, a tak ładnej dziewczynie, to nie przystoi? Nie powinnaś być rozkoszna i chodzić na różowo z tymi swoimi kolorami? No wiesz, taka dziewczęcą typowo czy coś. Lorraine była tylko trochę dziewczęca w jego oczach, bo dało się z nią porozmawiać, jak z kolegą. Nigdy też nie widział, aby wykorzystywała swoje atuty do podrywania biednych i niewinnych mężczyzn, jak robiła to większość uczennic ze szkoły. Oblizał wargi z resztek czekolady i prychnął, kręcąc głową, gdy wyjęła papierosy. - O proszę, jednak nie zmokły? Rzucił rozkosznie, obserwując z drobnym oczarowaniem i bezdechem, jak pasma włosów uwolnione z uścisku nietypowej spinki, rozsypują się jej po ramionach. Zawsze lubił długie włosy, najlepiej takie wywinięte w loki i czarne. Dlaczego one wszystkie się na niego uwzięły i tak go prowokowały? Zdawały sobie sprawę, że miał naprawdę granice i w pewnym momencie mógłby przestać być gentlemanem, którym być się przecież starał? Westchnął i pokręcił głową. Nic dziwnego, że te dwie się przyjaźnią. Zlustrował ją wzrokiem powolnie, przesuwając od nóg i talii, poprzez okolice piersi i szyi, aż do twarzy, a gdy napotkał jej spojrzenie, wstał. Ukłonił się teatralnie, a potem zmniejszył dzieląca ich odległość i oparł się dłonią o siedzisko, układając ją przy jej głowie. Ładnie pachniała. Kolejna, która miała chyba w swoich perfumach coś z be.. Bergmotki? Bergamotki? Cokolwiek to było. Bezwstydnie spojrzał jej w oczy, a wolną dłonią złapał złoty kosmyk, nawijając go na palec. - Obydwoje wiemy, że nawet jak będę chciał sobie go wziąć ot tak, to mi go nie oddasz. Co chcesz w zamian? - zapytał ciszej, niż planował, odrobinę kokieteryjnie i niższym głosem, bo skoro ona mogła go tak bezczelnie prowokować, to czemu on trochę nie mógł jej? Byli przecież chyba kumplami, mogli wiele sobie wybaczyć. RE: [Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony - Lorraine Malfoy - 15.12.2023 Lorraine tylko przewróciła oczami, kiedy Antoni wspomniał o oglądaniu się za nim na korytarzu; tak, jakby nie miała nic lepszego do roboty, tylko dniami i nocami wypatrywała jego kędzierzawej czupryny i ujmujących uśmieszków, jak pierwsza lepsza z licznych groupies bandy Borgina, gotowa mdleć, kiedy Anthony przeczesał rączką spływające mu na czoła loki… Musiała przestać przewracać oczami, bo zaraz dostanie oczopląsu. Ale to nie było takie łatwe, kiedy tak korciło ją, żeby mu pojechać. Ładny z ciebie chłopczyk, skwitowała w myślach, odwzajemniając bez cienia skrępowania jego zawadiackie spojrzenie, ale jesteś za mało zepsuty, żeby umieć tę urodę wykorzystać, a jednocześnie zbyt rozpuszczony, by brać cię poważnie. Uśmiechała się jednak, kiedy raczył ją swoimi żarcikami, bo szczerze przepadała za podszytymi słodką ironią dyskusjami o wszystkim i o niczym. Po cóż miałaby dzielić się z nim szczegółami przeprowadzanej przezeń psychoanalizy? Taką już miała naturę, że każdą interakcję międzyludzką rozkładała na czynniki pierwsze, i nie wahała się wydawać w głowie szybkich, ostrych sądów na temat innych, choć przecież nie całkowicie bezpodstawnych, bo popartych ogólnym wrażeniem, przypadkowymi obserwacjami ich zachowania, i losowymi strzępkami informacji, którymi dzielili się w czasie bezpośrednich rozmów… Lorraine była już w tym wieku, że zdawała sobie sprawę ze złożoności człowieczej natury, ale była też do bólu pragmatyczna, i kierowała się przy tym przekonaniem, że większość ludzi jest mimo wszystko, raczej prosta. …Nastoletni chłopcy na kacu również zaliczali się do tej kategorii. – Dlaczegóż miałabym owijać sobie Stanisława wokół palca? – zapytała bez ogródek, kiedy Antoni ni z tego, ni z owego, zaczął ją swatać ze swoim kuzynem. Nie skomentowała jego komplementów na temat swojego wyglądu z tej prostej przyczyny, że te jak komplementy nie brzmiały – bardziej przypominały chłodną analizę zaplecza wojskowego jakiegoś totalitarnego państwa. Co lepiej sprawdziłoby się przy podboju? Jasne włosy i niebieskie oczy? A może granaty i czołgi? O dziwo, Lorraine nie wydawała się wcale urażona kalkulacjami Borgina. Dlaczego miałaby się gniewać? Zdążyła już się przyzwyczaić do tego, że mężczyźni od zawsze patrzyli na nią wyłącznie przez pryzmat posiadanej urody: tym im była starsza, tym bardziej to zauważała… Ale i tym częściej to wykorzystywała, a przynajmniej próbowała, bo czasami mimo wszystko czuła się szalenie nieśmiała... ...Czemu kompletnie przeczyła zawartość pergaminu, na który właśnie przelewała podszyte flirtem słówka i słóweczka, zastanawiając się, jak wiele erotyzmu wpleść w list do Otto. Czy porównanie jego fizjognomii do lica Che Guevary uzna za wystarczający komplement – w końcu lubił cygara tylko z Kuby – czy może powinna użyć jakiegoś typa podejrzewanego o wampiryzm, jak np. car Mikołaj? A może Charlie Chaplin by się nadał?? Podobno też lubił młodsze… Nagle zdała sobie sprawę, że jej niemoralne propozycje przez przypadek znalazły się na fragmencie pergaminu, na którym zdążyła już zapisać z tyłu adres cioteczki, po prostu świetnie. Gorzej byłoby tylko, gdyby spryskała list do krewnej perfumami ukradzionymi z jej toaletki… Westchnęła, poirytowana, i wyciągnęła nowy kawałek papieru, stwierdzając, że równie dobrze może zacząć pisanie od nowa. – Widzisz, ja wiem niemalże wszystko o przeznaczeniu. Pięć moich książek z wróżbiarstwa w tym roku miało to słowo w tytule! Wniosek był taki, że jeżeli nie urodziłeś się pod właściwą gwiazdą, na podstawie samego profilu astrologicznego można cię od razu skierować na oddział zamknięty świętego Munga. Albo do Azkabanu… – Rozparła się wygodnie na siedzeniu, kiedy ciągnęła nagle podjęty wywód. Rozmowa z Anthonym była miłym przerywnikiem do pisania listu. – Potem, podczas poradnictwa zawodowego usłyszałam z kolei, że każdy z nas sam decyduje o swoim losie, i przeznaczenie jest w moich rękach. Więc… Z jednej strony chcę wierzyć, że sama kształtuję własną przyszłość, a z drugiej – jest tyle rzeczy, na które nie mam wpływu. Chcąc nie chcąc, bywamy po prostu wypadkową działań otaczających nas ludzi. – Wzruszyła ramionami, a kąciki ust drgnęły jej – trochę jak do uśmiechu, trochę jak do płaczu. – Może przez to, że weszłam do tego przedziału, zaburzyłam jakiś odgórnie ustalony bieg wydarzeń i... ten pociąg się wykolei. Kto wie. Spojrzała badawczo na Anthony’ego, zanim odpowiedziała na jego pytanie o Lorettę. – Nie widzę. – Widzę panikę w twoich oczach, i to mi wystarczy, pomyślała. – Ale to okoliczność sprzyjająca. Przecież przy niej wstydziłbyś się mówić o sprawach uczuciowych, a ja nie byłabym aż tak okrutna, by cię o nie pytać w obecności Lore. Więc? Boisz się, że toaleta w pociągu jest mniej romantyczna od łazienki Marty? – zakpiła. Choć w tej kpinie tkwiło jakieś ziarno prawdy, bo przecież nie mogła porównać zalanej łazienki, gdzie flirtowała z Atreusem, do tego pociągowego, smutnego sracza, w którym jeszcze przed chwilą wypłakiwała oczy. Skoro tak wspaniałomyślnie zaczął ją swatać ze Stanisławem, czuła się jednak w obowiązku odwzajemnić sentyment. – Może idź ją znaleźć. Zanim wszyscy zginiemy w tej katastrofie kolejowej? – pociągnęła dalej żart. Może sama powinna posłuchać swojej rady, i zamiast ciotki skreślić te kilka zdań do Atreusa już teraz? Ale Anthony zdecydował się nagle zostać ekspertem od analizy kolorów, sugerując, że jej szmaragdowozielona letnia sukienka powinna być różowa, a najlepiej, jakby sama Lorraine jeszcze srała tęczą, bo to takie typowo dziewczęce podobno. Uśmiech Malfoy pozostał jednak w dalszym ciągu ucieleśnieniem uprzejmości. – A tobie mówił ktoś, że jak tak zaczynasz ruszać ustami, to wszyscy nagle mają ochotę przyłożyć ci w twarz? – zauważyła grzecznie. A powinieneś być przecież taki układny i dobrze wychowany, siedzieć cicho, i słuchać rodziców – jak na takiego arystokratycznego kawalera przystało! – zamiast po nocach oddawać się pijackiej rozpuście, a za dnia nagabywać damy. Ale nie powiedziała tego na głos. Może powinna, bo nagle Anthony zaanektował jej przestrzeń osobistą, przypuszczając atak na jeden ze złotych kosmyków okalających jej twarz. Kiedy tak patrzyła z bliska na jego przystojną twarz, zaczynała rozumieć, co musiały czuć te wszystkie dzierlatki, z którymi tak bezwstydnie flirtował; rozumiała ten błysk w oczach Loretty, kiedy ta opowiadała w tajemnicy o skradzionym mu pocałunku; rozumiała, dlaczego tak wiele koleżanek wzdychało nad skrętem jego wilgotnych loczków i rysem klaty prześwitującej spod mokrej koszulki, zamiast pomóc Lorraine wydostać się z jeziora. Może gdyby nie spędziła tego dnia, oscylując między wściekłością a rozpaczą, nawet spodobałaby się jej ta nachalna bliskość… Może. Może gdyby chłopakiem obok niej nie był Anthony Borgin. Może gdyby ona nie była Lorraine Malfoy. Niezbadane są jednak wyroki przeznaczenia. – Po pierwsze – wyszeptała, dopasowując ton głosu tak, by najbardziej przypominał ten, jakiego właśnie użył: cichy, przesycony flirtem, miękki... Jej oczy były jednak zimne i uważne. – Zostaw moje włosy, Borgin. – Odsunęła się nieznacznie od chłopaka, oczywiście tylko na tyle, na ile pozwalała jej pozycja w kącie przedziału. Nie uciekła jednak przed wzrokiem Tony’ego. – Po drugie, zależy, co masz do zaoferowania. – Szelmowski uśmieszek wykwitł nagle na jej ustach. Jeszcze przed chwilą pytał, jak może się odwdzięczyć za to, że uratowała go od samotności w drodze do domu… Tak po prawdzie, Lorraine nie paliła, i nie lubiła palić – stroniła od wszelkich używek, bo ogarniał ją paniczny strach, że odezwą się w niej geny skłonności do uzależnień, jakie przejawiał jej ojciec – więc normalnie oddałaby mu całą paczkę za standardową cenę, wcale nie zatęskniwszy za smrodem nikotyny. – Wiesz, jaka jest moja ulubiona waluta? Sekrety. – Kto może w końcu wiedzieć, co za skarby kryją się w torbie tego niuchacza? Chyba, że masz coś cenniejszego, jestem otwarta na negocjacje, chciała przez chwilę dodać, ale zdecydowała się tajemniczo milczeć. Ktoś jej przecież niedawno doradził, że nie należy odsłaniać wszystkich kart. RE: [Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony - Anthony Ian Borgin - 06.01.2024 Miał wysokie mniemanie o sobie, bo wszyscy go utwierdzali w tym przekonaniu, ale jeszcze wyższe było na temat jego przyjaciół. Gdy szli całą bandą korytarzem, to nie było tak silnego lumos, które lśniłoby bardziej od nich. Dzieci elity, rzekoma i wątpliwa przyszłość czarodziejskiego świata. Śmiał się z tego wewnętrznie, zachowując jednak kamienną twarz i nie dyskutując z tym, jak postrzegali ich inni. Czuł się jak Król Świata, ale w zupełnie innym sposób, niż posądzałaby go o to słodka Lorraine, będąca odzwierciedleniem gustu Stanisława. Jego świat był przecież zupełnie inny niż ten, który mu oferowano. Nie widział potrzeby też w byciu zepsutym bez potrzeby, wymagało to zbyt wiele wysiłku, który mógł przeznaczyć na coś innego — ćwiczenie kaligrafii na przykład, co było jego małym hobby i ukrytym talentem. Nie mogła jednak o tym wiedzieć, nie znała go na tyle. Dla świata był zupełnie innym obrazem niż ten, który malował się w jego wnętrzu — podszywany strachem, agresją i nienawiścią. Mimo wszystko kochał życie, dobrą zabawę, ognistą i ładne dziewczyny, jak każdy nastolatek. Czy był zabawny? Pewnie nie, ale nikt mu zwykle nie przerywał, to też robienie z siebie klauna weszło mu w nawyk. Przesunął spojrzeniem po dziewczynie, jej drobnej twarzy o dużych oczach i pełnych ustach, przypominała trochę dziewczynę do portretów. Loretta na pewno lubiła ją rysować. Antek nie był skomplikowany, to prawda i to nawet bez kaca, był raczej człowiekiem prostym. I na pewno nie wyobrażałby sobie analizować tak wszystkiego, jak ona, bo gdzie tu zabawa i iskra adrenaliny? Pogoń za niespodzianką! A przecież przez te błyszczące oczy, Lorraine wydawała się równie impulsywna, jak on. Widocznie nie znał się na ludziach wcale, może nawet nie chciał poznać. - Nie no, nie rób tego. Mówię tylko, że byś mogła. Dałby Ci dziesięć na dziesięć, nie ma w tym nic złego. Pewnie połowa chłopców za Tobą wzdycha, Atre i Lou też mogli się oglądać. Powinnaś być bardziej dumna.- wyjaśnił ze wzruszeniem ramion, ściągając mimo wszystko na chwilę brwi. Wcale nie chciał, aby jakakolwiek panna owinęła sobie jego ukochanego brata dookoła małego paluszka, a on, zamiast pałętać się z nimi i robić rzeczy niedobre, musiałby skakać przy niej. Już dawno wiedział, że nie musi się przy niej akurat krępować i mógł być dość swobodny. Czasem zadziornie z nią flirtował, ale to z przyzwyczajenia i chęci sprawdzenia, jak szybko ją zirytuje. Gdyby jednak miała czarne włosy i niebieskie oczy, sprawa mogłaby wyglądać całkiem inaczej i wtedy to nie Stasiek byłby zagrożony. - List nie wyszedł? - zapytał z nutą rozbawienia, jednak w treść wypisaną drobnym pismem wcale nie spoglądał, szanując cudzą prywatność. Nie zawsze mu się udawało, ale widział, że on dostałby kurwicy boskiej, gdyby ktoś jego listy podglądał. Może dlatego nie lubił ich pisać, bo jego przyjaciele znaczenia słowa "prywatność" i pojęcia "przestrzeń osobista" nie znali. A Lestrange by go zajebał, gdyby przykładowo dowiedział się, że czasem widywał się z jego siostrą bez jego obecności. - Ah tak? Wszystko? - mruknął wciąż z rozbawieniem, ale i z zaciekawionym błyskiem w oczach, rozsiadając się wygodnie ze skrzyżowanymi dłońmi na torsie, przyglądając się jej cały czas. Nie uciekał wzrokiem od jej twarzy, miała miłą buzię, z pewnością stanowiła najlepszy punkt zaczepienia w zajmowanym przez nich wagonie. Fenomenu i popularności wróżbiarstwa wśród kobiet nie rozumiał jednak zupełnie, gówno też wiedział o przeznaczeniu — no, może tyle, że podobno nie da się go uniknąć, ale wydawało mu się to głupim kłamstwem, które miało w jakiś sposób zachęcać do przyzwoitego życia. - Wykolejenie się Hogwart Express jest równie prawdopodobne, jak to, że za dziesięć lat będziesz brała ze mną ślub Lorr. Czasem te brednie brzmią jakoś.. Nie wiem, człowiek byłby skłonny w to uwierzyć, ale mam wrażenie, że jak już tak się stanie, to będziesz w pułapce i paranoi, którą samemu sobie zgotujesz. Co ja tam kurwa wiem o przeznaczeniu. Nie powinnaś o tym myśleć, ciesz się chwilą, latem, romansem czy czym tam chcesz. Kolejne wzruszenie ramion świadczyło o tym, że Borgin zakończył swoją wypowiedź. Może nie była zbyt elokwentna i sensowna, ale tak właśnie czuł. Przeznaczenie, bycie panem swojego losu, filozoficzne pierdolenie. On nie myślał wcale o tym, co go czeka i jaką role odegra, największym problemem był fakt, jak za kilka dni wymknąć się bez wiedzy starego do Londynu z chłopakami. Nic dalej, nic głębiej. - Dlaczego miałbym się wstydzić? - zapytał nieco zaskoczony, przekręcając głowę na bok, a potem sięgnął po turlającą się gdzieś na siedzeniu butelkę z wodą, z której zrobił kilka łyków. Kac go wciąż męczył, tworząc w jego ustach coś na wzór pustyni, na którą ciągle przygrzewało upierdliwie słońce. - Dobrze mi z Tobą, a ona pewnie jest zajęta.- machnął dłonią, którą następnie przetarł usta z kropelek. Nie mógłby tak ryzykować, a kibel w pociągu nawet nie przeszedł mu przez głowę. - Nie pierdol o katastrofie, nic takiego się nie zdarzy, a jak zdarzy, to spróbuję Cię uratować, jak poprawi Ci to humor. W końcu w ostatecznym rozrachunku będziesz żyła dłużej niż ja. Mówił pół żartem, pół serio, przenosząc na kilka dłuższych sekund wzrok na okno, za którym przemykający prędko krajobraz zlewał się w rozmazaną całość. Za szybko minął ten rok. Na jej komentarz parsknął śmiechem, co zakończyło wywód o kolorach i tęczach. Szczerym i głośnym, takim, od którego na kilka chwil musiał złapać się za brzuch, gdy zsunął się niżej na pociągowym siedzisku. - Oh Lorr, żebyś wiedziała, jak często. A jednak boją się przyłożyć w większości. - wydusił w końcu, wciąż się uśmiechając, na tyle szeroko, że w policzkach zrobiły mu się dołeczki. Spojrzał na nią ponownie. - To ładna sukienka, nie martw się. - dodał na wszelki wypadek, wyciągając dłoń i łapiąc na kilka sekund skrawek materiału w palce, przyjrzał mu się badawczo. Pasuje do Slytherina, a on sam zielony kolor bardzo lubił. Potem przyszła kolej na włosy, których odcień wcale nie był tak fascynujący, ale mienił się niczym złote galeony w słońcu, które wpadało przez szybę. Nie wyglądał na zawstydzonego, przynajmniej dopóki on miał kontrolę. Lubił mieć możliwość decydowania, samemu przesuwać granicę. Lorraine pachniała zupełnie inaczej niż Loretta, co było pierwszym, co zauważył. - Ale są miłe i miękkie w dotyku. Milsze, niż chłodne złote kielichy i kosztowności. - zauważył tonem niezadowolonego chłopca, któremu chcieli zabrać cukierka, świdrując ją wzrokiem. Lubił się z nią droczyć, nawet jeśli niczego miało mu to nie dać. Ot, przyjemność płynąca z krótkiej chwili, którą przecież zapamięta. Lubił takie momenty, gdy twarz drugiego człowieka, ton jego głosu i sposób, w jaki na niego spoglądał, wyrażały tak wiele. Emocje go napędzały, poczuł ciepło adrenaliny. Mogła go kopnąć, mogła dać mu w mordę, mogła zrobić, co chciała, a on i tak nie miałby z tym problemu. W pewien sposób pomogła mu się nasycić, kac jakby zelżał. I za to był jej poniekąd wdzięczny. - Najchętniej to bym Cię pocałował, ale pewnie to Cię nie urządza, bo nie jestem chłopakiem, który Ci się podoba. Rani mnie to dogłębnie. - złapał się za serce, robiąc smutną minę, a potem obróci się i opadł koło niej na siedzenie, patrząc w tkwiące nad siedzeniem naprzeciw lustro, gdzie widział ich odbicie. Ona lubiła interesy, wiedział o tym — chociaż bardziej spodziewał się tego, że będzie chciała galeony. Sekrety go nieco zaskoczyły. - Nie jestem pewien, czy znam dużo sekretów Lorr, ale może jakoś uda nam się dobić targu. Możesz też mieć u mnie przysługę, do wykorzystania potem. Mogę Cię umówić ze Staszkiem, Lou albo Atre? Nie wiem, przytulić? Mógłbym też się zdrzemnąć na Twoich kolanach, ale to byłaby forma nagrody dla mnie i raczej po papierosku, bo mi świder w głowie wariuje. Zrobię, prawie wszystko, co chcesz. Uśmiechnął się i odwrócił twarz w jej stronę. Dodał prawie, gdyby wpadło jej do głowy coś głupiego z Lorettą, co mogłoby go skłócić z Louvainem. Zsunął buty i wyprostował nogi, układając je na siedzeniu naprzeciw. Pozwolił sobie głębiej odetchnąć, przymknąć n chwilę oczy. - No i zostawiłem Twoje włosy, jak chciałaś. Wielka strata. RE: [Czerwiec 1964] Świeciło słońce, a z nieba padał deszcz | Lorraine & Anthony - Lorraine Malfoy - 28.02.2024 Na twarzy Lorraine musiała się odmalować szczera konsternacja, kiedy wreszcie dotarł do niej sens słów Anthony'ego: normalnie, niespecjalnie zajmowało ją, kto, z kim, i w jakiej konfiguracji robi co w męskim dormitorium - zależało jej tylko na tym, by to u niej chłopcy zaopatrywali się w alkohol i inne substancje wyskokowe, bo ponad soczyste ploteczki o upodobaniach zdezelowanych moralnie, obrzydliwie bogatych chłopaczków bardziej ceniła renomę marki hogwarckiej przemytniczki - a tutaj nagle Tosiek wciągał ją w jakieś gangbangi gangu Borgina?! Nie rozumiała bowiem, w jakim celu chciał ją najpierw ustawiać ze Stanleyem (uroczym i szczerym chłopakiem, skądinąd, innym od tych wszystkich bananowych bachorów - jego jedynego chyba nigdy nie oszukała na kasę - niewielu było w szkole kawalerów z bardziej ujmującym uśmiechem, a to że czasem przychodził załatwić kontrabandę w towarzystwie zbuntowanego Sauriela, do którego to chyba wzdychała połowa żeńskiej populacji Hogwartu, również było zaletą), teraz zaś znów parował ją z Louvainem (czasem czuła się trochę obco w towarzystwie chłopaka, na którego była jednak skazana pozostając w bliskiej relacji koleżeńskiej z jego bliźniaczką; a wszystko to dlatego, że jej skrzywiony legilimencją, patologiczny umysł cały czas szukał dziury w całym, dręczony ciekawością, czy wnętrze głów jego i Loretty jest równie podobne, co ich twarze), tylko po to, by rzucić ją WRESZCIE w ramiona Atreusa (w brzuszku robiło jej się ciepło na samo wspomnienie tego, jak zakręcił nią na korytarzu, i chyb nawet teraz zarumieniła się, przypominając sobie, jakąś figlarną i pełną słodkich niedopowiedzeń rozmowę, i to, że na odchodnym powiedziała mu wczoraj, tak prowokacyjnie, igrasz sobie ze mną, panie Bulstrode?, i uciekła, bo serce nieomal wyskoczyło jej z piersi, kiedy ich twarze były tak blisko siebie). To w końcu próbował ją zeswatać z kolegami, czy on tutaj naprawdę chciał od niej czegoś więcej niż tylko paczki papierosów...? --Zaraz, co? Jakie znowu "dziesięć na dziesięć"? Koledzy przestali mu wystarczać? On przestał wystarczać kolegom?? Uniosła leciutko brwi, próbując zrozumieć cokolwiek z tej krótkiej mowy motywacyjnej. - Bardziej... Dumna...? Jak ty? - spytała, ostrożnie ważąc każde wypowiadane słowo. Nie do końca rozumiała bowiem, co Anthony miał na myśli, prawiąc jej wszystkie te komplementy. Lorraine nawykła była do wszelkich przejawów chłopięcej bezpośredniości, od zadziornych zaczepek po zabawowe przepychanki słowne - a tak jakoś się utarło, że najczęściej wdawała się w takowe właśnie z Borginem, który nigdy nie potrafił przepuścić okazji, by przetestować jej cierpliwość - istniały jednak pewne granice dobrego smaku, których nigdy nie przekraczała: kiedy żarty stawały się zbyt sprośne, a docinki - bezczelnie niskie, unosiła dumnie podbródek, i przybierała obojętny wyraz twarzy, czekając, aż chłopcy przestaną pajacować, czasem tylko poddając się pokusie rzucenia w ich stronę jakiejś riposty. To była bardzo harmonijna symbioza, taka, w której każdy odgrywał jakąś rolę, choć wszyscy mogli czuć się równi... Przynajmniej w teorii. Pokręciła tylko głową, i, odganiając uparte myśli o byciu niewystarczającą, zapieczętowała list do Degenhardta, niepomna na zapadłe milczenie. Dopiero kiedy jej towarzysz podróży zagadnął o sekrety korespondencji, spojrzała mu uważnie w oczy. - Dlaczego mi to wszystko mówisz, Anthony? - zapytała, bo choć zignorowała jego niezobowiązujący small talk, teraz odezwała się z jakąś wyjątkową delikatnością w głosie, jakby już długo zastanawiała się nad tym pytaniem, i tylko czekała na pretekst, by je wreszcie zadać. Bo Lorraine nagle przeraziła się - czyżby ten kac naprawdę otworzył mu trzecie oko? - że oto Anthony Borgin przejrzał ją: dziewczynę, której w życiu pozostała już tylko duma. Tak samo jak Borgin skrywał pod wizerunkiem złotego chłopca romantyczną porywczość, głód doznań i pustkę w serduszku, zaś pod konterfektem bożyszcza Slytherinu być może jakąś skrycie tajoną wrażliwość, o której to, dziewczyna nie miała, niestety, żadnego pojęcia (choć kiedyś pochwaliła, jak to ładnie wyglądają antosiowe notatki z jego schludnym charakterem pisma!) - tak samo Malfoy, pod nieskazitelną fasadą nazwiska przywodzącego na myśl korupcję, nepotyzm i stosy galeonów, skrywała głęboko ukorzenione traumy i wstyd, dużo wstydu. Może byli bardziej podobni, niż oboje chcieliby przyznać. Pułapce i paranoi, którą sama sobie zgotujesz... Lorraine przymknęła oczy, ale na jej twarzy wykwitł blady uśmiech. Gdyby tylko wiedział, w jak cholernie czułe miejsce trafił. Oparła dłonie o podbródek, zasłuchana, pozwalając sobie od czasu do czasu na aprobujący chichot. - Za dziesięć lat? Za dziesięć lat możemy co najwyżej mieć wspólną stypę, a nie ślub, biorąc pod uwagę, jacy jesteśmy dzisiaj zmarnowani. Ty zejdziesz na marskość wątroby, ja-- - pokręciła głową. - Nie wiem, jak przeżyję te wakacje. Martwię się o wyniki SUMów. I... - zawahała się momentalnie, ale ciągnęła dalej - ...Nie wiem - ale za szybko minął mi ten rok. Przez chwilę też odwróciła twarz, by zerknąć na krajobraz za oknem, ale nie patrzyła na mijane pola i lasy: patrzyła na odbijającą się w szybie twarz Anthony'ego, na ostatnią, zabłąkaną obok górnej wargi kropelkę wody, która umknęła mu, kiedy wycierał usta dłonią, na jego przyjemnie regularne rysy, i jakąś taką zadumę, która zagościła na chwilę w jego ekspresji. Borgin był podobny do klasycznych rzeźb mitologicznych herosów, które zdobiły ogród jej zamożnej ciotki, Josephine: to właśnie tymi swoimi kręconymi kędziorami i wyrazem buńczucznej satysfakcji czającym się gdzieś w kącikach ust musiał kusić dziewczyny takie jak jej przyjaciółka. Jego twarz była twarzą antycznego bohatera, i mogłaby zainspirować tysiące poematów, tysiące dzieł sztuki... Ale Lorraine nie potrafiła tworzyć - a smutek, jaki nosiła w swoim dziewczęcym sercu, był starszy niż marmur, z jakiego wyryto idealną twarz Borgina. - A tak po prawdzie, Tony, to co powiedziałeś... było całkiem głębokie - Nie było zdziwienia w jej głosie, a choć iskierki ironii przebijały się mimo wszystko przez te słowa, całość wypadła raczej dobrodusznie. - Prawie uwierzyłam, że możemy ze sobą normalnie rozmawiać. Co pozwoliło ci na tak głęboką introspekcję, Anthony? To, jak powiedziałam, że najchętniej utopiłabym cię w łyżeczce od herbaty, czy groziłam twojej ślicznej buźce? Milczeniem przyjęła to, co miał do powiedzenia na temat Loretty. Nie oszukiwała się: wiedziała, że Anthony preferowałby w tej chwili towarzystwo panny Lestrange, a to że zapewnił ją, że to jej obecność jest mu miła świadczyło tylko o tym, że młody Borgin - choć bardzo próbował zamaskować to przekleństwami i dekadenckimi obyczajami - był urodzonym dżentelmenem. Bynajmniej nie miałaby do niego pretensji, gdyby opuścił ją w tej chwili, i poszukał Loretty, sama przecież go ku temu zachęcała, póki co, wcale nie myśląc o wydaniu ich sekretu Louvainowi. No dobra, może przeszło jej to przez myśl, kiedy była na Antosia naprawdę zła, ale przecież mimo wszystko lubiła i jego, i Lorettę, i kibicowałaby im szczerze, gdyby okazało się, że między nimi jest coś więcej. Gdzieś tam głęboko w duszy, Lorraine była przecież niepoprawną romantyczką... ... Pewnie właśnie dlatego w jej serduszku nie było już miejsca na chłopaka innego niż Atreus. Rzeczywiście, pocałunki Anthony'ego wcale by jej nie urządzały, choć Loretta zapewniała ją przecież gorąco, że nie zna nikogo, kto całowałyby lepiej niż on. W oczach Borgina nie widziała bowiem tych złośliwych iskierek przekory, które tak lubiła; nie czuła przy nim pokusy zrobienia czegoś absolutnie szalonego, tej dzikiej chęci zagrania światu na nosie, i wreszcie, absurdalnej pewności siebie, powodującej, że czuła się tak, jakby wszystko w życiu było na wyciągnięcie ręki, na jedno jej skinienie palcem zaledwie... - To nie tak, że cię nie lubię, panie Borgin - W reakcji na pantomimę chłopaka, Lorraine tylko lekko zmarszczyła brwi. Starała się nie pokazać po sobie za wiele, bo kiedy on kpił sobie z tego, że najchętniej to by ją pocałował, ona mogła myśleć tylko o tym, że znowu to zrobiła; i chociaż Tony śmiał się dobrodusznie, Malfoy widziała w nim tylko kolejną ofiarę swojej rozbuchnej mocy wiły, i aż jej stresowo drgnął policzek, bo kiedy chłopak ujął między palce jej włosy, pozwalając, by te rozlały się w powietrzu. Mignięcie złotego blondu w przedziałowym lustrze sprawiło, że wyobraziła sobie, jak widmo jej prawdziwej matki mruga do niej z kart podręcznika do opieki nad magicznymi stworzeniami. Przymknęła na chwilę oczy. Dlatego właśnie nie wysłała listu do Atreusa. Chciała być dla chłopaka czymś więcej aniżeli tą potworną, wilową wywłoką. Chciała, żeby ludzie dostrzegali to, co jest w środku, a nie twarz upiornej panny wodzącej na pokuszenie. Chciała... Jak zawsze, zbyt wiele. Weź się w garść, Lorraine Malfoy. Z powrotem skupiła wzrok na Anthonym. - Niech będzie - rzuciła łaskawie, gotowa na powrót grać rolę hogwarckiej baronessy, tak jak i on był gotów grać rolę ślizgońskiego amanta. - Pewnego dnia, poproszę cię o przysługę. Ale do tego czasu traktuj to jako prezent z okazji... - przekrzywiła nieco głowę, teatralnie markując zamyślenie, ale nie przerwała ani na chwilę intensywnego kontaktu wzrokowego. - ...Tego, że nie zginęliśmy w tym pociągu. - Tajemniczy uśmiech zaigrał wreszcie na jej wargach, i chociaż chwilę wcześniej była nieco bledsza, teraz przestała bawić się rodowym pierścionkiem Malfoyów, a jej palce, dotąd trzepoczące stresowo blisko szyi, kręcące kółeczka na kościach obojczyka i dekoltu, uspokoiły się wreszcie. Siedziała ramię w ramię z Anthonym, choć patrzyła na niego trochę z góry, dalej siedząc z elegancko, noga założona na nogę, kiedy on zsuwał się rozkosznie z fotela, rozciągnięty wygodnie na cały przedział. - Grzeczny chłopiec - pochwaliła półwila, zaraz po tym, jak wręczyła mu w rozejmczym geście pudełko z fajkami, poklepawszy go delikatnie po głowie. A potem zabrała rękę, i odsunęła się od Anthony'ego, zasłaniając pergamin przed jego wygłodniałymi oczami. List do Otto był już przecież gotowy do wysłania, pozostało tylko skreślić parę słów do ciotki Josephine. Otto na pewno pozwoli jej zatrzymać się na parę dni na Nokturnie, a jeżeli nie... Lorraine westchnęła, sięgając po kolejną kartkę, tę, którą umieściła na samym spodzie stosu. Tę, którą zaadresowała jako pierwszą, plamiąc pergamin łzami jeszcze we wnętrzu ciasnej toalety Hogwart Express. "Armand Malfoy", zapisała wcześniej drżącą ręką. Ręka przestała drżeć, gdy zwróciła się do niego po prostu: "tato". Przelewając kolejne słowa na papier, zdążyła zapomnieć o obecności Anthony'ego w przedziale. Nie mogła przecież nie napisać do ojca. Koniec sesji
|