Secrets of London
[17.06.72] Septima i Esmé | Nokturn - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [17.06.72] Septima i Esmé | Nokturn (/showthread.php?tid=2310)



[17.06.72] Septima i Esmé | Nokturn - Septima Ollivander - 24.11.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gdGy2X8.jpg[/inny avek]Chyba każda żywa istota posiadająca wrodzony, nienaruszalny instynkt wiedziała, iż nowo odkrytego, żarzącego płomienia nie powinno się po raz kolejny dotykać. Nie kiedy już poparzył, zostawił chropowaty pęchęrz i długo gojącą się bliznę, która fantomowo pulsowała i dawała o sobie znać nawet lata później.
Być może Septima nie będąc już szczenięciem, ani nie posiadając psiej matki, która by nauczyła, nawarczała i wskazała na siniaka, nie miała szans uczyć się na błędach. A może była dużo głupsza niż każdy podejrzewał, bo kto tak naprawdę, nie będąc czarodziejeman-animagiem, tak często myślał o sobie jak o psie?
Nie była jednym z nich jak bardzo nie próbowała się upodobnić do nijakich, obitych na purpurę facjat bandziorów z Nokturnu, to nie potrafiła. Jej oczy migotały żywo, z dziecięcą, komicznie naiwną ciekawością wędrując po wystawach mijanych sklepów. Z paranoją wbitą w obramowanie źrenic, oglądała się co chwila za siebie, dygając jak osika na wietrze, gdy tylko nieznajomy cień majaczył gdzieś w kącie jej oka. Włosy zawsze ładnie ułożone, buciki wypastowane, kogo ona próbowała oszukać?
Ale... cholera, mogłaby być takim zbitym psem – niejednokrotnie, i to ze wstydem, pomyślała. Urodzonym pod złym ascendentem, pod przeklętą i upadłą gwiazdą bez przeznaczenia oraz przyszłości. Skrytą w cieniu przepełnionych rynien, pogrzebaną w krętych, plugawych alejkach, z których czarna magia i czarne intencje wylewały się na bruk jak atrament.
Nie wyruszyła na Nokturn bez celu. Pomimo propozycji Leviego, wciąż szukała chętnego na podróż po upragnione drewno z Korei. Chętny nie był co prawda najlepszym słowem, bowiem była to fucha całkowicie odpłatna, ale Ollivanderówna lubiła fantazjować, że wszyscy nieszczęśnicy, którzy podejmowali się jej zleceń, robili to również z powołania i nobliwego pragnienia wspierania jej snycerskich badań. Koneksje w tym świecie przychodziły i odchodziły, ale od pewnego czasu trafiał jej się wyjątkowy towarzyski niefart, z którym nie do końca wiedziała jak sobie poradzić. Tylko dziś pocałowała aż dwie klamki na trzy ze swojej listy i nie była pewna czy drzemało jeszcze w niej dostatecznie dużo motywacji, aby robić podchody do trzeciej rundy. Ostatniego nazwiska na liście była akurat najmniej pewna; mężczyzna dużo używał i ostatni raz, widząc go przelotnie na ulicy, zdawał się mamrotać w amoku do siebie. Nie żeby był to ewenement na Nokturnie, absolutnie nie był, ale Timmy od szaleńców trzymała się z daleka, co znacznie uszczuplało pulę talentów, z której mogła korzystać.
Mówiąc o szaleńcach, nie umiała wykorzenić nachalnej, powielającej się myśli, przesiąkającej na wskroś niepokojem, że ktoś od pewnego czasu ją śledził, a przynajmniej kroczył tymi samymi ścieżkami co ona. Obejrzała się za siebie, łapiąc spojrzenie z niepokojąco wysoką postacią brodacza. Mokre od potu kosmyki w kolorze świńskiej skóry, oblepiały mu czoło, zahaczając niedbale o grube brwi i oczy. Jego wargi wygięły się w niepełnym uśmiechu.
Ahaha dzień dobry, jaka śliczna
Usłyszała, czując jak mrozi ją w kościach. Niczym żołnierz w koszarach, zupełnie na sztywno, odwróciła się pospiesznie, i ruszyła przed siebie, szorując przy tym pantofelkami po chodniku.
Jeden skręt. Drugi skręt. Kolejna uliczka, a kroki nie przepadały w nicości; słyszała, że tuptanie przyspieszyło, a głos mężczyzny przywoływał ją do siebie nieusłyszalnymi słowami. Serce chciało wyrwać się z piersi, ale rezon umysłu nakazywał trzeźwość i skupienie w znalezieniu drogi ucieczki. Kilka kroków dalej ujrzała przed sobą szyld zakładu, do którego bez zbędnego rachunku za i przeciw, od razu się wsunęła. 
Prowadziła rozgorączkowane dialogi spojrzeń z przedmiotami, na pierwszy rzut oka, kaletniczego zakładu, szukając ludzkiej obecności. Miejsce było otwarte, a więc zakładała, że pracownik, tudzież właściciel wyłoni się z zapyziałego konta i odstraszy natarczywca.
— Dzień dobry? — zawołała nerwowo, wchodząc głębiej, starając odsunąć się od drzwi wejściowych jak najdalej mogła.
W środku mogła zastać wszystko. Albo wybawienie, albo kąpiel pod rynną ze ściekami, ale przecież była świadoma tego ryzyka, prawda?

@Esmé Rowle


RE: [17.06.72] Septima i Esmé | Nokturn - Esmé Rowle - 26.11.2023

Esmé może nie miał facjaty obitej na purpurę, ale czuł, że do tego miejsca pasuje. W końcu Nokturn to nie tylko zakapiory, którzy chcą, tak dla zabawy, poznęcać się nad słabszymi tylko po to, by pokazać jacy to są źli. Oczywiście tacy też się zdarzali, ale równie liczna była inna grupa mieszkańców. Ci wyglądali... czasem właśnie tak, właśnie z ułożonymi włosami, wypastowanymi bucikami. Aż ciężko było uwierzyć, że dopuszczali się okrucieństw większych, niżeli ten pierwszy motłoch. Byli zdecydowanie trudniejsi w obejściu, chociaż, paradoksalnie, Esmé radził sobie z nimi lepiej. A może - był do tego lepiej przystosowany. Trochę charyzmy, kłamstwa, kokieterii i... dystansu. Jego skromna pracownia nie wchodziła nikomu w drogę, a on nie zadawał zbędnych pytań, zaś pytany - nie udzielał odpowiedzi. Było to bardzo cenione na Nokturnie i część klientów kaletnika przychodziła właśnie z tego powodu, a nie chociażby dlatego, że Esmé był wyśmienitym rzemieślnikiem. Gorzej radził sobie z najbardziej pospolitymi oprychami, chociaż, znów paradoksalnie, o nich się mniej martwił. Miał szczęście zostać zmuszony, by opłacać "ochronę" swej pracowni, ale też osoby. Odpowiedni ludzie z odpowiednim zestawem umiejętności zajmowali się wszelkimi problemami natury czysto bandyckiej. Rzemieślnicy, pewnego sortu. Nawet przez moment Czarodziej nie żałował, że zdecydował się ich opłacać, ale nie tylko dlatego, że lubił swoje kolana niepołamane. Dzięki temu spał spokojnie wiedząc, że jego pracownia nie stanie się celem napaści, tak samo jak jego osoba, gdy przemierza ulicami. A jeżeli coś się stanie? To wiedział gdzie się zgłosić, bo bez niego i jego zakładu, mili panowie rzemieślnicy-wpierdolu, zarabiali mniej. Prawdziwa strata.

Smutną generalizacją byłoby zakończenie w tym momencie krótkiej opowiastki o ludziach Nokturnu. Nie przedłużając, Rowle wysuwał pewną teorię. Lubił manicheistyczny podział, chociaż w niego nie wierzył. Lubił podział na dwa. Symetria albo negatyw. Dlatego też wierzył, że na Nokturnie lądują jedynie dwa rodzaje ludzi. Ci, którzy mieli zbyt mocne ambicje i ci, którzy ich nie mieli wcale.

Którym z nich był Esmé? Tak naprawdę, tak w rzeczywistości, ciężko było stwierdzić. Wobec siebie nie przejawiał żadnych ambicji, ale wobec rzemiosła? Ha! Ogromne. Podział na, a jakżeby inaczej, dwoje.

Na dwoje dzieliła się również pracownia, w której oczywiście się znajdował. Zazwyczaj się tutaj znajdował. I zazwyczaj można było go zobaczyć za ladą, za którą zazwyczaj tworzył. Tym razem było nieco inaczej. Jakkolwiek utalentowany nie był, tak wciąż, koniec końców, miał pracownie kaletniczą od strony Nokturnu jako cierpiący na chronicznie niską popularność kaletnik. Nie miewał aż tak dużo klientów. Zasiadał zatem przy okrągłym stoliku, na jednym z dwóch foteli - tym skierowanym w stronę wejścia i witryny jego zakładu. Na stoliku znajdowała się filiżanka ze świeżo zaparzoną czarną kawą. Oczywiście bez cukru. Rowle zasiadał wygodnie, z założoną nogą na nogę, w jednej ręce trzymając gazetę, z której od niechcenia coś czytał. Tak, jakby robił to z czystego przyzwyczajenia. W prawej dłoni znajdował się papieros, już w połowie wypalony, z którego popiół nieomal upadłby mu na spodnie, gdyby nie znajdująca się na udzie popielniczka z czaszki tycigryfka.

Uniósł oczy znad gazety, gdy na skraju swej wizji dostrzegł dziwnie pośpiesznie poruszającą się sylwetkę. Nie uniósł jednak głowy, zatem patrzył spod byka na, najpewniej, potencjalnego klienta. Drzwi jego zakładu się otworzyły, a on już miał nabrać minę uprzejmego rzemieślnika-sprzedawcy, gdy dostrzegł, że... klientka wyglądała na zagubioną. Jakby dopiero odkrywała, że wkroczyła do pracowni kaletniczej, odsuwając się od drzwi, na które Rowle przeniósł spojrzenie, unosząc brew.

O co chodziło? Cokolwiek się tutaj działo, tak było ciekawym przedstawieniem. A z pewnością ciekawszym niż gazeta. Wrócił wzrokiem do kobiety, dając sobie chwilę na przyjrzenie się jej. Nie zdążył nawet pomyśleć, że kojarzył ją, bo usłyszał ją. Pamiętał ten głos. Złożył w pół gazetę, którą rzucił na stolik obok kawy, chwytając w tę dłoń teraz popielniczkę.

- Dzień dobry. - odezwał się uprzejmie. - W czym mogę pomóc? - zapytał z dziwnym rozsmakowaniem w głosie i uśmiechnął się, powoli, szyderczo. Oh, czuł że będzie się doskonale bawił. Nie wiedział z jakiego powodu się tutaj znalazła, ale nie wierzył, że zrobiła to specjalnie. Niewiasta, która miała nieszczęście prowadzić... ekhem, żywiołową dyskusję z Esmé. Tak, żywiołową. Pomimo tego, że Rowle miał problem z emocjami, a szczególnie tak intensywnymi. Zatem jaki temat potrafił go tak rozpalić? Drewno. Nie, wybacz. Korniki. I drewno. Korniki i ich zamiłowanie do drewna. Ale którego? I tu był problem, bo Esmé miał odmienne zdanie, niż stojąca teraz w jego pracowni niewiasta.
- Całe szczęście skóra i kości nie interesują korników. - była to też drobna gra na nazwie pracowni, ale ta wypowiedź przede wszystkim stanowiła dowód, że pamiętał. Że nie zapomniał. Zaciągnął się dymem i czekał co dalej. I nie chodziło jedynie o odpowiedź, ale także o to, co za drzwiami.


RE: [17.06.72] Septima i Esmé | Nokturn - Septima Ollivander - 04.12.2023

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=gdGy2X8.jpg[/inny avek]
Pomyślała, że nawet tak bardzo nie śmierdziało, a może to świeżo zaparzona kawa, którą czuła już na wejściu i to dziwne zjawisko habituacji węchowej maskowały wszystko co stare i nieprzyjemne. Przywitały ją ciemne oczy i dziwnie znajome, gdzieś migające w cieniach pamięci, oraz młodzieńcze lico. Zaraz...skąd ona go znała?
Pod całunem wyuczonej skromności oraz towarzyskiej nieśmiałości skrywała wiele obdartych myśli. Nie do każdych przywykła i nie z każdymi chciała witać się każdego poranka, niektórych nawet nie była świadoma obcowania w jej giętkim jak gumowa kopuła umyśle. Ale z pewną swoją cechą, z której nie była dumna, ale której zaczęła już zastawiać osobną zastawę i krzesło przy rodzinnym stole, było jej cholernie duże, napompowane ego.
Uważała, że kobietom w jej wieku chodziło tylko o jedno — o zdobycie bogatego męża, spłodzenie mu bandy głośnych dzieciorów, wyszywanie, gotowanie i zajmowanie się domem. Myślała wtedy o swojej własnej matce, która taki los sobie przyjęła i go zaakceptowała; myślała również o tym jak bardzo nieszczęśliwa musiała być w tej piedestalnej roli. Czy kiedykolwiek jej o tym powiedziała? Absolutnie nie. Ale ona, Septima przecież była inna niż wszystkie.
Ambitna!
Znająca fach w ręku!
Miła i uczynna (?)
Dobrze wychowana (bardzo duży nacisk należy skierować na to określenie)
Zatrzymując się więc na ambitnej oraz znającej fach w ręku – jako jedyna już córka swojego ojca, jednego z, dla niej absolutnie najwybitniejszego twórców różdżek w Wielkiej Brytanii, swoją naukę zaczęła już jako dziecko. Garricka podglądała w warsztacie, dłubiąc swoje pierwsze figurki zanim jeszcze wysłano ją do Hogwartu. Snycerstwem żyła i oddychała, było to jej dziedzictwem i z niego była niezwykle dumna. Nie ograniczając się jedynie do rzemiosła, bo światem naukowym również próbowała zawładnąć, choć musiała przyznać, że póki co z dużo mniejszym rezultatem.
I wtedy zjawił się on.
Gdyby przeklinała, zaznaczyłaby przestrzeń siarczystym “kurwa”, które by najpewniej pomogło, ale przecież nie tak ją wychowano i potem kiszono w niezwykle przyzwoitych, domowych pieleszach, więc zamiast wydrzeć z siebie prymitywną emocję, zaczęła gotować się w narastającej irytacji. 
Przymknęła oczy (tak, w tej sytuacji potrafiła znaleźć kilka zbędnych sekund) i zaczęła odliczać do dziesięciu. Wdech, wydech.
Całe szczęście skóra i kości nie interesują korników.
WDECH.
WYDECH.
Już miała brnąć w klasyczne „czy mogę poprosić kierownika”, ale malujący się na młodzieńczych wargach szyderczy uśmieszek uświadomił ją, że kierownik, tudzież właściciel właśnie ją powitał. Ta szydera jeszcze bardziej podjudziła, ale przecież nie należała do eksplozyjnych krzykaczek, a przynajmniej tak jej się wydawało.
Cisnęła w niego spojrzeniem zrodzonym z gromów i gdy tylko już planowała zaniechać pytania o wolny kominek, tudzież tylne wyjście, za sobą usłyszała trzask drzwi. Nie musiała się odwracać, wiedziała do kogo należą ciężkie stąpnięcia i głośne sapanie.
Wdech, wydech.
—Mój drogi, przyniosłam ci podwieczorek— powiedziała nagle, siląc się na przyjemniejszy, choć piskliwszy ton głosu. Zbliżyła się o kilka kroków, zesztywniałą niczym drewniany pal, ręką głaskając go po ramieniu. Trochę jakby był milutkim kotkiem, ale jednak bezpańskim, brudnym i całkiem możliwe, że zakażonym wścieklizną. Mógł ugryźć albo drapnąć, ale z jakiegoś powodu (och, ciekawe jakiego?) wolała być ugryziona przez taką kocią znajdę niż porwana przez starego psychola z ulicy. Kroki za jej plecami ustały, ale drzwi ponownie nie trzasnęły. Uznała, że osobnik przegląda od niechcenia asortyment zakładu.
O ile Rowle w ogóle na nią spojrzał – jej wargi miały niemo wyjawić „zapłacę ci”.


RE: [17.06.72] Septima i Esmé | Nokturn - Esmé Rowle - 23.01.2024

W przypadku Esmé jego fach był czystym przypadkiem. Do pewnego stopnia, wszak w zakres losowości wchodziły jedynie zawody natury rzemieślniczej. Bo tylko do tego miał większą smykałkę, tylko w tym siebie widział i tylko to... nie sprawiało mu trudności. A niegdyś ten dziwak był nieco mniej ekscentryczny, a nieco bardziej... nieobecny. We własnym życiu, w życiu innych, w społeczeństwie. Jego ambicje zawsze były niskie, nigdy nie czuł też potrzeby zrobić czegoś ze swoim marnym żywotem. Bo po co? Co to zmieniało? Przywracało mu matkę? Napełniało ojca rodzicielską miłością? Zmieniało struktury społeczne, by nie musiał ukrywać swej prawdziwej przeszłości? Nie, to niczego nie zmieniało. Niczego, co było dla niego wtedy ważne. Żył bo... śmierć wydawała się nudna. Nie wierzył w życie po życiu, więc samobójstwo wydawało mu się skokiem w pustkę. W pustkę, której tak bardzo chciał się pozbyć.

Podejmował się tych rzeczy, które sprawiały mu najmniej trudności. Rzemiosło, tak się składało, miał we krwi. W końcu jego matka była z rodziny Burke. Jubilerzy, kowale, alchemicy. Nie miał planu na siebie, lecz jeżeli miał zająć się rzemiosłem, to chciał być jubilerem. Ewentualnie kowalem. Niestety czy stety, cieszył się na tyle małą reputacją i mglistą przeszłością, że nikt nie chciał pomóc mu osiągnąć jakąś specjalizację. Oprócz nieszczęsnego McKinnona, człowieka wrednego, skąpego, pełnego goryczy i jadu, ale też talentu do tego, czym się zajmował. I to wszystko przekazał Esmé, by jakiś czas później umrzeć, umożliwiając czeladnikowi wykup pracowni i uczynienie jej swą własną.

I w ten oto sposób miał tę niezwykłą przyjemność zawitać w swych progach kogoś, kogo jego mały "sukces" mógł kłuć w oczy. Kogoś, kto zapewne nie wszedłby do środka, gdyby wiedział do kogo należy to miejsce. Albo wszedłby tylko po to, aby mieć ostatnie słowo w debacie, która ich poróżniła. A która pozostała nierozstrzygnięta, bo przecież każdy był bohaterem w swojej własnej historii. Ani jedna, ani druga strona nie potrafiła przyznać drugiej racji, chociaż tak naprawdę-naprawdę, to najpewniej żadne z nich nie miało konkretnej wiedzy na ten temat. Na dokładnie to zagadnienie odnośnie korników. A przynajmniej Esmé nie miał, ale miał swoją wiedzę i swoje racje. A jego różdżka nie bez powodu była całkiem sztywna. W końcu - był uparty.

Satysfakcja rzadko go odwiedzała o tak. Zazwyczaj musiała zostać zwabiona naprawdę wybitnym wyrobem rzemieślniczym, który wyszedł z rąk nikogo innego, jak Esmé. Wtedy czuł, że coś osiągnął, bo miał tego namacalny dowód. Prawdziwe dzieło sztuki zrodzone z jego umiejętności. Dlatego tak dziwnym było odkrycie, że to pełne piorunów spojrzenie jakie zostało mu posłane, właśnie przyniosło satysfakcję, której nie krył. Kiedy emocje przychodziły, lubił się w nich rozsmakowywać. Czuł się nietykalny wobec tej burzy, a co więcej - czuł jakby ten grom go napędzał. Dosłownie napełniał jego bateryjki. Oh, nie tak że był sadystą, że lubił znęcać się nad innymi psychicznie. Po prostu, gdy obrażenia były niskie, dało się to potraktować jak zabawę. Zupełnie niczym... walka na poduszki. Przecież nikt nie ucierpi, prawda?

Kolejna osoba? Bardzo rzadko miał w swym sklepie dwie osoby, które nie przyszły razem. Ale wiedział, że ktoś ma przyjść, bo spojrzenie tej kobiety zbyt nerwowo wędrowało w stronę drzwi. Rzemieślnik przeniósł swe ciemne spojrzenie z dogasającymi iskierkami satysfakcji na masywną sylwetkę nieznajomego, aż po chwili zupełnie wyjałowiło się z emocji. Czarodziej... tak naprawdę nie grzeszył inteligencją. Jego umysł był lotny, miał zacięcie do filozofowania, do rozmyślania. Miał predyspozycję do tytułu mądrego. Ale nie był mądry, bo zbyt często potykał się o własne myśli, nie łączył niektórych oczywistych wątków albo wykazywał się ignorancją, o jaką da się posądzić jedynie skończonych idiotów. Teraz... nie rozumiał. Czemu ta nieszczęsna kobieta, z którą miał mały konflikt, tu wparowała? Czemu była poddenerwowana od wejścia? Czemu zaraz wszedł jakiś wielki oblech, który najpewniej mógł złamać Esmé w rękach jak patyk, gdyby tylko ten pozwolił mu się złapać? Czy to był atak? Czy ona właśnie sprowadziła jakiegoś oprycha, by mu wpierdolił i w ten sposób chciała udowodnić, że to ona miała rację co do korników? Jeżeli tego chciała, to Rowle był gotowy wyśmiać ją, dostać w mordę i uboższy o kilka zębów przypomnieć swoim rzemieślnikom-wpierdolu, że zawsze płaci na czas. I że mogliby odpalić jakąś akcję "w bonusie".

Podwieczorek? Przeniósł wzrok na nią i jeszcze przez ułamek sekundy był jeszcze bardziej skonfundowany. Chciała go otruć? Chce mu zapłacić? Ale za co? Za przyznanie racji? I wtem go olśniło co za proza życia rozgrywała się przed nim. Ah, tak, teraz to miało sens. Zboczeńcy byli chlebem powszednim na Nokturnie. Właściwie... wszyscy byli tutaj w jakiś sposób skrzywieni w ten seksualny sposób, bo zazwyczaj ich skrzywienie innego rodzaju odbijało się również na życiu intymnym. Ale niektórzy byli po prostu zboczeńcami i taki przypadek, podejrzewał, że właśnie miał przed sobą. Podejrzewał, bo wątpił, aby ten sapiący jegomość, który nawet nie obłapiał, a pożerał wzrokiem stojącą obok Esmé kobietę, był tutaj po... chociażby pasek do spodni. Bardziej szelki, jeżeli już.

Na moment spojrzał na dłoń kobiety, która tak czule go głaskała po ramieniu, jak czule dało się głaskać jeża. Podniósł wzrok na nią, mając w oczach pytanie pokroju "naprawdę?", które jednak szybko znikło, bo ustąpiło miejsce rozbawieniu. Rozbawieniu, które nie objawiło się w głosie, ale jedynie w tych ciemnych oczętach Rowle.

- I gdzie masz ten podwieczorek? - wyrzucił z siebie te słowa, jak oskarżenie w jej kierunku, przesuwając spojrzeniem po jej ciele, jakby szukał ów pakunku, by zaraz wrócić znów do jej oczek. Uśmiechnął się szyderczo, po czym zmrużył oczy, wzdychając i podnosząc się z fotela. - Nie mogę stąd pójść, a ty zapomniesz o jednej, jedynej rzeczy, o którą cię prosiłem. Jak mogłaś zapomnieć przynieść mi podwieczorku i nie zdać sobie z tego sprawy aż do teraz? - nawet nieco podniósł głos, grając zirytowanego, ale jednak mającego tę frustrację w garści. Nie potrafił grać zbyt emocjonalnych ról, bo zwyczajnie nie był wystarczająco dobrym aktorem, by odgrywać coś tak mu obcego. Toteż grał to, co potrafił. Zaciągnął się głęboko dymem i następnie zgasił niedopalonego papierosa w popielniczce z czaszki tycigryfka, którą trzymał w drugiej ręce. Zaraz jednak ten przedmiot wcisnął w ręce kobiety, wraz z dogasającym w niej papierosem, który dymił i śmierdział okrutnie - jak to kiep. - Masz, wyrzuć pety. Przydaj się. - burknął do niej niczym skończony cham i prostak, by zaraz odwrócić się do zwalistego mężczyzny, witając go uprzejmym uśmiechem. Fałszywym oczywiście, ale nie na tyle, by było to rażące.
- Przepraszam, wie pan jak to z kobietami. - rzucił tonem takim, jakby oznajmił najoczywistszą rzecz na świecie - z babą to był tylko kłopot. - Niestety pracownia jest zamknięta, a ja tutaj tymczasowo uwięziony, aż do pojawienia się odpowiednich służb. Tak się składa, że pół godziny temu miałem napad. I od jakiejś pół godziny na moim zapleczu leży ciało nieszczęśnika, który próbował dokonać napaści. Czasami prostactwo zapomina, że pomimo pracowni na Nokturnie, to jestem czarodziejem czystej krwi. - kłamał. Nikt go nie napadł i nikt nie umarł. Jeżeli ktokolwiek miałby zginąć w napaści, to najpewniej właśnie Esmé, który przejawiał bliskie zeru zdolności bojowe. Ale nosił nazwisko Rowle i rzeczywiście był czarodziejem czystej krwi. Chyba był to pierwszy raz kiedy wypowiedział te słowa w jakkolwiek pozytywnym sensie. Jakby... cokolwiek to znaczyło. Tak czy inaczej, kłamcą był wybitnym, a jego "scenariusz" wydawał mu się wiarygodny. Zatem co na to sapiący pan? Co na to gromowładna panienka? Oh, liczył na prawdziwy huragan!