Być może Septima nie będąc już szczenięciem, ani nie posiadając psiej matki, która by nauczyła, nawarczała i wskazała na siniaka, nie miała szans uczyć się na błędach. A może była dużo głupsza niż każdy podejrzewał, bo kto tak naprawdę, nie będąc czarodziejeman-animagiem, tak często myślał o sobie jak o psie?
Nie była jednym z nich jak bardzo nie próbowała się upodobnić do nijakich, obitych na purpurę facjat bandziorów z Nokturnu, to nie potrafiła. Jej oczy migotały żywo, z dziecięcą, komicznie naiwną ciekawością wędrując po wystawach mijanych sklepów. Z paranoją wbitą w obramowanie źrenic, oglądała się co chwila za siebie, dygając jak osika na wietrze, gdy tylko nieznajomy cień majaczył gdzieś w kącie jej oka. Włosy zawsze ładnie ułożone, buciki wypastowane, kogo ona próbowała oszukać?
Ale... cholera, mogłaby być takim zbitym psem – niejednokrotnie, i to ze wstydem, pomyślała. Urodzonym pod złym ascendentem, pod przeklętą i upadłą gwiazdą bez przeznaczenia oraz przyszłości. Skrytą w cieniu przepełnionych rynien, pogrzebaną w krętych, plugawych alejkach, z których czarna magia i czarne intencje wylewały się na bruk jak atrament.
Nie wyruszyła na Nokturn bez celu. Pomimo propozycji Leviego, wciąż szukała chętnego na podróż po upragnione drewno z Korei. Chętny nie był co prawda najlepszym słowem, bowiem była to fucha całkowicie odpłatna, ale Ollivanderówna lubiła fantazjować, że wszyscy nieszczęśnicy, którzy podejmowali się jej zleceń, robili to również z powołania i nobliwego pragnienia wspierania jej snycerskich badań. Koneksje w tym świecie przychodziły i odchodziły, ale od pewnego czasu trafiał jej się wyjątkowy towarzyski niefart, z którym nie do końca wiedziała jak sobie poradzić. Tylko dziś pocałowała aż dwie klamki na trzy ze swojej listy i nie była pewna czy drzemało jeszcze w niej dostatecznie dużo motywacji, aby robić podchody do trzeciej rundy. Ostatniego nazwiska na liście była akurat najmniej pewna; mężczyzna dużo używał i ostatni raz, widząc go przelotnie na ulicy, zdawał się mamrotać w amoku do siebie. Nie żeby był to ewenement na Nokturnie, absolutnie nie był, ale Timmy od szaleńców trzymała się z daleka, co znacznie uszczuplało pulę talentów, z której mogła korzystać.
Mówiąc o szaleńcach, nie umiała wykorzenić nachalnej, powielającej się myśli, przesiąkającej na wskroś niepokojem, że ktoś od pewnego czasu ją śledził, a przynajmniej kroczył tymi samymi ścieżkami co ona. Obejrzała się za siebie, łapiąc spojrzenie z niepokojąco wysoką postacią brodacza. Mokre od potu kosmyki w kolorze świńskiej skóry, oblepiały mu czoło, zahaczając niedbale o grube brwi i oczy. Jego wargi wygięły się w niepełnym uśmiechu.
Ahaha dzień dobry, jaka śliczna
Usłyszała, czując jak mrozi ją w kościach. Niczym żołnierz w koszarach, zupełnie na sztywno, odwróciła się pospiesznie, i ruszyła przed siebie, szorując przy tym pantofelkami po chodniku.
Jeden skręt. Drugi skręt. Kolejna uliczka, a kroki nie przepadały w nicości; słyszała, że tuptanie przyspieszyło, a głos mężczyzny przywoływał ją do siebie nieusłyszalnymi słowami. Serce chciało wyrwać się z piersi, ale rezon umysłu nakazywał trzeźwość i skupienie w znalezieniu drogi ucieczki. Kilka kroków dalej ujrzała przed sobą szyld zakładu, do którego bez zbędnego rachunku za i przeciw, od razu się wsunęła.
Prowadziła rozgorączkowane dialogi spojrzeń z przedmiotami, na pierwszy rzut oka, kaletniczego zakładu, szukając ludzkiej obecności. Miejsce było otwarte, a więc zakładała, że pracownik, tudzież właściciel wyłoni się z zapyziałego konta i odstraszy natarczywca.
— Dzień dobry? — zawołała nerwowo, wchodząc głębiej, starając odsunąć się od drzwi wejściowych jak najdalej mogła.
W środku mogła zastać wszystko. Albo wybawienie, albo kąpiel pod rynną ze ściekami, ale przecież była świadoma tego ryzyka, prawda?
@Esmé Rowle