![]() |
|
[21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? (/showthread.php?tid=2477) Strony:
1
2
|
[21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Bard Beedle - 26.12.2023 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz tajemnic IV adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I New Forest… Miejsce tak dzikie i odległe, że zanim John zorientował się, gdzie dokładnie musi się teleportować, nastał zmierzch. Nie przeszkadzało mu, że ma działać bez planu - nigdy nie robił nic zgodnie z planem. Zwykle i tak wszystko po drodze się komplikowało, po co więc marnować czas na planowanie i trzymanie się jednej myśli, skoro wydarzenia i tak lubiły zmieniać się jak w kalejdoskopie? Teleportował się z charakterystycznym dźwiękiem na obrzeża, do linii drzew, by móc w razie czego skryć się w cieniu. Odziany był w czarną szatę, na twarzy zaś miał maskę, ukrywającą tożsamość. Nie był śmierciożercą - ale bardzo, bardzo pragnął nim zostać. Zrobiłby dosłownie wszystko, by dostąpić zaszczytu noszenia mrocznego znaku na przedramieniu. I właśnie z tego powodu się tu znalazł. Zabójstwo ulubionego abraksana Laurenta Prewetta miało być jego przepustką, wejściówką do szeregu śmierciożerców. Nikt mu tego co prawda nie powiedział wprost, ale dla niego to było oczywiste. To nie było psucie witryn sklepowych szlam czy prześladowanie ich - Laurent był chyba czystej krwi, ale przez jakiś wywiad trzeba było mu dać nauczkę. John co prawda nie czytał tego wywiadu, bo w ogóle nie przepadał za czytaniem, ale wiedział wystarczająco - powiedział coś nie tak i należało go ukarać. Tylko gdzie tu była stajnia… John zmrużył oczy. Widział dom, ułożony w literę L. Widział też drugi budynek z czerwoną dachówkę - to zapewne była stajnia. Mężczyzna nie znał się na koniach, ale coś mu podpowiadało, że tak jak psy, konie na noc sprowadza się z dworu do zamkniętego budynku, żeby nie zmarzły. Najpierw jednak musiał rozeznać się w terenie. Obserwował, czy nikt nie wychodzi z budynków lub do nich nie wchodzi. Może i był narwany, ale nie był skończonym kretynem. Najpierw sobie popatrzy, a potem ruszy przed siebie w stronę stajni. Chciał jednak się upewnić, że nikogo tu nie było, pracownik był w domu. rzut na percepcję [roll=1d100] RE: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Brenna Longbottom - 26.12.2023 Zasadniczo Brenna wciąż uważała, że przyprowadziła ją tutaj nadmierna paranoja. W głębi ducha chyba nie wierzyła, że faktycznie dojdzie do ataku na jednego z Prewettów. (Bo ataku na konie Prewettów nie spodziewała się wcale.) A jednak… wolała dmuchać na zimne. Zwłaszcza po tym, co stało się w New Forest na koniec czerwca, do tej pory obciążając jej sumienie, bo przecież jeżeli to przez tamtą noc zwrócono by teraz uwagę na Laurenta… Została więc na miejscu, chociaż Laurent znikł, i wtedy, gdy wezwano gdzieś Bulstroda. Pokłóciła się krótko z Vincentem, który oczywiście po dostaniu listu, że najlepiej, gdyby wypierdolił z New Forest na najbliższe parę dni, postanowił zostać w New Forest (i prawdopodobnie pozostawiła Lestrange w głębokim przekonaniu, że ona i Prewett mają ochotę się nawzajem zamordować), a potem zostawiła go z Victorią i zrobiła to, co już parę razy uskuteczniała nocą. Czyli zmieniła się w wilka, by pokręcić się w pobliżu budynków. Łatwiej było się w tej formie skryć, węch działał znacznie lepiej niż ludzkie oczy… a i po prostu w wilczej postaci myśli i uczucia stawały się mniej skomplikowane: Brenna zaś w tej chwili bardzo nie chciała myśleć za wiele. I nie zastanawiać się, czy przypadkiem zaraz nie wyczuje, że komuś – grozi – niebezpieczeństwo. Nie zapuszczała się zbyt głęboko w las – nie chciała wpaść na niebezpieczne zwierzęta, dla których azylem był rezerwat, ale i po prostu spodziewali się, że celem potencjalnego ataku będzie Laurent. (Całe szczęście, że Brenna nie była jasnowidzem, tylko widmowidzem, i nie miała pojęcia, co ten teraz i z kim wyrabia.) To zaś oznaczało, że trzymała się względnie blisko domu. Jeden z mechanicznych koliberków Pandory przeleciał tuż nad wilczym łbem. Brenna uniosła głowę i zaczęła węszyć. Szukała zapachów: obcych, ale i po prostu zwierzęcych, zwiastujących, że powinna zmienić trasę, by nie wpaść na jakieś magiczne stworzenie. Percepcja, węch [roll=Z] RE: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Victoria Lestrange - 26.12.2023 Może to była paranoja… Ale przez ostatni czas stało się tak dużo złego, że Victoria nie miała zamiaru dopuścić, by tak droga jej osoba miałaby ucierpieć dlatego, że machnęła na coś ręką, bo „może tylko jej się wydaje”. Sama była o krok od śmierci, miała dlatego w ogóle nie patrzeć na innych, bo wszystkich prędzej czy później czeka ten sam los? Powrót do cyklu, do… Limbo? Laurent miał tak dużo rzeczy do zrobienia, dobrych rzeczy. Całe życie przed sobą, swoje szczęście do znalezienia, z dala od tego, co chciałaby jego macocha czy ojciec. Zasługiwał na to – na własne szczęście. I przecież od tego byli przyjaciele – by cię podtrzymać, gdy ty nie mogłeś. By cię popchnęli, gdy nie potrafiłeś zrobić kroku. I by cię ochronili, gdy nie potrafiłeś sam tego zrobić. Victoria wysłała list do Harper, a w odpowiedzi dostała służbowe polecenie, by zostać na miejscu. I tak by została, niezależnie od rozkazu, za to Atreusowi kazano się wymeldować – i pewnie nie był z tego zadowolony. Ale zostawił New Forest w dobrych rękach – Brenny, Victorii… A nie były tutaj przecież tylko we dwie. To była długa noc, Lestrange zdołała się przespać tak naprawdę urywanie, ale nie było to dla niej nic nadzwyczajnego. Brenna krążyła w okolicy pod wilczą postacią, zaś Victoria siedziała na ławce przed domem Laurenta, w czarnym mundurze aurora. Na kolanach położyła swoją różdżkę, a w dłoni trzymała lusterko od Pandory, dzięki któremu miała podgląd na to, co widziały jej mechaniczne koliberki. Dym papierosowy, który wypuszczał z siebie Vincent, zupełnie jej nie przeszkadzał. Ostatnimi czasy łapała się na tym, że… lubi ten zapach. Smród. Ale jej się podobał – dlatego Prewett nie usłyszał ani słowa o tym, że ma przy niej nie palić, ani że śmierdzi jak popielniczka. U jej boku siedział Duma – czy raczej leżał sobie, od czasu do czasu gładzony po łbie, pomiędzy uszami. To była taka standardowa pieszczota, jaką od niej od zawsze otrzymywał – i choć nie było tutaj z nimi Laurenta, to jarczuk wydawał się być całkiem spokojny… I Lestrange miała nadzieję, że tak zostanie; że nie będą mu musieli dać żadnej komendy, po której ten rzuci się na nieproszonego gościa. Rzut, czy mechaniczne koliberki coś zobaczą / percepcja [roll=1d100] RE: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Vincent Prewett - 27.12.2023 Nie wiedział, czy Paskuda sobie żartuje czy też nie, albo zapomniała kim był, albo po prostu nie znała go aż tak dobrze, że sądziła iż on naprawdę sobie pojedzie na Hawaje ze świadomością, że ktoś mógłby napaść na ten przybytek. Nie wyobrażał sobie tego, że miałby zostawić to miejsce bez swojej ochrony. Kłótnia z Brenną nie wpłynęła na niego jakoś szczególnie negatywnie, raczej bawiło go to, że Longbottom naprawdę myślała, że ten stąd pójdzie. Na jego ustach widniał nawet delikatnie drwiący uśmiech, gdy ta robiła mu wyrzuty. Stojąc niedaleko Lestrange palił już chyba drugiego, albo trzeciego papierosa – kto by to zliczył. Sam nawet nie zauważał kiedy odpalał następnego. Już nawet nie chodziło o przyjemność palenia, a sam fakt, że musiał to robić, bo inaczej bywał totalnie nie swój. Obserwował otoczenie szukając jakichkolwiek śladów tego, że coś nie pasowało do otoczenia, coś się wyróżniało, nasłuchiwał też, czy wokół były jakieś dźwięki odbiegające od normalności. Vincent raczej nie miał paranoi, ale nie miał zamiaru zostawić tutaj Longbottom i Lestrenge samych. Mieszkał tu i pracował, czuł się odpowiedzialny za to miejsca, a znał wystarczająco dobrze Brenne, aby wiedzieć, że ta prędzej czy później sama wpadnie w jakieś kłopoty. Wątpił też, że Śmierciożercy zaatakują jakiegokolwiek Prewetta. Byłoby to chyba głupie z ich strony i nie rozsądne, ale sam Vinc nie chciał też lekceważyć tego, co mogłoby się wydarzyć, więc wolał tutaj być na wszelki wypadek. W ostateczności po prostu nic się nie stanie. Naprawdę zakładał, że te kobiety popadły po prostu w paranoję i zbyt mocno chciały chronić Laurenta. Nikt nie napadłby tego miejsca, nie? – Chcesz? – zagadał do Vinctorii wyciągając kolejnego papierosa i podsuwając jej paczkę. Niezależnie od tego, co zrobiła chodził wzdłuż i obserwował otoczenie. W dłoni trzymał swoją różdżkę cały czas mając ją w pogotowiu. Może dziewczyny odrobinę wpoiły mu tą obawę przed potencjalnym atakiem, ale nadal uważał, że było to śmieszne. Rzut na percepcję [roll=N] RE: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Bard Beedle - 27.12.2023 Plan był dobry - teleportować się tam, gdzie raczej go nie zobaczą, a potem poobserwować trochę otoczenie, by upewnić się, że wszyscy są zajęci. Chociaż z tego co mu przekazano, to ci “wszyscy” to była jedna osoba. Co prawda nie do końca wierzył, że tak ogromny rezerwat można było zostawić pod opieką jednej osoby, ale może ta jedna osoba to był jakiś mocarz, który nie tylko konie oporządzi, ale i zamiecie schody? Nie miał powodu, by nie ufać osobie, która go wezwała i wysłała na tę misję, szukał więc wzrokiem parobka, służącego czy jak młody Prewett nazywał swoich pracowników. Nie dostrzegł jednak niczego. Widział migoczące, miękkie światła w domu, czyli ktoś był w środku. No, czyli sprawa załatwiona, mógł przystąpić do działania, żodyn się go nie spodziewał, żodyn. Ostrożnie wyślizgnął się spomiędzy drzew, gratulując sobie doskonałego wyboru pory dnia. Czarna szata dodatkowo skrywała jego ciało, dzięki czemu powinno być go trudniej dostrzec, zwłaszcza jak szedł ostrożnie, rozglądając się na boki. Nie miał daleko do domu Prewetta, ale to nie dom był jego celem, a stajnia. By jednak tam dotrzeć, musiał przemknąć obok domostwa. Cośtam słyszał z boku, lecz nie zwrócił na to uwagi. Jakby szum skrzydeł. Normalnie pewnie by to go zaalarmowało, ale przecież był w rezerwacie, o ile dobrze zapamiętał. Były tu nie tylko przerośnięte konie ze skrzydłami, ale i masa innych zwierząt, w tym ptactwa i zapewne nietoperzy, które o tej porze wylatywały na polowanie. Poza tym dostał obietnicę (zapewnienie?), że będzie tu jedna osoba. Z jedną osobą sobie poradzi, chociaż wolałby jednak uniknąć konfrontacji tuż przed atakiem na stajnię - to dlatego zachowywał jeszcze jakieś resztki ostrożności. Nie chciał zaalarmować zwierząt niepotrzebnym zamieszaniem. Abraksany były duże - i chociaż miał plan, jak pozbyć się głowy tego najcenniejszego, to nie zakładał on na żadnym etapie bawienie się w berka z koniem, szanujmy się, nie będzie za nimi biegał. Nie chciał wyprzedzać faktów i informować parobka, że tu był, John starał się więc iść tak, żeby ciężko go było dostrzec z okna - jednak czy chcieć to móc? Musiał kilkadziesiąt metrów przejść tak, że był dość odsłonięty. Potem już wyszukiwał martwe strefy między oknami, ale przez dobrych kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund, był na widoku, może trochę mniej. Jeśli nawet nie dostrzegliby jego sylwetki, to maska nie była w czarnym kolorze i nawet w mroku się odznaczała. rzut na percepcję (koliberki i ludzie w oknach) [roll=1d100] RE: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Vincent Prewett - 27.12.2023 Uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny, lekko cyniczny uśmiech, gdy Lestrenge wzięła od niego papierosa, nawet poklepał ja po głowie, aby się nie zamartwiała za bardzo. Nic się tu nie stanie, nikt ich nie zaatakuje, odpalił jej go i wrócił do obserwowania. Wtedy też dostrzegł jakiś ruch w oddali, zatrzymał się i zaczął intensywnie wpatrywać się w ten dziwny, nienaturalny i niepasujący do otoczenia punkt. Wpierw chciał zrzucić to na Brenne, ale jego oczom ukazała się biała maska, która migotała na tle ciemnego otoczenia. – Ej, tam – szepnął ostro do Aurorki i wskazał punkt w oddali. Dziewczyny jednak nie miały paranoi, a on nawet poczuł ukłucie wyrzutów sumienia, że tak o nich myślał. Nie miał jednak zamiaru ich przepraszać za to, a jedynie powiedzieć Brennie, że A NIE MÓWIŁEM? Dobrze, że został. Nikt nie miał takiego wzroku jak on, prawda? Był potężny i najlepszy i odrobinę zbyt narcystyczny. Uniósł swoja różdżkę, szepnął odpowiednią inkantację i machnął patykiem rzucając w stronę intruza zaklęcie pętające. Miał nadzieję, że Brenna była gdzieś niedaleko i zdąży do nich dołączyć. Miał nadzieję, że nie było ich tu więcej, bo mogłoby być kiepsko. Rzut na kształtowanie, aby spętać dekla [roll=N] RE: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Victoria Lestrange - 28.12.2023 Kiwnęła głową i sięgnęła po papierosa od Vincenta. Od kilku miesięcy zdarzało jej się coś tam popalać – tłumaczyła to sobie tym, że to przez te wszystkie nerwy, jakie w jej życiu od maja narosły do krytycznych poziomów. A że Sauriel ją częstował i widział, że była chętna… I takoż samo nie odmówiła Vincentowi, korzystając z tego, że dał jej też ognia, a ona zaciągnęła się i wypuściła dym. A potem łypnęła złowrogo na mężczyznę, kiedy ją poklepał po głowie. Co ona, pies? Albo małe dziecko? Nie odpyskowała mu tylko dlatego, że kątem oka dostrzegła ruch na tafli lusterka, a niemalże w tym samym czasie Vincent zwrócił jej uwagę i wskazał palcem w przestrzeń przed nimi. Wbiła tam wzrok i poczuła, że serce mocniej jej zabiło – i to wcale nie z radości. Miało tu nikogo nie być; Laurent przecież odwołał wszystkich pracowników, za wyjątkiem Vincenta, który tu mieszkał. Miały być tylko zwierzęta i oni… Zaś błysk czegoś białego w tym półmroku… To nie było nic, co na terenie New Forest w tej chwili miało być czymś normalnym. Nie widziała nigdzie Brenny, ale czemu ten ktoś kręcił się obok stajni? Nie było czasu na więcej rozmyślań. Victoria jednym ruchem złapała za różdżkę i odłożyła lusterko na ławkę, a kiedy Vincent rzucał zaklęcie, to już stała. – Biegnij! – rzuciła do Dumy. Żadne „bierz go”, póki co nie wiedziała, co się dzieje, ale kto wie, może trzeba będzie i taką komendę dać jarczukowi. Ten zresztą nie potrzebował więcej, by zerwać się i skierować sprintem w stronę stajni… Sama zresztą widziała dla siebie teraz tylko dwie opcje: albo się teleportować i przyjrzeć intruzowi, albo spróbować wytrącić mu różdżkę z ręki (bo chyba jakąś miał?). Wybrała to drugie. Translokacja – wyrwani różdżki [roll=N] RE: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Bard Beedle - 28.12.2023 Nic nie widział, cośtam słyszał, ale przecież to był rezerwat, więc średnio się tym przejął. I tak parł do przodu, bądź co bądź ostrożnie, starając się robić jak najmniej hałasu, żeby nie przestraszyć tego jednego parobka, o którym wiedział. Och, jakże jednak los bywał przewrotny - osoba, która go wysłała, albo miała nieaktualne informacje, albo… Celowo wjebała go na minę. Nie bardzo miał jednak czas się nad tym zastanawiać - przyszedł tu w konkretnym celu. Miał misję, którą musiał wykonać Nie był pewny, czy najpierw dosłyszał szept Vincenta, czy zobaczył pędzące ku niemu zaklęcie, ale zareagował odruchowo - najpierw wypowiedział zaklęcie, mające wytworzyć ochronną tarczę wokół niego, a potem odruchowo wykrzyczał, bo przecież nie było sensu w skradaniu, zaklęcie wytwarzające odpychającą energię, którą posłał w kierunku, z której nadleciało zaklęcie Vincenta. Dopiero później usłyszał głośne “biegnij”, no ale było już za późno, akcja została wykonana. Zdążył tylko pomyśleć, że jest BARDZO niezadowolony z takiego obrotu spraw. [roll=1d100] [roll=1d100] RE: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Brenna Longbottom - 28.12.2023 Poprzednia runda pominięta, bo przy 2 uzgodniłyśmy brak inicjatywy Brenna kichnęła. Raz, drugi, trzeci, aż z wrażenia usiadła na wilczym zadzie i potrząsnęła łbem, bo pośród kwiatków rosnących w pobliżu był chyba ten wstrętny, podstępny rumianek, na który była uczulona. Kwiatki. No naprawdę, kwiatki powoli stawały się jej przekleństwem. Chyba powinna zacząć ich unikać, jakby się tak zastanowić, to przynajmniej trzykrotnie miała ich dość w ostatnich miesiącach. Wstała i oddaliła się godnym krokiem oraz z urażoną miną – na tyle, na ile wilk mógł mieć urażoną minę – z niebezpiecznego terenu i… …wtedy dotarły do niej najpierw krzyk Victorii, która raczej nie kazałaby nikomu biec bez potrzeby, a potem kolejne dźwięki. I Brenna nie zastanawiała się już nad rumiankiem, nad przekleństwem kwiatkowym, a gnała ile sił w łapach w stronę źródła krzyków. Nie kłopotała się zmienianiem z powrotem w człowieka, chociaż to zapewne byłoby znacznie rozsądniejsze, i mniej ryzykowne, ale po prostu w takich chwilach niekoniecznie kalkulowanie ryzyka było tym, co specjalnie zaprzątało głowę Brenny. Ciemna wilczyca wypadła spomiędzy drzew, w samą porę, aby zobaczyć, jak luźne liny otaczają naśladowcę - którego w pierwszej chwili Brenna wzięła za śmierciożercę - a Vincent i Duma biegną w jego stronę... Pod postacią wilka trudno było myśleć w pełni jasno. Nawet emocje stawały się nieco mniej skomplikowane. A jednak i tak sam widok tego śmiecia wystarczył, aby Brennę zalały gniew i nienawiść, jakie odczuwać potrafili chyba tylko ludzie. Nie pozostawiały miejsca już na nic, na żadną racjonalną myśl - i po prostu z rozpędu próbowała rzucić się na naśladowcę, by ugryźć rękę, w której trzymał różdżkę... [roll=PO] RE: [21.07.1972] Zbrodnia, kara czy fiasko? - Victoria Lestrange - 28.12.2023 Victoria zdążyła pomyśleć tylko, że Laurent ma prawdziwego pecha – miesiąc temu ktoś zaatakował New Forest (czy to z powodu Fuego, którego dzisiaj zabrał ze sobą? Ale skąd mogli o nim wiedzieć? Czy wśród „przyjaciół” Laurenta, wśród ludzi, wokół których się obracał, komu bardzo ufał, byli jacyś Śmierciożercy, którzy nie wiedzieli, czym jest lojalność wobec ludzi, którzy im ufali?) i teraz najwyraźniej miała być powtórka. I wszystko z powodu artykułu, w którym to „dziennikarz” przekręcił jego słowa i wepchnął mu w usta te, których nigdy nie wypowiedział? Brunetka w tym momencie mogła czuć tylko złość, ta jednak skryta była pod płaszczem oklumencji – i objawiała się niemalże niezmąconą taflą… powiedzmy, że spokoju, na gładkiej twarzy panny Lestrange. Zmąceniem tej tafli było zmarszczenie brwi, kiedy jej zaklęcie nie zadziałało. To była krótka reakcja niezadowolenia, że coś poszło nie po jej myśli, lecz przecież życie nie było na tyle proste i przyjemne, by wszystko miało się układać od razu. Teraz jednak była akcja – i reakcja. Mężczyzna (to chyba był mężczyzna… tak zakładała automatycznie) wciąż z różdżką w ręce, opleciony linami Vincenta, próbował skontrować zaklęcie – na co Victoria w wyćwiczonym odruchu machnęła różdżką, chcąc rozproszyć zaklęcie Naśladowcy (albo Śmierciożercy?). – Duma! Bierz go! – krzyknęła do jarczuka, mając nadzieję, że ten jednak usłucha i nie zatrzyma się w miejscu, albo nie rzuci na nią samą, bądź co gorsza – na Brennę czy Vincenta. To byłoby bardzo niefortunne… Rozpraszanie [roll=PO] Wiedza przyrodnicza – czy Duma usłucha [roll=Z] |