New Forest… Miejsce tak dzikie i odległe, że zanim John zorientował się, gdzie dokładnie musi się teleportować, nastał zmierzch. Nie przeszkadzało mu, że ma działać bez planu - nigdy nie robił nic zgodnie z planem. Zwykle i tak wszystko po drodze się komplikowało, po co więc marnować czas na planowanie i trzymanie się jednej myśli, skoro wydarzenia i tak lubiły zmieniać się jak w kalejdoskopie?
Teleportował się z charakterystycznym dźwiękiem na obrzeża, do linii drzew, by móc w razie czego skryć się w cieniu. Odziany był w czarną szatę, na twarzy zaś miał maskę, ukrywającą tożsamość. Nie był śmierciożercą - ale bardzo, bardzo pragnął nim zostać. Zrobiłby dosłownie wszystko, by dostąpić zaszczytu noszenia mrocznego znaku na przedramieniu. I właśnie z tego powodu się tu znalazł.
Zabójstwo ulubionego abraksana Laurenta Prewetta miało być jego przepustką, wejściówką do szeregu śmierciożerców. Nikt mu tego co prawda nie powiedział wprost, ale dla niego to było oczywiste. To nie było psucie witryn sklepowych szlam czy prześladowanie ich - Laurent był chyba czystej krwi, ale przez jakiś wywiad trzeba było mu dać nauczkę. John co prawda nie czytał tego wywiadu, bo w ogóle nie przepadał za czytaniem, ale wiedział wystarczająco - powiedział coś nie tak i należało go ukarać. Tylko gdzie tu była stajnia…
John zmrużył oczy. Widział dom, ułożony w literę L. Widział też drugi budynek z czerwoną dachówkę - to zapewne była stajnia. Mężczyzna nie znał się na koniach, ale coś mu podpowiadało, że tak jak psy, konie na noc sprowadza się z dworu do zamkniętego budynku, żeby nie zmarzły. Najpierw jednak musiał rozeznać się w terenie. Obserwował, czy nikt nie wychodzi z budynków lub do nich nie wchodzi. Może i był narwany, ale nie był skończonym kretynem. Najpierw sobie popatrzy, a potem ruszy przed siebie w stronę stajni. Chciał jednak się upewnić, że nikogo tu nie było, pracownik był w domu.
rzut na percepcję