![]() |
|
[ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die (/showthread.php?tid=2573) Strony:
1
2
|
[ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Kim Skamander - 19.01.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono osiągnięcie - Piszę więc jestem - Astaroth Yaxley Kim Skamander & Astaroth Yaxley,
domek rodzinny Kimi w Highlandach Kim nie czuła się najlepiej odkąd zmarł jej ojciec. Była wściekła na Astarotha, że ją ignorował, że nie odpowiadał na Fale, że po prostu migał się od kontaktu z nią. Nawet nie mówił do niej, a pisał pieprzone listy. Musiała na kilka dni opuścić Londyn, bo matka dawała jej niezły wycisk, ciągle zgarniała ją na jakieś dodatkowe wypady, aby pokazać jej pracę w terenie, nie miała też stałego partnera w Brygadzie i czuła się tak naprawdę źle. To nie było miejsce dla niej. Miała wrażenie, że wszyscy wokół patrzą na nią jak na jakieś dziwactwo. Starała się tego nie okazywać, była miła uśmiechała się i starała się dawać z siebie wszystko. W końcu jednak czuła przesyt i wybrała się w Szkockie góry pozjeżdżać na nartach i chodzić po zimowych zboczach. W głębi liczyła, że coś ją zasypie i nie będzie mogła wrócić do domu na czas. Ups. Taki mały drobny wypadek podczas urlopu. Zbliżała się trzecia po południu, więc wróciła do swojego domku w górach, który należał do jej ojca, w miasteczku zrobiła drobne zakupy, niewielki zapas rzeczy wolno psujących się. Podobno tej nocy miała być jakaś śnieżyca, ale zapowiadali ją od kilku dni i jakoś nie nadchodziła. Prognoza pogody mugoli była chyba odrobinę kiepska. Narąbała drewna na opał i wrzuciła go do kominka odpalając go, aby zrobiło się w nim ciepło. Potem zabrała się za robienie dla siebie obiadu. Czuła już jak burczało jej w brzuchu i w myślach już słyszała opierdol od Yaxleya, że powinna już dawno coś zjeść. Ale nie zje, bo kurwa go tutaj nie było i chuj. Mógł ją pocałować w dupę z tymi swoimi mądrościami. Jak tylko go spotka to go zaciuka na śmierć, a potem ożywi i znowu zaciuka. Nie powinien jej ignorować. Kim Skamander to osoba, której nikt nigdy nie powinien ignorować. Tak naprawdę cholernie za nim tęskniła i martwiła się. Chciała naprawdę znowu go zobaczyć, opowiedzieć mu jak źle przeżyłą stratę ojca, jak okropnie było jej, gdy on się do niej nie odzywał, a zamiast tego podgrzewała fasolkę z puszki i robiła grzanki. Nienawidziła takich potraw, ale na nic więcej nie miała siły. RE: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Astaroth Yaxley - 19.01.2024 Nie mogłem określić tego mianem komplikacji, przynajmniej nie wtedy, kiedy okazało się, że byłem blisko znajomego sobie domku w Highlandach, należącego do rodziny Kimi, na dodatek w tej chwili opuszczonego, gdyż pewnie nikt nie chciał tu utknąć w razie śnieżycy... i kiedy w okolicy grasował potwór. Stał sobie pusty, więc pozwoliłem sobie na wypożyczenie go bez pytania na najbliższy dzień, bo nie pomyślałem o schronieniu na wyjazd, co powinno być aktualnie moim numerem jeden w planowaniu wycieczek - szukanie schronów przed słońcem, które tak niegdyś uwielbiałem. Teraz mogło okazać się dla mnie destrukcyjne, więc nie próbowałem nawet w ramach testów wystawiać ręki na promienie słonecznie. Raz to zrobiłem. Na początku i to przez nieostrożność. Nie trwało to długo. Komplikacje zaczęły się, kiedy czyjeś kroki przerwały mi swobodne pisanie dziennika. Jeszcze z dziesięć minut temu napisałem tam coś, co brzmiało: Zająłem domek w Highlandach. Nikogo w środku nie było, więc mogę odetchnąć. W pobliżu nie ma żadnej żywej istoty. Już była i to w dodatku Kimi, jak się dosłownie chwilę później okazało. Okazało się również, że dach domku nie miał prześwitów, więc tylko zasłoniłem okna i siedziałem cicho na poddaszu, od czas do czasu nasłuchując co się dzieje albo dyskretnie wyglądając przez okno. Czułem się jak stalker. Parszywie. Była tak blisko. Dawno nie byliśmy siebie tak blisko... Od dobrych paru miesięcy, a ja jeszcze miałem palący powód by trzymać ją z daleka od siebie, więc po prostu próbowałem skupić myśli na książce, którą ściskałem w rękach. Wziąłem pierwszy lepszy tom z półki dla zabicia czasu, ale nie mogłem się skupić, kiedy mój umysł zaczynał wariować. Taki spory szkopuł, ogromny problem wręcz, bo na początku się jeszcze łudziłem, że dam radę siedzieć tam i serio nie stracić zmysłów, że kontrola nad własnym ciałem to przecież nic trudnego, a jednak... Kiedy tylko dotarło do mojej podświadomości, że krew tu jest, świeża i ciepła, niemalże na wyciągnięcie ręki, to nie mogłem oderwać od tego swoich myśli, a to z kolei nakręcało to mrowienie w zębach, a mrowienie nakręcało jeszcze bardziej myśli... Niezbyt pomocny, zamknięty okrąg. Argh. Położyłem się, próbując zasnąć, ale nie mogłem, bo czułem tę jedną rzecz i myślałem o tym... Myślałem, nie mogąc skupić się na książce. Ani na naszych wspólnych wspomnieniach. Na niczym. W dzienniku zapisałem: Świadomość towarzystwa sprawia, że nie mogę zapomnieć o głodzie. Nie mogę przestać myśleć o krwi. Jestem głodny. Jak diabli. Bardzo jestem głodny. Nie chcę zjeść Kimi. Nie chcę być potworem. Nie mogłem dla siebie, dla rodziny, dla niej, dlatego potrzebowałem się przed tym zabezpieczyć, a do tego potrzebna mi była Skamander. - Kimi, słyszysz mnie...? Muszę ci coś wyznać, ale... zanim to zrobię, wpierw potrzebuję obietnicy od ciebie. Możesz mi coś przyrzec? - odezwałem się po chwili, wpierw biorąc głęboki oddech. Nie chciałem brzmieć na zdenerwowanego, raczej spokojnego... Tylko że nie brałem poprawki na to, że nie potrafiłem kłamać, więc nie miałem zbyt dobrych rokowań. Kiepskie, że mi uwierzy, że wszystko jest w jak najlepszym porządku...? Z pewnością nie uwierzy, szczególnie biorąc poprawkę na to, co chciałem by mi obiecała. RE: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Kim Skamander - 19.01.2024 Zjadła nieszczęsną fasolkę, zagryzła grzanką i westchnęła ciężko. Przejrzała stary album ze zdjęciami, który tu leżał. Kiedyś z rodzicami często tu witała. Jej rodzice byli tacy szczęśliwi, nie wiedziała, co się stało, że ojciec rzadziej wracał do domu, a matka przestała tu przyjeżdżać. Wiedziała, że mieli jakiś sekret, ale nie wiedziała jaki. Nadal traktowała ją jak małą dziewczynkę. W końcu wkurzona zamknęła album i wzięła z barku ojca whisky. Teraz mógł sobie prawić morały zza grobu, a ona go nie usłyszy i chuj. Włączyła muzykę i zaczęła tańczyć. Nienawidziła whisky, nienawidziła ojca za to, że odszedł, nienawidziła Aska za to, że ją porzucił i nienawidziła matki za to, że kazała jej siedzieć w Ministerstwie. Ściągnęła spodnie odrzucając je gdzieś w bok i zostając jedynie w luźnej koszulce do połowy ud. W końcu odstawiła butelkę na stolik i ściszyła muzykę. Usiadła na tapczanie przed kominkiem i zaczęła się wpatrywać w buzujący ogień. Miała ochotę wsadzić w niego rękę i sprawdzić jak bardzo boli. Była taka czarownica, co dawała się spalać, ale rzucała na siebie specjalne zaklęcie i ono wtedy… W głowie usłyszała głos Aska i poczuła jak wszystko cofa się jej z żołądka do gardła. Podniosła się gwałtownie, powstrzymując się przed wymiotami. Z jej ust wydobyło się jego imię, powiedziała je głośno i donośnie, a jeśli Astaroth ją usłyszał, mógł domyślić się, że dziewczyna była wściekła. – Ty wredna szujo! Gdzie jesteś? Czemu się tyle nie odzywasz? Odnajdę cię i ukręce ci kark! –złapała za pogrzebacz do kominka, aby nadać swojej osobie dramatyczności. Zaczęła się rozglądać, aż w końcu powoli zaczęła wspinać się na górę. – Ty wredny perwersie, jak długo mnie obserwujesz? – mówiła głośno, aby ją usłyszał. Nie wiedziała, gdzie jest więc nie była pewna, czy jej skupienie pozwoli jej na przekazanie mu fal. Była też lekko pijana. RE: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Astaroth Yaxley - 19.01.2024 Chyba raczej potężnie pijana, co nie miało pomóc mojej sprawie, ale w tej chwili byłem w przeogromnej nieświadomości układu sił i sprawności psychicznych mojej drogiej przyjaciółki. Niestety, może rozmawialiśmy w myślach... A przynajmniej próbowałem z nią w tej chwili pogadać w myślach! Ale... Chciałem dodać, że choć rozmawiać w myślach potrafiłem, to w nich czytać już nie bardzo, więc... Napluję sobie w brodę, ale to dopiero ją zabije i dotrze do mnie, co zrobiłem i jak zrobiłem, i w jaki sposób mogłem temu przeciwdziałać, nie? Tymczasem się spiąłem, bo nie spodziewałem się od niej tak gwałtownej reakcji. Może nie odzywałem się długo, wręcz bardzo długo jak na nasze standardy, ale pisywałem listy. Próbowałem zachować ten kontakt, a że byłem chory, to inna sprawa. Nie mogłem utrzymywać tego kontaktu jak dawniej i wciąż nie zamierzałem, więc nie podobał mi się ten krzyk i te dźwięki, zaraz też kroki. Rozważałem nawet zabarykadowanie drzwi do pokoju na poddaszu, ale obawiałem się, że nawet to nie powstrzymałoby wściekłej Kimi przed wtargnięciem. Kim jest na mnie wściekła. Mam nadzieję, że serio uda jej się ukręcić mi kark, nim zrobię jej krzywdę - zapisałem w notatniku. Bardziej dla niej, aniżeli dla siebie. Jeśli jej się uda, niech czuje się usprawiedliwiona. Taki był mój domyślny zamiar, właściwie bardziej ostateczny domyślny, ale bywało różnie, więc brałem to pod uwagę. Jak najbardziej. Stanąłem po cichu, żeby nie wydać żadnego, nawet najmniejszego dźwięku, aczkolwiek była to dosyć stara, drewniana podłoga, więc zapewne zaraz miała mnie zdradzić. Cóż, na palcach podbiegłem do drzwi i oparłem się o nie całym sobą. Co jak co, ale jednak musiałem spróbować zablokować jej dostęp do siebie. - LILIPUCIE PIEPRZNIĘTY, SKUP SIĘ! NA LITOŚĆ BOGINI MATKI, MAM WAŻNY KOMUNIKAT DO PRZEKAZANIA, A NIE KURWA JEBANE PLOTECZKI - odezwałem się ponownie, za pomocą fal. Potrzebowałem jej skupienia, więc miałem nadzieję, że wyzwiska, ton i niecenzuralne słowa pomogą mi to osiągnąć. Albo jeszcze bardziej ją wkurwią. Zrobiłem dziubek, zastanawiając się, czy mam jeszcze inne opcje, ale chyba żadnych nie uświadczyłem, więc... Miałem aby nadzieję, że nie dotrze aż na samą górę w poszukiwaniach. - Mam kłopoty - dodałem poważnie, żeby jakoś to wszystko usprawiedliwić. Raczej się nie dało, bo to się po prostu stało. Trudno. Musiałem po prostu wziąć za to odpowiedzialność i najważniejsze, żeby nie dopuścić do kolejnych porażek. Albo chociaż je ograniczyć do minimum - KIM! BŁAGAM, STÓJ! Zamknąłem oczy. Nie krzyczałem, wciąż korzystając z fal. Nie chciałem się zdradzać ze swoim położeniem, szczególnie że Skamander od razu by się tu znalazła. Obok. Blisko. Może na jakiś czas, przez te wrzaski, zapomniałem o pragnieniu, ale znowu zaczynało mi śpiewać do ucha. Nie można gryźć Kim - dopisałem rozpaczliwie, poprawiając to kilka razy, żeby odstawało od reszty tekstu. Powtarzałem to sobie w głowie niczym mantrę. Potrzebowałem krwi, ale zdecydowanie nie krwi Kimi. Ona była nietykalna. RE: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Kim Skamander - 20.01.2024 Nie byłam potężnie pijana, byłam delikatnie wstawiona. Kto na moim miejscu nie chciałby się najebać jak szpak? Zwykle jednak piłam z nim, z pierodlonym kutasem, który miał mnie tyle czasu w dupie, który nie chciał ze mną dzielić swojej choroby, który mnie już nienawidził? Nie wiem ile razy wmawiałam sobie, że Astaroth przestał mnie lubić, przestał mnie potrzebować, a cała jego choroba była tylko pretekstem, aby powoli uciąć ze mną kontakt. Nic nie pomagało mi się zebrać do kupy. Ojciec mnie też zostawił, matka powoli stawała się wariatką nie do zniesienia i nawet nie wiedziałam ile czasu z nią wytrzymam pod jednym dachem. Dzień w dzień rozglądam się za nowym mieszkaniem, ale żadnego nie mogłam sobie znaleźć. Liczyłam, że to właśnie Asek mnie przygarnie, albo ze mną wynajmie jakieś mieszkanko. Moglibyśmy noce zarywać na karaoke, w lato jeździć nad jezioro i wygrzewać się na słoneczku, a zamiast tego on wolał pisać jakieś marne listy, a teraz frajer pojawił się tu i nawet nie chce mi się pokazać, czaicie ludzie? Przyjaciel od siedmiu boleści. Kroczek za kroczkiem i powoli wtoczyłam się na piętro kierując swoje kroki do jedynego pomieszczenia, które mógł tutaj zająć, a mianowicie poddasze. Czekały mnie kolejne schody, ale nie zamierzałam się poddać. Roztrzaskam mu głowę, poskładam i jeszcze raz roztrzaskam. A tak naprawdę to chciałam go mocno przytulić, bo naprawdę się za nim stęskniłam. Paliło mnie wręcz w żołądku na myśl, że znowu go spotkam. Nawet nie zrażało mnie to, że byłam teraz tylko w gaciach i koszulce. Widział mnie tak nie raz, więc to był najmniejszy problem. W rękach trzymałam pogrzebacz w razie czego, jakby był to jakiś podstęp i urojenia. Może ktoś podający się za niego, czy co? Nie wiedziałam, skąd miałam wiedzieć w sumie. Był dziwny, czemu nie chciał mnie zobaczyć, czemu do mnie nie zszedł? – NIE NAZYWAJ MNIE LILIPUTEM TROLLU JEBANY! – krzyknęłam – CHUJ MNIE OBCHODZĄ TWOJE KOMUNIKATY, MOŻESZ MIEĆ NAWET KOMUNIKAT DO ELŻBIETY, ALE MASZ MI SIĘ NATYCHMIAST POKAZAĆ! – darłam się na całe gardło zagłuszając jego głos we własnej głowie. Frajer. Myśli, że mnie zatrzyma, bo nazwie mnie liliputem, pf. Podeszłam do drzwi i zaczęłam za nie szarpać chcąc dostać się do środka, ale nie były zamknięte. Wypadłam na poddasze, moje włosy zafalowały okalając całą moją głowę dookoła. W rękach nadal miałam moją broń, nogi miałam lekko ugięte i byłam wręcz w pozycji bojowej. – Jakie masz kłopoty? – wyprostowałam się spuszczając lekko z tonu. RE: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Astaroth Yaxley - 20.01.2024 Dobra, jednak nieco się uśmiechnąłem na jej wyzwiska kierowane w moją stronę, bo Kimi jednak pozostawała w formie. Jej temperament po śmierci ojca nie zmalał, więc... mogłem się nieco łudzić, że wszystko było w jak najlepszym porządku, choć nie było. Nie dość, że została bez ojca, to jeszcze beze mnie. Nie było nikogo, kto by jej robił bukiety z marchewki albo sadzał na ramiona by mogła widzieć koncert. Aż przekartkowałem notes by zobaczyć nasze śmieszki z marchewek w wazonie. Zdawać by się mogło, że miało to miejsce jeszcze nie tak dawno temu, a jednak minęło ponad pół roku od tych naszych zuchwałych wypraw po cudzych ogródkach. Wróciłem czym prędzej do aktualnej strony i jeszcze raz dla pewności poprawiłem samopiszącym piórem słowa Nie można jeść Kimi. Już wolałbym ugryźć Elżbietę i mieć tarapaty nie z tej ziemi, niż moją drogą przyjaciółkę na zawsze, więc ani drgnąłem, kiedy się na mnie wydzierała. Trwałem nieruchomo, bojąc się nawet oddychać, więc właściwie nie oddychałem. Tak też miałem z opóźnieniem wyłapać jej zapach, słodki i zapewne aktualnie również smakowity. Przemknąłem językiem po górnych zębach. Nie czułem wysuniętych kłów, ale wiedziałem, że w odpowiednim momencie się pojawiają. Ba!, pewnie gdybym się postarał, to wpadłyby do mnie w odwiedzinach na zawołanie. Nie chciałem tego robić. Kusić niczego. Miałem interesującą lekturę... tu gdzieś. Będę czytał, a w nocy wyjdę na dalsze łowy i tyle będzie mnie widzieć... Kimi. Znowu zostawię ją samą ze wszystkim. Zresztą, czemu się kręciła po Highlandach sama? Aktualnie nie było to bezpieczne. Nie tylko przez warunki atmosferyczne, ale również przez potwora, na którego otrzymałem zlecenie. Zesztywniałem momentalnie, bo Kim już tu była. Dobijała się do drzwi, a wiedziałem, że nie odpuści. Ona nigdy nie odpuszczała, więc żeby nie zrobiła sobie krzywdy, to po prostu stanąłem obok, oddzielając nas od siebie trzymanym notatnikiem. Jasny znak, żeby się nie zbliżała. I właśnie, co miałem jej powiedzieć? Teoretycznie zakazano mi mówić obcym, że jestem wampirem, ale... to była Kim. Mogłem jej zaufać. Nawet oddać życie w ręce, więc podniosłem na nią spojrzenie i pokiwałem głową z miną przegrywa. - Pisałem ci, że jestem chory... Jest gorzej, Kimi - zacząłem niezbyt pocieszony, zastanawiając się, w jaki sposób jej to przekazać. Swoją drogą, cieszyłem się, że jest cała, zdrowa i że za wiele się nie zmieniła przez tych kilka miesięcy. W przeciwieństwie do mnie. Niestety. - Ja... umarłem - przyznałem, choć to wiele nie wyjaśniało. Mogłem umrzeć na wiele sposobów i na wiele sposobów mogłem wstać z grobu, a ten tu mój sposób... Ale z kolei sporo wyjaśniało, dlaczego byłem blady, miałem sińce wokół oczu i nie chciałem jej widywać. - Stałem się, cóż, wam...pirem, więc ja... Właściwie to ty... Wyjdź stąd - odparłem niemalże błagalnie, bo już czułem ból. Nawet nie mrowienie, tylko ból w zębach. Słowo wampir wypowiedziałem szeptem. To był koniec przygód Aska i Kimi. Wbijałem w nią nieruchome spojrzenie i cieszyłem się, że miała ten pogrzebacz w ręce i magię nieograniczoną różdżką. Na razie jednak stałem z notesem wyciągniętym przed siebie, jakby to była moja tarcza, jakby mogła nas ocalić. Zaciskałem na nim palce. Musiał mi wystarczyć. RE: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Kim Skamander - 21.01.2024 Starałam się być nadal sobą po śmierci ojca, starałam się cieszyć tak samo drobnymi chwilami, udawać, że wszystko jest tak jak było. Chociaż nie było. Cholernie tęskniłam za jego listami, za jego opowieściami, co widział i kogo spotkał. Kochałam z nim podróżować, był mi naprawdę bliski. Z matka nie umiem znaleźć wspólnego języka, nie umiem się z nią dogadać, ciągle się z nią kłócę, mam tego serdecznie dosyć. Czasami łapię się na myśli, że lepiej by było, gdyby to ona zginęła i cholernie mnie to przeraża. Przy ostatniej kłótni prawie jej to powiedziałam, ale myślę, że się domyśliła o co mogło mi chodzić. Wstyd mi z tego powodu, tak cholernie wstyd. Teraz jeszcze dochodziło to, że Yaxley nie chciał mnie do siebie dopuścić, unikał mnie, teraz barykadował drzwi. Zaczęłam nawet uderzać z bara w nie, aby dostać się do środka. Jak mógł? Wiecie co? Byłam blisko tego, aby się poddać w próbie nawiązywania z nim kontaktu. Próbowałam nawet iść do jego siostry, ale też unikała odpowiedzi, nie dopuszczała mnie do niego, kłamała, że go nie ma, chociaż czułam, że był. To mogła być paranoja, ale nie ważne. Czasami mam wrażenie, że jestem trochę pieprznięta. Na przykład teraz? Trzymam w ręku pogrzebacz i próbuję porozmawiać z Astarothem. To nie jest normalne, że tak witam mojego drogiego przyjaciela w swoich skromnych progach po kilku miesiącach rozłąki, prawda? Nie miałam jednak czasu na to, aby się nad tym zastanawiać, bo w końcu drzwi ustąpiły, a tam zobaczyłam jego. Nadal był wysoki, ale jakiś bardziej bledszy i niewyspany. Pewnie zamiast spać oglądał jakieś świerszczyki pacan jeden, a zamiast jeść trzepał do zdjęć nagich mugolek! Na pewno! Jestem tego w stu procentach pewna! Wyprostowałam się, zagarnęłam dłonią swoje loki za ucho i przyglądałam się mu podejrzliwie. Nie podobało mi się to jak na mnie patrzył i to jak się zachowywał i to, że BRONIŁ SIĘ PRZEDE MNĄ JAKIMŚ PIEPRZONYM ZESZYTEM. Ja... umarłem. Pokręciłam głową z niedowierzeniem. Czy on serio z drzewa spadł i mu jakaś piąta klepka wypadła? Doskonale wiedział, że umarł mi ojciec, a on sobie jaja ze śmierci robił? Chory na śmierć, czy co? Już miała w niego rzucić pogrzebaczem, aby się obudził, ale kontynuował swoją zagadkową wypowiedź. Jak na mnie naprawdę długo milczałam. – Jak… jak to wampirem? – zapytałam naprawdę głupią garbiąc się przy tym i patrząc na niego pytająco. – Asek, jak to się stało? I to jest ten twój wielki powód, aby mnie nie ogaląda? Czy cię pojebało? – w moich oczach zebrały się łzy. – Umarłeś? Umarł to mój ojciec, a ty tu jesteś i nie chcesz… Jak mogłeś mnie tak zostawić patafianie zasrany – przetarłam wierzchem dłoni oczy, aby się przed nim nie rozpłakać. Jeszcze tego brakowało. – Musisz pić krew, tak? – wciągnęłam powietrze nosem. – Czy ty… jesteś… głodny? – zapytałam niepewnie unosząc w jego kierunku swoją lewą dłoń w prawej miałam nadal w pogotowiu swoją broń w razie, gdyby coś mu odjebało. Głupi debil. Myślał, że go zostawię, bo jest sobie jakąś tam przeklętą pijawką? RE: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Astaroth Yaxley - 21.01.2024 Wpatrywałem się w Kim, spodziewając się właściwie wszystkiego. Bywała totalnie nieprzewidywalna oraz pakowała mnie przy tym w tak różnorodne i abstrakcyjne sytuacje, że zapewne to stąd nasza przyjaźń się zacieśniła, stała się prawdziwą przyjaźnią, taką nierozerwalną, z przyrzeczeniami i może nawet do śmierci. Zapewne gotowi bylibyśmy oddać za siebie życie wzajemnie, tylko... Tylko że ja umarłem, więc może nawet lepiej byłoby, gdyby zaskoczyła mnie na inny sposób ze swoją reakcją. Mogła zacząć krzyczeć, uciekać, rzucać we mnie metalowymi przedmiotami albo przypadkiem wbić mi drewniany kołek w mózg. Cóż, wszystko byłoby lepsze od tego. Nie chciałem jej robić nadziei, że teraz powie mi patafianie zasrany, ja ją wyzwę od liliputów zasmarkanych, a potem będzie wszystko fajnie i elegancko. Nie będzie, o to chodziło. - Kim, tak, to ten powód. Jestem wampirem. Jestem głodny. Nie kontroluję tego jeszcze. Myślałem... Miałem nadzieję, że nikogo tu nie będzie. Polowałem w okolicy, ale zaczęło świtać i... I jestem bestią, więc nie mogę przebywać na słońcu. Nie mogę przebywać w pobliżu mojej przyjaciółki. Nie mogę myśleć o głodzie w towarzystwie mojej przyjaciółki. Nie mogę być głodny w jej towarzystwie. Nie można jeść Kimi. Nie można jeść Kimi. Nie można jeść Kimi. Nie można jeść... - To nie jest... żart, kolejna zabawa, debilny wkręt, Kim. Przebywam tylko w otoczeniu moich bliskich. Ojciec kontroluje... kiedy... - zatrzymałem się, bo nie chciałem jej zdradzać tych obrzydliwych szczegółów. Zapłaciliśmy jakimś biedakom, żeby robili mi za worek z krwią. To było ohydne, to było obrzydliwe. Sam fakt picia krwi, ale kiedy piłem, to wcale nie wydawało się być takie złe, wręcz p r z e p y s z n e. Niebezpiecznie dobre, tak dobre, że nie byłoby końca w tym szaleństwie, gdyby nie Yaxley Senior, więc zagryzłem dolną wargę i wtedy poczułem jakiś nienaturalny nacisk na nią. O, kurde. Ślinka naciekła mi do ust. Obiad? Przestałem się zasłaniać notatnikiem, bo jedną ręką postanowiłem zasłonić swoje kły. - Idź na dół. Zabezpiecz drzwi. Porozmawiamy przez fale - rozkazałem jej, wskazując jej wolną ręką, właściwie tą, w której trzymałem swój dziennik, drzwi. Zamknąłem oczy, żeby na nią nie patrzeć, nie myśleć o jej szyi, o jej krwi, o tym wszystkim, co tam jej pływało w tej krwi, jej cieple... Niech to! NIE! PO PROSTU NIE! Wziąłem odruchowo głęboki oddech i to był mój któryś z kolei błąd, bo mówienie też potrzebowało oddechu, a ja nie powinienem teraz oddychać. Nie powinienem myśleć o krwi. I nie można jeść Kimi. Nie można. RE: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Kim Skamander - 21.01.2024 Patrzyłam na niego z pełnym zaufaniem. Wiedziałam, że mnie nie skrzywdzi, gdyby chciał mnie skrzywdzić już dawno by to zrobił. Co ja pieprzę? Niech tylko spróbuje mi coś zrobić to go nadzieję na ten hak od pogrzebacza! Obserwowałam go uważnie czując jak serce bije mi szybciej. W mojej głowie naprawdę zrobiła się myśl, aby dać mu się napić mojej krwi. Lepiej żebym to była ja niż jakaś przypadkowa osoba, która nie zgodzi się na to, albo gorzej, przy której się nie powstrzyma. Obcą osobę nie darzył przecież żadnymi emocjami, a mnie kochał, prawda? Szybciej się powstrzyma przy mniej… Chciałam w to wierzyć, całym swoim sercem chciałam w to uwierzyć. – Chuj mnie to wszystko! – krzyknęłam na niego widząc, że naprawdę cierpiał. – Nie rozkazuj mi, to po pierwsze, a po drugie do jasnej cholery pij! – poruszyłam niecierpliwie ręką, aby zrozumiał, że może mnie ugryźć w nadgarstek. Chciałam mieć prawą rękę wolną i chciałam też, aby był w odpowiedniej odległości, aby mnie nie obejmował, aby mnie nie osaczał. Po prostu napił się tyle ile potrzebował. Robiło mi się niedobrze na samą myśl, ale nie chciałam, aby później czegoś żałował. Picie krwi brzmiało tak obrzydliwie, ale nie okazałam mu tego. Wręcz przeciwnie – w pełni mu ufałam i patrzyłam mu w oczy. Był dziką bestią w tym momencie, kimś kto mógłby mnie rozszarpać, ale wiedziałam, że dam sobie radę. – Nie obchodzi mnie twój ojciec, już nic nie będzie kontrolować, ani twoja siostra, ani nikt z twojej rodziny. Ja ci pomogę, nie dam ci zrobić nikomu krzywdy. Wiesz, że czaruję bez różdżki, wiesz, że w czarach jestem dobra, więc błagam napij się i porozmawiajmy. Na głodzie nie dasz rady – szepnęłam. Serce biło mi okropnie szybko, dłoń delikatnie drżała, bo w sumie trochę się bałam. Nie samego Aska, a tego, co mógł zrobić jeśli się nie powstrzyma, ale wiem, że damy sobie radę. – Obiecuję cię odepchnąć, obiecuję cię spętać jeśli przestaniesz nad sobą panować – dodałam jeszcze żeby wiedział o co mi chodzi. RE: [ Marzec 1972 ] – Let it live and die - Astaroth Yaxley - 21.01.2024 Mogłem ufać Kimi, ale czy aż tak? Może się biliśmy, wymienialiśmy kuksańcami, ale było to w ramach naszych głupich, gówniarskich zagrywek. Czy była w stanie podnieść na mnie rękę świadomie? Rzucić jakieś podłe zaklęcie, które mnie sparaliżuje albo co... Sam nie byłem też pewien, co mogło jej za zaklęcie przyjść do głowy, ale chyba wolałem nie rozważać tych kategorii. Lepiej żeby nie musiała się przede mną wzbraniać, tylko że... Mój umysł, moje ciało, cały ja... Chcieliśmy tego. Ona się zgadzała. Wyciągała rękę w moim kierunku i mówiła, żebym pił, żebym się nie martwił, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Była początkującą BUMowczynią, ale już w szkole potrafiła dowalić człowiekowi, więc... Może powinienem? Tak tylko trochę? I zaraz oczywiście przestanę. Nie będę pił nie wiadomo ile, ale... Ale dam radę się powstrzymać. Czy nie dam rady? A może dam radę...? Kim we mnie wierzyła. Nie można jeść Kimi...? Phi. Miała takie wielkie, wypełnione wiarą we mnie oczy, więc odrzuciłem notes w bok i zaraz znalazłem się przy niej z niezdrowym pomrukiem. Uklęknąłem właściwie przed jej ręką, bo Kimi była śmiesznie niska, a ja chciałem mieć jak najlepszy dostęp do jej ręki, w którą właśnie się wgryzłem. Nawet nie kontrolowałem tego, żeby zrobić to jakoś łagodnie. Po prostu się wgryzłem i od razu łapczywie zacząłem pić. Potrzebowałem to poczuć i właśnie czułem jak ten ból, ta usilna potrzeba zalewana jest przez ciepłą posokę Kimi. Odprężałem się powoli, traciłem to spięcie w swoich kończynach, oddając się pięknemu relaksowi. Potrzebowałem tego, tak bardzo pragnąłem i ponownie to dostałem. Dosyć nieplanowanie, ale chuj z tym. Najważniejsze, że miałem dostęp do świeżej krwi i piłem, i piłem, i piłem, a z każdą kolejną kroplą czułem się coraz bardziej żywy, normalny, stabilniejszy, silniejszy. Może trochę też niezwyciężony, jak gdyby wpływało właśnie we mnie życie, dzięki któremu mógłbym góry przenosić. Hehe. Fajnie byłoby góry przenosić. Może kiedyś powinienem spróbować...? Tylko wypiję jeszcze trochę i trochę więcej, żeby starczyło na dłużej, szczególnie że żadna kropla nie mogła się zmarnować, co nie? Szkoda by było. Dlatego ująłem nieco silniej tę rękę by mi się przypadkiem nie wyrwała. Tak w ramach bezpieczeństwa. Chciałem po prostu kroplę więcej, bo było mi dzięki temu lżej, jak gdyby z każdą kropelką kolejne kamienie spadały mi z serca, z ramion, z głowy. Zewsząd. |