Secrets of London
[28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam (/showthread.php?tid=2822)

Strony: 1 2


[28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Ula Brzęczyszczykiewicz - 28.02.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

28.07.1972
wieczór przed zachodem słońca
Pola Doliny Godryka

Zbieranie ziół z Samuelem rozbudziło we mnie chęć na więcej. Postanowiłam zająć się ulubionym zajęciem wszystkich uczniów podstawówki, czyli skompletować zielnik. Ale żeby dodać temu więcej praktyczności, zbiorę też przy okazji różne przydatne zioła. Mam wolny dostęp do wielu pól i ogrodów sąsiadów, którzy sami zachęcali mnie do "częstowania się" ich zasobami.

Na pierwszy ogień (bardzo złe wyrażenie) poszło niezagospodarowane poletko najbliżej mieszkających mugoli. Kawałek pola odpoczywał drugi rok po zasiewach, zamieniając się w uroczą łąkę. Przy jego brzegu, obok rozłożystych krzewów, zdawała się rosnąć szałwia, a przynajmniej takie miałam wrażenie przechodząc tu ostatnio.

Tak też było. Zioła było tyle, że niemal stworzyło odrębny krzew. Zebrałam część i ułożyłam przy ścieżce w stosiku. Nie dam rady zabrać wszystkiego naraz, tak więc tam sobie zmagazynuję wszystko, a potem przyjdę z większą ilością koszy. A tą ścieżką i tak nikt o tej porze nie będzie chodził.

Po trzykrotnym powiększeniu kupki szałwii, wróciłam pod krzew tracąc motywację do zebrania tego więcej. Bo w końcu po co mi tego tyle? Z tego i tak będzie zapasu herbaty na kilka miesięcy, jeśli byśmy tylko taką pili. A najpewniej zachowamy na okresy bólu gardła. Może zasuszę sobie trochę w woreczku, żeby mieć ładny zapach pod poduszką? Ale do tego było wiele o wiele lepszych roślin.

Siedziałam na trawie i zrywałam listki z gałązek, myślami będąc już gdzieś daleko. Którą ścieżką one poleciały, że od szałwii dotarły do rozważań o tym, czym jest miłość?

To taniec serc. Niezrywalna więź. Przenikanie się dusz. A przynajmniej tak piszą o tym poeci. Sama dotarłam tylko do zakochania. Tak mi się wydaje. Bezpieczniej byłoby to nazwać wzdychaniem do osób, które nawet nie wiedzą o moim istnieniu. Albo które same są tylko wytworem czyjejś wyobraźni... Smutne sprawy. Ale chyba nie byłam jeszcze tak bardzo zakochana, żeby oszaleć. Czy zawsze trzeba oszaleć? Czy można się zakochać rozsądnie? Czy to tak bardzo zmienia stan umysłu? A może dopiero przemiana zakochania w miłość przywraca jasność umysłu? Chociaż to chyba jakiś etap wcześniej. I miłość jest efektem przejścia go pozytywnie, a jeśli nagle mózg ochłonie i dostrzeże wady obiektu westchnień i westchnienia się skończą... to mamy koniec negatywny. To brzmi logicznie. Zbyt logicznie jak na coś, co nie powinno być logiczne. Uczucia są zbyt skomplikowane.

Westchnęłam, ale byłam zbyt daleko od ścieżki, żeby przebiegający tamtędy mężczyzna mnie usłyszał.


Prompt


RE: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Morpheus Longbottom - 05.03.2024

Bieganiem nie dało się tego nazwać.

Morpheus spędził w szpitalu trzy bardzo złe dni, pozostawiony na obserwacji, co sprawiło, że jego koszmary tylko się nasiliły, zresztą w samym Mungu spał tylko dlatego, że prosił pielęgniarki o leki na sen zdecydowanie za często. Miał nadzieję, gdy go odstawiono na izbę przyjęć, że wyślą go bardzo szybko do domu, ale dodatkowe znużenie podróżą pociągiem i promem z Włoch, na dodatek do obrażeń podczas misji, spowodowały, że zamiast eliksirów i rekomendacji oraz poklepania po plecach, przyjęto go na oddział. Kiedy jesteś jasnowidzem, wizyty w szpitalach są prawdziwym koszmarem, nawet wtedy, gdy jego widzenie nie do końca działa tak, jak powinno. Ilość przewijających się ludzi, losów i tragedii, zamknięte w kilku ścianach i za cieniutkimi parawanami.

Po tylu latach profeta nauczył się, że nie może pomóc wszystkim.

Przemierzając kolejne odcinki piaszczystej drogi przyspieszonym tempem, którego normalnie nie utrzymywał, starał się zachwycać światem, tak jakby widział go po raz pierwszy. Chwilowa ślepota sprawiła, że docenił znacząco to, że może widzieć również teraźniejszość, a nie jedynie oglądać sekundy i minuty do przodu, gubiąc rzeczywistość. Utrata wzroku przerażała go niezmiernie.

Czuł, jak pot spływa po jego nieco opalonej skórze, ciurkiem na karku, a włosy na skroniach przylepiają się do ciała. Wrażenie lepkości na całym ciele i pyłu z drogi wszędzie nie opuszczało go, właściwie to powiększało się z każdą bolesną dla płuc chwilą szybkiego marszu. Jak rzadko mężczyzna miał na sobie koszulkę z krótkim rękawem i jakimś mugolskim logo, którego nie rozumiał, a którą ukradł Erikowi; on nie nosił takich rzeczy. Zdecydowanie nie wyglądał komfortowo w tym, co miał na grzbiecie.

Pewnie właśnie dlatego wybierał mało uczęszczane trasy i gdy zauważył ruch pośród pola, wystraszył się, zaskoczony i potknął się. Z paniką zauważył przed sobą sterty zebranej szałwi, na którą miał uczulenie, próbował więc złapać równowagę i...


Rzut na ominięcie wpadnięcia w szałwię.
[roll=N]

Przepraszam! — wykrzyknął, jakby przepraszał kwiaty lub zbieraczkę zawczasu, lądując idealnie między jednym zbiorem, a drugim, twarzą niebezpiecznie blisko wonnego kopczyka kwiecia. Pozbierał się szybko. — Nic mi nie jest.  

Spojrzał z zainteresowaniem na młodą kobietę. Pierwszą rzeczą, którą zauważył Morpheus, były blizny. Pierwszą rzeczą, którą mogła zauważyć Ula, był fakt, że bardzo starał się na nie nie patrzeć.


Odkryj wiadomość pozafabularną



RE: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Ula Brzęczyszczykiewicz - 05.03.2024

Z rozważań wyrwał mnie głos. Ktoś za coś przepraszał. Ktoś powiedział, że nic mu nie jest. Co tu się działo?

Rozejrzałam się i dostrzegłam jakiegoś mężczyznę. Chyba sobie tutaj biegał. Był ubrany na sportowo i wyglądał na zmęczonego. A wtedy zorientowałam się, że nie mam ze sobą okularów. I tak nie zasłaniały całej mojej twarzy, ale to był głównie sposób na moją głowę, żebym sobie z tym radziła. Ale no trudno. Mężczyzna i tak się we mnie wgapiał w taki sposób, w jaki nie gapi się na przypadkowo spotkaną osobę. Chyba, że chodziło mu o to, że siedzę tak losowo w polu.

Gapiliśmy się na siebie trochę za długo. Zaskoczyła mnie jego obecność i tyle. Spuściłam odruchowo wzrok i ujrzałam kopiec szałwii.

Ojej, przepraszam, że to tak na środku drogi postawiłam! — Powiedziałam, szybko zbierając się z ziemi.

"Na środku drogi?" Można to uznać za śmieszny żarcik, ale nie planowałam tego i mój ton głosu sugerował autentyczne przejęcie. Podeszłam do kopca, szybko zgarnęłam go na bok, po czym podniosłam się do pozycji stojącej.

Dopiero teraz dostrzegłam, że wybrałam sobie takie miejsce, w którym stoję dość blisko owego mężczyzny. Do piersi przyciskałam połowę z szałwii, która leżała na ziemi. Cały piękny pęk fioletowego kwiecia. Ale nie interesowało mnie ono teraz. Bo przypadkiem spojrzałam znów w twarz mężczyzny i zrozumiałam, że tą chwilę temu wpatrywałam się w niego nie tylko z powodu zaskoczenia czyjąś obecnością, ale i zaskoczenia... widoku TAKIEJ twarzy.

Musiał być modelem, albo aktorem. Członkiem znanego zespołu na pewno nie, bo bym go kojarzyła. Z taką twarzą mógłby grać kogoś z komiksów. Jakiegoś superbohatera. Albo nie. Jakiegoś wroga Spidermana. A może jednak superbohatera? Ciężko powiedzieć. Jeszcze chyba nie stworzyli postaci, która byłaby na tyle dobra, by ją odegrał. Może ja powinnam to zrobić?

Wpatrywałam się w twarz mężczyzny zupełnie zapominając, że nie przyglądam się przypadkowej osobie gdzieś na mieście, tylko człowiekowi stojącemu tuż przede mną.




RE: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Morpheus Longbottom - 08.03.2024

Szkoda, że los ją tak pokarał. Pierwsze wrażenie sugerowało, że jest miłą dziewczyną. Szkoda, że takie osoby bogowie karzą w najbardziej okrutny sposób. Zupełnie jak biedna Medusa, ukarana za złamanie celibatu jako kapłanka Ateny, podczas gdy sama w większości mitów była ofiarą niechcianych awansów. Według innych wersji tego mitu, jej przekleństwo miało być darem, ale któż by chciał taki? Zniekształcanie i deformacja. Jakim darem dla biednego dziewczęcia były tak rozległe poparzenia?

Pomógłbym, ale od szałwii dostaję okropnej wysypki. Chyba że ma panienka jakieś rękawiczki? — zapytał, chociaż już wiedział, że nie ma; spojrzał w przyszłość.

Dłonie świerzbiły go, żeby sprawdzić, jak pomarszczona, brzydka skóra, reaguje pod dotykiem i jakie daje wrażenie dla samego dotykającego. Zastanawiał się, jak głęboko pod ubraniem sięgają zniekształcenia, czy są rozległe, czy przeszkadzają jej w codziennym życiu w jakiś niedostrzegalny sposób. Naturalna potrzeba dostrzegania wszystkiego walczyła z tym, co poprawne i prawidłowe. Elise na przykład zwróciłaby uwagę na bukiety szałwii i zapytała się o zastosowanie, skupiając wygodnie temat i spojrzenie, na coś innego. On też tak umiał, ale dziewczę wzięło go całkowicie z zaskoczenia swoją aparycją i w ogóle obecnością.  

Ciekawość i obrzydzenie na widok pomarszczonej skóry na młodzieńczym licu sprawiały, że był bardziej zafascynowany, niż to było słuszne w tej sytuacji. Zwykle też nie przepadał za blondynkami, ale tutaj chodziło o coś więcej niż tylko rysy twarzy czy koloryt. Odrzucająca deformacja stawała się w jego głowie fetyszystyczną pokusą. Brzydota na krótką chwilę stanowiła coś niebywale kuszącego. I autentycznego.

Mrugnął, po raz pierwszy od podniesienia się do pionu i niepoprawne myśli uleciały. Nadal jednak wpatrywał się bardzo nachalnie, a jednocześnie próbując maskować nieudolnie, do których części twarzy przyciąga go najbardziej.

Morpheus Longbottom. Nie przypominam sobie panienki w Dolinie Godryka. Niedawno się panienka przeprowadziła? — zapytał, używając nieco archaicznych formułek, chociaż nie wyglądał na aż tak starego, gdzieś w okolicach czterdziestu lat, przy czym wiek zdradzała głównie siwizna na skroniach i srebrny pocałunek nad czołem.




RE: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Ula Brzęczyszczykiewicz - 08.03.2024

Wpatrywałam się w niego, a on we mnie. Obydwoje ogarnięci facynacją sobą nawzajem, na moment zapomnieliśmy o rzeczywistości.

Oh, przepraszam — odpowiedziałam z niezręcznym uśmiechem i od razu spuściłam trzymane kwiaty niżej, żeby jakieś pyłki czasem nie trafiły mu na twarz. Tą pełną majestatu, cudowną twarz.

Ula, skup się.

Dam sobie radę, dziękuję bardzo. Rękawiczki mam niestety tylko takie, ale one raczej by się tu nie przydały... — Uniosłam jedną z dłoni, obleczoną bezpalczastą rękawiczką z dzianiny. Kilka łodyżek wypadło z moich objęć. Idąc na pole wiedziałam, że o tej porze raczej mnie nikt nie zobaczy, ale zwyczajowo okrywałam każdy możliwy kawałek ciała, bo niemal wszystko pokryte było paskudnymi bliznami.

Zachwyt musiał pojawić się na mojej twarzy, gdy nieznajomy się przedstawił. Odkąd wprowadziłam się do Doliny, nie miałam okazji poznać żadnego Longbottoma, a powody do tego istniały.

Tak, jestem tu od wiosny. Ula Brzęczyszczykiewicz — przedstawiłam się z lekkim dygnięciem. — Mieszkam u Lysandra Lovegood. Jakże miło mi pana poznać! Wiele słyszałam o pana rodzinie, babka mojej babki była z domu Longbottom, ale też ona sama żyła w dużej przyjaźni z nimi. — Wszystkie rodziny czarodziejów przeplatały się przez pokolenia, ale dla mnie wszelkie połączenia od strony babci stanowiły nieskończone źródło fascynacji. Moja polska rodzina była duża. Zbyt duża, żeby spamiętać. I wszyscy byli rolnikami. Koniec historii. Ale wystarczy, że cofnę się do historii mojej babki, a już otwieram wrota do innego wymiaru pełnego przygód, dramatów i po prostu ciekawych opowieści.

Czyli ten mężczyzna miał nie tylko oszałamiający wygląd, ale też mistyczne imię i pochodził z rodziny bohaterów. Na pewno ma jakieś zaszczytne stanowisko w Ministerstwie Magii. Może nawet o nim czytałam w Proroku, ale teraz nie kojarzyłam? Tak bardzo miałam ochotę rzucić tą szałwię i lecieć do pokoju spróbować naszkicować portret tego mężczyzny. Ale nie ma pośpiechu, nie sądzę, że szybko go zapomnę.




RE: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Morpheus Longbottom - 14.03.2024

Los rzeczywiście tę dziewczynę pokarał, uznał Morpheus. Jej imię brzmiało obco, aż je powtórzył za nią, U-la, dwie sylaby, przyklejający się język do podniebienia, aby strzelić dźwiękiem i zmienić się w samogłoskę. Rozumiał potrzebę zbalansowania dziwnego, krzaczastego nazwiska, nie dość, że nadmiernie skomplikowanego, to jeszcze długiego, ale trzy litery były przesadą w drugą stronę dla czarodzieja. Już przy Eriku krytykował wybór, wywracając oczami, bo na więcej nie mógł sobie pozwolić, mając trzynaście lat. Na szczęście przy bratanicy wybrali słuszną drogę i dali takie, które nie tylko ładnie brzmiało, ale elegancko pasowało z rytmem nazwiska. Nadanie tak krótkiego imienia brzmiało niepoważnie. 

Ula. Bardzo ładne, ma jakieś znaczenie? — Może odmienna uroda, ukryta na wieczność pod bliznami wskazywała jakiś język, gdzie to imię trwało w bardziej dystyngowanym odczuciu, niż angielski. — Wybacz, ale nazwiska nie będę próbował wypowiedzieć.

Morpheus kalkulował w głowie gałęzie drzewa genologicznego Longbottomów. Przynajmniej cztery pokolenia do tyłu, trzy dla niego, więc musiała to być siostra dziadka jego ojca. Nie interesował się aż tak bardzo tymi historiami, za dziecka spoglądając dużo bardziej ku przyszłości, a przeszłością żyjąc swoją, nie cudzą. Uśmiechnął się jednak na to szeroko, jakby rzeczywiście odnalazł dawno zaginioną krewniaczkę, o której zagubieniu nawet nie wiedział, jak modna historia Anastazji Romanow, o której opowiadał mu Dolohov, kiedy jeszcze rozmawiali. Tutaj sytuacja na szczęście była dużo mniej tragiczna, nikogo nie zamordowali komuniści. Chyba. Patrząc jednak na poparzenia i dziwny akcent czarodziejki, mógłby pomyśleć, że uciekła z radzieckich kołchozów ku świetności Anglii.

Mam nadzieję, że same dobre rzeczy, inaczej byłbym zmuszony wyzwać plotkarzy na pojedynek, a nie jest to ulubiony sposób spędzania poranków przeze mnie, chociaż brzmi romantycznie. Spotkanie we mgle świtu i...


[roll=Symbol]

Zauważył w trawach przydroża czerwonego muchomora. Czerwony kolor muchomora był od wieków kojarzony w Alchemii jako reprezentujący proces transformacji i duchowe odrodzenie. Sam grzyb za to jest postrzegany jako katalizator wewnętrznych procesów alchemicznych prowadzących do oświecenia i wyższej świadomości. Niektórzy praktycy Starych Dróg widzą muchomora czerwonego jako potężne narzędzie ochrony psychicznej i odstraszania negatywnych energii. Wierzono, że energetyczne właściwości grzyba tworzą osłonę wokół użytkownika, odbijając szkodliwe wpływy i wzmacniając obronę duchową.

Muchomor. Oznacza powroty. Coś powróci do ciebie. Albo do mnie, raczej do ciebie, stoisz bliżej.




RE: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Ula Brzęczyszczykiewicz - 15.03.2024

Nie przedstawiałam się w takich sytuacjach pełnym imieniem, bo już nazwisko było niesamowicie długie. Poza tym, z anglojęzycznymi nie przepadałam za nazywaniem mnie "Ursulą". To brzmi trochę jakby seplenili. Poza tym, nikt nie zwraca się do mnie pełnym brzmieniem. Ewentualnie "Urszulka", ale to kolejna bariera nie do przebicia dla nie Polaków.

Dziękuję! — Odpowiedziałam zaskoczona, że komuś mogło się spodobać tak proste imię. Chociaż pewnie mężczyzna wyobraził je sobie jako "Oola", co faktycznie wygląda egzotycznie. Co do znaczenia... — Dostałam je po prababci. W Polsce raczej nie zwracamy uwagi na znaczenie imion, o ile nie jest bardzo dosłowne. Bardziej zwracamy znaczenie na to, kto takie imię wcześniej nosił, na przykład ktoś z rodziny, albo jakaś istotna osoba albo święty.

Z jakiegoś powodu lubiłam wyjaśniać takie sprawy kulturowe. Konfrontując dobrze mi znane rzeczy z rzeczywistością innych krajów, pozwalało mi odkrywać, czym tak naprawdę jest "polskość".

Proszę się nie kłopotać, zdaję sobie sprawę jak nieprzystępne jest to imię za granicą. — Machnęłam tylko ręką z lekkim rozbawieniem. Na ogół ktoś taki jak pan Longbottom niesamowicie by mnie onieśmielił, ale z jakiegoś powodu nie czułam się aż tak skrępowana. Czy to przez to pytanie? Przez nawiązanie konkretnego wątku, w którym mogłam wypowiedzieć się pewna siebie, bez martwienia się o wymyślaniu rozmów o pogodzie?

Język pana Longbottoma był niesamowicie poetycki. Ale czego się spodziewać po kimś z TAKĄ twarzą. Na wspomnienie muchomora powiodłam wzrokiem w miejsce, w które się wpatrywał. Rzeczywiście! Nie dostrzegłam wcześniej krasnego grzybka, ale z miejsca, w którym wcześniej stałam, zasłonięty był wysoką trawą.

Ojej, pan jest wróżbitą?

Moje zafascynowanie tym człowiekiem rosło z sekundy na sekundę. W głowie tworzyło mi się milion scenariuszy komiksów z nim w roli głównej. Już widzę grono dziewcząt w pokojach wytapetowanych plakatami z jego wizerunkiem.

Powróci... Jedyne rzeczy, które mogłyby do mnie powrócić już nie istnieją... — odparłam trochę pochmurnie. Moje zwierzęta, budynki gospodarcze, komiksy, rysunki, zdrowi rodzice, normalna twarz, nawet te akwarele z Beltane zostały pokonane przez płomienie. Próbując ukryć zakłopotanie wywołane zbyt dużym wynurzeniem wewnętrznych myśli, pochyliłam się odkładając resztę trzymanej szałwii na stosik i przesuwając wszystko to z dala od pana Longbottoma.

Może Lysander wróci dzisiaj na noc... O ile w ogóle wyszedł. Bo jestem prawie pewna, że jak wychodziłam to był w domu... — Wciąż źle, wciąż zła odpowiedź. Roześmiałam się niezręcznie, prostując się. — Oczywiście nie neguję pana wróżby banalnymi przewidywaniami, jestem chyba dość niecierpliwa i próbuję zgadnąć, co by to mogło być. Ale w końcu wróżby nie zawsze muszą dotyczyć czegoś wielkiego, prawda? Czasem chyba mogą przewidywać coś, czego i tak się spodziewaliśmy, że się wydarzy na pewno?

To właściwie ciekawe pytanie. Nie wiedziałam wiele o wróżbiarstwie. W Durmstrangu ta dziedzina miała niemal nieistniejące miejsce w programie nauczania. To nie tak, że uznawali to za bzdury, ale według nich jeśli ktoś nie miał daru jasnowidzenia, tracił tylko czas na naukę tarota, czy czytania z kuli. Trochę szkoda, bo to wszystko wydaje się bardzo interesujące, chociaż jednak nie miałam okazji wgłębić się w ten temat bardziej. Cóż, teraz muszę, skoro bohaterem mojego najnowszego komiksu będzie niesamowity wróżbita.




RE: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Morpheus Longbottom - 19.03.2024

Większość ludzi nienawidziła rozmów o pogodzie oraz pytań o własną osobę, które wymagają introspekcji, na przykład, jakie są mocne strony. Morpheus uczył się sztuki konwersacji, odkąd zaczął w ogóle mówić, na dodatek wysoka spostrzegawczość, wypracowana latami dokuczań starzszych braci oraz sztuk wróżbiarstwa i jasnowidzenia, pomagały mu w łagodny sposób kierować nurtem konwersacji, aby nie urazić ani nie kłopotać specjalnie rozmówcy, a ominąć kwestie banalnych tematów. Jaka pogoda, chyba widać, są na zewnątrz.

Jasnowidzem — poprawił ją łagodnie. — Muchomor jest bardzo często utożsamiany z domem na wsi, więc może tak być, powrót Lysandra. W mojej opinii zwykle chodzi o rzeczy znacznie mniej namacalne. Coś, co trwa w głowie, w sercu, w duszy, jak zapomniana kołysanka, której nuty przywracają nas do zdarzeń. Może to być nawet coś takiego, jak zwykłe szczęście.

Bogowie wiedzą, że z taką twarzą go potrzebowała, jeśli chciała cokolwiek osiągnąć w swoim życiu. Ludzie byli okrutni, sam Morpheus postrzegał Ulę przede wszystkim przez pryzmat jej blizn i deformacji. Gdyby znali się lepiej, zapewne zaproponowałby jej wizytę u Potterów, chociażby swojej szwagierki, aby poprawili jej co nieco, ale na tym etapie relacji byłoby to możliwie też afrontem. Oczywiście przez głowę mu nie przeszło nawet, że dziewczynę może być zwyczajnie nie stać na ekstrawagancję poprawy urody, nawet w momencie, w który znacząco wpływało to na jakość jej życia. Spodziewał się też, że wszyscy dookoła mówili, aby poczuć się samemu lepiej, że dla nich jej twarz jest nadal piękna i nie zwracają na to uwagi. Śmieszni.

Oczywiście, że widzieli i oczywiście, że odstręczało ich to, żyli jednak daleko od prawdy o sobie samym i akceptacji faktu, że konsumujemy wszystko oczami najpierw. On był szalonym wieszczem i widział okropność i zapewne po zaspokojeniu swojej ciekawości, przeważyłaby niechęć do dziwnej faktury skóry. 

Nie ma żadnej kontroli nad tym, czy przewidzimy umiejscowienie nowego gniazda jaskółki, czy śmierć najbliższej osoby, chociaż wydarzenia związane z ludźmi przychodzą dużo łatwiej. Przyszłość nie jest predefiniowana, panną Ulo. Składa się z możliwości decyzji, a przecież niektóre się wykluczają, nie możesz napić się herbaty, jeśli ktoś przed chwilą rozbił kubek, ale przyszłość, w której miałaś po niej zgagę, istniała przez moment. Studiuję przyszłość od dwudziestu lat, nadal czasami jednak nie rozumiem  — dodał na końcu pokrzepiająco. — Coś powróci. A może grzybek po prostu przypomina ci, że ty miałaś gdzieś wrócić?




RE: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Ula Brzęczyszczykiewicz - 19.03.2024

Myślałam, że coś mnie połączyło z panem Longbottomem. Że nadajemy na tej samej fali. Że dlatego mi się tak swobodnie z nim rozmawia. Ale on po prostu był nauczony, jak to robić. Charyzma wylewała się poza skalę, jednocześnie nie dając tego po sobie poznać. Nieświadoma, czułam się, jak gdybym to ja podniosła sobie poziom socjalności w ostatnich tygodniach.

Co akurat też było prawdą, ale w tym przypadku miało niewielkie znaczenie.

Rozumiem... — pokiwałam głową. — Czyli to może być też wspomnienie albo zapomniany pomysł... To bardzo dobra wróżba, dziękuję.

Nie byłam pewna, czy za coś takiego się dziękowało. A może powinnam mu zapłacić? Co prawda nie był cyganką naciągającą turystów, a o jego usługi nie prosiłam... Cóż za niezręczna sytuacja. I znając życie po prostu myślę o tym za bardzo.

Patrzył się na moją twarz. Wiedziałam dlaczego. Nie wyglądał na zniesmaczonego, co wynikało pewnie z wysokiej kultury osobistej. A może miał do tego neutralny stosunek i po prostu był ciekawy? Takie blizny to nie jest często spotykana rzecz. Ale co zrobię, jak nic nie zrobię. Trwałych sposobów na blizny po magicznym ogniu nie było, a tymczasowych wygładzaczy nie chciałam używać... Bo wtedy szok po zobaczeniu mojej prawdziwej twarzy byłby jeszcze większy. Tylko kilka osób z rodziny było na tyle odważnych, by rzucić swoje sugestie w kwestii "naprawy" mojego lica. Reszta kazała mi się nie przejmować, ale dobrze wiedziałam, że w swoim gronie mówili "jaka ta Ula biedna, teraz to już na pewno nie znajdzie męża". Śmieszni.

Jak ten Longbottom ładnie mówił. Jaka szkoda, że geny tej rodziny nie dotarły do mnie w żadnym szczególnym stopniu. Ostatnią elegancką i artystyczną osobą na moim drzewie jest moja babcia. Wszyscy Lovegoodowie, których poznałam, są również niesamowici. A ja taka ot, głupia chłopka. Która myśli, że sposób mówienia jest dziedziczna. A wystarczyło, żebym czytała Jane Austen zamiast Batmana.

Odpalił mi się kalkulator w umyśle. Skoro studiuje przyszłość od dwudziestu lat... nie mam pojęcia, kiedy zdolności przewidywania się objawiają, więc ta informacja oznacza, że mężczyzna ma co najmniej trzydzieści lat, co można było poznać już po jego wyglądzie. No cóż, czasem myślenie analityczne nie wychodzi.

Czy jest pan zawodowym jasnowidzem? To znaczy, ma pan swój gabinet, przyjmuje klientów i tak dalej? — Wyobraziłam sobie Longbottoma w grubym egzotycznym szlafroku, frędzlach i jedwabnych dywanach rozwieszonych na ścianach. Na stole leży szklana kula i karty tarota. Mężczyzna podnosi jedną z nich — muchomor. Słynny znak fortuny i powrotów...

Spuściłam głowę.

Poza pokojem u Lysandra nie mam gdzie wracać, ale raczej nie ukazał się panu muchomor, by pogonić mnie już do spania, prawda? Wciąż jeszcze widno, a ja tak bardzo lubię oglądać zachody na polu.

Przez moment przeszła mi przez głowę myśl, żeby poprosić o wróżbę dotyczącą mojej przyszłości artystycznej (lub jej braku). Ale przecież nie wyciągnie tej wróżby z kieszeni, poza tym, to chyba niegrzeczne prosić go teraz o coś takiego, jak ewidentnie nie były to jego godziny pracy. Może spytam o wizytówkę? Chociaż na pewno nie miał żadnej ze sobą. Kto zabierałby wizytówki na spacer w polu.




RE: [28.07.1972] Panie policjancie, ja go nie zabiłam - Morpheus Longbottom - 19.03.2024

W głowie Morpheusa pojawił się obraz zupełnie innej osoby i pewnego gabinetu, znajdującego się w magicznej dzielnicy Londynu,  w którym w rzeczywistości nie postawił nigdy stopy. Jakże różniła się ich kariera. Znał wnętrze z kilku fotografii w gazetach, gdzie i tak zwracał dużo większą uwagę na mężczyznę na niej uwiecznionego, więc skojarzenie było raczej rozmyte. Dużo lepiej znał Ataraxię na Nokturnie czy mały lokal Effimery.

Zaczął się drapać po ręku.


rzut na jasnowidzenie
[roll=PO]

Na chwilę wzrok wieszcza przestał być tak nachalny, a on sam zdawał się być nieco nieobecny, trochę jakby rozmyty w swojej obecności, jakby dusza próbowała się zmaterializować jako ciało i prawie jej się to udało.

Nie, panno Ulu. Zajmuję się pracą naukową dla Ministerstwa Magii, ale rozkładam wróżby dla znajomych. A wróżby, jak ta, przychodzą, kiedy one same chcą, kiedy chcą zostać usłyszane. Jeśli czułaby panna potrzebę, mogę rozłożyć dla pani tarota, wystarczy, że napisze pana list do Warowni.

Zaśmiał się, zaskoczony jej interpretacją symbolu. Morpheus śmiał się szczerze i tak beztrosko, że nie dało się tego interpretować szyderczo, to był ten śmiech, który sprawiał, że wszystko inne blakło, nie dlatego, że zostało zatrute, ale dlatego, że nie mogło konkurować z jasnością tego śmiechu, prawie jakby nawet słońce było o nie zazdrosne. W tym głosie właśnie jaśniał Apollo, w koronie z lauru i promieni solarnych, opiekun wieszczy, ten który przemawiał przez Morpheusa. Czy to śmiał się mężczyzna czy bóg? Nie wiadomo.

Przepowiednie nie mają mocny dyktowania nam, co robić, a jedynie zapowiadania wyladkowych naszych decyzji.

Swędziało coraz bardziej.

Muszę pannę przeprosić, ale czuję coraz bardziej pyłki. Miłego oglądania zachodu słońca — powiedział i... Po prostu zniknął z cichym pyk.