![]() |
|
[8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard (/showthread.php?tid=2860) Strony:
1
2
|
[8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Bard Beedle - 06.03.2024 Umówili się prawie tydzień później w tym samym miejscu. L’Arpège od ich pierwszego spotkania zmieniło się naprawdę nieznacznie - główną różnicę było widać w liczbie osób. Knajpka wciąż pozostawała w miarę kameralna, lecz było tu zdecydowanie więcej ludzi, niż ostatnio. Delikatna woń lawendy gdzieś zniknęła, zastąpiona mieszaniną zapachu wina, przypraw i makaronu. W L’Arpège otworzono okna, by wpuścić do środka orzeźwiające, późnopopołudniowe powietrze. Camille, znając tutejsze realia, upewniła się, by na nazwisko Richarda zarezerwowano stolik, jeżeli wcześniej Mulciber o tym nie pomyślał. Zrobiła to na tyle dyskretnie, by nie ujęło to w żaden sposób jego dumie. Jeśli by wpadł na to odpowiednio wcześniej: nikt by mu nie powiedział, że Delacour poczyniła już w tym zakresie swoje kroki. Jeśli jednak nie wpadł... To wystarczyło tylko, by spojrzał w tym samym kierunku, co ostatnio. Blondynka przyszła o kwadrans wcześniej, tak jak ostatnio. Tak jak poprzednio zamówiła kieliszek białego wina, ale wstrzymała się z zamawianiem jedzenia. Nie była pewna, czy Richard będzie chciał omawiać interesy przy posiłku. A zamówić zawsze mogła na wynos. Poza tym nie wypadało jeść takich ilości, na które miała ochotę, w miejscu publicznym. Dzisiaj ubrała się podobnie, co 2 lipca. W jasne kolory, przyjemnie współgrające z jej karnacją i blond włosami, które postanowiła upiąć w pozornie niedbały kok. Tak naprawdę jednak każda kobieta wiedziała, że stworzenie go wymagało nieraz więcej pracy i czasu, niż innej, z pozoru trudniejszej fryzury. Biała, zwiewna koszula była rozpięta pod szyją i tworzyła niewielki dekolt - na tyle niewielki, że dawał swobodę ruchów, ale jednocześnie nikt nie mógłby w niego zajrzeć nawet gdyby chciał. Do tego jasnobłękitne spodnie, czarna marynarka, która aktualnie wisiała na wieszaku na ścianie. Niewielką torebkę na złotym łańcuszku Camille przewiesiła przez oparcie krzesła. Dzisiaj jej szyję zdobił złoty łańcuszek z zakończoną celebrytką w kształcie serca, a na lewej ręce pobrzękiwał zegarek w podobnym kolorze. Kolczyków zdecydowała się nie zakładać. Co za dużo, to niezdrowo. Zastanawiające było to, że to było już ich drugie spotkanie, a Delacour znowu widziana była z winem. Chociaż gdyby Richard chciał odrobić zadanie domowe, to pewnie nie byłby zaskoczony tym widokiem. Podobnie jak wysoką torebką prezentową, spoczywającą pionowo na stole. Och, prezent. Dla niego! RE: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Richard Mulciber - 07.03.2024 Ostatnie dni były dość pracowite. Po powrocie z Norwegii, od razu zajął się sprawą Camille Delacour. Zaraz po tym miał wyjazd z bratem za granicę, a po powrocie, podjął z nim rozmowę w sprawie umowy dla Delacour. I słusznie. Dzięki temu mógł poinformować Camillę o propozycji spotkania. Umówili się więc na dwa dni później, od momentu wysłania przez niego listu. Po otrzymaniu odpowiedzi, nie spodziewał się, że zwrotna wiadomość będzie zawierała… zapach jej perfum. W dodatku papier, na jakim pisała był z porządnie dobranych. Zrobiło mu się od tego niedobrze. Pokazał bratu, co otrzymał w odpowiedzi, a sam musiał wyjść na świeże powietrze. I jeszcze zapalić. Odpowiedział jej po paru godzinach. Zatwierdzając dzień i godzinę spotkania, zapodając miejsce im dobrze znane. Skoro z nią umawiał się we francuskiej knajpie, niech tak zostanie. Trochę załamał się tym faktem. Szczególnie po tym, co przeżyli z bratem w ostatnich dniach. Na dzień przed umówionym spotkaniem, udał się do Olibanum po odpowiednie kadzidła, które obiecał w rekompensacie dostarczyć. Sprawdzone. Wtem wrócił do kamienicy i przygotował wszystko na spotkanie. Przy okazji, wziął ze swojego pokoju coś jeszcze. Oryginalnie zapakowanego. Sprowadzonego z kraju, gdzie przez długie lata mieszkał. Na wszelki wypadek. Kiedy nadszedł ten dzień, ubrany w jasny popielaty garnitur i błękitną koszulę, z torbą u boku, zjawił na miejscu przed sklepem. Tradycyjnie jednak, zanim wszedł, stanął gdzieś z boku i odpalił papierosa. Walił na to, że będzie od niego jechało tytoniem. Może przeczuwał, że klientka będzie pachnieć jak ten jej list zwrotny? Wcześniej Richard wysłał sowę z prośbą o rezerwację stolika w tej kawiarni, lecz nie otrzymał zwrotnej odpowiedzi. Przyszedł widocznie w ciemno, nie mając pewności, że ów stolik będzie przygotowany. Nie spóźnił się. Po wypaleniu papierosa i zgaszeniu go pod butem na chodniku, wszedł do środka i rozejrzał się. Czekała. Na sześćset boleści. Przywdział ten uprzejmy uśmiech i podszedł do jej stolika. - Witam Panią.Przywitał się, pozwalając sobie nawet na wyciągnięcie ręki, aby po prostu uścisnąć. Zarejestrował znajomy widok, panny Delacour z kieliszkiem wina. Skoro siedziała, to znaczy, że stolik na nich zarezerwowano. Na jego nazwisko? Okaże się to później. Gdy przywitania mieli za sobą, zajął swoje miejsce naprzeciwko, torbę z dokumentami kładąc na ziemi obok siebie. Potem wyjmie i przejdzie do rzeczy. RE: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Bard Beedle - 07.03.2024 Zapewne gdyby Camille wiedziała, jak działała na Mulcibera, to olałaby temat. Tak po prostu zrezygnowałaby z kupowania u nich świec, bo przecież kobiece ego było okropnie kruche i wrażliwe. To nie tak, że ona się starała specjalnie dla Richarda: to przychodziło jej samo, naturalnie. Jej myśli powracały co jakiś czas do kogoś innego, a w zasadzie do dwóch osób. I obie miała ochotę zamordować. W ich przypadku by się postarała - tutaj jednak była po prostu sobą. Richard się nie mylił, Camille pachniała dokładnie tymi samymi perfumami, którymi pachniał list. Gdy go zobaczyła, uśmiechnęła się szeroko i wstała. Uścisnęła mu rękę tak, jak ostatnio. Miała delikatną, drobną dłoń - dbała o nie tym bardziej, że przecież to nimi pracowała. Nie zniosłaby, gdyby pojawiły się na jej skórze suche skórki czy zgrubienia. Coś niedopuszczalnego. - Panie Richardzie, jak zawsze miło pana widzieć - rozpromieniła się. Nie przeszkadzał jej zapach papierosów: sama popalała, chociaż starała się tego nie robić. Od papierosów robiły się nieestetyczne zmarszczki wokół ust, a na dodatek było to niezdrowe. Czasem jednak pozwalała sobie na tą małą przyjemność. - Wiem, że już to pisałam, ale jestem naprawdę zaskoczona, że potraktowaliście tę sprawę tak priorytetowo. Z reguły musiałam czekać prawie miesiąc na to, by coś się ruszyło w sprawie zamówień. Ale to też tłumaczy, dlatego tak uparcie się was trzymam. Usiadła z powrotem, składając dłonie na blacie stolika. Przekrzywiła lekko głowę, pozwalając by pofalowane blond kosmyki okoliły miękko jej twarz. - Czy wyjaśniła się już sprawa z kadzidłami? - była ciekawa, tak po prostu. Wątpiła jednak, by cokolwiek się ruszyło w tej sprawie, ale cóż - warto było zapytać, zanim przejdą do przeglądania umowy i podpisywania jej, jeżeli wszystko będzie w porządku. RE: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Richard Mulciber - 08.03.2024 Dlatego też pewne uprzedzenia, zachowania, trzeba było zachowywać dla siebie. Powiadają, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Richard najwyraźniej takie sprawił w oczach panny Delacour, która w podzięce i zachwycie, aż wypudrowała, wyperfumowała i wypisała na jednym ze swoich kolekcjonerskich papierów odpowiedź. Skoro już przyjął ją ostatnim razem, przyjmie i teraz, finalizując całą umowę. Mimo wszystko, nie okazywał po sobie tej reakcji na zapach jej perfum. Grał dalej swoją rolę wspaniałego i towarzyskiego sprzedawcę. Obdarzył rozpromienioną Camillę swoim uprzejmym uśmiechem. Jaki zdążyła już poznać. Była zadowolona. To najważniejsze. O klienta, trzeba dbać. Po uprzejmym przywitaniu, Delacour postanowiła raz jeszcze podziękować, za tak szybkie działanie w jej sprawie. Wtedy też Richard dowiedział się, jak przebiegał proces realizacji zamówienia w jej przypadku. Oczekiwanie, miesiąc. Nic na to nie poradzi. Po śmierci ojca interes spadł na brata, a pomagała mu córka. Richard ile mógł, tyle też od siebie wkładał. - Nie chciałem, aby Pani zbyt długo czekała. Gdyż zdaję sobie sprawę z tego, że oczekiwany produkt może być pożądany w różnym, nieplanowanym czasie. Sama Pani mi ostatnio wspomniała, że była sytuacja pilnego zapotrzebowania towaru na następny dzień. Prawda?Przypomniał. Kulturalnie i z opanowaniem wyjaśnił także szybsze podjęcie działań w jej sprawie. Pomijając reklamację. Nie chciał zagłębiać się w zmiany pracy w ich strukturze biznesu rodzinnego. Gdyż nie wiadomo, czy to co mają ustalone, utrzyma się na długo. Richard usiadł na wolnym krześle naprzeciwko klientki, która od razu przeszła do pytania o kadzidła. - Zaraz wyjaśnię. Nie odparł zdecydowanym tak, czy nawet zaś nie, ponieważ miał inne informacje do przekazania w tej sprawie. A skoro pierw wyłonił się temat kadzideł, postanowił wyjąć z cztery opakowania. Położył je na stole w kierunku Camille. Torbę na razie stawiając na podłodze przy sobie. - Sprawa wadliwych kadzideł, jest jeszcze badana. Są pewne podejrzenia, ale nie chciałbym wprowadzać w błąd. Myślę, że do końca miesiąca się wyjaśni i dostanie Pani wyjaśnienia. A skoro jesteśmy przy tym temacie, pozwoliłem sobie wziąć kilka opakowań, aby Pani sama zdecydowała, wybrała. Zapewniam, że te są sprawdzone. Mają łagodniejsze działanie. Gdyby była potrzeba wzmocnienia efektu, wystarczy zapalić dwa lub trzy. Wytłumaczył. Następnie dotykając po kolei każdego pudełka, wyjaśniał czego dotyczą. - Kadzidła kolejno działają relaksująco, intuicyjnie, pobudzająco oraz rytualne. Każde z nich mają opisane składniki. Przy jednym opakowaniu odwrócił je, aby pokazać przyklejoną karteczkę. Każde z nich posiadło także swoją nazwę. Była w niektórych z nich wspomniana lawenda, z ostatniego spotkania. Specjalnie poszukał takie, aby zachęcić Camillę do trudnego wyboru. Co miałoby potwierdzić, że byłaby bardzo zainteresowana możliwością propozycji. A może też i kupi poza wzięciem jednego opakowania za darmo? Dając jej czas na zastanowienie się, do ich stolika podszedł kelner, pytając o zamówienie. Poprosił zatem o czarną kawę. Nie mogło być inaczej. Choć najchętniej wziąłby mocny alkohol, to jednak w tak biznesowych spotkaniach, wolał tego unikać. Czarna gorzka kawa, była jakby zrównoważeniem kwiatowego zapachu perfum Camille. RE: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Bard Beedle - 09.03.2024 Być może Richard zrobił na niej dobre pierwsze wrażenie. A być może Camille Delacour po prostu taka była? Zawsze piękna, zawsze zadbana, wypachniona, z makijażem no-effort? Nazwisko w tym przypadku mówiło dużo, przecież Camille wychowała się we Francji. I chociaż akcent miała znikomy oprócz tego pięknego, miękkiego R, które pojawiało się chociażby gdy wypowiadała imię Richarda, to jednak przesiąkła Francją do cna. A Francuzi... Cóż. Byli Francuzami. - Nie musi mnie pan przekonywać, że dobrze wybrałam - mrugnęła do Richarda z rozbawieniem. Już wcześniej, przy spotkaniu z Margaret wiedziała, że ta współpraca będzie korzystna. Dla obu stron. Co prawda potem kobieta zamilkła, ale udało się przerzucić osobę odpowiedzialną i na razie wyglądało na to, że będzie lepiej niż dobrze. Gdy powiedział, że wciąż badają sprawę kadzideł, to pokiwała głową ze zrozumieniem. Tak podejrzewała, ale przecież musiała się zapytać. Ot, chociażby żeby podtrzymać rozmowę, ale i też w nadziei, że być może Mulciber zdradzi coś więcej. O ile wiedział coś więcej. Nie wiedział chyba, ale za to wyjął kadzidła. Aż cztery opakowania. Blondynka z zainteresowaniem spojrzała najpierw na pudełka, potem na Richarda. Czy podejrzewała, że Mulciber specjalnie dobrał takie a nie inne kadzidła? By było jej ciężej wybrać? Absolutnie nie. Nie zakładała nigdy złej woli w tego typu sprawach. Nie podejrzewała go również o to, by podstępem chciał ją zachęcić do zakupu, bo... Ona w ogóle nie rozważała wzięcza czegokolwiek innego, niż te darmowe. Dla niej sprawa była bardzo prosta: chciał dać jej wybór, ona wybierze jedno i na tym się skończy. W milczeniu wzięła pierwsze pudełko. Obróciła je i zaczęła studiować kartkę ze składnikami, przyklejoną pod spodem opakowania. Nie spieszyła się - miała dość dużą wiedzę o ziołach, chociaż nie posiadała absolutnie żadnej o sposobie wyrabiania kadzideł czy świec. Wolała jednak doczytać, tak na wszelki wypadek. Dopiero później zdecydowała się otworzyć opakowania po kolei i po prostu przymknąć oczy, wciągnąć zapach i pozwolić zmysłom działać. - Dał mi pan bardzo trudny wybór - powiedziała po dłuższej chwili milczenia. Spojrzała na Richarda z delikatnym uśmiechem. - Ale wydaje mi się, że relaksujące będą idealne. Najbardziej przypadły mi do gustu, a ich działanie... Nawet jeśli delikatne, to z pewnością jest pożądane w moim zawodzie. Rytualnych na razie nie potrzebowała, ale kto wie - może je kiedyś weźmie. Ale teraz nawet się o tym nie zająknęła, gdy odkładała pudełka. Najwyraźniej wybór nie był aż tak trudny, jak mężczyzna zakładał. Albo Delacour była na to odporna. RE: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Richard Mulciber - 09.03.2024 Margaret była zajęta innymi ważnymi dla rodziny sprawami w danym biznesie. Mogła mieć inne zlecenia i innych klientów do obskoczenia. Przekazania zamówienia i odebrania należnej kwoty. Richard z kolei wziął na siebie przyjęcie jednej reklamacji od Delacour. Dokończenia już tego, co zaczęła jego bratanica. Jeżeli zaś chodziło o przedstawienie wyników badań, w sprawie wadliwych kadzideł, to szczerze powiedziawszy – nie ruszyli tej sprawy. Kobiecie ściemniał, że sprawa jest w toku. Ale też nie kłamał dosadnie, gdyż dopiero będą mogli się za to wziąć. Na spokojnie omówić. Te ostatnie dni mieli bardzo wyjazdowe, intensywne. Z chęcią pragnienia ich zapomnienia. Wyłożył opakowania, pozwalając kobiecie na samodzielną decyzję. Uznał, że tak będzie lepiej, jeżeli w ramach reklamacji, zostanie przedstawione jej kilka egzemplarzy, w którym wybierze jeden. Najwyraźniej, trafił ze wszystkimi. Ale ten jeden dość bardziej przypadł Camille do gustu. Szybko dokonała wyboru. Bardzo dobrze. Na jej stwierdzenie, o przedstawieniu trudnego wyboru, uśmiechnął się kącikiem ust. Uprzejmie. - W takim razie, są one dla Pani. W ramach rekompensaty.Oznajmił, zgarniając do siebie pozostałe opakowania, które po chwili schował do torby, po jaką sięgnął. Następnie wyjął teczkę i swój długopis. Otworzył ją i spojrzał na dwie umowy. Podsunął do Camille jedną z nich. Co oznaczało, że przechodził już do kolejnej sprawy. - Tutaj mam przygotowaną wstępną umowę w sprawie dostarczania świec, co kwartał. Bazując na tym, co ostatnim razem Pani u nas zamawiała. Oczywiście, jeżeli tutaj nic nie ulega zmianie. W rodzaju i ilości. W umowie było zawarte wszystko co niezbędne, jak imię i nazwisko kupującego, nazwa towaru, ilość sztuk i cena za jedną oraz w podsumowaniu z całość i końcowa suma całokształtu. Nieco niżej, znajdowały się jedynie podstawowe dane sprzedającego jak imię i nazwisko. Prawie przy samym dole dokumentu były miejsca na podpisy i datę. Sprzedawcy i kupca. Że takową umowę zawierają. Była pisemna. Richard miał tego dwa egzemplarze, gdzie jeden trafi w ręce Delacour, a drugi będzie u nich w teczkach. RE: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Bard Beedle - 10.03.2024 Uśmiechnęła się delikatnie, kącikiem ust. Rekompensata to rekompensata. Przyciągnęła do siebie opakowanie, ale nie schowała go. Przesunęła tak, by było pod ręką, ale jednocześnie nie przeszkadzało. Sama sięgnęła po kieliszek wina, dając czas Mulciberowi do wyjęcie umowy. To było coś, po co tu przyszła - potrzebowała na piśmie zapewnienia, że nic nie zakłóci dostaw. Nie spieszyła się z czytaniem jej. Wydawało się, że jeżeli o to chodzi, to blondynka albo lubiła przeciągać, albo po prostu była tak skrupulatna. Tak samo było poprzednio, przy formularzu, który wypełniała ostatnio. Sprawdziła więc dwa razy najpierw swoje dane, upewniła się że nie ma w nich żadnej pomyłki, która mogłaby posłużyć do przedwczesnego zerwania umowy. Nie o takich rzeczach słyszała, a przecież bardzo jej na tym zależało. Nie chciała więc, by gdzieśtam z tyłu tkwiło takie ryzyko. Więcej czasu poświęciła na wczytanie się w kolejne zapisy. Tak, żeby na pewno wszystko dokładnie zrozumieć. Być może robiła to specjalnie, by przetrzymać Richarda dłużej. - Wszystko wydaje się być w porządku - odezwała się w końcu, sięgając po długopis. Ten sam, który miała ostatnio. Złożyła równy podpis, lekko pochylonymi literami. Miała ładne pismo, co wśród uzdrowicieli wcale nie było tak oczywiste. - Na ten moment taka ilość i forma dostawy jest adekwatna. Jeżeli się to zmieni, to poinformuję was, ale nie wydaje mi się, żeby to nastąpiło. Przynajmniej nie za szybko. Powiedziała, bo przecież nie mogła mieć pewności. Beltane było porażką, Litha była spokojna. Ale czarodzieje lubili sabaty, które traktowali jak świętość. A ta świętość była zagrożona, nie mogła mieć pewności, że za chwilę ktoś znowu do niej nie przyjdzie z potężną klątwą, do której nie będzie potrzebowała czegoś więcej, w większych ilościach. Ale też nie zamierzała się nad tym bardziej zastanawiać. Zebrała umowę, ułożyła kartki równo, a potem wręczyła ją Richardowi. Jeden egzemplarz dla niej, drugi dla nich. - Skoro mamy to za sobą, to chciałam wręczyć wam upominek. To jedna z najlepszych butelek wina, które posiadamy u siebie. Zwykłe, bez magicznych efektów. Zrobicie z nią, co chcecie - uśmiechnęła się, przesuwając torebkę prezentową w stronę Richarda. Najwyżej jej nie przyjmie - w jej przypadku wino się nie zmarnuje. Chociaż wiedziała, że nieprzyjęcie prezentu byłoby niegrzeczne. Najwyżej sprezentują komu innemu. Nie miała pojęcia, czy pili. Ale raczej każdy, kogo Delacour spotykała na swojej drodze, pił alkohol. RE: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Richard Mulciber - 10.03.2024 Mieli na spokojnie dużo czasu, więc i Mulciber z niczym nie poganiał. W między czasie przyniesiono mu zamówioną kawę, której zapachem i smakiem mógł się rozkoszować. Znacznie bardziej znośnym, niż perfumy Camille. Czekając na opinię i decyzję z jej strony w sprawie umowy. Ostatnio organizowane sabaty były, dość widowiskowe. Jeśli wspomnieć do nieszczęsne Beltame. I o ile Litcha była spokojna, nie wiadomo co odbędzie się na nadchodzącym Lammas, już za miesiąc. Jeżeli zapotrzebowanie będzie większe, wystarczy, że Camilla napisze do nich list z prośbą o kolejną dostawę. Wtedy ponownie umówią się na konkretny termin. Potwierdził słowem. Sytuacje bywają różne. Zawodowe i prywatne. Jednak na każdą okoliczność trzeba być przygotowanym, nie wiedząc, kiedy świece mogą okazać się być potrzebne i w jakiej ilości. Camille podpisała oba egzemplarze, ale oddała jeden? Richard jednak poprosił o zwrot drugiego. Podpis z jego strony, czy brata nie znajdował się na dokumentach, nie mając pewności czy ów sporządzona umowa będzie odpowiadała Delacour. A skoro pewność ta już była, Richard mógł złożyć także swój podpis na obu dokumentach. Wtedy zaś oddać jej jeden. A drugi, schować do teczki. Przy kolejnych słowach Camille, nie spodziewał się, iż oni otrzymają upominek od niej. Z jakiej okazji? Dobrej współpracy? Szybkiego podjęcia tematu i rozwiązania problemu? Richard zmarszczył lekko brwi, kiedy odłożył teczkę na bok. Odebrał torebkę, zajrzawszy do środka. ”Wino?” – pomyślał, poznał kształ butelki. Wyjął ją, aby sprawdzić może nazwę, pochodzenie. Ono było, francuskie. ”Na Merlina… Nie uwolnimy się od tej pieprzonej Francji.” – przeszło mu przez myśl. Klienta z pochodzenia francuskiego, co samo nazwisko i jej akcent mogły zdradzać. Teraz dostali w prezencie wino. Nie okazał tego po sobie, udając zaskoczenie i jednocześnie wdzięczność. - To uprzejme z Pani strony. Ale naprawdę, nie trzeba było.Odpowiedział z uprzejmym uśmiechem. Schował butelkę do środka i odstawił pakunek na ziemię, obok swojej torby. Co teraz? Co dalej? Interes mieli zakończony. Pozostawało jeszcze może kilka rzeczy, ale to jednocześnie też dobry moment, aby zakończyć spotkanie. Tylko nie dopił kawy. - Wracając jeszcze na chwilę do umowy. W kwestii zapłaty, dobrze byłoby się umówić z celu jej dokonania. Byłaby wstanie Pani przygotować zadeklarowaną kwotę w umowie, w ciągu tygodnia? Zapytał. Zasugerował. Im szybciej, tym lepiej i na cały kwartał się od niej uwolnią. A jeżeli nie, wyśle może faktycznie do niej Margaret. Albo Roberta. Niech sam pozna dobrze im płacącego klienta osobiście i chwalącego ich usługi. W końcu kupowała świece wykonane przez jego i jego córkę. RE: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Bard Beedle - 11.03.2024 Podpisała dwa, przesunęła jeden nieco bliżej Richarda. Gdy sięgnął po drugi, ona już trzymała w dłoni kieliszek z winem. Dała mężczyźnie czas na złożenie podpisu i schowanie jednego egzemplarza. Nie wpatrywała się jednak w niego jakoś uporczywie - nie chciała, by czuł się niekomfortowo. Z reguły nie chciała, by ludzie czuli się tak w jej obecności. Oczywiście na spotkaniach biznesowych czy prywatnych, bo w pracy stety niestety trzeba było czasem zachowywać się bardziej... Zdecydowanie i bezpośrednio. Głównie dlatego, że nie zawsze pacjent był skory do współpracy, a czasem zwykłe wpatrywanie się sprawiało, że zaczynał się plątać, pocić, a potem nagle pękał i mówił to, co chciała usłyszeć. - Nie trzeba było, ale chciałam - wzruszyła lekko ramionami, posyłając Mulciberowi uśmiech. To prawda - nie musiała. Ale nauczono ją, że proste, uprzejme gesty zazwyczaj były mile widziane. Tutaj nie mogło być mowy o żadnej łapówce, bo przecież za wszystko płaciła, a oni dostarczali towar. Prosta umowa biznesowa. W jej obecnym świecie takie zachowanie byłoby niedopuszczalne, ale od dekad jej rodzina właśnie tak postępowała przy... Mniej wrażliwych spotkaniach. W szpitalu, z pacjentem, pewnie by sobie na to nie pozwoliła - mocno rozgraniczała życie zawodowe i prywatne. Tutaj jednak mogła pozwolić sobie na odrobinę rozluźnienia, jeśli chodzi o zasady. - Tak. Tydzień to bezpieczny termin, mam dość napięty grafik. Nie kłamała - naprawdę była zajęta. Ale wystarczyło tylko, by raz wyszła wcześniej z domu lub po prostu kogoś przesunęła, ewentualnie zrezygnowała z wizyty w restauracji, by zdążyć zajść do banku i wypłacić ustaloną przez nich kwotę. - Prześlę panu sowę, gdy uda mi się odwiedzić Gringotta. Myślę jednak, że możemy się umówić na 15 lipca, jeżeli panu to odpowiada. Wolałabym jednak mniej publiczne miejsce ze względu na kwotę. Bezpieczniejsze - chodzenie z taką sumą pieniędzy byłoby ryzykowne. Nie lubiła mieć przy sobie zbyt dużo, bo mimo że w tej części Londynu było w miarę bezpiecznie, to zawsze miała wtedy wrażenie, że ktoś ją śledzi, a monety paliły żywym ogniem. RE: [8.07.1972] Kwiaty pomarańczy | Camille, Richard - Richard Mulciber - 12.03.2024 Formalności mieli za sobą. Dokumenty schował do teczki a te do torby. Zostało już tylko omówić sposób zapłaty. Richard zdawał sobie sprawę z tego, że noszenie ze sobą dużej ilości pieniędzy może być problematyczne, choćby dla kobiety i to w tak trudnych i niebezpiecznych czasach. Nim jednak do tego tematu przeszli, kobieta wręczyła upominek, z którego Richard musiał udawać zadowolenie, wdzięczność i zaskoczenie niż obrzydzenie, że to wino ma w sobie nazwę Francji i pewnie stamtąd pochodzi. Na jej słowa, podziękował z uśmiechem, przechodząc do kolejnej sprawy interesów. Przedstawił jej propozycję czasową, na przygotowanie pieniędzy. Pod względem znalezienia czasu na dokonanie tej ostatniej formalności. Dalej to już będzie w ich obowiązku pilnować terminów. Upił łyk kawy, kiedy Camille udzielała odpowiedzi, proponując po chwili termin dokonania zapłaty. - Termin wstępnie mi odpowiada, gdyby coś miało się zmienić, napisałbym Pani.Odpowiedział w sprawie zaproponowanego terminu, ostawiając filiżankę na talerzyk, by ponownie spojrzeć na jej oblicze. - Tak sobie myślę. Czy nie byłoby może dla Pani wygodniej, od razu w banku dokonać przekazu na nasze konto? Mógłbym towarzyszyć przy tym procesie. Zaproponował. Był to co prawda interes firmowy. Legalny. Bezpieczniej dla kobiety, która trochę obawiała się wychodzić z banku z taką sumą. I to jeszcze sama. Rozumiał to. Dlatego wyszedł z inicjatywą towarzyszenia jej. Jeżeli jednak zdecyduje się na przekaz płatny w gotówce, przyjmie go. Poza tym wszystkim, rozważał jeszcze przy okazji pociągnąć jej temat zawodowy. Ostatnio wspomniała iż jest uzdrowicielem, ale nic nie było mowy o jej specjalizacji. A im więcej posiadało się chociażby podstawowych kontaktów, mogłoby okazać się być w przyszłości bardzo pomocne. |