Secrets of London
[30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera (/showthread.php?tid=3179)

Strony: 1 2


[30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Robert Mulciber - 29.04.2024

adnotacja moderatora
Sesja rozliczona w osiągnięciu Badacz Tajemnic przez Roberta Mulcibera.

30 czerwca 1972
Robert & Vera


Nie uważał aby spotykanie się w miejscu publicznym, stanowiło w tym przypadku dobrą opcje. Byłoby to zbyt ryzykowne. Za bardzo lekkomyślne. Nie chciał się niepotrzebnie narażać. Za bardzo wystawiać. Musiał działać z odpowiednią rozwagą. Dobrze wszystko przemyśleć. W odpowiedni sposób wszystko sobie zaplanować. I dopiero w momencie, kiedy całość zostanie dopięta na ostatni guzik, przejść do działania. Pierwszy etap – niezapowiedziane najście w Ministerstwie Magii – został odhaczony. Miał to za sobą. Wydawało się, że wszystko udało się odpowiednio rozegrać. Zrealizować. Dzięki temu możliwe było wykonanie kolejnego kroku. Spotkanie się we wskazanym miejscu, we właściwym dniu oraz godzinie.

Mieszkanie należące do Rodolphusa wydawało się stanowić najlepszą opcje. Lestrange również zaangażowany był w badania nad mózgiem. Jemu również zależało na powodzeniu tego przedsięwzięcia. Poza tym, ich dwoje łączyła ze sobą również specyficzna więź. Przysięga niemożliwa do zerwania. Nie mogli wystąpić jeden przeciwko temu drugiemu. To zaś sprawiało, że opcja ta stawała się nie tylko najlepszą, ale również najbezpieczniejszą spośród dostępnych.

Robert po prostu nie mógł zdecydować się na inne rozwiązanie.

Na miejscu zjawił się przed czasem. Wcześniej omówił kilka kwestii z Lestrange’em. Odebrał od niego klucze. Nie wyjaśnił natomiast, co to wszystko miało na celu. Ograniczył się do typowego – przyjdzie odpowiedni moment, wszystko będzie jasne. A także jakiejś gadki o tym, że cierpliwość była przecież cnotą. Jedną z tych wysoce cenionych.

Będąc do pewnego stopnia zorientowanym w preferencjach młodego niewymownego, odpowiednio do spotkania się przygotował. Zaopatrzył w butelkę wina. Odnalazł również dwie lampki wewnątrz kuchennych szafek. Alkohol potrafił pomóc przełamać pierwsze lody. Ułatwiał również dojście do porozumienia. Te konkretne wino zaś, o ile dobrze pamiętał – a pamięć Robert miał niekiedy wręcz fenomenalną – było ulubionym winem Very. Przynajmniej dawniej. Przed laty.

Drobny gest, na który mógł sobie pozwolić.

Pukanie do drzwi rozległo się o czasie. Nie mając przy sobie oddanej Selar, wszystkim musiał zająć się sam. Otworzyć. Powitać gościa. Przyjąć ewentualne okrycie wierzchnie, o ile o tej porze roku, ktokolwiek zawracał sobie takowym głowę. Było wszak ciepło. Przyjemnie. Słonecznie. Na zewnątrz dało się wyczuć lato. Zachęcające do tego, aby opuścić cztery ściany własnego domu.

- Vero. – przywitał się, pozwalając sobie ująć drobną dłoń, delikatnie ucałować na powitanie. Tak jak tego wymagały maniery. Niekiedy starał się takowymi błysnąć. Pokazać się od tej dobrej strony. Zaprezentować w sposób odpowiedni dla przedstawiciela jednej z tych rodzin, których nazwisko mimo upływu lat, nadal było szeroko rozpoznawalne. – Zapraszam. Cieszę się, że postanowiłaś skorzystać z tego zaproszenia.

Wpuścił ją do środka. Do wnętrza urządzonego w sposób prosty, wręcz surowy. Jakby niewykończonego. Niezamieszkanego. W tym ostatnim, być może nawet kryło się nieco prawdy.




RE: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Vera Travers - 29.04.2024

Gdy przybiera maskę, zawsze dba o jej każdy, nawet najmniejszy szczegół. Wszystkie elementy i wszystkie ich szczegóły muszą pozostawać ze sobą cholernie spójne w imię nadgorliwego, wręcz obsesyjnego perfekcjonizmu.
I teraz dobiera elementy dokładnie, pilnuje aby wszystko do siebie pasowało. Wiśniowe perfumy pasują do odcienia, na jaki pomalowane były jej usta. Podkreśla również nimi kolor sukienki która, choć letnia, pozostaje w kategoriach biznesowej elegancji. Niewielki obcas doprawia podkręceniem delikatnych loków i pasującą doń biżuterią. Chce korzystać z faktu iż ten, z którym ma się spotkać może i znał ją w przeszłości lecz nie zna jej teraz.
Długie lata sprawiają, że może przyjąć pewną fasadę w ów negocjacjach. Bo i o to zresztą chodzi, czyż nie? Negocjacje, niemal biznesowe, wszak chodzi o projekt w którym uczestnictwo wpłynąć może na jej dalsze losy.
Zjawia się punktualnie, równiutko o wyznaczonej godzinie pukając do drzwi pod wskazanym wcześniej adresem. Nie zna tego mieszkania, a to sprawia, że mięśnie odruchowo spinają się w przypływie podejrzliwości. I choć ciało pozostaje  w gotowości, przylepia do ust uśmiech podkreślający fasadę jej maski.
- Robercie. - Wyciąga w jego stronę smukłą dłoń. Pozwala na te wyuczone uprzejmości wprost z bankietowych sal, dygając przy tym delikatnie aby tradycji stało się zadość. Czuje na swojej skórze jego usta, a uczucie to wydaje jej się dziwne. Odrobinę nienaturalne biorąc pod uwagę to, jak zakończyła się ich znajomość.
Czy po latach smakowały tak samo?
Nie ma okrycia, które mogłaby zdjąć. Pogoda, choć zwykle kapryśna w tych rejonach, zdaje się rozpieszczać, obcałowując stęsknione skóry promieniami słońca. Zaproszona wchodzi do mieszkania i uważnie się po nim rozgląda. Wyszukuje wzrokiem wszelkich nieprawidłowości, czerwonych lampek bądź zagrożeń lecz poza paskudnym wystrojem nie zauważa niczego.
I nie wie czy ten fakt ją uspokaja… Czy wzbudza jeszcze więcej podejrzeń. Z tyłu głowy nadal pamięta, że mogła znaleźć się na celowniku nieodpowiednich osobników i choć Robert nigdy nie wydawał się łatwy do zmanipulowania, tak odrobiny podejrzliwości szczypią umysł.
Przybrana fasada nie pozwala jednak ukazać żadnej z tych emocji. Pozostaje spokojna, choć spokój ten jedynie pozornie sięga zielonych oczu.
- Zaciekawiłeś mnie. - Stwierdza oczywistość, lekko wzruszając ramionami. Gdyby nie ta ciekawość zapewne byłaby teraz w zupełnie innym miejscu. I choć odpowiedź jej może brzmieć przyjemnie dla ucha on, o ile pamięta, pewnie wie, że wcale prawdą to nie jest; że do jej obecności doprowadził długi cykl rozważań oraz analiz. A te wyszły na jego plus, skoro mógł teraz spędzać czas w jej towarzystwie.
Zasiada przy stole, zakładając przy tym nogę na nogę.
- Mniemam, że wybrałeś to miejsce nie bez powodu i nie chodziło tu wcale o przytulny wystrój… - Zaczyna, spojrzenie lokując w męskiej twarzy. Słowa, które powinny paść, nawet jeśli Vera wie doskonale, że on miejsca spotkań wybiera zawsze niezwykle starannie. Równie zakochany w perfekcjonizmie co ona, nie pozwoliłby sobie na równie niekompetentne potknięcie. Ostatnim razem pokazał jej, iż wiele leży na szali. W innym wypadku nie włamywałby się do Departamentu Tajemnic i nie szukał z nią kontaktu… A to dawało jej poczucie niewielkiej przewagi, nawet jeśli żadna rywalizacja, pozornie nie miała miejsca.
Światła, muzyka i… akcja.


RE: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Robert Mulciber - 01.05.2024

Przepuszcza ją, gestem wskazując kierunek, w którym powinna się udać. Prosty salon. Nie za duży, zarazem jednak nie za mały. Podobnie jak wszystkie pozostałe pomieszczenia, odznaczający się tym, że brakuje tutaj rzeczy, które mogłyby powiedzieć cokolwiek więcej o właścicielu nieruchomości, zarazem ocieplając te wyjątkowo surowe wnętrze. Nadając mu konkretnego charakteru.

- Miałem nadzieje, że tak się stanie. - odpowiada na jej słowa. Tak po prostu. Nie kręci. Nie brzmi też na jakoś szczególnie zadowolonego z tego drobnego sukcesu. Po prostu stwierdza fakt.

Następnie pozwala sobie na umieszczenie dłoni na jej plecach. Delikatnie daje znać, żeby podeszli do stolika. Dwóch foteli. Prostej, niewielkich rozmiarów sofy. Pozwala jej wybrać jedno z miejsc. Sam nie zajmuje kolejnego. Jeszcze nie teraz, choć gdy przyjdzie wreszcie co do czego, najpewniej wybierze te na przeciwko. Dla wygody. Dla komfortu. Teraz jednak skupiony jest na czymś innym.

- Powiedzmy, że jest ono najbardziej odpowiednie do tego, żeby przeprowadzić tę rozmowę. - odpowiedział, nie przekazując jej zarazem większej ilości informacji. Te nie wydawały się na ten moment potrzebne. Zapewnienie, iż mogą czuć się tutaj względnie bezpieczni, powinno wystarczyć. - Napijesz się wina? - wyciągnął dłoń, w kierunku butelki zawierającej ciemnoczerwonej barwy alkohol. Półwytrawny. Nie było to czymś, co sam preferował. Zarazem jednak nie był nastawiony negatywnie. Po prostu gdyby wybierał pod siebie, zamiast wina, zaoferowałby Verze whisky. Być może padłoby na jedną z tych butelek, które trzymał w swoim gabinecie. - Czerwone, półwytrawne, zakładam jednak, że sama lepiej się w tym orientujesz.

Najprawdopodobniej żadną nowością nie było dla niej to, że preferował mocniejszy alkohol. Jeśli zawierzyć stereotypom - znacznie bardziej też pasujący do mężczyzn. Choć i na tym polu można było natrafić na pewne wyjątki. Tak samo jak i na wielu innych.

Nie czekał na odpowiedź, pozwalając sobie na otwarcie wina. Na pozbycie się korka. Nie stanowiło to większego problemu. Następnie ostrożnie napełnił obydwie lampki. Powoli. Nieśpiesznie. Dbając o to, żeby alkoholu nie znalazło się w nich zbyt dużo. Ani też zbyt mało. Wszak nie zamierzał przecież na kobiecie oszczędzać. Starał się to zrobić to tak jak należało. We właściwy sposób.




RE: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Vera Travers - 04.05.2024

Pomieszczenie w którym się znajduje przypomina jej odrobinę poczekalnię w Świętym Mungu, tuż przed remontem. Dziwną, nazbyt surową przestrzeń w której, wedle założeń winno się spędzać niewielki wycinek swojego czasu. Prawda jednak bywała inna, w poczekalniach nie raz spędzało się długie godziny, zaś ona odwracała zawsze spojrzenie od oczekujących zwyczajnie chcąc uniknąć zakłócania jej spokoju.
Ile też przyjdzie jej spędzić czasu tutaj, w tej namiastce poczekalni? Miała nadzieję, że nie za długo ani nie za krótko, po prostu… W sam raz. Tyle, ile potrzebowali, by obdarzył ją informacjami mającymi przeważyć szalę albo na stronę “za” albo na tę “przeciw”. Ciało reaguje delikatnie na dotyk jego dłoni, odzwyczajone od podobnie przyjaznych gestów… Przynajmniej oficjalnie.
- Dobrze, ostatnim czego nam potrzeba jest kolejna para uszu. - Unosi delikatnie kąciki ust w wyrazie zadowolenia, choć przez chwilę nie wątpiła, że Robert umie zabezpieczyć swoje interesy. Znała go. Nawet jeśli miało to miejsce przed latami, pewne rzeczy w esencji człowieka pozostawały niezmienne. Wyryte mocno w skale, które nie dało się wyburzyć. Zabawne, kiedyś on sam przypominał jej skałę, teraz zaś… Jeszcze nie była pewna.
Zajmuje jedno z miejsc i nonszalancko zakłada nogę na nogę. Smukłe palce przesuwają się po materiale sukni, pasującej barwą do wina, by poprawić jej ułożenie. - Primitivo? Masz dobrą pamięć, Robercie. - Posyła mu uprzejmy uśmiech, niemo przyjmując ofertę. Wino zawsze pomaga rozładować stres zbierający się gdzieś w zakamarkach ciała, z pewnością przyda się również do nawilżenia gardeł gdyż zapowiada się przed nimi rozmowa długa, o sporej ilości wątków. Vera ma również nadzieję, iż wino odrobinę uspokoi jej umysł co pozwoli jej w pełni skupić się na rozmowie i nie odlecieć myślami w analizowanie nadmiaru danych, zgromadzonych w głowie.
Czeka, aż mężczyzna rozleje wino do kieliszków. Jego perfekcja, by w kieliszkach znalazła się odpowiednia ilość alkoholu, wydaje się być naturalna i w ciepły, przyjemny sposób znajoma. Bo czy i ona nie posiadała podobnego dziwactwa? Tak, to był jeden z tych powodów, dla których lubiła z nim pracować.
Unosi w końcu kieliszek, by delikatnie stuknąć nim o kieliszek Mulcibera.
- Za spotkanie. - Krótki, odrobinę formalny toast będący przejawem wpisanej w pewne konwenanse zasady. Powoli, niespiesznie przykłada szkło do ust, by umoczyć je w półwytrawnym winie i do pełni zadowolenia brakuje jej jedynie winogron i ciemnej, gorzkiej czekolady. - A teraz opowiedz mi proszę o wszystkim od początku. -  Prosi… a może nakazuje? Głos Very przyjmuje te tony, w których trudno zauważyć subtelną różnicę między jednym a drugim. Porusza się też, aby przyjąć odrobinę wygodniejszą pozycję, gotowa na zapewne dłuższą opowieść. I jak dbałość o swoje interesy zdawała się być esencją Roberta Mulcibera, tak esencją Very było sprawne przechodzenie do konkretów… Chyba o tym nie zapomniał, czyż nie?


RE: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Robert Mulciber - 07.05.2024

Nie był typem człowieka, który się nadmiernie śpieszył. Zamiast czasu, liczyła się dla niego przede wszystkim dokładność. Precyzja w podjętych działaniach. Dopilnowanie każdego jednego szczegółu. Upewnienie się w tym, że zapięty został każdy jeden guzik koszuli. Można było zaobserwować to nawet teraz. W tym konkretnym momencie. Wszak minuty mijały, a on nadal nie przeszedł do właściwego tematu. Nie wspomniał nawet słowem o tym, co ich sprowadziło w to konkretne miejsce. A przecież nie mogło być tutaj mowy o zwyczajnym spotkaniu towarzyskim.

- Niektórych rzeczy się po prostu nie zapomina. - pozwolił sobie na to, aby te słowa wyszły z pomiędzy jego ust. Można było je zinterpretować w dość konkretny sposób. Tylko czy aby faktycznie miał to na myśli? Czy może bardziej zależało mu na takowym wrażeniu? Pozostawieniu takiego odczucia?

Zajął wolne miejsce, zajął fotel na przeciwko Very. Kiedy ta zdecydowała się unieść lampkę do toastu, odpowiedział tym samym. Następnie upił pierwsze dwa łyki. Primitivo zdecydowanie nie wpasowywało się w jego gusta, nie zamierzał jednak narzekać. Krytykować. Zdecydował się świadomie na właśnie taki dobór alkoholu. A skoro tak, to zamierzał wypić tego piwa, które sam sobie naważył.

Odkładając lampkę na niski stolik, kiwnął głową. Wcześniej się przygotował na to spotkanie. Dobrze wiedział, co zamierzał jej przekazać. Jak wiele informacji przedstawić. Nie mógł zabrnąć zbyt daleko, ryzykując że postanowi wystąpić z tym przeciwko niemu... ostrożność nadal była w cenie. Tyle tylko, że w tym konkretnym przypadku musiał ją delikatnie nadszarpnąć. Wyjść poza wyraźnie wyrysowane granice.

- Pamiętasz nasz pierwszy, wspólny, duży projekt? Jesień 1961 roku... październik? - zaczął od nawiązania do tego, nad czym pracowali dawniej. Krótko po tym, jak objął stanowisko kierownika komnaty. Miało to miejsce jeszcze przed jej przenosinami do Departamentu Tajemnic, ale tym właśnie zaowocowało. - Plany były szeroko zakrojone, we wszystko zaangażowanych wielu badaczy o różnych specjalizacjach. Wszystko po to, żeby na kwestie związane z zależnością pomiędzy mózgiem a magicznymi zdolnościami spojrzeć szeroko. Uwzględnić różne płaszczyzny. Nie udało nam się tego dokończyć, choć pod pewnymi względami projekt był naprawdę zaawansowany. Nie kontynuowaliśmy badań po moim odejściu... - bo i nie mogliśmy; bo wszystko zabrałeś. Aż prosiło się, żeby ten drobny szczegół wytknąć. Zwrócić na niego uwagę. Bo przecież gdyby nie był tak mocno podporządkowanym własnej rodzinie dupkiem, wiele spraw potoczyłoby się w zupełnie inny sposób. Nie tylko tych stricte naukowych. - ...ale nie znaczy to, że temat umarł śmiercią naturalną. Przez te wszystkie lata, różni badacze próbowali się ze mną kontaktować. Zachęcić do ponownego zaangażowania się w tego rodzaju bądź podobne badania. Do niedawna nie byłem jednak tym zainteresowany. Zmieniła to jednak seria listów. Zadbałem o to, żeby ukryć dane ich autora. Ale jeśli masz wątpliwości, może pozwolą Ci podjąć decyzje. Ja sam długo się wahałem. Wreszcie jednak musiałem przyznać, że jeśli nie tym razem, być może nie zrobię tego już nigdy. Podobna okazja, podobnie obiecująca współpraca może już się nie pojawić na horyzoncie.

Po tych słowach podniósł się z zajmowanego dotychczas miejsca. Podszedł do komody, na której - gdy zawiesić na niej spojrzenia na dłużej - zauważyć można było drewniane pudełko. Pudełko, które najwyraźniej nie było częścią wystroju tego pomieszczenia. Robert podniósł je, przyniósł. Podał Verze. Bez zbędnych komentarzy. Bez dalszych wyjaśnień. Odpowiednio wszystko przygotował. Dlatego nie otrzymała oryginałów a kopie. Kopie pokazujące, że człowiek o którym mowa działał od dawna. Nie zrażał się odmową. Brakiem odpowiedzi. Kontynuował obserwacje. Eksperymenty. Wszystko starannie zapisywał. Samodzielnie wykonał prawdziwy ogrom pracy, choć też nie była to praca pozbawiona pewnych błędów czy niedociągnięć. Te jednak przytrafić się mogły każdemu.

- Możesz na spokojnie się z tym zapoznać. Poczekam. - poinformował ją. I faktycznie nie zamierzał się stąd nigdzie ruszać. Decydując się na to spotkanie zadbał bowiem o to, żeby mieć na nie odpowiednio dużo czasu.




RE: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Vera Travers - 15.05.2024

Nie których rzeczy się po prostu nie zapomina.
Vera wie o tym doskonale, bo choć minęły lat reminiscencje czasu spędzonego z tym mężczyzną nadal potrafią pojawiać się w jej umyśle. I nie wie, czy jest to zasługą wybitnej wręcz pamięci, urazy czy zwykłego, czystego sentymentu. Pamięta, że za Primitivo nie przepadał nigdy. Pamięta dotyk jego dłoni i to podniecenie, jakie buzowało po jej ciele gdy udawało jej się wciągnąć go w rozmowy dotyczące wielkich odkryć oraz śmiałych teorii…
- Nadal uważam, że tamta koszula nadzwyczaj nie pasowała do twej urody. - Mówi z cieniem uśmiechu błądzącym gdzieś po karminowych wargach. Pamięta, jak widywała go na korytarzach Świętego Munga. Pamięta projekt, zaproszenie w szeregi Departamentu Tajemnic, długie, nieprzespane noce… Pamięta nawet tamtą pieprzoną koszulę czy dziwne wywijasy wygrawerowane na jednej z klamek do drzwi. Błogosławieństwo niejednokrotnie bywało przekleństwem, bo choć pamięć utrzymywała w sobie wszystko nie raz przeciążała umysł czarownicy doprowadzając do migren oraz poczucia nadzwyczajnego wyrwania ze społeczeństwa. Rydwan myśli pędzi, podsuwa kolejne obrazy oraz informacje powiązane z projektem, a usta Very bezwiednie i bezgłośnie poruszają się, zupełnie jakby chciały wypowiedzieć słowa pojawiające się w jej głowie. Trwa to jedynie chwilę, po której mruga kilkakrotnie powracając pełnią uwagi w stronę swojego towarzysza.
Grymas ust, gdy ten mówi o jego odejściu, kobieta maskuje zamoczeniem ich w winie. Zna każdą nutę tego smaku, za każdym razem jednak rozkoszuje się nim w ten sam, niezmieniony sposób. I słucha uważnie, starając się powstrzymać kolejny napływ myśli.
Wzdycha w końcu delikatnie. Miała nadzieję, że ta rozmowa pozwoli jej podjąć rozsądną decyzję coś w jej środku rwie się jednak, by rzucić się w wir badań. Zaryzykować, poczuć dreszczyk tych wszystkich emocji, jakie towarzyszyły wielkim odkryciom… I nie chodziło tu o wilczą zamieć szalejącą w jej genach.
W milczeniu sięga po listy, by dokładnie się z nimi zapoznać. Studiuje uważnie każde słowo, każdy zawijas poszczególnych liter, każdy kleks, każdy błąd pojawiający się w obliczeniach. Wie, że Robert poczeka, wszak zbyt wiele stało na szali aby przekreślać możliwe nawiązanie współpracy. Nie wie ile czasu minęło, bowiem pochłonięta literaturą przestaje liczyć uderzenia swojego serca. Dziwny prąd podekscytowania przesuwa się pod jej skórą, wymaga by subtelnie przesunęła koniuszkiem języka po swoich wargach.
- Dlaczego ja? - Pyta  w końcu, zaś zielone oczy przyglądają mu się uważnie. - Gdy ostatnio się widzieliśmy nie byłam dla ciebie wystarczająco dobra… Dlaczego więc ja? Co sprawiło, że to mnie chcesz w swojej grupie? - Pyta. Wszak nie zapomina się pewnych rzeczy, czyż nie? Z pewnością nie wtedy, gdy jest się Verą Travers, obdarowaną przekleństwem choroby Milforda. W jej głosie nie słychać jednak pretensji. W zasadzie kobiecy głos nie wybrzmiewa żadną emocją, zaś delikatne uniesienie kącików ust można uznać za mylące.
Negocjują.
Grają w dziwną grę podejść i ataków w której żadne z nich nigdy nie wygra, póki nie zaczną współpracować. W grę, w której nie ma miejsca na żale dawno złamanego serca czy pretensje… A jednak odpowiedź poznać musi, wie doskonale, że inaczej nic nie wyjdzie z tej słodkie współpracy, o ile w ogóle do niej dojdzie.
Kto wie, może jeszcze kilka rozdań i usłyszy tak rzadki acz słodki dźwięk proszę wypowiedzianego jego ustami?
Pewnych rzeczy w końcu się nie zapomina.


RE: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Robert Mulciber - 16.05.2024

Czas nie miał w tym momencie znaczenia. Robert cierpliwie czekał. Był skłonny oferować go kobiecie w takich ilościach, w jakich potrzebowała. Popijając wino, które niekoniecznie wpasowywało się w jego gusta, wciąż przyglądał się Verze. Obserwował jak zapoznaje się z otrzymaną korespondencją. Z jej zawartością. Studiuje list za listem, nieświadoma tego, spod czyjego pióra wyszło każde jedno słowo. Zabawna rzecz, bowiem autora musiała znać. Rodolphus Lestrange od pewnego czasu pracował bowiem w tej samej komnacie. Był niewymownym. A pewien czas nie oznaczał w tym przypadku ledwie kilku tygodni.

Kiedy skończyła, z jej strony padło pytanie, na które również był niejako przygotowany. Długo wszak zastanawiał się nad tym, kogo konkretnie należało zrekrutować. Zaprosić do wspólnego kontynuowania badań. To nie była łatwa decyzja. To nie było coś, co wpadło mu do głowy podczas śniadania, pomiędzy kolejnym kęsem kanapki a łykiem gorącej wciąż kawy. Dał sobie na to wszystko wystarczająco dużo czasu. Każdą jedną opcje przeanalizował. Wziął pod uwagę jej wady, zalety, potencjalne komplikacje, które mogły wyniknąć. I wreszcie podkreślił dwa nazwiska. Jedno zupełnie nowe, z polecenia zaufanego człowieka. Drugie natomiast brzmiące Vera Travers.

Przy pomocy jakich słów powinien jednak przekazać jej odpowiedź? Zwłaszcza w kontekście łączącej ich niegdyś relacji. Więzi. Wspólnej historii. Urazy, którą ciemnowłosa miała pełne prawo wciąż w stosunku do niego odczuwać. Doskonale wiedział, że podjęte w tamtym czasie decyzje, postawiły ich po dwóch przeciwnych stronach. Uczyniły z nich ludzi, którzy choć dawniej byli sobie bliscy, po tych wszystkich latach znali już tylko dawniejsze wersje siebie.

Czas bowiem nie przestał płynąć nawet na chwilę. I nie był on bez znaczenia w stosunku do tego, w jakim miejscu każde z nich znajdywało się obecnie. To on, to wszystkie kolejne wydarzenia, ukształtował ich takimi jakimi byli dziś. Jak bardzo różnili się od tych ludzi, którymi byli dawniej?

- Jesteś jedną z najbardziej wyjątkowych kobiet, jakie miałem okazje poznać. Nie tylko inteligentną, ale zarazem nieobawiającą się sięgnąć po to, czego potrzebujesz. Zawsze wiedziałaś czego chcesz i konsekwentnie do tego dążyłaś. Wiem, że jeśli dojdzie do tej współpracy, nie będę musiał obawiać się, że wycofasz się na widok tego, czego będzie wymagała od nas nauka. Dokonanie postępu. I przede wszystkim… - tutaj dało się wychwycić, że coś w jego spojrzeniu się zmieniło. - …zasługujesz na to, żeby móc dokończyć to, w co włożyłaś niegdyś prawdziwy ogrom pracy. Wiem, że tamta decyzja nie była właściwa, ale nie mogłem postąpić inaczej. Nie przeproszę za to, bo to było w tamtym czasie właściwe. Najlepsze dla was wszystkich.

I tutaj też nie kłamał. Naprawdę wierzył, że tamte działania były właściwe. Tamte decyzje, które podjęła jego rodzina. Nie mogli tego wszystkiego zostawić z zyskiem dla ludzi stojących po stronie Nobby’ego Leacha. Szlamy, która cudem objęła fotel Ministra Magii. Nie mogli pozwolić na to, żeby odkryto na jak wiele pozwalano w Departamencie Tajemnic i jak często nie tylko balansowano, ale też przekraczano granice tego, co było dozwolone. Każdy kij ma dwa końce, a w przypadku tego konkretnego, obydwa były paskudne.




RE: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Vera Travers - 18.05.2024

Przez chwile towarzyszy jej dziwne dejavu. Pewne elementy tej rozmowy zdawaly jej się przypominać inną konwersację, mającą miejsce kilka lat temu. Podobne emocje, to podniecenie, ta ekscytacja zbliżającymi się odkryciami… W przeciwieństwie jednak do tamtej rozmowy, Vera Travers nie ukazuje swoich emocji. Skrywa je pod doskonale wystudiowaną maską pewna, iż partner negocjacji mógłby wykorzystać to jako kartę przetargową. I komplement nie wywołuje rumieńca na jej twarzy jak przed kilkoma laty, choć z pewnością łechce on ego czarownicy. Z pewnością nie jest on argumentem który sprawi, że podejmie się przedsięwzięcia, choć serce wyrywa się z piersi do działania.
Już zaraz. Teraz. W tym momencie.
Powrotu do tych słodkich chwil, gdy królowało naukowe szaleństwo oraz poczucie, iż jest się na drodze do czegoś naprawdę wielkiego… Nie jest jednak pewna, czy ponowna praca nad tym projektem odbędzie się w takiej samej atmosferze. Lata mijały, czas z każdym kolejnym uderzeniem serca odsuwa ich od tamtych lat. Jak wiele uległo zmianie? Jak bardzo zmienił się Robert Mulciber? Jak bardzo zmieniła się i ona sama? Nie zna odpowiedzi na te pytania. I zapewne prędko ich nie pozna, gdyż poznanie istoty jest czynnością niezwykle czasochłonną. Wymagającą nie tylko pracy ale i chęci oraz uwagi na które, w tym momencie, Vera nie posiada ani czasu ani przestrzeni.
Ciche westchnienie ucieka z kobiecych ust.
- Nie mnie oceniać właściwość twoich działań. Nie byłoby to obiektywne. - Iście dyplomatyczna odpowiedź zasugerować ma, iż nie podziela jego odczuć. Rozumie, naprawdę rozumie, decyzje rodziny Mulciber z pewnością jednak nie zgodzi się ze stwierdzeniem iż dla wszystkich było to rozwiązaniem najlepszym. Jej spojrzenie jest czysto egoistyczne, mocno wypaczone nie tylko pracą ale i więzią, jaka niegdyś ich łączyła. Czy cokolwiek z niej jeszcze pozostało? Vera wie, że nawet jeśli okazałoby się to prawdą, z pewnością nie może mieć to wpływu na jej decyzję. Moczy usta w winie a później wstaje, by swobodnie przejść kilka kroków. Czuje potrzebę zmiany pozycji, przejścia kilku kroków. I nie powinno to być zaskoczeniem, zawsze głośno głosiła, że ruch pomaga podejmować trudne decyzje.
Powoli podchodzi do fotela na którym siedzi jej towarzysz, by stanąć za jego oparciem. Smukłe palce odnajdują drogę do męskiego ramienia. Niespiesznie suną wzdłuż jego linii, zatrzymując się dopiero u nasady szyi. Gest na który może pozwolić sobie w samotności.
Gest będący wyrazem sentymentu bądź niemego testu… Któż to wie?
- Jak chciałbyś aby przebiegała nasza współpraca? - Pytanie wypowiedziane gdzieś koło jego ucha. Pozostaje spokojna i niezwykle skrupulatna dbając, by żadna informacja nigdzie nie umknęła.
Odsuwa się robiąc kilka kroków w stronę okna - na tyle blisko by widzieć zarysy domów, na tyle daleko, aby nikt z zewnątrz nie zauważył jej sylwetki. Niegdyś sądziła, że podobne negocjacje winno się przeprowadzać pod gołym, nocnym niebem - wydawały jej się one wtedy o wiele bardziej szczere - dziś jednak zadaje się miejscem, w którym pozbawieni byli nie tylko niechcianych uszu ale i oczu.


RE: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Robert Mulciber - 19.05.2024

Skinął głową, przyjmując tym samym wypowiedziane przez Vere słowa. Tę jakże dyplomatyczną odpowiedź, która nie pozostawiała jednak wiele miejsca na wątpliwości. Na domysły związane z tym, co chciała mu przekazać; co faktycznie na ten temat myślała. Nie było sensu do tego wracać. Bardziej się w to zagłębiać. Rozdrapywać w tym miejscu, w tym momencie, starych ran. Zwłaszcza, że przecież nie zagoiły się one z łatwością. Zwłaszcza, że przecież pozostawiły one po sobie niezwykle brzydkie blizny. 

Obserwuje ją. Czeka na cokolwiek więcej. Na podjętą decyzje. Na jasną, konkretną odpowiedź. Patrzy jak ciemnowłosa kobieta podnosi się z dotychczasowego miejsca. Nie odrywa spojrzenia, kiedy zaczyna przemierzać salon. Kiedy zdaje się wszystko rozważać. Analizować. Nie stara się jej w tym czasie przekonać. Przeciągnąć na swoją stronę. Namówić do tego, żeby porzuciła cały swój zdrowy rozsądek i zaangażowała się w to, do czego ją właśnie zapraszał. Do czego zachęcał.

Sztywnieje na moment, kiedy czuje dotyk smukłych palców. Rozluźnia się po krótkiej chwili, być może na krótki moment zapominając. Zapominając o tym, czemu ma służyć to spotkanie. Ta rozmowa. Wie jednak, że sytuacja się zmieniła. Zdaje sobie sprawę z tego, że przecież zmieniły się okoliczności. Do pewnych rzeczy nie było już powrotu. A przynajmniej - nie prowadziła do nich łatwa, prosta droga. Taka, która byłaby pozbawiona licznych przeszkód. Wybojów. Choć nie odsuwa się, przy pomocy swoich kolejnych słów zamierza przedstawić sprawy jasno. Opisać to czego oczekuje.

- Profesjonalnie, Vero. Zależy mi na tym, żeby rzeczywiście dokończyć te badania. Przedstawić ich wyniki. - odpowiada wreszcie. W ten typowy dla siebie, spokojny sposób. Jakby przed chwilą nie miało miejsca coś, co mogło mieć na niego mniejszy lub większy wpływ. Jakikolwiek wpływ. Tym razem nie zamierza pozwolić na to, żeby cokolwiek rozpraszało jego uwagę. Odciągało od celu. Obniżało poziom skupienia na zadaniu, które sobie wyznaczył. I które zamierzał zrealizować. - Opublikować je w jakimś czasopiśmie? Może wydać opartą o nie pracę naukową? Cokolwiek, na co pozwolą nam okoliczności. Zależy mi na tym, żeby pozostali członkowie grupy badawczej, byli na tym przedsięwzięciu skupieni nie w mniejszym stopniu niż ja oraz mój wspólnik.

Prawda była taka, że po części obawiał się tej współpracy, jej efektów, potencjalnych skutków ubocznych, ale zarazem uważał też, iż zaproszenie do badań właśnie Very Travers było jednym z najlepszych posunięć, na które mógł się w tym przypadku zdecydować. Niewiele osób mogło okazać się dla nich równie przydatnych, co ta kobieta. Ta kobieta oraz cała jej wiedza, doświadczenie i konsekwencja, z jaką potrafiła dążyć do celu. Ciężko było o lepszych kandydatów. Ciężko było o znalezienie kogoś podobnie przydatnego. Gra była więc warta świeczki. Na taką wyglądała.




RE: [30.06.1972] Odpowiedni czas, właściwe miejsce | Robert & Vera - Vera Travers - 19.05.2024

Kalejdoskop sytuacji oraz emocji przewija się przez kobiecą głowę. Krótka chwila trwa, jej palce znajdują się na jego ramieniu zaś całe to zdarzenie kobieta traktuje niczym… Eksperyment. Coś w rodzaju sprawdzenia granic, wybadania czy te niewielkie gesty są w stanie wpływać na Roberta Mulcibera. A może zwyczajnie było to częścią gry, w którą bezwiednie grali podczas tych negocjacji? Te rozważania odsuwa na jedną z bezsennych nocy które w ostatnich miesiącach przychodzą do niej aż nazbyt często.
Nie to było celem tego spotkania.
Uśmiecha się delikatnie pod nosem, gdy słyszy odpowiedź. Dokładnie taką, jakiej się spodziewała - bezpieczną, do bólu konkretną, skupioną na celu, który wisiał nad nim niczym marchew napędzająca do działania.
- Nie porzucę dla ciebie pracy, stąd moje pytanie. - Przyznaje, jednocześnie odwraca się tak, by widzieć męską twarz. Kilka lat temu, w tym dawnym świecie ruszyła by za nim w ogień. Z małżeństwa wyciągnęła jedną lekcję - najważniejsza jest ona sama. - Prowadzę projekt, który muszę doprowadzić do końca… - Dodaje i tym samym zapewnia o swoim profesjonalizmie. Nie chodziło o urazę czy dawne żale lecz fakt, iż jeśli Vera Travers coś zaczyna potrzeba niezwykle wielkiej siły, aby ją od tego odwieść.
Układa usta w dzióbek, będący wyrazem skrajnego niezadowolenia.
- Czasopiśmie? Nie musisz darzyć mnie sympatią, liczyłam jednak na odrobinę szacunku… - Cmoka, z zawodem kręcąc głową, zupełnie jakby karciła niesforne szczenię. Ostatnie lata obfitowały w nowe doświadczenia, również te z wszelakiego rodzaju  czasopismami. Nie żywi sympatii do czytadeł naukowych, mimo iż jej własne dzieła niejednokrotnie zdobiły ich stronice. Doświadczenie mówi jasno, że jest na to stanowczo za dobra. Nie jest pewna, czy Robert zdaje sobie z tego sprawę, podejrzewa jednak, że doskonale przygotował się do przedsięwzięcia i prowadzonej właśnie rozmowy.
- Kto jest twoim wspólnikiem? Pracujecie we dwójkę czy w projekt zaangażowany jest ktoś jeszcze? - Pyta, ponownie robiąc kilka kroków po pomieszczeniu. Nie jest już tą samą ufną kobietą co kilka lat temu. Śmierć Mannana jak i zabójstwo jej ojca odcisnęły na niej piętno. Odebrały umiejętność obdarzenia zaufaniem, zwłaszcza w projektach których moralność można byłoby poddać w wątpliwości. Wie, że zabójca ojca może iść jej śladami, co stale podszeptuje jej, iż powinna być ostrożna…
- Nie wiem, czy umiem ci zaufać. - Przyznaje opuszczając gardę i wykładając część swojej talii na stół. I choć pozornie zaufanie może wydawać się kwestią drugorzędną tak mieli pracować nad tematem wrażliwym.
Tematem, który mógł ściągnąć na nich kłopoty.