30 czerwca 1972
Robert & Vera
Nie uważał aby spotykanie się w miejscu publicznym, stanowiło w tym przypadku dobrą opcje. Byłoby to zbyt ryzykowne. Za bardzo lekkomyślne. Nie chciał się niepotrzebnie narażać. Za bardzo wystawiać. Musiał działać z odpowiednią rozwagą. Dobrze wszystko przemyśleć. W odpowiedni sposób wszystko sobie zaplanować. I dopiero w momencie, kiedy całość zostanie dopięta na ostatni guzik, przejść do działania. Pierwszy etap – niezapowiedziane najście w Ministerstwie Magii – został odhaczony. Miał to za sobą. Wydawało się, że wszystko udało się odpowiednio rozegrać. Zrealizować. Dzięki temu możliwe było wykonanie kolejnego kroku. Spotkanie się we wskazanym miejscu, we właściwym dniu oraz godzinie.
Mieszkanie należące do Rodolphusa wydawało się stanowić najlepszą opcje. Lestrange również zaangażowany był w badania nad mózgiem. Jemu również zależało na powodzeniu tego przedsięwzięcia. Poza tym, ich dwoje łączyła ze sobą również specyficzna więź. Przysięga niemożliwa do zerwania. Nie mogli wystąpić jeden przeciwko temu drugiemu. To zaś sprawiało, że opcja ta stawała się nie tylko najlepszą, ale również najbezpieczniejszą spośród dostępnych.
Robert po prostu nie mógł zdecydować się na inne rozwiązanie.
Na miejscu zjawił się przed czasem. Wcześniej omówił kilka kwestii z Lestrange’em. Odebrał od niego klucze. Nie wyjaśnił natomiast, co to wszystko miało na celu. Ograniczył się do typowego – przyjdzie odpowiedni moment, wszystko będzie jasne. A także jakiejś gadki o tym, że cierpliwość była przecież cnotą. Jedną z tych wysoce cenionych.
Będąc do pewnego stopnia zorientowanym w preferencjach młodego niewymownego, odpowiednio do spotkania się przygotował. Zaopatrzył w butelkę wina. Odnalazł również dwie lampki wewnątrz kuchennych szafek. Alkohol potrafił pomóc przełamać pierwsze lody. Ułatwiał również dojście do porozumienia. Te konkretne wino zaś, o ile dobrze pamiętał – a pamięć Robert miał niekiedy wręcz fenomenalną – było ulubionym winem Very. Przynajmniej dawniej. Przed laty.
Drobny gest, na który mógł sobie pozwolić.
Pukanie do drzwi rozległo się o czasie. Nie mając przy sobie oddanej Selar, wszystkim musiał zająć się sam. Otworzyć. Powitać gościa. Przyjąć ewentualne okrycie wierzchnie, o ile o tej porze roku, ktokolwiek zawracał sobie takowym głowę. Było wszak ciepło. Przyjemnie. Słonecznie. Na zewnątrz dało się wyczuć lato. Zachęcające do tego, aby opuścić cztery ściany własnego domu.
- Vero. – przywitał się, pozwalając sobie ująć drobną dłoń, delikatnie ucałować na powitanie. Tak jak tego wymagały maniery. Niekiedy starał się takowymi błysnąć. Pokazać się od tej dobrej strony. Zaprezentować w sposób odpowiedni dla przedstawiciela jednej z tych rodzin, których nazwisko mimo upływu lat, nadal było szeroko rozpoznawalne. – Zapraszam. Cieszę się, że postanowiłaś skorzystać z tego zaproszenia.
Wpuścił ją do środka. Do wnętrza urządzonego w sposób prosty, wręcz surowy. Jakby niewykończonego. Niezamieszkanego. W tym ostatnim, być może nawet kryło się nieco prawdy.