Secrets of London
[2.10.1967] spotkanie po latach - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [2.10.1967] spotkanie po latach (/showthread.php?tid=3548)

Strony: 1 2 3


[2.10.1967] spotkanie po latach - Luno Skeeter - 06.07.2024

Była końcówka dnia drugiego października – moje urodziny. W uszach lekko szumiał mi alkohol, w sumie lekko to dopiero eufemizm. Próbowałem wrócić do swojego nowo zakupionego mieszkania, ale nie byłem pewny, gdzie właściwie ono jest. Chyba właśnie to mówiło wiele o stanie w jakim się znajdywałem, ponieważ wymówką było słowo nowe. Na trzeźwo zapewne nie miałbym najmniejszego problemu z dotarciem do własnego łóżka, w którym nazajutrz obudzę się z wielkim kacem. Na szczęście na nocnym stoliku miałem przyszykowany własnoręcznie uwarzony eliksir, małą miksturkę, co zabierze ode mnie pamiątkę z dnia poprzedniego.
Jak już wspomniałem było ciemno. Nie wiedziałem dokładnie która jest godzina, bo nawet i cienkie wskazówki na tarczy mojego zegarka rozmazywały mi się odrobinę. Na szczęście potrafiłem jeszcze stać o własnych nogach, ale krok miałem bardzo lekki. Szedłem przed siebie, nie martwiąc się zupełnie tym, że nie wiedziałem dokąd dokładnie powinienem iść. Przecież zawsze na samym końcu liczył się cel, a nie jak dotarło się do niego, a wiedziałem przecież, że jakoś tam dotrę. Chociaż wszystko wokół wydawało mi się bardzo znajome, a nogi same mnie prowadziły przed siebie, to wiedziałem, wręcz czułem, że znajdę swoją drogę do celu. Z perspektywy czasu zrozumiałem skąd i dlaczego miałem takie poczucie. I wcale nie chodziło o dotarcie do mieszkania.
Zatrzymałem się na chwilę na środku drogi (co nie było może dobrym pomysłem, bo był to zaułek ze skrętem obok którego się znajdywałem). Spojrzałem w niebo i w gwiazdy. Czasami udawałem sam przed sobą, że jestem romantykiem. Chociaż może w głębi serca nim byłem zanim poznałem tę okropną kobietę. Wyrwała mi serce i kazała mi się pierdolić. Na szczęście nie myślałem o tym w ogóle odkąd skończyłem szkołę. Wszystkie negatywne wspomnienia i przede wszystkim wspomnienie jej zostawiłem w Hogwarcie. Nie chciałem wracać w głowie do osoby, która uważała mnie za jeden wielki żart, nie licząc się zupełnie z moimi uczuciami. Dlatego teraz i ja nie liczyłem się z uczuciami kobiet, bawiąc się relacjami, sypiając z dużą ilością. Kochałem towarzystwo kobiet, a one kochały moje i uwielbiałem ten fakt. Dawało mi to o wiele więcej przyjemności niż uwiązanie się z kimś na lata, co moja familia z pewnością chciałaby, aby się stało. Matka wciąż jazgocze, że zostanę starym kawalerem, a przecież tyle pięknych, dobrych oraz mądrych kobiet kręci się po tym świecie. No cóż, znałem taką jedną, i co mi po tym przyszło? Miłość po prostu nie jest dla mnie. Po stokroć bardziej wolę cielesne uciechy oraz krótkie, aczkolwiek intensywne relacje, które dają uciechy dla ciała i duszy. Uciekanie w momencie jakichkolwiek oczekiwań, co do mnie, jest czymś, w czym posiadłem naprawdę ogromną wprawę.


RE: [2.10.1967] spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.07.2024

Jesień kojarzyła się jej z dalekimi wyjazdami. Zazwyczaj opuszczała Londyn i znikała w dalekich puszczach, polowała na bardziej egzotyczne stworzenia. Był to czas kiedy wracała tu na chwilę i ponownie wyjeżdżała. Pogoda w Wielkiej Brytanii nie zachęcała do polowań w okolicznych lasach. Idealny moment na realizację bardziej wyszukanych zamówień, które też się zdarzały. Mogła poznawać nowe miejsca, obce kultury, naprawdę to lubiła.

Mieszkanie przy Horyzontalnej dostała od ojca, kiedy załatwił jej staż w Ministerstwie. Co prawda nie zagrzała tam zbyt długo miejsca, bardzo szybko dotarło do niej, że nie jest to ścieżka którą chciała podążać, ale mieszkanie zostało. Nie musiała wracać do rodzinnej Walii, kiedy miała przerwy między swoimi wyprawami. Lepiej dla niej. Tutaj nie dosięgał jej sceptyczny wzrok matki, która nadal nie przestała jej sugerować, że to czym się zajmuje nie jest dla niej. Ciągle sugerowała jej, że powinna się ustatkować, znaleźć sobie męża i posiadać dziecko. To było straszne, dlatego też raczej unikała rodzinnego domu, aby nie musieć tego słuchać. Tutaj miała święty spokój, informowała tylko i wyłącznie ojca o tym, kiedy wracała do siebie. Było to naprawdę wygodne.

Wyszła właśnie z okolicznego pubu, w którym spędziła niemalże cały wieczór. Nie spotkała w środku nikogo znajomego, pogawędziła więc jedynie z barmanem i wypiła kilka szklanek whisky, zbyt mało, żeby poczuć się lekko. W domu miała zamiar się nieco doprawić, nie ma się co oszukiwać, panna Yaxley lubiła alkohol.

Naciągnęła na głowę kaptur swojego skórzanego płaszcza, nie chciała zwracać na siebie uwagi, jeszcze nikogo nie poinformowała o swoim powrocie. Postanowiła się przejść, jej mieszkanie bowiem znajdowało się niedaleko. Powietrze nie było jeszcze bardzo chłodne, więc spacer na pewno dobrze jej zrobi. Zwyczajowo wsadziła sobie w usta papierosa i ruszyła w drogę. Nie spieszyła się specjalnie, bo przecież nikt na nią w domu nie czekał.

Ulice były puste, mieniły się jedynie latarnie, oraz kilka gwiazd oświetlało niebo. W mieście trudno było docenić jego urok, zdecydowanie przyjemniej było się w nie wpatrywać w lasach, z dala od zgiełku. Szła przed siebie, bardzo powolnym tempem, kiedy dostrzegła na środku drogi sylwetkę. Dlaczego ktoś zatrzymał się w tym miejscu? Nie miała pojęcia. Zacisnęła lewą dłoń na sztylecie, który miała przy pasku od spodni, jednak jeszcze go nie wyciągnęła. Nigdy nie wiesz kogo spotkasz o tej porze, nawet jeśli był to Londyn. Musiała mieć pewność, że będzie w stanie szybko zareagować, gdyby ktoś chciał wyrządzić jej krzywdę.

Gdy po cichu zaczęła się zbliżać do tej osoby, uświadomiła sobie, że najwyraźniej jest to mężczyzna. Całkiem wysoki, musiał być podobnego wzrostu do niej, co wcale nie zdarzało się zbyt często. Przystanęła za nim, nie do końca wiedziała, co powinna zrobić, nie było to do końca normalne, aby ktoś tak sobie stał i czekał nie wiadomo na co, w środku nocy. Trochę się chwiał, albo się jej wydawało. Może się upił? Nawet mu trochę zazdrościła, bo sama jeszcze była raczej trzeźwa. - Czy wszystko w porządku? - Zapytała lekko, zza jego pleców. Wolała się upewnić, że nic mu nie jest. Sama pewnie byłaby wdzięczna, gdyby ktoś się zainteresował jej losem, jeśli znalazłaby się w podobnym stanie.




RE: [2.10.1967] spotkanie po latach - Luno Skeeter - 06.07.2024

Nie przepadałem za lasami, naturą. Od zawsze ciągnęło mnie do zgiełku miasta, oświetlonych budynków, witryn, hałasów, głośnych rozmów w kawiarniach, pubach czy restauracjach. Nie rozumiałem także jak ludzie mogą spacerować bez celu, wpatrując się w okoliczną przyrodę. Mnie to zupełnie nie fascynowało. Jedynie zioła czy roślinność, ale to przecież mogę zakupić w sklepie zielarskim. Nie potrzebowałem do tego przyodziania słomianego kapelusza i skakania po łące, nucąc jakieś ludowe pieśni czy jakie tam rytuały mają te całe zielarki (chociaż może mi się pomyliło z wróżkami, ale za nimi też nie przepadałem).
Noszenie przy sobie sztyletu według mnie nie należało do normalnych decyzji, ale może dlatego, że nie byłem młodą kobietą i potrafiłem używać zarówno różdżki jak i pięści. Zresztą nie wiem, czy kiedykolwiek czułem strach, idąc w nocy ciemną alejką. Nawet taką nieoświetloną. Tak więc nie byłem w stanie postawić się w sytuacji Geraldine.
Tak, to musiał być bardzo dziwny widok – stałem wpatrzony w niebo, kompletnie nim zaoferowany. Była noc, a ja postanowiłem ni stąd ni zowąd pozachwycać się gwiazdami, a raczej zliczoną ilością gwiazd.
Usłyszałem kobiecy głos i początkowo zupełnie nie przypisałem go do niej. Obróciłem się i zmierzyłem postać od góry do dołu. Byłem pijany, ale nie aż tak, by nie poznać kim była. Moją pierwszą myślą było to, by nie dać po sobie znać, że wiedziałem kim jest. Chyba zresztą dla dobra siebie wymazywałem ją z pamięci, głowy i ze wszystkiego co się dało, czyli w sumie z całego swojego życia po Hogwarcie. Nie oznaczało to wcale, że nie poczułem nic, gdy ją ujrzałem. Zmroziło mną na chwile tak jak wówczas przy drzewie, gdy powiedziała do mnie słowa, których nie chciałem nigdy usłyszeć ani pamiętać. Szybko jednak się otrząsnąłem, może dlatego, że alkohol uderzył mi do głowy, a wtedy robiłem się jeszcze bardziej nieczuły. Choć po alkoholu ludzie kochają cały świat to ja nie doświadczałem czegoś takiego.
- Zgubiłem się – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Chociaż może właśnie teraz się odnalazłem? Albo po prostu mój alkoholowy bełkot w głowie osiągnął tak wysoki poziom.
Patrzyłem jej prosto w oczy lub tak mi się wydawało (w końcu byłem nieźle upity). Zmieniła się odkąd ostatni raz ją widziałem. Ile to lat temu było? W mojej głowie naprawdę wiele, jakby sto lat temu. Teraz miałem zupełnie inne życie - stabilną pracę, renomę w świecie dziennikarstwa, a wkrótce mieli mi zaoferować własną audycję radiową, a przede wszystkim mój stosunek do miłości i kobiet uległ diametralnej zmianie. Ważniejsze są dla mnie moje przyjemności i to co ja czuję i chcę od drugiej osoby, a nie ona ode mnie.


RE: [2.10.1967] spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.07.2024

Czekała na reakcję mężczyzny. Była gotowa do ewentualnej obrony, nie miała pojęcia w końcu jak zareaguje na jej zainteresowanie. Może powinna przejść obok, zignorować go? Tak pewnie byłoby prościej, jednak już taki miała charakter, że interesowała się wszystkim tym, co działo się wokół niej. Lubiła wsadzać nos w nieswoje sprawy, bez większego celu, nie zawsze przynosiło to korzyści, bo zdarzali się i tacy, którzy nie przepadali za tym, gdy obcy interesowali się tym co robili, jednak wcale jej to nie przeszkadzało. Potrafiła się obronić, magią, sztyletem, czy własnymi rękoma, walczyła z gorszymi bestiami od ludzi, chociaż czy właściwie ludzie nie byli najgorsi? Była to dosyć mocno filozoficzna myśl, która teraz ją nawiedziła. Nie był to jednak odpowiedni czas na takie rozważania. Czekała, nie wiedziała, czy się odwróci, postanowi ją strzelić w nos, czy zupełnie zignoruje jej pytanie.

Nie czekała długo, odwrócił się w jej kierunku. Wydawało jej się, że faktycznie jest pijany, co zdarzało się nawet najlepszym, jej zresztą też dosyć często. Może to i dobrze, że zwróciła na niego uwagę, jeszcze rano przeczytałaby w najświeższej gazecie, że znaleźli kogoś na ulicy poturbowanego przez magiczną karocę, nie wybaczyłaby sobie takiej opieszałości.

Czuła, że mierzy ją wzrokiem. Sama zresztą zrobiła to samo. W przeciwieństwie do mężczyzny, ona jednak skupiła się na twarzy, którą oświetlało światło padające z okolicznej latarni.

Nie trwało to długo, nim dotarło do niej, że go zna. Pamiętała te oczy, wpatrywały się w nią nieraz, chociaż szczególnie zapamiętała tamten dzień, kiedy wydawało mu się, że wywinie jej najbardziej spektakularny numer. Udało jej się ominąć to upokorzenie. Nadal twierdziła, że miał plan ją wtedy wyśmiać. Pamiętała, że potraktowała go wtedy dosyć stanowczo i była bardzo niesympatyczna, chociaż nadal - wydawało jej się, że zasłużył. Gdyby tylko wiedziała, że zrobiła mu taką krzywdę na pewno by się zastanowiła nad swoim zachowaniem. Jakoś łatwo jej było uznawać, że ma rację, chociaż nie skupiła się w pełni na odkryciu całej prawdy. Tak naprawdę to przyjęła swoje założenia, jako jedyne słuszne.

Miała wrażenie, że zmężniał przez te lata, kiedy go nie widziała. Trudno jej jednak było ocenić jak bardzo się zmienił przez ten półmrok w jakim się znajdowali. Może i doszły nawet do niej słuchy o jego sukcesach, jakoś nigdy jednak się na tym nie skupiała, pamiętała go jako tego, który w szkole robił jej na złość.

- Zgubiłeś się. - Powtórzyła po nim. To by się zgadzało. Wyglądał jak ktoś kto się zgubił. Tylko jak do tego doszło? Był pijany, może za dużo wypił i nie wiedział dokąd ma iść. To nie brzmiało nawet jako coś niespotykanego, takie sytuacje się zdarzały.

- Pomogę ci się odnaleźć. - Nie miała pojęcia, czy ją pamięta, czy potrafił połączyć tę twarz z dziewczyną z Hogwartu, którą kiedyś była. Nie było to jednak w tej chwili istotne. Ważne było to, że zainteresowała się jego losem i nie zamierzała go tutaj zostawić, samego. - Wiesz gdzie mieszkasz? - CO za głupie pytanie, gdyby wiedział, to przecież sam by tam trafił. - To znaczy, czy pamiętasz adres? - Wyciągnęła niedopałek z ust, bo niewiele brakowało, aby po raz kolejny przypaliła się filtrem w usta i rzuciła go na ziemię, przydeptała swoim ciężkim butem, żeby przypadkowo niczego nie przypalić.




RE: [2.10.1967] spotkanie po latach - Luno Skeeter - 06.07.2024

Coś wiedziałem o wsadzaniu nosa w nieswoje sprawy. Można by nawet rzec, że byłem w tym mistrzem. Mój zawód polegał na tym, aby nieustannie być tam, gdzie niekoniecznie mnie chcą i gdzie niekoniecznie powinienem być. Niekiedy nawet muszę użyć swoich prywatnych sztuczek, nie do końca moralnych zresztą z punktu widzenia większości populacji. Ale ja się tym nie przejmowałem. W mojej głowie nic złego w tym nie było. No bo skoro coś ma przynieść korzyść dla świata albo sensacje to jaki problem w tym, jak zdobędę te informacje?
Moich oczu łatwo zapewne nie jest zapomnieć. Były bardzo jasne, w mocno nietuzinkowy sposób. Wręcz wertowały cudze dusze i serduszka kobiet. Obstawiam, co ja wygaduję, wiem doskonale, że nie jednej pannie zmiękły kolana przez te moje tęczówki, które dają mocny kontrast z moimi  ciemnymi włosami. Kilka razy nawet zdarzyło mi się usłyszeć, że zapewne stosuję jakąś magię, by nadać im tak jasny kolor. Ale dziewczęta, mylicie się, to sama natura!
W przypadku feralnego wieczora każde z nich się myliło i żadne nie miało o tym pojęcia.
Musiałem przyznać, że zaskoczyła mnie jej chęć pomocy. Ale to oznaczało, że w ogóle nie miała pojęcia kim jestem. Może to właśnie moja szansa? Co ja wygadywałem, zdecydowanie już jej nie chciałem i nigdy nie będę chciał.
- A mogę ci zaufać, nie chcesz mnie wykorzystać? – uśmiechałem się zawadiacko, odpowiadając pytaniem na pytanie o adres. – Ciężko jest być kawalerem w tych czasach. Tak wiele niebezpieczeństw – nie przestawałem się do niej uśmiechać, choć teraz już tylko moje kąciki unosiły się lekko do góry, powstrzymywane przeze mnie. Do końca mnie słuchać nie chciały. Ot, taki alkoholowy odruch.
Ostatnio jak ją widziałem to również paliła. Musiała prowadzić naprawdę stresujące życie, że ostatnie, co pamiętam związanego z nią to papieros, a po latach ujrzawszy ją po raz pierwszy również towarzyszyła jej nikotyna.


RE: [2.10.1967] spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.07.2024

Wsadzanie nosa w nieswoje sprawy powodowało, że można się było dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. W przypadku polowań, pomagało to dowiedzieć się o wyjątkowych stworzeniach, które można było spotkać w różnych, ciekawych miejscach. Dziennikarze jednak często przekraczali granice, miała tego świadomość, bo zdarzało jej się samej być obiektem plotek, czy innych sztuczek. Może nie była specjalnie popularna, znało ją szerokie grono czarodziejów, ale nie była to prawdziwa sława, jednak niektórzy z jej znajomych byli naprawdę wpływowi, jakby chociażby Giovanni, u którego boku często się pokazywała. Zaprzyjaźnili się dawno temu i często bywała w jego towarzystwie na różnych bankietach, co również powodowało zainteresowanie szarą, nic nie znaczącą łowczynią.

Yaxley była w głębi duszy całkiem dobrym człowiekiem, który przejmował się losem innych osób, szczególnie kiedy jak ten stojący przed nią mężczyzna wydawały się być zupełnie nieszkodliwe. Być może było to całkiem śmiałe założenie, ale jednak nie sprawiał wrażenia kogoś, kto mógłby jej zrobić krzywdę, szczególnie, że ledwo trzymał się na nogach, alkohol bywał zdradliwą suką, ale to wiedziała już od dawna.

Nie zapomniała o tym, że nie był dla niej specjalnie miły, jednak żywiła do niego urazy. Dzieciaki były różne, wcześniejsze zachowanie nie musiało warunkować tego, jakim człowiekiem był teraz. Było sporo osób za którymi dawniej nie przepadała, a z czasem stali się jej bliscy. Każdy zasługiwał na drugą szansę. Zresztą przecież oferowała mu jedynie pomoc w dotarciu do domu, nic zobowiązującego.

- Gdybym chciała cię wykorzystać, to już dawno bym to zrobiła. - Dodała z uśmiechem. Widać było, że z wiekiem nabrała jeszcze więcej pewności siebie, nadal nie brakowało jej charakteru.

- Zostanę twoim rycerzem, księżniczko, nie musisz się o nic martwić. - Brakowało jej tylko konia i zbroi, ale miała nadzieję, że jej to wybaczy, w końcu nie spodziewała się tego, że będzie dzisiaj w nocy odprowadzać kogoś do domu. Gdyby o tym wiedziała zapewne by się przygotowała, zorganizowała to tak, żeby było bardziej efektowne.

- Ponawiam pytanie, pamiętasz adres? - Jeśli nie to zaciągnie go do siebie, żeby nie mieć mężczyzny na sumieniu, jej mieszkanie było całkiem spore, bez problemu znajdzie w nim dla niego miejsce.




RE: [2.10.1967] spotkanie po latach - Luno Skeeter - 07.07.2024

Nigdy chyba nikomu nie dałem drugiej szansy, ale może mnie pamięć mylić. Jeśli ktoś zawiódł moje zaufanie to przestawał być moim przyjacielem, a jeśli ktoś nie przypadł mi do gustu od pierwszego spotkania to oznaczało dla mnie, że nigdy nie zostaniemy znajomymi. Miałem bardzo wąskie grono przyjaciół i chciałem, aby tak pozostało. Im ufałem, zrobiłbym dla nich wszystko.
- Czyli nie podobam ci się – westchnąłem ciężko, wciąż z błąkającym się uśmiechem na mojej twarzy. – Wolisz blondynów – stwierdziłem niby zmartwiony, ciągnąc swoje małe przedstawienie. W normalnych warunkach, czyli takich, gdzie nie byłbym upity, zapewne nie odezwałbym się do niej słowem. Spojrzałbym jedynie na Geraldine pogardliwie, zmierzył ją wzrokiem w taki sposób, że poczułaby się zgnieciona jak robak i poszedłbym dalej.
- TAK! – krzyknąłem z zachwytu. Zawsze chciałem zostać księżniczką, proszę nie oceniać. – Postaram się nie zgubić pantofelka – nie wiem, czy zna tą mugolską bajkę, ale ja zacząłem się śmiać pod nosem. Gdy byliśmy w Europie z Isaaciem zdarzyło nam się być w mugolskim pubie. Poderwałem wtedy bardzo ładną francuskę z którą niekoniecznie rozmawiałem tym francuskim, bo niestety poliglotą nie jestem. Opowiedziała mi wówczas tę bajkę, zdziwiona, że nigdy o niej nie słyszałem.- Nie wiem, czy znasz tę mugolską bajkę - zanim odpowiedziała to spieszyłem już z wyjaśnieniami. - Była tam księżniczka nazwana Kocpołuchem czy jakoś tak. Miała dwie siostry i wrednego ojczyma. Poszła na bal, nie pamiętam już zupełnie jak i całowała się z księciem. Została później księżniczką, ale zgubiła pantofelka. Niestety nie pamiętam jak to się skończyło - spojrzałem jeszcze raz w niebo, jakby ono miało mi przynieść zakończenie opowieści, a następnie na Ger. - Ale my możemy napisać swoje własne zakończenie - uśmiechnąłem się do niej, podnosząc jedną brew.
Chwilę musiałem zastanowić się nad adresem. Bardziej dlatego, że bałem się strzelić gafę, a nie przez to, że miałem problemy z przypomnieniem go sobie. Udawałem nieświadomego kim jest kobieta, która ze mną rozmawia, ale chciałem wypaść jak najlepiej. Niech żałuje.
- Aleja Horyzontalna 93D – właściwie to D mieściło się już wewnątrz budynku.
Spojrzałem na nią ponownie. Teraz jednak przez dłuższy moment, wpatrując się jedynie w jej twarz, a nie mierząc od góry do dołu. Stwierdziłem, że zdecydowanie wyładniała. Ale już nie za specjalnie gustowałem w takich dziewczynach, więc serce nie biło mi szybciej na jej widok jak za czasów szkolnych. Nie oznaczało to, że nie uważałem jej dalej za ładną, bo przecież wręcz przeciwnie - stała się jeszcze piękniejsza niż w Hogwarcie. Po prostu przez swoje zachowanie wpadła do kategorii przeciętna.


RE: [2.10.1967] spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.07.2024

Geraldine dopuszczała do siebie ludzi dopiero wtedy, kiedy faktycznie poznała ich zamiary, z początku bywała ostrożna, zdystansowana, mrukliwa, z czasem jednak naprawdę zaczynała ufać. Kiedy to się działo, to bywała nieostrożna i trochę naiwna, myślała, że wszyscy podchodzą do takich znajomości, jak ona. Nigdy w życiu nie skrzywdziłaby swoich przyjaciół, w żaden sposób, stawiała ich na piedestale, ich szczęście było dla niej istotniejsze od jej szczęścia. Taki już to był typ człowieka. Nie miała ich jednak wielu, bo pozwalała się do siebie zbliżyć raczej niewielkiej ilości osób. To jej wystarczało.

- Ja tego nie powiedziałam. - Rzuciła jeszcze krótko, żeby nie dopowiadał sobie tego, co nie padło z jej ust. - Nie mam jakichś szczególnych upodobań. - Dodała jeszcze, nie wiedzieć czemu nie chciała, żeby uważał, że ma go za nieatrakcyjnego. Nie o to chodziło, tak naprawdę, czy w ogóle istniał ktoś, kto mógłby się oprzeć tym błękitnym oczom? Pewnie nie. Jednak zamierzała trzymać się od niego z daleka, był pijany, to skreślało jakiekolwiek rozważania na ten temat, przynajmniej dopóki nie wytrzeźwieje.

Usłyszała jego entuzjazm w głosie. Jak widać bajki o księżniczkach zawsze pomagały, nawet jeśli to mężczyzna miał być jedną z nich, a ona jego rycerzem. Najwyraźniej dobrze wyczuła sytuację. - Dobrze, ty się o to postarasz, a ja tego dopilnuję. - Powiedziała z uśmiechem. Nie wiedzieć czemu czuła, że uda jej się go jakoś doprowadzić do domu, bez żadnych strat, chciał współpracować, a to już było całkiem sporo.

- Znam, znam tę bajkę. - Geraldine dosyć często bywała w mugolskim świecie, spotykała na swojej drodze wiele różnych osób i wysłuchiwała historii. Kojarzyła również niektóre z książek dla dzieci.

- Gdzie są twoje wredne siostry? - Zapytała jeszcze, może istniał jakiś powód dla którego wybrał właśnie tę historię, właściwie to ją to nawet zaciekawiło.

- Tak, napiszemy takie zakończenie, w którym książę wie, gdzie mieszka księżniczka, nie będzie musiał szukać jej po pantofelku, no i nie będzie w niej pewnie żadnych pocałunków. - Powiedziała jeszcze spokojnym tonem, żeby wiedział, na co powinien się szykować. Panna Yaxley nie była osobą, która wierzyła w szczęśliwe zakończenia, życie dosyć mocno ją weryfikowało.

Obserwowała go, kiedy zastanawiał się nad adresem. Miała wrażenie, że nie będzie w stanie sobie przypomnieć, może nie mieszkał tu zbyt długo, albo po prostu był taki pijany. Różne mogły być powody, w końcu jednak to z siebie wydusił.

- Dobrze więc, wiem gdzie to jest. - Podeszła do niego o krok bliżej. Wyciągnęła lewą rękę w kierunku jego dłoni. - Zaprowadzę cię tam. - Wydawało jej się, że to będzie najprostsze rozwiązanie, nie zapytała go o to, czy może go złapać za dłoń po prostu to zrobiła. Teraz na pewno go nie zgubi, ani jej się nie przewróci.




RE: [2.10.1967] spotkanie po latach - Luno Skeeter - 07.07.2024

Moje ego było takie wybujałe, że nawet jakby mi wprost powiedziała, że nie podobałem się jej z wyglądu to bym nie uwierzył. Tyczyło się to też innych kobiet. Po prostu miałem o sobie bardzo wysokie mniemanie, w ogóle nie zauważając, że czasem nawet nazbyt wysokie. Zawdzięczałem to swoim rodzicom, którzy od najmłodszych lat wpajali mi do głowy, że jestem znacznie lepszy od innych dzieci oraz pielęgnowali we mnie poczucie wyjątkowości. Matka zwłaszcza chwaliła się mną koleżankom. Byłem legendarnym synem koleżanki twojej mamy.
- Dobrze, spróbuję – zaśmiałem się w głos i to o dziwo naprawdę szczerze. Na pewno chodziło o to, że byłem teraz księżniczką, a nie dlatego że mnie rozbawiła. Żywiłem taki uraz do Geraldine Yaxley, że niemożliwością jest, aby mnie rozbawiły jej słowa. Na pewno chodziło o rolę księżniczki.
- O, czyli też umówiłaś się z tą Francuzką – spojrzałem zaskoczony. No jaki ten świat mały. W mojej pijackiej głowie teraz naprawdę zaistniało powiązanie między Ger, tamtą francuską a bajką o kocpołuchu. Zupełnie nie wziąłem pod uwagę faktu, że przecież wiele mugolskich osób zapewne znało tę opowieść. To chyba oznaczało, że gdybym jeszcze choć trochę włożył do ust ognistej whisky to skończyłbym pod płotem. Uważałem siebie (o zgrozo dla kobiet z którymi się umawiałem) za gentelmana i niekoniecznie chciałbym, aby ktokolwiek zobaczył mnie w takim stanie. Całe szczęście padło na nią, a nie wyglądała mi na osobę zajmującą się plotkowaniem.
Chciałem odpowiedzieć, że ona jest moją wredną siostrą, bo kazała mi się przecież pierdolić jakieś dziesięć lat temu, ale ugryzłem się w język i udałem, że w ogóle nie usłyszałem pytania.
- A to niby dlaczego nie będzie pocałunku? – trochę przestałem jej słuchać,  bo mi się niedobrze zrobiło od nadmiaru alkoholu, ale słowo pocałunek wyhaczyłem z prędkością światła.
Gdy wyciągnęła do mnie dłoń i mnie za nią złapała to stanowczo pokiwałem głową i wysunąłem w jej stronę zgiętą w łokciu rękę, proponując w ten sposób poprowadzenie, bo to ja jestem mężczyzną i gentelmanem i przecież doskonale wiem, gdzie iść. Może i upadniemy po drodze, ale za to zanim to się stanie to będziemy szli z klasą.
- Może i jestem księżniczką, ale to ty jesteś damą – podsumowałem krótko. Nawet pijany potrafiłem zachować maniery jakie wpajali we mnie rodzice od najmłodszych lat.


RE: [2.10.1967] spotkanie po latach - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.07.2024

To ich różniło. Geraldine raczej nigdy nie czuła się jako ktoś wyjątkowy, nie w tym względzie. Nie była ładna, nie podążały za nią oczy mężczyzn, raczej zwracali na nią uwagę i wytykali palcami ze względu na nietypowy wzrost. Jej zainteresowania były niezwykłe, jej praca, mało bowiem można było znaleźć kobiet, które wykonywały ten sam zawód, jednak jeśli chodzi o inne sprawy, to czuła się raczej zwyczajna. Może i była oczkiem w głowie swojego ojca, ale w zupełnie inny sposób jej to okazywał niż matka Luno. Bardzo wiele od niej wymagał, kazał jej ciągle dążyć do doskonałości, co wcale nie było takie proste.

- Nie, z Francuzką nie, nie lubię kobiet. - Czy faktycznie myślał, że mogłaby pójść z jakąś inną laską na randkę? Może była dosyć męska jak na kobietę, może stąd się wziął ten komentarz?

Nie miała pojęcia dokąd wędrowały jego myśli, zdawała sobie sprawę, że umysł pijanego, mógł doprowadzić go naprawdę w dziwne miejsca, sama nie raz znajdowała się w podobnej sytuacji i na drugi dzień zastanawiała, jak właściwie było to możliwe, że robiła naprawdę bardzo głupie rzeczy.

- A to dlatego, że nie wypada, żeby książę z bajki wykorzystywał niedyspozycję księżniczki. - Tak, nadal szła w to, że to ona w tej chwili była jego rycerzem na białym koniu i musiała dbać o bezpieczeństwo Luno. Wczuła się w rolę, wcale nie było to takie trudne. Często eskortowała różne osoby, jako ta silniejsza fizycznie, dbała o to, aby trafiali na miejsca w jednym kawałku.

Nie udało się jej go złapać za dłoń. Niefart. Pomysł wzięcia jej pod ramię nie był wcale taki głupi, będzie mógł oprzeć na niej ciężar swojego ciała, to by pomogło, kiedy dojdzie do jakichś niedogodności podczas tego krótkiego spaceru. Wsunęła więc swoją rękę pod jego łokieć. Mogli wyruszyć w drogę. Nie znajdowali się wcale daleko od jego mieszkania, wydawało jej się, że uda im się dotrzeć do celu całkiem szybko. Będzie miała czyste sumienie. Nie zostawiła go w końcu na pastwę losu, lubiła czasem dowartościować się w ten sposób.

- Czy ja wiem, czy jestem damą, raczej nie do końca. - Postanowiła jeszcze skomentować jego słowa, wydawało jej się, że ma o niej zbyt wysokie mniemanie. Nigdy nie czuła się jak dama.