Secrets of London
[02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls (/showthread.php?tid=4313)



[02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Louvain Lestrange - 23.12.2024

Każdy dzień to niezerowa szansa na wizytę Louvaina w Ataraxii. Podobnie jak połknięcie baterii w którejś z celi więzienia Clerkenwell. Żeby wyjść z sytuacji beznadziejnej, ludzie bez perspektyw zdolni byli do samouszkodzenia, wiedząc że ostatnią walutą jaką posiadali było ich zdrowie. Wtedy błyskawicznie się nimi zajmowano. Oprócz oczywistego wyjścia z celi, w jednej chwili zyskiwali dostęp do całej palety nowych rozwiązań. No i czym innym było zatajenie informacji przez Ambrosie o nieformalnym ślubie jego bliźniaczki z Alexandrem, jak nie symbolicznym połknięciem baterii? Szczególnie po tym kiedy zawarli umowę co do wspólnego sabotażu tej potępianej przez nich obojga relacji. Fakt, to że ten cyrk zwany potocznie ślubem miał odbyć się gdzieś między wozami drabiniastymi po środku niczego, był w pewnym stopniu okolicznością łagodzącą. Jednak to, że tamci przysięgali sobie, cokolwiek sobie przysięgali straceńcy bez wyroku, nad spiralą białego, psiego gówna, nie oszczędziło wstydu ani jemu, a tym bardziej jego rodzinie. Zamiast uprzedzić go wcześniej o takim maleńkim szczególe, zataiła to, sprawiając że Mulciber zrobił sobie z własnego ślubu patyk z nabitym psim gównem na niego. I właśnie tym patykiem z nabitym psim gównem, machał Louvainowi i wszystkim jego bliskim przed twarzą z zamiarem obrzydzenia i wywołania skandalu. I wyszło mu to znakomicie.

Nie wiedział jakie miała ku temu intencje, co tym posunięciem zamierzała osiągnąć. Jedno było jasne, odwlekła jego gniew w czasie. Rosie połknęła baterię, akceptując ryzyko rozszczelnienia się baterii i przedostania się kwasu siarkowego zawartego w elektrolitach do jej organizmy. Z jednej strony to urocza nowość w jej diecie obok wstydu, porzucenia i zawodu, którymi karmił ją Alexander na co dzień. Z drugiej jednak opcjonalna śmierć z zatrucia przewodu pokarmowego. Zyskała kilka miesięcy spokoju. Po ich czerwcowych zawirowaniach Lestrange dał jej dużo swobody. Nie rzucała mu się niczym w oczy, a on sam był zbyt zajęty knuciem i spiskowaniem, by pozwalać sobie na przyjemność z nieprzyjemności Rosie. Szambo jednak wyjebało, obryzgało każdego kto tylko stał zbyt blisko cygańskiej mierności. Na szczęście Alex nie odczytał intencji Lou, więc nie wiedział co było między nim, a słodką trzpiotką. Ciekawe czy gdyby wiedział, to czy zdecydowałby się na te same posunięcia do których niewątpliwie był zdolny. Czy skazałby swoją kochankę na gniew Lestranga? Po tym co zrobił powinien jej teraz strzec dzień i noc, albo chociaż ukryć tam gdzie Zimny wzrok nie sięga.

A to, że elektrolitów i kwasu siarkowego raczej mało kto używał do produkcji baterii w magicznym Londynie, nie oznaczało że Rose była bezpieczna. Musiała wiedzieć, że ten gnojek kiedyś przyjdzie. Pojawi się i zażąda cierpienia, bo tego najbardziej od niej pożądał. I w tej samej "bateriowej" alegorii, jej zdrowie było jedyną walutą zdolną wykupić ją przed zamknięciem w najciemniejszym lochu pod Kromlechem. Zadać jej ból to jedno, ale uszkodzić śliczną twarz to granica, której nie potrafił przekroczyć. Jakby ikona w cerkwi. Popatrzy na nią, oczy ucieszy, zadręczy i pójdzie.

Spacer po Nokturnie, szczególnie ten wieczorny to zawsze obietnica atrakcji. Przynajmniej w jego wydaniu. Bo pasował do tej dzielnicy jak cygan na weselu. Zbyt drogi w ubraniu, zbyt gładki na twarzy. Tylko spojrzeniem, posępnym i złowrogim, potrafił wpasować się w klimat okolicy. Mógłby się teleportować od razu do Ataraxii, unikając nieprzekonywalnych spotkań. Mógłby ale to było zbyt proste, wolał przyjrzeć się dokładniej urokliwym krajobrazom. Im dalej od Pokątnej, a nawet Horyzontalnej, tym bardziej odczuwalny był fetor uryny i innych fekaliów. Coraz mniej przystępny Londyn rysował się przed nim urbanistyczną kreską. Więcej gniewu w każdym zakamarku, mniej życzliwości. Nawet bez mugoli, magiczny Londyn borykał się z problemami równości. Widział to w każdej mijanej fasadzie budynków i w każdym wzroku autochtonów. Dotarłszy do celu, miejsca Rosie, wszedł do środka. Widząc, że ktoś oprócz niego jest już w środku, nie odezwał się w żaden sposób. Żaden sarkazm, ani cynizmu nie zapowiedziało jego paskudnej wizyty. Wybrał sobie tylko dogodny kącik z którego obserwował pomieszczenie, czekał aż zostaną sami. Niby nieznacznie, ale jednak, zerkał w jej kierunku chcąc skrzyżować ich spojrzenia, być może uda mu się ujrzeć jej pierwszy, kochane, wzdrygnięcie na jego widok. I tak dał jej od wesela sporo czasu na przygotowanie się na niego.


!nokturn
Odkryj wiadomość pozafabularną
11. Wszyscy są równi? Wystarczy spojrzeć na ulice, by zobaczyć, że to kłamstwo.



RE: [02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Pan Losu - 23.12.2024

Podążają za tobą nieprzychylne spojrzenia. Może to zostać wykorzystane przeciwko tobie*.


* jeśli jesteś funkcjonariuszem, to trudno będzie ci załatwić to, po co tutaj przyszedłeś – postaci niezależne będą ostrzeżone o twojej wizycie.


RE: [02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Ambrosia McKinnon - 30.12.2024

Bawiło ją odrobinę to, jak zdążyła się przyzwyczaić do aktualnej sytuacji. Do perspektywy wizyty Louvaina, która wisiała nad nią już od paru dobrych lat i początkowo faktycznie czuła na tę myśl niepokój, który wiązał jej żołądek w supeł, zaciskający się tylko mocniej, kiedy wreszcie przychodziło jej oglądać jego twarz. Ale potem? Teraz?

Dziadek często mówił, że obcując z różnymi rzeczami, ludzie nie tyle się do nich przyzwyczajali, co ogarniała ich znieczulica. On miał na myśli kurwy zgarnięte z Nokturna, chodzące zwłoki, które niejeden traktował gorzej niż szczury panoszące się po zaułkach, ale Rosie dość szybko zaczęła tę prawidłowość odnosić do innych sytuacji. Tak samo jak nie mrugała okiem na dziejący się w Kościanym Zamtuzie nierząd i swąd czarnej magii, tak czuła niesprecyzowaną pustkę kiedy myślała o Louvainie. Była tam złość, ale przykryta warstwą codziennych obowiązków, problemów i niechęci. Skrywająca się pod goryczą co i rusz łamanego serca i ostatnim mętlikiem w głowie, jakie ciągnęło za sobą Wesele i Windermere.

Lestrange, o zgrozo, był jedną z najbardziej stabilnych rzeczy w jej dotychczasowym życiu, jakby nieświadomie wślizgując się na miejsce Alexandra i czasem, bardzo rzadko, Ambrosia zastanawiała się co stanie się, kiedy go zabraknie. I nie przyznawała się nawet przed samą sobą, że chyba odrobinę bała się tego momentu.

Bo czymże był Louvain, jeśli nie głównym wyznacznikiem tego, jak bardzo oddana była najważniejszemu mężczyźnie w jej życiu? Tym, jak wielka była jej miłość, ale i egoistyczna, przeżerająca ją na wskroś chęć posiadania go tylko dla siebie, a jeśli nie mogła tego mieć... wtedy był on miarą tego, jak mocno mogła nienawidzić.

Nic mu nie mówiła, bo powszechnie znaną prawdą było, że kiedy się o czymś nie rozmawiało, wtedy nie miało to miejsca. Nie istniało to w jej małym wszechświecie, w którym tego typu zdrada nie powinna nigdy mieć miejsca. Louvain nie rozumiał - a najgorsze było dla niej to, że ona rozumiała czemu tak było. Sama siebie nazwałaby skończoną idiotką, gdyby znajdowała się na jego miejscu. I sama sobie chciałaby wyznaczyć za to wykroczenie adekwatną karę.

Nie drgnęła, kiedy cichy dzwonek zawieszony nad drzwiami wejściowymi zabrzęczał, informując ją o pojawieniu się nowej osoby. Zamiast tego, z tak samym promiennym uśmiechem przyczepionym do twarzy, sięgnęła po niewielki pakunek i wcisnęła go w dłonie ostatniego klienta, zanim ten pośpiesznie pokiwał głową, podziękował i udał się do drzwi wyjściowych. A potem zielonkawe spojrzenie prześlizgnęło się w bok, od pleców wychodzącego mężczyzny do sylwetki nowego gościa i uśmiech kobiety natychmiastowo zgasł, jak płomień świeczki, sprawnie zgaszony przez nią palcami w tym samym momencie.

W pomieszczeniu unosił się silny zapach kadzideł, tak typowy dla tego miejsca, nawet jeśli przeprowadzone w wakacje drobne remonty pomogły w odcięciu się od płynących z ulicy charakterystycznych dla Nokturnu zapachów. I przez moment McKinnon bardzo chciała jakimś cudem rozpłynąć się w sinym dymie, unoszącym się niemrawo z kadzideł i dogaszanych na stoliku świeczek. Czując ciepło płomyków na opuszkach palców mimowolnie pomyślała o wieczorze kiedy Louvain ją poznał.

Jej spojrzenie stwardniało i jeśli wcześniej było w nim jakieś zawahanie czy wycofanie, teraz zniknęło w wyćwiczony sposób kogoś, kto na życie zarabiał odgrywając przed ludźmi najlepszą na Nokturnie wróżkę i kto potrafiła siłą zmusić zjawy do przejścia przez zasłonę. - Zmień na zamknięte, jeśli nie chciałbyś mieć publiki w postaci przypadkowych klientów - rzuciła z przekąsem, niedbałym gestem ręki wskazując na drzwi.


RE: [02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Louvain Lestrange - 01.02.2025

Należało umrzeć, żeby dostąpić błogosławieństwa. Nigdy nie zwracał się do Ambrosie jej pseudonimem, odrzucał jej wykreowaną personą Lady Macarii. Zbyt dobrze ją znał by traktować taką małostkę tak dosłownie. Widział ją w stanach w jakich nie mógł widzieć ją nikt inny, więc kogokolwiek nie chciała udawać przed obcymi, lub niechcianymi, on dobrze widział jakiej konstrukcji była wewnątrz. Dlatego Ambrosia McKinnon nigdy nie dostąpi błogosławieństwa, bo Louvain Lestrange nigdy nie pozwoli jej umrzeć. Zapewne nigdy nie prosiła o takiego obrońcę, ale póki on żyje nie pozwoli żeby przytrafiło się jej nic szczęśliwego w jej nieudanym życiu. Zaciągnęła u niego spory dług, kpiąc sobie z niego swoimi karcianymi zagrywkami, a egzekucja tego długu była rozłożona w nieskończonej ilości rat. Właściwie to oczekiwał od niej uregulowania nie tylko swojego własnego długu, lecz również cudzego. I choć Alexander nie związał się z nią, a z jego siostrą, to właśnie Trzpiotce przyjdzie spłacać dług zaciągnięty u Louvaina przez Mulcibera. Bo jak mógłby skrzywdzić go bardziej, krzywdząc jedyną osobę tak bezgranicznie mu oddaną? Przez moment nawet mógłby się wzruszyć nad tą miłosną historią. Bo gdyby nie miał do nich dwojga tak osobistej niechęci, może nawet poleciłby postawić w ogrodzie Maida Vale rzeźbione w marmurze posągi na cześć ich beznadziejnej miłości. Bowiem nie istniało takie cierpienie, którego nie zniosłaby Ambrosia dla swojego słońca. Nie istniała taka kurwa z którą Alexander nie mógłby zdradzić swojego słońca.

Przestał się oszukiwać, że jest w stanie zmienić prawdę w swojej siostrze. Prędzej przełamie krąg życia i śmierci na tym łez padole, niż oszuka aksjomat o Lorettcie. Nie stać go było dłużej, żeby pozwalać sobie, by coś tak idiotycznego rządziło dłużej jego życiem. Miejsce kurew jest w rynsztoku, a nie na salonach. Miał rewolucję do poprowadzenia i przynajmniej jedną ślicznotkę do nagabywania. Przyjdzie jeszcze kilka dekad zanim media zaczną nagłaśniać sprawę zmian klimatycznych, ale takie dało się odczuć już w tym momencie, dokładnie w tym pomieszczeniu. Nagłe ochłodzenie atmosfery nastąpiło w tej samej chwili kiedy ich spojrzenia skrzyżowały się z odległości. Potraktował to jak komplement. Potwierdzenie tego, że skoro go nienawidzi to zrobił do tej pory wszystko co tylko mógł, aby uprzykrzyć jej wystarczająco życie nad Tamizą. Jak słusznie wskazała, tak też postąpił. Tabliczkę zawieszoną na drzwiach obrócił na drugą stronę, dodatkowo przekręcając zamek w drzwiach, tak na wszelki wypadek. Szedł powoli w jej stronę. - W końcu nie pachnie tu jak w latrynie. Rozwijasz się Słońce. Zauważył fakt zniknięcia przykrego zapachu i rzucił na otwarcie z kpiącym uśmieszkiem na ustach. Bo nawet jeśli miała dla niego zaoferowania tylko chłód i tak będzie się do niej zwracał Słońce. Na przekór tego co dla niej cenne, obrzydzając wszystko co mogłoby mieć jakąś wartość, wszystko co mogłoby ją pokrzepić w duchu. Stanął blisko stolika przy którym zwykle rozkładała tarota. - Potrzebuję porady kogoś kto szczerze liczy na moją śmierć. Określił krótko cel swojej wizyty, przeciągając spojrzeniem na dobrze znaną mu talię kart. Tę talię, która wywróżyła mu siostrę-kurwisko oraz syna-bękarta. Nadchodzące dni mogły przynieść mu wiele nieoczekiwanego zła, więc wolał chociaż odrobinę spodziewać się tego co może nadejść. Jego mogła oszukiwać, siebie mogła oszukiwać, ale kart nie oszuka. Jeśli chodziło o jego własne zmartwienia nie znał lepszego zwiastuna w tym mieście, niż Kościana Księżniczka. - Pozwolisz? Rzucił całkowicie nonszalancko, odchylając na moment krzesło przy stoliku, tylko bawiąc się w przyzwoitego chłopca z manierami. Nie potrzebował jej pozwolenia do niczego, zwłaszcza jeśli dotyczyło to jej samej. Większość osób które mogłyby ją teraz uratować przed jego gierkami i tak był w całości na jego mrocznych usługach.




RE: [02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Ambrosia McKinnon - 29.07.2025

- Oh, to twoja zasługa - uśmiechnęła się do niego ślicznie w odpowiedzi na ten... komplement. - Twoi szmalcownicy odstraszają meneli, więc nie szczają mi już na witrynę i klamkę od drzwi.
Po prawdzie, ona nie widziała większej różnicy. Ciężki zapach kadzideł którym się otaczała, stanowił wspaniałą barierę i ochronę w walce z przykrymi zapachami. Kiedy jednak była młodsza i nie nurzała się w ciężkich olejkach, zapach Nokturna w ogóle jej nie przeszkadzał. Z czasem człowiek zwyczajnie przyzwyczajał się do tego, co wisiało tutaj w powietrzu. Do stęchlizny, słodko-metalicznej nuty, amoniaku i znajdującego się gdzieś między warstwami popiołu. Może gdyby miewała tutaj więcej klientów z wyższych sfer, to przejmowałaby się bardziej panującą wewnątrz atmosferą, ale biorąc charakter jej pracy - zwykle to ona przychodziła do nich, a nie oni do niej.

- Śmierć byłaby dla ciebie stanem zbyt łaskawym - westchnęła, pocierając skroń z pewnym zmęczeniem malującym się na twarzy. - Ale bardzo proszę, zapraszam, nie krępuj się - wskazała na wolne miejsce do siedzenia, bo to przecież nie było tak, że miała tutaj jakiś wybór. Znaczy miała; zawsze znajdował się gdzieś na wyciągnięcie ręki, ale Ambrosia z wprawą wmawiała sama sobie, że albo nie nastał odpowiedni czas, żeby z niego korzystać, albo że zwyczajnie w tym momencie nie była w stanie po niego sięgnąć. Coś ją zawsze odwodziło. Coś blokowało, jakby spotkanie z Louvainem było o wiele cenniejsze i bardziej znaczące niż upragniony święty spokój.

Przez moment obserwowała go uważnie, najwyraźniej spodziewając się jakiegoś podstępu. Jakiejś zmiany planów, a kiedy ta wyraźnie nie nastąpiła, zawahała się. W końcu jednak sama usiadła, trochę opieszale, jakby do ostatniej chwili szykując się na... w sumie cokolwiek, co mogło teraz chodzić Louvainowi po głowie.
- O co chciałbyś zapytać? - dłonie sięgnęły po stosik kart, leżący na haftowanym obrusiku, zaścielającym lakowany stolik. Palce obróciły je z wprawą, tasując szybko i z finezją, ale zielone oczy skupione były na nim.


RE: [02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Louvain Lestrange - 21.10.2025

Miłość nigdy nie była sprawiedliwa. Zawsze wystawia na próbę, wymaga poświęceń i cierpienia, a czasem nagradza tylko tym, co najbardziej bolało. Louvain zawahał się na ułamek sekundy, próbując rozeznać własne motywacje. Zwykle nie rozmyślał zbyt wiele nad tym co łączyło go z nią i z tym miejscem. To tutaj była jego mała świątynia oczyszczenia, nie wynosił poza próg Ataraxii to jaki potrafił być tylko dla niej. Czy robił to jeszcze dla zemsty, dla chłodnej satysfakcji z wywołania bólu w świecie Alexandra? Czy może, z każdym krokiem, stawał się po prostu coraz bardziej bezlitosny, karmiąc się własnym pragnieniem kontroli i władzy nad losem innych? Może już sam się w tym pogubił, nie był pewien, co w tym jest karą dla niej, a co przyjemnością dla niego, a może granica zawsze była płynna, zależna od jej reakcji. Fascynował go w niej aspekt cierpienia, zwłaszcza ten subtelny, niemal heroiczny wymiar, gdy znosiła ból z powodu miłości do Alexandra. Im bardziej odczuwał jej poświęcenie, tym wyraźniej dostrzegał w nim paliwo dla własnej przyjemności. Bo czym byłaby miłość, jeśli nie poddana próbie? I w tym paradoksie kryła się jego perwersyjna duma: dawał jej powody do uszlachetnienia samej siebie, jednocześnie karmiąc własną przyjemność jej cierpieniem. W końcu, cynicznie przyznał przed sobą: była jego pierwszą. Pierwszą, która uczyniła go sadystą, pierwszą, która pokazała, jak przyjemne może być obserwowanie, jak piękne i wrażliwe stworzenie staje się bezbronne w jego rękach.


Ile krwi wystarczy, żeby spłacić dług?

Myśl przebiegła się przez jego umysł jak kropla gorącego wosku spływająca po świecy. Powolna, nieubłagana, paląca dokładnie tam, gdzie trzeba. Nie liczyły się emocje ani skrucha. Liczył się tylko smak chwili: jej bezbronność, drgający cierń w oczach, gdy jej własne uczucia wystawiały ją na próbę, którą on tak skrupulatnie konstruował. Im piękniejsza wydawała mu się w świetle świec, tym bardziej pragnął doprowadzić ją do łez i krzyku, karmiąc się każdą wibracją cierpienia. Przesunął palcem po poręczy krzesła, zostawiając ledwie widoczny ślad w kurzu. Cisza była lepka od dymu kadzidła, wypełniona napięciem, które Louvain odczuwał jak własny puls. Każdy jej ruch, każda nieświadoma reakcja była dla niego pożywieniem, subtelnym przypomnieniem, jak łatwo można kształtować cierpienie i podnieść je do rangi sztuki. Wyciągnął małe pudełko i położył je na stole. W jego wnętrzu błyszczał naszyjnik, który był równie przewrotny, co jego zamiary. Heliotrop połyskiwał czerwono-brązowym ogniem, symbolizując słońce i energię, a oboje wiedzieli jak ona nienawidziła, kiedy zwracał się do niej w ten sposób. Agat lśnił w odcieniach ziemi, symbol wierności i miłości, cynicznie podkreślając, że nie zamierza odpuścić jej udręk ani odejść; jego obecność miała być stała, jak jej cierpienie. A ametyst, kamień znaków Skorpiona i Ryb, splótł ich losy w jedno, przypominając jej i jemu, że byli ze sobą powiązani w sposób, którego żadna siła nie mogła przerwać. Naszyjnik był jak mały rytuał, błyskotliwy i piękny, a zarazem niepokojący bo obietnica troski jaką przekładał, była równie subtelnie brutalna, jak on sam. Nie zamierzał też uprzedzać, że będzie w stanie założyć go tylko raz. Że jeśli będzie próbowała go zdjąć przylgnie do jej szyi tak nienawistnie jak potrafił to zrobić Lestrange.

- Fascynujesz mnie, wiesz… - powiedział powoli, unosząc lekko brew. - Czasem prawie podziwiam twój talent do prowokowania. Naprawdę… mało kto potrafiłby wyciągnąć ze mnie to, co najgorsze, i jeszcze wyglądać przy tym tak niewinnie. Przesunął pudełko bliżej niej, bez pośpiechu, bez oczekiwania wdzięczności. Cisza ważyła ciężko, a każdy jego ruch był częścią jego własnej zabawy, którą prowadził: obserwacja, kontrola, przyjemność z jej reakcji. Nie musiał wcale tłumaczyć jej wszystkich szczegółów. To ona była tą od odczytywania symboliki i ukrytych przekazów. Po prostu starał się czerpać z tej chwili całą przyjemność jaką mu ona sprawiała. Wątpił, żeby odrzuciła jego prezent. Miał przeczucie, że na swój pokrętny sposób jest również wciągnięta w tą popierdoloną układankę.

W końcu jego spojrzenie zwęziło się, a w głowie zrodziła się myśl, która miała rozstrzygnąć kiedyś całą grę. - Czy to ja będę jego końcem, czy on moim?




RE: [02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Ambrosia McKinnon - 22.01.2026

- Komplementy, Lou? Przestań, bo jeszcze się zarumienię, a może i przyzwyczaję do takich przemiłych słów - odpowiedziała, nie patrząc już na niego, a opuszczając spojrzenie niżej, na prezentowane jej pudełko. A dokładniej na jego zawartość.
Wyciągnęła dłoń, opuszkami palców dotykając chłodnych kamieni, które rozłożone były na zamszowym materiale. Prezencja mówiła już sama za siebie; biżuteria spoczywająca wewnątrz była nie tylko cenna, ale i skrupulatnie wykonana. Rzemieślnik u której ją zamówiono, najpewniej poświęcił jej długie godziny, pracując nad każdym misternym elementem, ale pojawiało się pytanie czy w swojej pracy chociaż raz zastanowił się nad tym co przyszło mu tworzyć?

Oda do łączącej ich więzi grała cichutko między każdym oczkiem wiążącym jeden element z drugim. Każda kolejna nuta rozbrzmiewała leniwie w jej głowie, kiedy palce przechodziły od heliotropu, przez agat, aż wreszcie i ametyst - nie mogłaby chyba nazywać siebie prawdziwą wróżbitką, gdyby nie liznęła chociaż trochę informacji o kamieniach szlachetnych i ich symbolice. Chociaż trochę było tutaj małym niedopowiedzeniem. Jeśli coś wiedziała z nauk przyrodniczych, to chyba właśnie to, omijając swoją wiedzą tak samo roślinne właściwości, jak i zwierzęce tendencje.

Heliotrop lśnił niczym słońce i błyskał na nią rozpromienionym oczkiem, a jej na ten widok robiło się trochę niedobrze. Ładnie to sobie wszystko rozegrał, na tyle że gorycz podchodziła jej do gardła, kiedy zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby odsunąć na bok to wszystko co było między nimi, całą tą symbolikę, zawiść i przywiązanie, to naszyjnik jej się podobał.

Podobał jej się gest, który za nią stał. Bo ile pracy i myśli Louvain musiał włożyć w to, by te kamienie dobrać? Mógł iść do jakiegoś specjalisty, ale i tak musiałby mu powiedzieć chociaż ułamek na temat łączącej ich więzi. Musiał opowiedzieć o słońcu, o miłości i wreszcie chociażby wiedzieć, kiedy do cholery się urodziła.

- Rozczula mnie za każdym razem twoje oddanie - powiedziała bardzo cicho, niemal szeptem, kiedy na nowo podniosła na niego spojrzenie, tym razem o wiele bardziej badawcze. W prezencie nie było nic aż tak dziwnego. Nie, kiedy już od dawna obsypywał ją upominkami i wypełniał jej szafę modnymi kreacjami prosto z domu mody Rosierów. Dbał o nią. Oh, jak on o nią dbał, chyba tylko po to żeby móc oglądać jak niszczy coś, co sam tworzył.

- Mogę zapytać kart. Chcesz?




RE: [02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Louvain Lestrange - 06.04.2026

Nie spieszył się z odpowiedzią, jakby sam akt myślenia był częścią tej samej gry, którą od dawna między sobą prowadzili. Nie zaprzeczał, włożył w to odrobinę wysiłku. Wystarczająco, by każdy element znalazł swoje miejsce nie przez przypadek, lecz z precyzją, która miała znaczenie tylko dla ich dwójki. Naszyjnik nie był zwykłą ozdobą, był zapisem. Cichym, zamkniętym w kamieniach odwzorowaniem tego, co przez lata narastało między nimi. Napięcia, powrotów, sprzeczności, wszystkiego, co nigdy nie potrzebowało nazwy, żeby istnieć. Każdy z kamieni miał być światłem, ale nie takim, które rozprasza mrok. Raczej takim, które potrafi go wydobyć. Światłem przeznaczonym wyłącznie dla niej. Intymnością, na którą nigdy nie zdobyłby się ani w słowach, ani w gestach, które ktoś mógłby uznać za właściwe. - Róż twoich policzków jest tym piękniejszy, im więcej cię kosztuje. A jednak w tej formie potrafił pokazać coś znacznie bardziej szczerego: jak szczególne miejsce zajmowała w tym, co w nim najciemniejsze. W jego nienawiści. W jego okrucieństwie.  Konsultacja z Burke’em była tylko etapem, koniecznym, lecz pozbawionym wysiłku. Wskazał właściwe kamienie, uporządkował ich znaczenia, ale sam wybór nie był dla Louvaina wysiłkiem. Był przyjemnością. Wiedział o niej wystarczająco dużo, by nie potrzebować więcej niż kilku sugestii. Jego zainteresowanie nigdy nie było powierzchowne, a obsesja, choć dyskretna, znajdowała od czasu do czasu ujście w czymś, co nie polegało na zadawaniu bólu, lecz na jego subtelniejszym przekształcaniu.

Sięgnął do pudełka i uniósł sznur kamieni, pozwalając, by rozwinął się na całą długość między jego palcami. Ruch był spokojny, niemal wyciszony, jakby nie chciał zakłócić tej cienkiej granicy, która oddzielała zwykły gest od czegoś bardziej znaczącego. Kamienie przesunęły się miękko, odbijając światło świec w sposób zbyt cichy, by można było nazwać go przypadkowym. Zbliżył się bez pośpiechu. Nie było w tym ruchu ani nagłości, ani zawahania, tylko opiekuńczość. Stanął za nią, pozwalając, by jego obecność poprzedziła dotyk, zanim jeszcze uniósł dłoń. Rękę wsunął między jej włosy, palcami ściskając ich końcówki, tak by zapach jej blondu uniósł się do jego nozdrzy. Odsunęł je z karku powoli, ostrożnie, z tą szczególną uważnością, która wynikała z łagodności, z pełnej świadomości każdego ruchu. Tak aby odsłonięta skóra przyjęła chłód kamieni bez oporu. Przełożył naszyjnik wokół jej szyi, prowadząc go tak, jakby każdy fragment znał swoje miejsce jeszcze zanim został tam położony. Palce zsunęły się ku zapięciu i zatrzymały na krótką chwilę, nim wykonały ostatni, precyzyjny ruch. Gest był cichy. Zamknięty. - Oddanie, to bardzo łagodne określenie… ja po prostu nie widzę powodu, by przestać. Na moment jego dłoń pozostała przy jej karku, niemal nieruchoma, nie naciskając, nie cofając się od razu. Jakby sprawdzał, czy wszystko znalazło się dokładnie tam, gdzie powinno. Jakby zapamiętywał tę chwilę w najdrobniejszym szczególe. Dopiero potem odsunął się o krok. Nie gwałtownie, z tą samą powściągliwością, która towarzyszyła każdemu jego ruchowi. W jego spojrzeniu nie było ciepła. Było coś znacznie bardziej uporządkowanego. Satysfakcja. - Chcę prawdy. Chcę jej od ciebie.




RE: [02.09.72] It ain't safe for the pure or mudblood girls - Ambrosia McKinnon - 11.04.2026

Naszyjnik leżał jak ulał. Jakby był zrobiony dla niej i z myślą o niej, a ona nawet przez moment nie wątpiła, że tak właśnie było. Nie była tylko pewna, czy wynikało to z tego jak Louvain był wyrachowany, czy może jak ciężko było mu się czasem powstrzymać. Niemniej jednak, musnęła znowu opuszkami palców chłodną powierzchnię kamieni, czując jego obecność za sobą i jak zapięcie wreszcie zamyka się, pozwalając by ozdoba z pełną wagą spoczęła na jej skórze.

Pewnie mogłaby się teraz obejrzeć w lusterku, o to akurat wcale nie było tutaj trudno. Oceniłaby, jak prezentowała się dla oczu innych i czy faktycznie, kiedy naszyjnik spoczął już na jej skórze, podkreślał odpowiednio wszelkie jej walory i atuty, a może ujmował im bezwzględnie. Wątpiła, by zdecydowałby się na to drugie, nie kiedy tak skrzętnie dbał o to, by wysyłać jej przepiękne, drogie kreacje od Rosierów, którymi pewnie zachwyciłaby na niejednym czystokrwistym przyjęciu, gdyby tylko ktoś skłonny był ją tam zabrać. Nikogo jednak takiego nie było, więc te wszystkie drogie materiały, kłębiące się od zmyślnych wzorów, haftów i naszyć, spoczywały przede wszystkim w szafach lub cieszyły oczy mieszkańców Nokturna, a ona wcale nie przejmowała się czy któryś z tych ubiorów na tym ucierpi, niszcząc się lub brudząc.

- Czy to nie to samo? - zapytała nieco przewrotnie. Oddanie nadawało jego zachowaniu jakiejś wagi. Była w tym słowie chociaż odrobina emocji czy cechy, którą ludzkość jakkolwiek doceniała. Oddanie było w cenie już od zamierzchłych czasów, kiedy rycerze wyruszali na szlak lub bronili honoru swoich ukochanych. Louvain, oczywiście, nie miał czego dla niej bronić, niemniej jednak ten dysonans chyba tym bardziej się jej podobał.

Odwróciła głowę w jego stronę i przez moment mierzyła go spojrzeniem zielonkawych oczu. Było w nich pewne zastanowienie, ale nie miała zamiaru pytać go, z czego był aż tak zadowolony. Dostała prezent i równie dobrze mógł być usatysfakcjonowany tym, że kolejny już raz coś od niego przyjęła. Nie ważne, czy była to nagroda czy kolejne razy, kiedy próbował niszczyć jej jestestwo.

- Prawdy - zastanowiła się, powtarzając to słowo powoli. Dla niej i karty zawierały w sobie prawdę, chociaż jeśli miałaby być szczera, to sięgała po nie coraz rzadziej. Czuła się, jakby ta prawda przeciekała jej przez palce i nie ważne co robiła, nie była w stanie w pełni jej pochwycić. A potem uniosła lekko podbródek, jakby absolutnie przekonana o tym, że wie o czym mówi. Bardziej jednak niż jego, chciała przekonać samą siebie. - Prawda będzie taka, że on będzie twoim końcem - i nie mogła odpowiedzieć inaczej. Ambrosia potrzebowała do życia miłości, nawet jeśli w tym momencie wydawała się żerować na jej marnych resztkach. Wierzyła jednak, że los był po jej stronie i nie pozwoli by to rozdanie rozegrało się na jej niekorzyść, ale pewnie gdyby Louvain spytałby ją o to samo parę dni później, już po Spalonej Nocy, odpowiedziałaby co innego. Coś o wiele bardziej prawdziwego i bez cienia ułudy, którą karmiła samą siebie. Prawda była taka, że zniszczyliby siebie nawzajem. Nie byłoby żadnego zwycięzcy.