![]() |
|
lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock (/showthread.php?tid=4378) |
lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - The Edge - 14.01.2025 market w camden town
laurent prewett & the edge Flynn zdziwił się słysząc te pytania. Naprawdę nie zauważył esencji w historiach, które opowiadał żeby zrobić mu za rozrywkę do obiadu (śniadania?) i kiedy z ust LAURENTA wydostało się bardzo trafne spostrzeżenie, że Flynn nie doceniał sztuki ludzi nadmiernie bogatych, uciekł spojrzeniem w bok. A później próbował się jakoś z tego wymigać, jakby naprawdę trzeba było się z tego wytłumaczyć, ale to tłumaczenie jedynie utwierdzało w tym przekonaniu. To zdecydowanie nie była jego sztuka. Bo ludzie bogaci od dziecka mieli zbyt łatwą drogę do tworzenia sztuki, żeby to docenił. Natomiast ludzie, którzy zaczęli na dnie i pieniądze ich zmieniły, tracili to wszystko, co go do nich przyciągało... Tę szorstkość. Tę krew, kurz, pot i łzy. W oczach Flynna za takimi dziełami sztuki nie stały emocje warte uwagi i chociaż dzielenie się tym miało w sobie dużo niezręczności, to miało przecież sens. Dlaczego jego głowa miałaby rezonować z twórczością osób, które nie szorowały z nim na dnie? Nie potrafiłby się przecież z kimś takim utożsamić, więc i jego sztuce ciężej było się przebić. I faktycznie, urzeczywistnieniem wszystkiego o czym mówił, było targowisko w Camden Town. Całkiem trafna solucja na większość jego uwag i rozterek. Może i wędrowało tędy dużo ludzi, ale to nie był ciasny sklep na zamkniętej przestrzeni, tylko... No właśnie - wielkie miejsce na otwartym powietrzu, z jednej strony mogące kojarzyć się ze straganami Lovegoodów w Dolinie Godryka lub sabatami Macmillanów, ale nie miało w sobie sezonowości. Te budki obłożone używanymi ubraniami, rękodziełem i wyrobami ozdabianymi przez aspirujących artystów, tkwiły tutaj przez cały rok. Bo to było miejsce stałe dla ludzi malutkich. Zbyt małych, niedoświadczonych i biednych, żeby mogli otworzyć własny sklep w wynajętym lokalu - bo opłaty zjadłyby absolutnie wszystko, co udało im się zarobić. Rozkładali się tu wszędzie. Jedni w tych butach zasłaniających lokalne usługowe, inni wciskali się gdzieś z ledwie kocykiem rozłożonym na chodniku. I próbowali sprzedać cokolwiek. Rzeźby kotków, kolorowe szkiełka na długiej żyłce, dzwoneczki, buty, buciki dziecięce, mniej i bardziej ładne szale. Wyprzedawali to co im zalegało, to co stworzyli. Niektórzy... Być może to co ukradli. Idąc przez to miejsce Laurent mógł zauważyć sporo rzeczy odnośnie ilości posiadanych przez siebie pieniędzy. Wiele stoisk miało tak ubogi, drobny i słabo wyceniony asortyment, że mógłby za te dwieście funtów kupić całość. Z drugiej mańki - jedno ze stoisk miało używane płaszcze z lisów i norek, odnowione i przeszyte, służyły komuś pewnie od pokoleń, a jednak ich zakup równał się z wydaniem niemal całej tej miesięcznej wypłaty pracownika fabryki. Mógł też zauważyć kolory. Świat młodych mugoli mienił się wszystkimi barwami tęczy i wzorami kochanymi przez dzieci kwiaty. Flynn do tego nie pasował, chociaż oczywistym stawało się, dlaczego nosił tak krótkie koszulki - bo to faktycznie była mugolska moda, dało się takie ubrania dostrzec tu i ówdzie. Tylko nie było tu skóry. Nie było tu czerni. Musiała być dalej, bo nogi niosły go w konkretne miejsce, o wiele głębiej w środek tego zbiorowiska. Trzymał rękę na jego boku i prowadził ich przez nierówną uliczkę blisko rzeki, przystając właściwie tylko w sytuacji, gdyby Laurent chciał obejrzeć coś z bliska. RE: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - Laurent Prewett - 14.01.2025 Ach, więc tu chodziło o utożsamianie się... nie z artystami, a ze sztuką. A co, gdybym pokazał ci sztukę bez artysty? Gdybyś musiał zgadnąć, czyja jest od kogoś, kto nie przeżył męki niemalże bezdomności, a kto wręcz przeciwnie? Czy to było widać w tych obrazach, albo w tym tańcu? Czy było słychać w głosie? Nagle sztuka traciła w jego oczach, kiedy ktoś zdobywał pieniądze. Dobrze, ale przecież wiele dzieł zaczynało zbierać setki galeonów po śmierci artysty - kiedy ten żył w biedzie i niedostatku to w nim tworzył, za swojego istnienia nie zdążył się dorobić. Czasem ludzi przyciągały naprawdę historie tych, którzy tworzyli. Przyciągały też Flynna. Cholera, miał rację. Przecież Laurent też nie potrafiłby zrozumieć sztuki ludzi z tego... dna. Nie potrafiłby zachwycić się pozszywanymi szmatami. Faktura materiału, każde jego zagięcie, najmniejsze nawet szycie - to wszystko musiało być perfekcyjne do boleści. Im wyżej - tym lepiej. Czy więc podobały mu się ubrania Flynna? Tak, ale sam by ich nie założył. - Nikt i tak nie stworzy już piękniejszego dzieła sztuki z tej krwi, kurzu i potu niż to, na które patrzę. - A patrzył właśnie na Flynna, kiedy przechodzili przez ulice miasta rozmawiając o... sztuce. Tym razem długo nie miał tego spojrzenia - bo chociaż Londyn nie był mu obcy, to poruszanie się po dzielnicy, na którą wkroczyli, już tak. Tym bardziej obce mu były stragany, między które wkroczyli. Gdyby miał na plecach foczą skórze to właśnie trzepotałby płetwami z zachwytu. Czysta reakcja na świecidełka, które zaczęły ich otaczać, całkowicie nowe, niepojęte dla niego. Nie tylko świecidełka. Ubrania, zabawki, jakieś... o zgrozo, jakieś dziwne urządzenia mugolskie. Tylko zdrowy rozsądek nie pozwolił mu chodzić od jednego do drugiego i pytać jak jakiś dzikus "a co to?", "a po co to?", "a do czego to służ?". Matka mi jedna świadkiem, że korciło go niesamowicie. Obracał głową w jedną to drugą stronę - ale przy futrach już nie wytrzymał. Bo smutny, bo zabito zwierzątka? Oj nie. Laurent uwielbiał futra. Ich miękkość, ich fakturę, możliwość wtulania się w nie. W życiu jednak nie kupiłby tych konkretnych - i to nie dlatego, że były brzydkie. Były piękne. Temat kłusownictwa był mu znany aż za dobrze i nie kupiłby żadnej skóry ani futra nie mając pewności, że nie był to odłów kontrolowany. Częstokroć zwyczajnie potrzebny dla zachowania prawidłowości ekosystemu. Zresztą... jego związek ze skórami i futrami był bardziej personalny niż... przeciętnego czarodzieja. Zatrzymał się przy jednym stoisku z fantazyjną biżuterią, jakiej w życiu nie widział, ze sprzedawczynią, która wyglądała prawie jak Pocahontas - tylko kolor skóry się nie zgadzał. Ale nic, co nie posiadało w sobie prawdziwych kamieni szlachetnych, koniec końców, nie interesowało go wcale. Tutaj się doskonale objawiało to dziecięce niemal zainteresowanie rzeczami nowymi, zachwyt tymi barwami, nawet przyglądał się ciekawsko mijanym ludziom, których wygląd ubioru tak skrajnie się różnił od czarodziei. Tutaj... Flynn tutaj pasował. Nawet w tej czerni. Jakoś dotąd nie patrzył na to, że przecież temu człowiekowi o wiele bliżej mugolom niż czarodziejom. Co dopiero tym czystej krwi. Tutaj za to nie pasował on. Jedyne, co mu się nie podobało, to tutejsze zapachy. Co rusz marszczył nos, albo przysuwał do niego rękaw. RE: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - The Edge - 14.01.2025 Poprawił przewiązaną na wysokości bioder kurtkę i zaśmiał się pięknie, słysząc ten komplement, z którego on oczywiście potrafił w sekundę wydłubać całe zło. - Nazywasz moich ex artystami? - Bo jakże piękne były dostrzegalne na tym ciele tatuaże ku czci tych ludzi. Pozostało po nich tak wiele blizn, zadrapań. Jedne robiono mu własnymi rękoma, inne były efektem doprowadzania go do stanu kompletnej histerii. No ale niech mu będzie, co nie? Hitler też był malarzem, przeszło mu przez myśl, a później zatrzymał się, patrząc, jak Laurent ogląda przedmioty nie ze swojego świata. Śmieci. Tak wyobrażał sobie to, w jaki sposób spoglądał na rzeczy, na jakie jego znajomi pracowali tygodniami. Nawet jeżeli nie myślał o tym wprost - Crow zdecydowanie wierzył, że w kimś mającym tyle pieniędzy to nie robiło żadnego wrażenia. Kiedyś Brytyjczycy wycinali w pień całe miasta, żeby tylko przywieźć sobie na handel orientalne przyprawy. I robili to w kółko, latami, dekadami, aż wreszcie tych przypraw nie było tyle, aby zaspokoić każdego mieszkańca wysp. Wtedy bogacze stracili tym zainteresowanie i znaleźli sobie nowe, lepsze mody. Chudość i bladość nosiły znamiona biedy tylko w starych bajkach, których autorzy nigdy nie zaznali ciężaru pracy w polu, bo halo - byli bogaci. Więc siedzieli w domu i pisali bajki. Dzisiaj były wyznacznikiem statusu. Ironicznie, niewielu mogło pozwolić sobie na to, żeby nie zjeść. Kiedy miałeś tyle pieniędzy, to wszystkie te rzeczy były śmieciami - bo mogłeś kupić je wszystkie i osobny dom na to, żeby je wszystkie trzymać. Nie dawały ci już żadnej radości. Bogacze potrzebowali emocji. Zadymionych burdeli, narkotyków, hazardu. Płacili krocie po to, żeby patrzeć na to, czy ich koń dobiegnie najszybciej. I najczęściej przegrywali. Znajdowali sobie kogoś... Kto dostarczy im emocji. Nie. Nie chciał o tym myśleć. Złapał go za rękę i pociągnął dalej. Ścisk robił się coraz większy, bo docierali do celu - do najbardziej obleganej uliczki Camden Town. Tam, gdzie sprzedawano najmodniejsze rzeczy, a moda na kolorowe ubrania i piosenki mieszała się teraz z erą cięższych tekstów, butów, brzmień i dusz. - Wiesz, czemu lubię takie miejsca? - Zapytał, obejmując go w pasie i ciągnąc na bok. Gdyby to była jesień, o tej godzinie pewnie robiłoby się już ciemniej, ale teraz jeszcze wszyscy kąpali się tu w ostatnich cieplejszych promieniach letniego słońca. To nie była pora na zapalenie się ulicznych latarni. - Bo nikt tu nie daje o nic jebania. - I nagle Laurent znalazł się w potrzasku. Za jego plecami znajdowała się blaszana ściana jednego ze stoisk, nad jego głową wisiała migocząca girlanda, a jego szyja została ściśnięta po bokach rękoma Flynna. Mężczyzna przywarł do niego, naprężył się jak kot, wyginając się nieco do tyłu i pocałował go czule. W tym harmidrze udało się usłyszeć gwizdnięcie uznania przechodzącej obok pary i to byłoby na tyle. Ceną za cudzą ignorancję było przebieranie się na kartonie w jakiejś obiektywnie obskurnej budzie na ulicy, ale patrząc po mugolach - nieszczególnie komukolwiek to przeszkadzało. Laurent pachnął tym... cokolwiek tam kurwa jadł. Cóż. Może jednak później wyciągnąłby go na drinka...? Dobrze wiedział, jak poprawić smak jego ust. - Mogę przymierzyć coś, co ci się podoba - powiedział cicho, przed kolejnym złączeniem ich ust. RE: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - Laurent Prewett - 14.01.2025 Odpowiedź nie pojawiła się od razu. Przechylił głowę na bok, patrząc z fascynacją na części samochodowe porozkładane na drewnianym, chwiejącym się stole, o który właśnie opierał się klient i wykrzykiwał, że ten silnik nie ma tylu koni. Sprzedawca nie wydawał się przekonany co do tego, że jego klient lepiej zna się na tym, co sam sprzedaje. Wszyscy tu mówili, krzyczeli, śmiali się. Pary i groupies, bff i starsza pani z laseczką, która poprawiała okulary i właśnie przyglądała się nożykom do obierania warzyw. Szeroki przekrój społeczny, który przecież aż tak dziwny nie był - nie było gorzej na Pokątnej. Tylko że na Pokątnej było inaczej. O wiele inaczej. - Taak. - Odparł, spoglądając na jego uśmiech. - Co czyni mnie też artystom. - A ten uśmiech na twarzy Laurenta był pewny tego, co mówi. Pewny tego, co ma w głowie. Gdyby tak nie myślał - nie mógłby o Flynna walczyć. Nie mógłby iść z nim na te zakupy, pozwolić, by Camdem zagłuszyło nerwowe bzyczenie pozostawione przez opowieści o Alexandrze i Razielu. Gdybanie nie miało sensu - z jakiegoś powodu nie był z Razielem, a gdyby nawet chciał być... cóż. Na razie nie chciał. - Każda reguła potrzebuje wyjątków. Moja sztuka przypadła ci w końcu do gustu. - Jesteśmy zaledwie na jej początku. Pytanie o tatuaże? Na razie odsuniemy je dalej. Dawkowanie informacji, dawkowanie pytań... blondyn miał swoją granicę tego, co mógł objąć umysłem. Musiał organizować swoją przestrzeń, porządkować ją. Trochę szokujących informacji i trochę tych dobrych! Jak właśnie to miejsce, gdzie byli. Jak... - Czemu? - Podłapał to zagadnienie, bo sam by je w końcu zadał. W przerwie od odbierania natłoku wszystkich bodźców. Pozwolił się pociągnąć w bok, automatycznie szukając przestrzeni tego sklepu, do której Flynn chciał trafić - ale nigdzie go tu nie widział. Za dużo czasu na oglądanie się nie miał. Ledwo sekunda na zdziwienie się, brak czasu na interpretację słów, które do niego dotarły w odpowiedzi. Pierwsza reakcja? Strach. Ścisnął mu boleśnie serce i blondyn cały się spiął, otwierając szeroko oczy, nogi mu nieco zmiękły. Większa część ciężaru jego ciała przeszła na ścianę za plecami. Smak papierosów na końcu warg i język w nich, kiedy je rozchylił. Flynn. To nie żaden niechciany atak - to tylko Flynn i gwizdy za jego plecami. Kogoś, z jakiegoś powodu. Gwizdy. Aplauz dla czegoś zakazanego. Nikt tu nie daje o nic jebania. Odprężył się i uśmiechnął między uśmiechami. - Tak? - Pocałunek. - Przymierz mnie do siebie. - Wyciągnął ramiona i oplótł je wokół Flynna, stapiając jeszcze raz ich usta ze sobą. RE: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - The Edge - 14.01.2025 Jeżeli bycie skrzywdzonym przez los sprawiło, że ktoś taki chciał gapić się na niego godzinami, niech będzie. Kiedy myślał o gromadzeniu rzeczy rzadkich, nie chodziło mu o ludzi, ale najwyraźniej rzeczywistość chciała go w ten sposób poprawić. Bo nie rozumiał już nic. Każda reguła co? Każda reguła to mogła się pierdolić, bo znów było mu dobrze, znów było mu ciepło. Bo mógł odsunąć się od jego ust tylko po to, żeby przyciągnąć go do siebie w dół i wypieścić jego ucho. Trzymał się go tak, jakby do siebie szeptali, ale tam było coś więcej - delikatny oddech drażniący wrażliwe zakamarki, zęby przygryzające płatek ucha, język wysuwający się spomiędzy warg, chociaż nie powinno go tam być. Znowu to robił - maksymalnie go kokietował, nie pozwalając tej chwili być, chociaż minimalnie mniej tym, czym była. - Tak. - Naprawdę liczył na to, że to zadziała, bo w kimś tak delikatnym trzeba było pewne zachowania wyskubywać. - Myślisz, że jeszcze tego nie zrobiłem? Gwarantuję ci, że zmieścisz się, gdziekolwiek chcesz. - Prychnął. - Skoro coś dla mnie kupujesz, mogę bardzo ładnie się odwdzięczyć. Ale gdzie chcesz, żebym dla ciebie zatańczył? - I nie chciał słyszeć, że nie chciał w zamian nic. Bo gdzie w tym była jakakolwiek zabawa? A bez zabawy... Prawdopodobnie niebyłby tak szczęśliwy, ciągnąc go za zakupy. Przymierzanie ubrań nie różniło się dużo od jedzenia. - W sypialni? W twoim biurze... - Przesunął rękę w dół, łapiąc go za zapięcie koszuli. Jeżeli mu się z tego nie wyślizgnął lub nie wyraził sprzeciwu, zaproponował też klub. Ciemne, wiecznie zadymione Heavens, z którego wrócić z nim do domu miał prawo tylko i wyłącznie on. Odetchnął jeszcze raz, głęboko i odkleił się tak, żeby móc spojrzeć mu w oczy i teatralnie zaczesać za ucho każdy niesforny kosmyk, który mógł wydostać się z jego fryzury. Nie wyglądał przy tym ani trochę niewinnie - w tym wszystkim nie było ani grama niewinności. Miejsce docelowe znajdowało się wcale nie tak daleko za jego plecami, na wprost od Laurenta. Dwa takie małe „sklepiki” z nieco bardziej nieokrzesanymi ubraniami. Nie chodziło już nawet o obcisłość, o dziury na kolanach (a to było ciekawe zjawisko, bo jedna z dziewczyn pracujących w tym miejscu tarła właśnie szare jeansy cegłówką, żeby ta dziura zrobiła się większa), ale i o to, o czym prawdopodobnie mówił Flynn - o sztukę. Druga z nich poprawiała przybitą do kurtki, metalową ozdobę. Tych metalowych ozdób była na nich masa - Flynn musiał spóźnić się ze swoją kurtką o dekadę, bo tutaj ktoś wymyślił już coś zupełnie nowego i najwyraźniej poświęcił się temu aż za bardzo. Bo kiedy pierwsza dziewczyna (ta od cegły) wyglądała co najwyżej na lekko wychudzoną, druga z nich, pulchniejsza nie miała prawego oka i palca w prawej dłoni. Był urżnięty w tuż przy zgięciu, ewidentnie nie urodziła się z nim, tylko straciła go w starciu z... czym? Być może młotkiem lub piłą? Galanteria skórzana rządziła się estetyką, którą tutaj ktoś próbował momentami na siłę przełamać. Malunki na plecach kurtek, jedne delikatne - dwa cherubiny tańczące na chmurze, inne kompletnie na odwrót - przedstawiały wściekłe psy i wiedźmy gotowe do ataku. Trochę straszne? Ale szyld mówił, że do sukienek dorzucali rajstopy, więc i tak stało tam sporo osób. RE: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - Laurent Prewett - 14.01.2025 Przylegając do niego, ocierając się o niego, trzymając teraz dłonie na jego barkach, spojrzał na ludzi przechodzących obok. Niewiele było widać z tej perspektywy. Ktoś na nich spojrzał, ktoś się uśmiechnął, ktoś pokazał kciuk w górę. Ktoś z uniesionymi brwiami pokręcił głową i poszedł w swoją stronę. Trzymać się pod ramię to jedno. Wykazywać publicznie taką... takim czym? Odwagą? Wulgarnością? Załaskotało - zaśmiał się i automatycznie nieco uniósł ramiona w górę, czując jego język na jego skórze i ciepły oddech rozbijający się o ciało. Zerknął kątem oka na te czarne loki, które przysłaniały cały widok na twarz oscylującą przy jego uchu. Och tak, jakże intymne wyznania szeptane na uszko. Szeptane. Umknęła mu w tym jakaś bystra pyskówka, prowokacja - rozbiła się na krańcach jego głowy i umknęła, ale to dobrze. Westchnął - przyjemność tego aktu mieszała się gdzieś z rosnącym dyskomfortem, kiedy docierało do niego coraz bardziej, że są na ulicy, że ludzie patrzą, że wypadał tu jak jakiś niespełniony nastolatek szukający tanich uniesień. Nie był mu niczego winien, ale w tonie tego, co Flynn robił, co mówił i gdzie byli, kiedy oczy Laurenta ciągle studiowały otoczenie, skupienie było podzielone. Znów nie pojawiła się od razu odpowiedź. Sypialnia. Biuro. Miał te obrazy przed oczami. Na piasku? W ostatnich promieniach gasnącego słońca? W klubie. - Tak. - Przymknął oczy, czując przyjemny dreszcz, palce na swojej koszuli... ale to był moment, w którym cofnął własną rękę i zatrzymał jego dłoń. - Masz szczęście, że zaręczyny, kwiaty i pierwszą randkę mamy za sobą, bo musiałbym protestować. - Uśmiechnął się figlarnie i przesunął palcem po jego policzku. - O tak, lepiej popraw każdy kosmyk. Inaczej spędzę następną godzinę przed lustrem. - Może nie aż godzinę, aale... no w sumie to prawie godzinę. Nawet kiedy Laurent układał fryzurę tak, że wydawała się ledwo zaczesaniem włosów, to wcale tak nie było. I tak - ledwo Flynn skończył zaczesywać te włosy, to zaraz Laurent sam przesunął po nich kilka razy dłonią. Nie tylko zresztą włosy. Kołnierzyk, ułożenie koszuli, otrzepał marynarkę, jakby było z czego, poprawił rękawy - niekoniecznie potrzebnie. Wcale nie było tu wiele do poprawiania. Jedyne, co było do ukrycia, to rumieńce na twarzy i te malinki, i tak schowane, pozostawione przez Flynna na jego skórze. Wyszedł trochę bardziej napięty, trochę bardziej niepewny - ale nie zewnętrznie. Zewnętrznie poszło to w stronę przeciwną, bo był naprostowany jak struna, jakby zaraz ktoś miał go oceniać. Jakby miał się zaraz przed czymś bronić. Siebie i Flynna. Atak nie następował. Nic się nie działo. Nawet wcale daleko nie musieli iść, a ta rozproszona uwaga Laurenta mogła się zfokusować na miejscu docelowym. Dzięki Mace, że to było tak cholernie charakterystyczne, bo znowu zafundowało blondynowi obrót mózgu o pełne koło. - Wow. - Ten całkowicie nieinteligentny komentarz opuścił jego wargi nieświadomie. A kiedy sobie to uświadomił to drgnął i zerknął na Flynna, żeby się upewnić, że nie popełnił żadnej zbrodni. Tak na chwilkę - zanim znów wrócił do tego stoiska. Pytanie: "to.. tutaj?" nie wypłynęło z jego ust, chociaż się tam czaiło. Nie zrobiło tego, bo było głupie - no jasne, że tu. - To jest... - poszukał odpowiedniego słowa - ... specyficzne. - Lepszego nie znalazł. Wybałuszał oczy na to stoisko cieszące się ewidentnie niemałym zainteresowaniem. - Ładne. - Ponieważ Flynn nie mógł wiedzieć, o czym mówił, to pokazał mu kurtkę z obszyciem z cherubinami. - Ale to tak... kupujesz rzeczy niedopasowane do siebie..? - Trochę zwątpił. - I to jest wygodne? - To też mu się teraz nagle w głowie nie mieściło. No oni mieli tutaj gotowe ciuchy, ludzie je kupowali... i co? Nikt im nie brał miary? Nie przeszywał na ich figurę, wzrost? RE: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - The Edge - 14.01.2025 Zaręczyny? A pamiętał, jak siedział w Kotle i mówił Viorice, że to nie może wyglądać jak pierścionek zaręczynowy. Ciekawsko spojrzał na jego palce, żeby pierwszy raz spostrzec, na którym palcu Laurent właściwie go nosił. - Chcesz być moim mężem, kociaku? - Zachichotał. Momentami chciał używać innego słownictwa, ale Laurent przecież obwieścił, że czuł się mężczyzną. Nie protestował, kiedy jego ręka została odsunięta, bo tym razem to było coś innego. To nie było przerwanie tej bliskości, ani odtrącenie wieśniackich zalotów. - Z kościoła to by nas chyba jednak wyrzucili... - Ale skoro po pięćdziesięciu latach od zabicia jednego z największych umysłów kraju udało im się zdekryminalizować to, co wyprawiali na ulicy, to może za pięćdziesiąt kolejnych uda im się zalegalizować takie małżeństwa? Następne pokolenia odklejeńców będą miały więcej szczęścia. Kiedy Laurent się poprawiał, Flynn się rozbierał. No dobra - tak naprawdę to tylko ściągnął kurtkę z bioder i poprawił noszoną przez siebie koszulkę, ale ta kurtka już nie wróciła na biodra - wylądowała w rękach Laurenta. I o Matko, oby ją trzymał mocno, bo może miała więcej lat niż na ile wyglądała, ale nosił w jej kieszeni cały swój dobytek. Chichot losu był taki, że nie był ani największym, ani najgorszym nożownikiem Londynu. Noże i kradzieże trzymały się tego miasta bardzo mocno. Specyficzne. Uśmiechnął się, chociaż przeglądanie tych ubrań tak naprawdę wywoływało w nim olbrzymi stres. - Przymierzasz, aż któreś pasuje? - Wzruszył ramionami. Kiedyś to faktycznie, kobiety szyły takie rzeczy na miarę i chodziło się do krawca, ale w Londynie budowano coraz więcej miejsc z gotową odzieżą. Kury domowe mogły zamówić niektóre rzeczy listownie lub przez telefon, nie musiały już nawet wychodzić z domu... - W domach towarowych jest więcej rozmiarów, ale nie ma tam ciuchów z historią. - Spojrzał na kurtkę, którą Laurent opisał słowem ładne. - Poza tym Aria zawsze mogłaby mi coś poprawić. - Próbował wykalkulować, czy miał to przymierzyć, czy po prostu tak to sobie oglądał...? Spojrzał na niego pytająco, ale nawet jeżeli to to zwyczajnie nie działało - bo musiał brać większe rozmiary niż te dedykowane kobietom, inaczej nie mógłby zgiąć w tym ręki. Jego własne zainteresowanie zostało zdobyte przez wieszak ze spodniami. Bo tak naprawdę po to, a nie po te wszystkie kurtki i pierdoły, na które patrzył wcześniej, w ogóle chciał tutaj przyjść. Ściąganie ich i czyszczenie robiło się irytujące, kiedy nie mógł założyć czegokolwiek innego nawet na jeden dzień. To znaczy mógł - zawsze przecież istniały kradzieże z cudzej szafy - ale praktycznie każdy z kim się umawiał był od niego wyższy. Niektórzy to lubili. Siedzenie w większej koszulce niekrępującej żadnych ruchów, ale on preferował to, co przylegało do ciała. Unikał śliskich materiałów. Ciasne, mocne, duszące. Takie, żeby nic go nie łaskotało, żeby stróżka potu nie miała przestrzeni na spłynięcie po skórze. Monochromatyczne, żeby nie musiał się zastanawiać. Niektóre z nich miały naszywki lub ozdoby, ale liczyła się głównie czerń, szarość. Wiele osób, które próbowały zabrać go na takie zakupy, pewnie nie uwierzyłaby w to, jak szybko wybrał coś i przewiesił przez swoje ramię. RE: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - Laurent Prewett - 15.01.2025 Pierścionek leżał na lewej dłoni, ale nie na palcu serdecznym, na którym przyjęto noszenie tych zaręczynowych. Zajmował miejsce palca wskazującego. Blisko kciuka - i nie było to przypadkowe. Laurent nałogowo bawił się tymi pierścionkami właśnie kciukiem - ten od Flynna był więc skazany na ciągłe miętoszenie go. - Mogę być nawet twoją żoną. - Uniósł lekko kąciki ust ku górze. - Znam takiego jednego uduchowionego, który chyba by nam ślubu udzielił pod gołym niebem... - Pomyślał o Jimie, owszem. Ale Laurent nie marzył o ślubie, o sukniach ślubnych, nie myślał o tym, że było mu to potrzebne do szczęśliwego życia. Przynajmniej jeszcze o tym nie myślał. - Czy tobie nie jest w tym gorąco? - Przyjął kurtkę od Flynna, ważąc ją trochę w swojej ręce. Była cięższa, niż się spodziewał. Spojrzał na nią ciekawsko, ale powstrzymał się przed przeglądaniem jej. Jej samej - nie jej zawartości. Był już świadkiem, jakie cuda się z jednej kieszeni wysypywały. Kiedy indziej ją sobie obejrzy - tutaj nie było nawet na to za dużo miejsca. Tego dyskomfortu doświadczył już na Lammas, kiedy ludzie się o ciebie ocierają, jest tak tłoczno, tak... nieprzyjemnie. Zwątpienie wstąpiło na jego twarz, nawet trochę zmarszczył brwi, kiedy Flynn powiedział, że po prostu przymierzasz, aż będzie pasować. Tak po prostu. - Jeśli coś ci się spodoba, a nie będzie pasować, pamiętaj, że można to przeszyć. Chyba że wtedy straci to swoją wartość w twojej opinii. - Tą... artystyczną, do której się odwoływał. Nie byłoby to coś, co mógłby w pełni zrozumieć, ale zaakceptować i przyjąć, że Flynn tak ma - jak najbardziej. - Aria? Jedna z tych niewiast? - Obie wyglądały jakby były po przejściach, a ta jedna już... szczególnie. Blondyn nie wgapiał się w nią, chociaż miał ochotę. Nie to, że była atrakcyjna fizycznie, ale atrakcyjność nie zawsze oznaczała (w jego mniemaniu) doskonałości rysów twarzy, idealnej cery i tak dalej... no, przynajmniej nie u innych. Bo Laurent piętnował każdą swoją niedoskonałość. Dlatego zaczął walkę z bliznami, żeby się ich pozbyć. Te, które przez moment dawały mu ukojenie, bo udowodniały mu, że ta imperfekcja niczego nie zmieniała. Że może sobie na to pozwolić. Ten stan jego umysłu długo się nie utrzymał. - Po prostu mi się spodobało. Ten kontrast motywu i delikatnego szycia do wyrazistości i charakteru skóry. To nie była sugestia. - Nawet chyba... nie podobałby mu się w tym Flynn do końca. Chyba bardziej by mu się podobał w kurtce z tamtymi psami. Specyficzny smród (w mniemaniu Laurenta to był smród) skóry uderzył go w nozdrza, kiedy weszli w ten stragan. Laurent szedł za Flynnem w odległości jakichś dwóch kroków, kroku, żeby zostawić mu przestrzeń do wybierania rzeczy. I tylko spoglądał, co wybiera, ciekaw tego procesu. Czasem oglądał się po sklepie - teraz to nie Flynn był kuriozum, na które ludzie się gapili. Miał takie niespokojne wrażenie, że jeden chłopak z drugiego końca tego sklepu spoglądał na niego tak, jakby w głowie otworzyła mu się kasa fiskalna. Wrócił wzrokiem na spodnie i przesunął palcami po jednym z modeli, chcąc sprawdzić fakturę tej skóry. - W życiu bym nie pomyślał, że tak mogą wyglądać zakupy... - Puścił nogawkę, niekoniecznie zadowolony ze swoich oględzin, ale najważniejsze było dla niego to, żeby Flynnowi było w tym wygodnie. Nie przepadasz za tłumami, ale wolisz przyjść tu na zakupy. Bo tutaj tworzą sztukę z duszą, którą nie stworzy krawiec. Nawet gdyby odwzorował wszystko... I Laurent uważał, że zrobiłby to lepiej. Co za kuriozum. Flynn był istnym kuriozum. - Może być tak, że będę cię musiał na sekundę zostawić. - Uprzedził z wyprzedzeniem, bo nie był pewien, ile czasu tu wytrzyma, w tym zaduchu intensywnego zapachu skóry. - Żeby odetchnąć powietrzem. - Dodał po sekundzie, żeby Flynn nie musiał pytać ani głowić się, czy coś złego się nie stało. RE: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - The Edge - 15.01.2025 Na pytanie czy nie było mu w tym gorąco od razu zaprzeczył. Bardzo swobodnie, szybko. Zdecydowanie nie zadawano mu tego pytania rzadko - był oswojony z odpowiedzią, jakby miał ją gotową na końcu języka. Tak samo sprawnie odpowiedziałby w zimę na pytanie, czy nie było mu w tym zimno, chociaż zimie zdarzało mu się ulec i zakładał pod kurtkę ciepły sweter. To już nie była nawet kwestia wygody lub zaburzeń sensorycznych, tylko zwykła upartość. Jak ci ludzie ciągle mówią, że powinieneś nosić w jakąś pogodę takie, siakie czy owakie buty i przedstawiają to jako niezaprzeczalną oczywistość, ci się ją spijało z mlekiem matki, na horyzoncie pojawiał się on. Ktoś kto tej matki nie miał, a później dostawał buty po starszym bracie i brał co było. Kiedy miał wreszcie swoje własne pieniądze i mógł coś kupić, to nosił to co lubił, a nie to co wymyśliła mu jakaś stara baba. Dodajcie do tego to, że nie dorósł nigdy - recepta na oglądanie rozjebanych cegłą spodni, za które Laurent zapłaci więcej niż za nierozjebane. Na przekór starym babom. - Aria to moja siostra - powiedział spokojnie, oglądając metkę kolejnych spodni. - Te wszystkie kostiumy w których występuję zrobiła ona. Pewnie by cię polubiła, ale rzadko się gdzieś ze mną buja bo jest niemową. Ktoś na nią kiedyś rzucił klątwę jak była dzieckiem i ujebało jej język. - Miało to nieco większą ilość ciekawostek niż można się spodziewać. Cisza... Była czymś, co pozwoliło im się do siebie zbliżyć, ale jak o tym pomyślał, to przecież Laurent nie miał pojęcia ile lat milczał i jak niewiele potrzeba było, żeby znów się wyłączył. To ile słów wymienili ze sobą przez ostatnie dni było cudem - wzbudziłby w wielu głębokie uczucie zazdrości. I być może nie powinien mówić o takich rzeczach przy mugolach, ale nikt szczególnie intensywnie na tę rewelację nie zareagował. Pewnie przez okultyzm. Jak zadarł głowę i wlepił spojrzenie w wiszące tam koszulki, ciężko było nie współczuć autorkom urodzenia się bez zdolności magicznych. - Ty byś słodziaku wyglądał ładnie w tej kurtce - przyznał nagle, ściągając jedną z tych koszulek, taką z zaklętym lasem i przyglądając się jej w zawieszeniu. - Jednocześnie zupełnie nie jak ty. - Już za mocno przyzwyczaił się do zwiewnych materiałów i bijącej po oczach bieli. A później przeniósł spojrzenie na niego. Do tej pory brał wyraz jego twarzy za reakcje na nowość, do której nie był dopasowany. Teraz się zwyczajnie zmartwił. - Znowu cię dusi? Nie chcę żebyś stał gdzieś tam beze mnie. - Położył rękę na jego barku, poruszając przy tym nadgarstkiem. I przyszedł - delikatny podmuch powietrza wymierzony w jego twarz. Nie wyobrażał sobie kompletnie siedzenia tutaj, kiedy gdzieś na zewnątrz Laurent mógł zemdleć i zostać zabranym przez chuj wie kogo chuj wie gdzie. RE: lato 1972, 24 sierpnia // camden lock - Laurent Prewett - 15.01.2025 Nie było mu gorąco. Dopowiedział sobie sam: pewnie manipulował czarami, żeby tak było. Prawdopodobnie jednak Flynn stanie się ofiarą (bo mu to groziło) innej wersji starej baby, która będzie za nim chodziła z "ale ubierz sweeteerek". Ani stara, ani baba (chociaż znał jedną osobę, która by temu zaprzeczyła). Ach, siostra! Zaraz, czy to imię nie padło już? Naprawdę musiał zacząć to wszystko notować i się uczyć. Flynn nazywał rodziną cały cyrk, a wydawało mu się, że wspominał coś o kostiumach, ale czy tym padło jej imię? Sam Edge nie wydawał się przejęty, jeśli nawet musiał się powtórzyć. Temat więc mógł być zakopany z ulgą. Zaraz, co? Ktoś na nią rzucił klątwę i stała się niemową? Nie powtórzył tego na głos, ale w myślach już tak. Wtedy go tknęło - ale powstrzymał oglądanie się wokół. Zazwyczaj takie odruchy interesowały bardziej niż rzucone zdanie, na które może nikt nie zwrócić uwagi. Czy w jego rodzinie był ktoś, kto... nie cierpiał katuszy w swoim życiu? Nie był ofiarom wybojów? - Ponieważ Alexander już dwa razy próbował złamać mi nos to jakoś nie śpieszy mi się z naruszaniem jego przestrzeni. Szkoda. Chętnie bym poznał Arię. - I resztę jego rodziny. Wszystkich. Nawet jeśli część miałaby go nie polubić. - Możesz ją kiedyś zaprosić. Tylko uprzedź? Przygotujemy coś, co lubi, żeby czuła się lepiej... - Jego ton wskazywał na to, że właśnie w tym momencie wyobrażał sobie to spotkanie - a biorąc pod uwagę spaloną stajnie to chyba lepiej byłoby nie przeprowadzać ją przez ten widok. Z góry założył, że to była delikatniejsza kobieta. A może wcale nie była. Widział tę poskramiaczkę bestii - jej daleko było do delikatności. Odebrał od niego kurtkę i przyłożył do siebie, wyciągając lekko jeden rękaw, by też nałożył się na rękę. Pytające spojrzenie - ładnie? Nie pokusił się o jej założenie - musiałby ściągać marynarkę, oddać tę kurtkę, której pilnował, Flynnowi. Zamiast tego oddał mu tą, która mu się spodobała. - Prawda? Zupełnie jak nie ja... - A przecież ten "on" został wykreowany, bo widział, że niewinność na ludzi działała. Łatwiej było ich przekonać i sprawić, żeby cię polubili, kiedy wyglądałeś jak aniołek, którym cię nazywali. - Za bardzo się przyzwyczaiłem do lżejszych materiałów. - W zupełnym przeciwieństwu do Flynna, którego musiało wszystko opinać. Jakie to było proste - i jaką ta prostota ulgę przynosiła. Zamknął oczy i odetchnął głębiej z ulgą. Nie wyobrażał sobie mieszkania w mieście. To po prostu... nie było żadną opcją. - Dziękuję. - Rozchylił powieki. - Już mi lepiej. - Zapewnił go, ujmując jego dłoń, by ucałować knykcie. - To nic takiego, tylko natłok intensywnych zapachów. - Było to zbiciem problemu, bo przecież kiedyś tak nie miał, a przynajmniej nie aż tak. Problematyka zaczęła się, odkąd zaczął mieć napady paniki i problemy z oddychaniem. Ale faktycznie nic takiego - bo nic złego się nie działo. To chciał przekazać. - Czy tobie przeszkadza powietrze w New Forest? - Jak tak o tym pomyślał w drugą stronę... co prawda zazwyczaj właśnie tym, co mieszkali w mieście, to odpowiadało. Zachwycali się tym jodem, tą rześkością, wrażeniem, że w końcu mogą oddychać. - Och... zgrozo... byłbym zapomniał... - Naprawdę prawie o tym zapomniał. - Umówiłem cię na jutro rano z medykiem, więc potrzebuję cię w domu. Tak, przyjdzie do nas. - Był bardzo całkiem ciekaw reakcji. |