laurent prewett & the edge
Flynn zdziwił się słysząc te pytania. Naprawdę nie zauważył esencji w historiach, które opowiadał żeby zrobić mu za rozrywkę do obiadu (śniadania?) i kiedy z ust LAURENTA wydostało się bardzo trafne spostrzeżenie, że Flynn nie doceniał sztuki ludzi nadmiernie bogatych, uciekł spojrzeniem w bok. A później próbował się jakoś z tego wymigać, jakby naprawdę trzeba było się z tego wytłumaczyć, ale to tłumaczenie jedynie utwierdzało w tym przekonaniu. To zdecydowanie nie była jego sztuka. Bo ludzie bogaci od dziecka mieli zbyt łatwą drogę do tworzenia sztuki, żeby to docenił. Natomiast ludzie, którzy zaczęli na dnie i pieniądze ich zmieniły, tracili to wszystko, co go do nich przyciągało... Tę szorstkość. Tę krew, kurz, pot i łzy. W oczach Flynna za takimi dziełami sztuki nie stały emocje warte uwagi i chociaż dzielenie się tym miało w sobie dużo niezręczności, to miało przecież sens. Dlaczego jego głowa miałaby rezonować z twórczością osób, które nie szorowały z nim na dnie? Nie potrafiłby się przecież z kimś takim utożsamić, więc i jego sztuce ciężej było się przebić.
I faktycznie, urzeczywistnieniem wszystkiego o czym mówił, było targowisko w Camden Town. Całkiem trafna solucja na większość jego uwag i rozterek. Może i wędrowało tędy dużo ludzi, ale to nie był ciasny sklep na zamkniętej przestrzeni, tylko... No właśnie - wielkie miejsce na otwartym powietrzu, z jednej strony mogące kojarzyć się ze straganami Lovegoodów w Dolinie Godryka lub sabatami Macmillanów, ale nie miało w sobie sezonowości. Te budki obłożone używanymi ubraniami, rękodziełem i wyrobami ozdabianymi przez aspirujących artystów, tkwiły tutaj przez cały rok. Bo to było miejsce stałe dla ludzi malutkich. Zbyt małych, niedoświadczonych i biednych, żeby mogli otworzyć własny sklep w wynajętym lokalu - bo opłaty zjadłyby absolutnie wszystko, co udało im się zarobić. Rozkładali się tu wszędzie. Jedni w tych butach zasłaniających lokalne usługowe, inni wciskali się gdzieś z ledwie kocykiem rozłożonym na chodniku. I próbowali sprzedać cokolwiek. Rzeźby kotków, kolorowe szkiełka na długiej żyłce, dzwoneczki, buty, buciki dziecięce, mniej i bardziej ładne szale. Wyprzedawali to co im zalegało, to co stworzyli. Niektórzy... Być może to co ukradli.
Idąc przez to miejsce Laurent mógł zauważyć sporo rzeczy odnośnie ilości posiadanych przez siebie pieniędzy. Wiele stoisk miało tak ubogi, drobny i słabo wyceniony asortyment, że mógłby za te dwieście funtów kupić całość. Z drugiej mańki - jedno ze stoisk miało używane płaszcze z lisów i norek, odnowione i przeszyte, służyły komuś pewnie od pokoleń, a jednak ich zakup równał się z wydaniem niemal całej tej miesięcznej wypłaty pracownika fabryki. Mógł też zauważyć kolory. Świat młodych mugoli mienił się wszystkimi barwami tęczy i wzorami kochanymi przez dzieci kwiaty. Flynn do tego nie pasował, chociaż oczywistym stawało się, dlaczego nosił tak krótkie koszulki - bo to faktycznie była mugolska moda, dało się takie ubrania dostrzec tu i ówdzie. Tylko nie było tu skóry.
Nie było tu czerni. Musiała być dalej, bo nogi niosły go w konkretne miejsce, o wiele głębiej w środek tego zbiorowiska. Trzymał rękę na jego boku i prowadził ich przez nierówną uliczkę blisko rzeki, przystając właściwie tylko w sytuacji, gdyby Laurent chciał obejrzeć coś z bliska.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.