Secrets of London
[28/29.08.1972] It's always been about love and hate... - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [28/29.08.1972] It's always been about love and hate... (/showthread.php?tid=4493)



[28/29.08.1972] It's always been about love and hate... - Alexander Mulciber - 17.02.2025

noc z 28 na 29 sierpnia 1972 roku, mieszkanie na Horyzontalnej

Nie chciał patrzeć na piętrzący się przed nim stos listów. Zamknął na chwilę oczy, lekko przekrwione od niewyspania, skrywszy na chwilę twarz we wnętrzu dłoni, którą podniósł, aby ucisnąć palcami pulsujące bólem skronie. Nie położył się, bo nie miało to większego sensu, bo choć jego ciało buntowało się przeciwko kolejnej bezsennej nocy, Alexander Mulciber wiedział, że nie byłby w stanie zasnąć.

Czuwał.

Czuwał jak pies, opierający niemrawo głowę na łapach, gotów jednak zerwać się na najmniejszy hałas zakłócający spokój nocy i snów kobiety, która, zwinięta w kłębek jak kot, spała w fotelu w salonie. Kot spał zresztą z nią, a raczej na niej, pogrążony w głębokim, kocim śnie, w którym wdrapywał się po sięgających sufitu stosach książek w mieszkaniu Alexandra, z łapką zwieszającą się bezładnie tuż przy policzku Lorien.

Odchylił się do tyłu na krześle, prostując zgarbione plecy, aż coś strzyknęło mu w kregosłupie, gdy odwrócił się, żeby na nią spojrzeć. Twarz miała spokojną, choć ledwie było ją widać spod koca, który na nią zarzucił, widząc, że zasypia. Wystarczyła jedna krótka prośba – nie prośba nawet, a żądanie – nie żądanie, a wołanie o pomoc. "Potrzebuję cię". Pojawił się na jej progu, poważny, milczący, z nieprzeniknioną twarzą, która pod maską spokoju kryła zimną furię, choć ta nie była skierowana wobec niej – nigdy wobec niej. Jego furia, cicha i stateczna, była jak ramię, na którym mogła się wesprzeć. Zabrał ją do siebie, żeby mogła poczuć się bezpiecznie. Żeby mogła zasnąć, choćby na chwilę.

Zastanawiał się przez chwilę, o czym może śnić. Czy śnił ptak, czy kobieta? Patrząc na jej twarz, tchnącą spokojem, zdecydował, że muszą śnić ten sam sen.

Ocknąwszy się z zamyślenia, zdał sobie sprawę, że cały ten czas kreślił w zamyśleniu runę Hagalaz, raz po raz odtwarzając jej kształt, nie zauważywszy nawet kiedy zapełnił znakami runicznymi całą leżącą przed nim kartkę.

Zgniótł ją i sięgnął po czysty arkusz papieru.

Nie chciał patrzeć na piętrzący się przed nim stos listów, a najbardziej na ten jeden. Ten, na którym jego imię skreślono nienagannym charakterem pisma, niby to przydając mu elegancji, a tak naprawdę kpiąc z jej braku, bo drżącym dłoniom Alexandra Mulcibera brakowało kaligraficznej precyzji dłoni Philomeny Mulciber. Nie była to jedyna rzecz, której mu brakowało w oczach babki: list patrzył na niego z wyrzutem, tak samo jak zawsze patrzyła ona, porównując Alexa z jego bratem, Donaldem.

Nie mógł zostawić jej całkiem bez odpowiedzi. Nie babkę.


Londyn, 28 VIII 1972 r.

Szacowna Babciu,

Z uprzejmości pominę milczeniem, że ja dowiedziałem się o wszystkim ostatni, ale widocznie wszyscy poza Lorien uznali, że nie mam nic lepszego do roboty aniżeli siedzieć i wypatrywać śmierci jakże drogiego mi krewniaka w szklanej kuli, więc sam powinienem się o wszystkim dowiedzieć.

Na wszystkie Twoje pytania odnośnie naszej rodziny odpowiem, gdy tylko rozkurwię rozliczę Richarda Mulcibera z jego niesubordynacji.

Jeżeli zaś chodzi o Alberta Rookwooda, cóż, Albert jest przyjacielem, za którego dałbym sobie rękę uciąć – może nie dominującą, ale już lewą rękę na pewno – może nie całą, ale gdzieś tak do wysokości łokcia... Nie jestem jednak pewien, co masz na myśli, pytając, czy mu ufam. Myślę, że odpowiedź brzmi: zależy z czym. Psa bym mu nie powierzył, ale przyszłości rodu Mulciber – czemu by nie. On powiadomiłby mnie o tak istotnym szczególe jak śmierć jedynej osoby w tej rodzinie, z którą dało się jako tako porozumieć.

Może nie mam choroby Milforda, jak Twój Doskonały Donald, ale zawsze pamiętam o swoich obowiązkach względem rodu.

Twój wnuk,
Alexander


Teraz musiał się zająć bardziej palącymi problemami. Na przykład Richardem Mulciberem.

Richard Mulciber... Postawił mu już tarota, a jakże. Karty wydawały się płonąć pod jego dotykiem, były gorące, tak gorące, że niemal parzyły palce: Cztery miecze, As denarów i Świat. "Czy gdy użyjesz rano brzytwy", pisał, "gdy w lustrze zobaczysz jego twarz w swojej własnej twarzy – czy pomyślisz wtedy, że łatwiej byłoby ze sobą skończyć?" – pisał, a słowa same spływały na papier – słowa harde, dumne i brutalne, takie jak sam Alexander Mulciber.

"Nie zamierzam pisać tu o nadziei", podkreślił, kończąc list. "Nie wystarczyłoby mi na to atramentu, tak jak Tobie nie wystarczyło czasu, by mnie zawiadomić, zanim sam nie zobaczyłem śmierci Roberta w szklanej kuli, niby w szklanej trumnie".


***


Świtało, więc wyszedł na balkon, żeby zapalić – powitać słońce ofiarą całopalną z papierosa, skoro Lorien i tak zajęła łazienkę, szykując się do pracy – z obojętnym zainteresowaniem przypatrując się sowie, która wydawała się znajoma: sowie, która wylądowała zgrabnie na barierce, z listem od Richarda w dziobie.

Wsadził szluga w zęby, otwierając kopertę.

"Mógłbyś się, kurwa, choć raz zachować przyzwoicie".

I kto to, kurwa, mówi, pomyślał Alexander, obojętnie przebiegając wzrokiem po reszcie listu, który miał chyba go obrazić, a na pewno ugodzić w jego honor i kompetencje. Gdyby tylko wyświechtane obelgi krewniaka robiły na nim jakieś wrażenie. Zatrzymał się dopiero na ostatnim zdaniu.

"Mam nadzieję, że będziesz miał więcej szczęścia i odzyskasz Donalda."

Gdyby tylko Richard wiedział, że to jedno zdanie ubodło Alexandra bardziej niż wszystkie obelgi zawarte w tym liście razem wzięte.

Oparł się o barierkę balkonu, leniwie wydmuchując przez usta dym z dogasającego już papierosa, wystawił twarz na promienie sierpniowego słońca, tuż po tym jak wypuścił sowę z odpowiedzią na list Richarda przytroczoną do nóżki ptaka. Patrzył jak odlatuje w stronę niemagicznej części Londynu.

29.08.1972 r.

Czy otworzyłeś okno, Richardzie? Czy posłuchałeś trelu ptaków? Słyszałeś, jak krzyczy lelek wróżebnik? Zamknij trumnę. Mały ptaszek, który siedzi za moim oknem, wyśpiewał mi, że chętnie wydziobałby oczy Twojemu drogiemu bratu. Pospiesz się z przygotowaniami do pogrzebu, jutro będzie bardzo upalnie, a wiesz, co się dzieje w upały? Ciała zacznają gnić. Czujesz ten odór? To Twój brat. Gnije. Niektórzy zaczynają gnić jeszcze za życia. Widzę padlinożerne ptaki krążące nad świeżo rozkopanym grobem. Słyszysz ich żałobną pieśń? Przyjmij moje najszczersze kondolencje.


Richard nie odpisał.


Koniec sesji