![]() |
|
[08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4576) |
[08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.03.2025 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II 08.09.1972 ranek, mieszkanie Geraldine
Droga z kuchni do sypialni Yaxleyówny nie była daleka. Na szczęście. Chciała się w niej znaleźć jak najszybciej. Szczególnie, że tym razem poczuła nadzieję na to, że to nie jest chwilowa zmiana. W końcu powiedział jej, że chce tego samego, może nie dosłownie... Ale mogła sobie chyba co nieco do tego dopisać, czyż nie. Nie mieli być już przyjaciółmi, po raz kolejny mieli to za sobą. Udało im się znowu wyjść z tych norm, które sobie narzucili. Tym razem jednak trwało to zdecydowanie mniej czasu. Bardzo dobrze, pamiętała jak ostatnio się męczyła w tej relacji. Nigdy nie chciała być tylko i wyłącznie jego przyjaciółką, czy jeszcze gorzej zupełnie neutralną sojuszniczką. Nie mogła mieć pewności, że nie wrócą do rozmów na temat tego, dlaczego nie mieli tego znowu robić, liczyła gdzieś w głębi na to, że w końcu ustalili wspólną wersję. Tak, nie mogło być inaczej. Nim wyszli z kuchni splotła swoje palce z jego, jakby bała się, że mógłby się rozmyślić, chociaż przecież nie miała ku temu żadnych podstaw. Jasno się określił, w końcu. Niby mogła zwalić to na zmęczenie, podważać klarowność jego decyzji, ale nie chciała tego robić, nie kiedy w końcu zamierzał odpuścić. Czekała na to. Nie przejmowała się tym, że nie są w mieszkaniu sami. Astaroth i tak najpewniej zażył kolejną dawkę eliksirów nasennych i nie podniesie się z łóżka przez kolejne kilka godzin, zresztą oni też mieli zamiar odpocząć. Wszystko w swoim czasie. Roise dawno nie był u niej w sypialni, kiedyś tutaj mieszkał, teraz trochę czuła się jak na samym początku ich znajomości, kiedy teleportowali się tutaj z plaży, aby sięgnąć po to, o czym marzyli. Zabawne, bo przecież nie brakowało im ostatnio tych momentów bliskości, tyle, że teraz nie czuła, że to ich koniec, bardziej zakładała nowy początek? Może nieco na wyrost, nie sądziła jednak, że się rozczaruje, wydawało jej się bowiem, że w końcu doszli do jakiegoś konsensusu. Kosztowało ich to sporo rozdrapanych ran, żalu, gniewu, złości, ale wreszcie im się udało - to było dla niej najbardziej istotne. Gdy znaleźli się przed drzwiami do sypialni Yaxleyówny musiała wypuścić jego dłoń, aby uruchomić przekładnię, która znajdowała się na drzwiach, prezent, który zrobiła jej Florence, dzięki temu nie musiała się martwić, że ktoś postanowi wleźć do jedynego pomieszczenia w tym mieszkaniu, które należało tylko i wyłącznie do niej. W końcu otworzyła drzwi, weszła do środka i czekała, aż Roise zrobi to samo. Mogli zamknąć się teraz z dala od całego świata, nie musieli się martwić, że ktoś im przeszkodzi. Pomieszczenie nie zmieniło się specjalnie przez te półtora roku, wyjątkowo było tutaj naprawdę czysto, jakby nikt nie bywał w tej sypialni przez ostatni czas. W sumie pewnie dlatego, że dokładnie tak było - Yaxleyówna wróciła do mieszkania dopiero wczoraj. Niewielka warstwa kurzu znajdowała się na wszystkich meblach, ale również na kartonie chujoświeczek, które stały w kartonie przy ścianie. Powinna była coś z tym zrobić, ale tak naprawdę nie miała czasu jakoś szczególnie się tym zainteresować. Gdy znaleźli się w środku ponownie splotła swoje palce z palcami Ambroisa, przez chwilę wpatrywała się w ich dłonie, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Tak, w końcu to osiągnęli. Zupełnie bez słowa, pociągnęła go w stronę łóżka, przecież po to się tutaj znaleźli. Mieli odpocząć, czyż nie, zamierzała trzymać się tego planu, który ustalili będąc na zewnątrz, a jakże by inaczej. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.03.2025 Zmęczenie dawało o sobie znać, ale w tym momencie, w chwili, w której zamknęli się w swoim małym świecie, przestało mieć znaczenie. W powietrzu unosił się drobny kurz tańczący w smudze światła, która wpadała przez okno. Chociaż niebo za zadziwiająco czystą szybą było zasnute chmurami, kilka promieni słonecznych przebijało się przez biało-szarą okrywę, padając na łóżko i na podłogę zupełnie tak jak wtedy: wiele lat wcześniej, gdy znaleźli się niemal dokładnie w tym samym miejscu. W podobny, ale jednocześnie inny sposób. W lustrzanym odbiciu tej chwili. Zbliżonym, ale innym. Wtedy byli gwałtowniejsi. Bardziej porywczy. Rozbawieni i żarliwi, ledwo docierając do mieszkania z klatki schodowej, na której zostali już całkowicie sami. Mając tę świadomość i w pełni z niej korzystając. Wpadając przez drzwi do mieszkania. Niemalże nie trafiając do sypialni. Całując się niemal przez cały czas, jaki mogli przeznaczyć na coraz odważniejsze zatracanie się w sobie. Byli młodzi i zakochani. Beztroscy, pełni nadziei. Patrząc jej w oczy, dostrzegał w nich blask, który przypominał mu tamten dzień sprzed lat, gdy wracali z plaży. Wtedy powiedzieli sobie, że nie mogą być tylko przyjaciółmi. Teraz też to zrobili. Dwukrotnie w życiu powtórzyli te słowa w ten naprawdę zbliżony sposób. Nie w formie wyrzutu. Nie tak jak zrobili to kilka dni temu w Piaskownicy, gdy rozważali opcję sojuszu. Tym razem te deklaracje niosły ze sobą coś innego niż wtedy. Refleksję? Z pewnością. Zmianę? Nie chciał dłużej kłócić się ani z nią, ani z samym sobą. To do niczego ich nie prowadziło. Udowodnili to sobie stanowczo zbyt wiele razy przez ostatni tydzień. W naprawdę krótkim a jednocześnie jakby dużo dłuższym czasie. Raz po raz naskakiwali na siebie, żrąc się o wszystko, co tylko przychodziło im do głowy. Wypełniali tym przestrzeń pomiędzy nimi, bo w końcu co innego im pozostawało, jeśli nie to? Albo raczej usiłowali to zrobić - pozbyć się wrażenia ciążącej im ciszy, zamiast tego karmiąc narastającą pustkę. Usiłując utworzyć między sobą niewidoczną ścianę a może raczej pole siłowe? Coś, co wreszcie po prostu musiałoby ich od siebie odepchnąć. Dostatecznie mocno, żeby mogli ponownie ruszyć każde w swoją stronę. A przecież wcale nie musieli tego robić, prawda? Nic nie musieli. W tym jednym zawsze mieli zaskakującą zgodność. Problem tkwił w czymś innym. W tym, że w jego oczach tak wiele nie mogli. Zrobić, powiedzieć, odzyskać czy wymazać. A jednak w tym momencie liczyło się przede wszystkim jedno. To, co powiedzieli sobie zanim znaleźli się w sypialni. To, co byli w stanie powtórzyć, spoglądając na swoje splecione palce i poddając się atmosferze. Nie mogli być przyjaciółmi. Ich uczucia były zbyt silne, zbyt intensywne. Nie potrafili żyć w ten sposób. Ta dynamika nigdy do nich nie pasowała. Teraz po tylu latach historia się powtarzała. Znów stawiali czoła własnym emocjom. Tym razem z większą świadomością tego, czego oboje pragnęli, ale także z większym nakładem emocjonalnym. Tak. Już kiedyś byli w tym samym miejscu, jednak wtedy byli innymi ludźmi. Mniej doświadczonymi przez życie, prostszymi, patrzącymi na świat przez różowe okulary. Teraz już ich nie mieli. Wiedział, że muszą porozmawiać o przeszłości, o wyborach, które ich dzieliły, ale czuł, że ten moment nie był odpowiedni. Dopiero co przerwali kłótnię, wypowiadając stanowczo zbyt wiele ostrych i nieprzemyślanych słów. Poprzedniej nocy też byli na skraju. Tyle tylko, że tak zeszłego wieczoru, tak i teraz nie miał zamiaru znów całkowicie się wycofywać. Uciekać. Świadomość tego przyszła nieoczekiwanie, mimo że zawsze gdzieś tam była. Inaczej już dawno by stąd zniknął. Dotrzymaliby warunków układu, rozeszliby się w chwili pozbycia się dopplegangera. Tyle tylko, że to nie grało, prawda? Ten dystans, to rozstanie. Nigdy nie było właściwe. Być może nie było też pochopnie podejmowaną decyzją, ale to nie zmieniało faktu, że decydując się na ten krok, pozwolił sobie na zaślepienie tym wszystkim, co nigdy nie powinno być słuszne. Lękiem. Musiał to kiedyś wreszcie nazwać, prawda? ...lękiem przed utratą, przed tym, że być może nie będą w stanie sprostać wyzwaniom, które przyniesie im życie. Przed całą resztą tego, co i tak ostatecznie ich dopadło. Tyle tylko, że osobno. Wiedział, że to nie jest prosta sprawa. Ich historia była skomplikowana, pełna wzlotów i upadków, kolejnych potknięć. Miało być ich znacznie więcej. Niezliczenie wiele. Zwłaszcza, jeśli faktycznie chcieli podążyć tą drogą. Nie mając pojęcia o tym, co miało im to przynieść, dokąd tak właściwie zmierzali. A jednak spoglądając w błękitne oczy jego? dziewczyny, w których odbijało się światło, przerwał milczenie. Wziął głęboki oddech, wreszcie postanawiając, że musi to powiedzieć. Pociągnięty w kierunku łóżka, przystając praktycznie w ostatniej chwili, na sekundę zanim zdążyli tak po prostu na nie paść. Nie jako przyjaciele, więc jako kto? Kochał ją. Kochał ją bardziej niż potrafił to wyrazić słowami. Nie miał zamiaru się cofać. Wiedziała to, prawda? Byli razem. Tu i teraz. To było ważne, ale nie najważniejsze. Nie chciał więcej kłótni, więcej nieporozumień. Zasługiwali na to, żeby rzeczywiście ruszyć dalej. - Nie wiem, co przyniesie przyszłość - powiedział cicho, powracając do pytania, jakie padło między nimi w kuchni. Urywając na sekundę tylko po to, by posmakować tych słów na języku. Nie czuł goryczy, która towarzyszyła mu, gdy odzywał się do niej w ten znacznie bardziej wymuszony sposób. To były zupełnie inne słowa. - Nie będzie łatwo - kontynuował, starając się być szczery. Zupełnie. Całkowicie szczery. Chciał, żeby zrozumiała... ...a może po części, aby on sam też to zrobił?... ...w końcu wypowiedziane słowa zyskiwały zupełnie inne znaczenie. Chciał, by oboje wiedzieli, że nie jest to tylko chwilowy kaprys. Impuls. Kolejna z tych chwil. Pociągnięcie, przyciąganie, wycofanie, odepchnięcie. Wirowanie i spadanie. Kręcenie się w kółko. Nie potrzebowali słów, nie musieli się określać. Nie robili tego wcześniej, a jednak w tym momencie po prostu postanowił to zrobić. Skapitulować. Odezwać się miękkim, nieco zachrypniętym szeptem, jednocześnie mimowolnie czując jak przyspiesza mu przy tym tętno. Jak serce zaczyna mocniej pompować krew, jak w te jeszcze niewypowiedziane słowa wkrada się ta specyficzna nuta. Nie ostrożność, nie do końca wahanie, nie obawa, coś innego. Coś, co trudno było nazwać, ale przecież wcale nie musiał tego robić. Wystarczyło, że zamierzał powiedzieć na głos to, co dotychczas wisiało między nimi. Nienazwane, nieokreślone, wstrzymywane, momentami wręcz twardo wykluczane. Mógł być zmęczony, wyczerpany i wykończony. Popełniać kolejny błąd. Wycieńczony tym wszystkim, nie myśleć jasno w chwili, w której postanowił podjąć decyzję. Postawić wszystko na jedną kartę, która wydawała mu się tą słuszną, podczas gdy przecież żadne z nich nie miało tej gwarancji. W dalszym ciągu pozostawało między nimi wiele niewypowiedzianych słów. Trudnych tematów, kwestii do wyjaśnienia. Problemy, które pojawiły się niemalże dwa lata temu wcale nie zniknęły z dnia na dzień. Jeszcze tej nocy prawie ich pogrążyły. Rozstali się, nigdy się nie rozstając, tylko znów wracając w ten pośredni stan zawieszenia. A jednak coś się zmieniło. Tu i teraz. Tak właściwie to jeszcze tam w tej kuchni. Pośród nerwowych słów, pomiędzy wzajemnymi wyrzutami, między goryczą i narastającym pragnieniem zrzucenia z siebie tego całego ciężaru nagromadzonego przez tak wiele długich i pustych miesięcy. Wypełnionych dramatami, mentalną gorączką, niczym więcej. Zdecydowanie nie wolnością, jaką powinno im przynosić oderwanie się od siebie. Jej przynosić, bo przecież o to od samego początku mu chodziło. O szczęście Geraldine, nie swoje własne. On był najszczęśliwszy w chwilach takich jak ta, do której być może naprawdę zmierzali teraz. Będąc blisko, naprawdę blisko. Mogąc tak po prostu spoglądać w jej oczy, marszcząc nos, gdy falujące jasne kosmyki raz po raz gilgotały go w twarz. Mrużąc powieki, unosząc kąciki ust, lekko poruszając brwiami, gdy napotykał spojrzenie dziewczyny. - Ale chcę, żebyśmy ruszyli dalej. Razem - dodał, nie odrywając od niej wzroku. Jedna z tych chwil. Mogli ją mieć, prawda? Kapitulacja. To była kapitulacja. Zwieńczona myślą, że wcale nie smakowała gorzko. Przeciwnie. Nadal znajdowali się na skraju, ale tym razem nie było w tym goryczy. Te słowa brzmiały zupełnie inaczej niż poprzedniego wieczoru. Były szczere. Pełne zmęczenia, ale szczere. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.03.2025 Niby robili to po raz kolejny, ale zupełnie inaczej. Towarzyszyły im odmienne emocje, chociaż, czy aż tak bardzo? Znowu przekraczali pewne granice, znowu wychodzili z tej dziwnej, strefy przyjaźni którą sami sobie wyznaczyli, tyle, że teraz wyglądało to zdecydowanie spokojniej. Przeżyli razem sporo, zdystansowali się mimo tego, że tego nie chcieli. Było to nieco odemienne od tego pierwszego razu, wtedy reagowali bardzo spontanicznie, szybko, bo przecież trzymali się tego, co powinni przez długi czas. Tym razem było trochę inaczej. To nie tak, że nie wiedzieli, co na nich czeka, przeżyli już to wszystko, mieli świadomość, jak to jest być razem. Chodziło o coś zupełnie innego. Postanowienie, że ponownie chcą iść przez ten świat razem, mimo tego, że tak szumnie wspominali o tym, że to nie jest możliwe, mimo tego, że nie mili problemu z tym, aby przyznać przed sobą nawzajem tego, że nadal się kochali. W końcu mieli postąpić właściwie, pozbyć się tych dziwnych, zupełnie niepotrzebnie narzuconych sobie norm. To było całkiem budujące. chociaż wiedziała, że nic już nie jest takie samo, może poza siłą uczucia, która ich łączyła. Byli innymi ludźmi niż te kilka lat temu, przeżyli sporo, brakowało w nich już tej dziecięcej naiwności, czy beztroski, ale przecież ona również nie była im do niczego potrzebna. Mogli razem iść przez życie mając świadomość, że nie zawsze jest ono kolorowe. Dobrze, że wreszcie się na to zdecydowali. Znowu czuła, że wszystko wraca na właściwy tor. Z początku miała pewne obawy, czy faktycznie tym razem coś się zmieni, bo przecież cały ten tydzień był bardzo dziwny. Zachowywali się w stosunku do siebie różnie, ale chyba jeszcze nie stwierdzili jednomyślnie, że to nie może tak wyglądać, ale ma wyglądać jakoś, że faktycznie powinni pozostać przy sobie. Wybrać jedyną, słuszną opcję. To nie tak, że potrzebowała potwierdzenia, wydawało jej się, że czuje, że w końcu doszli do wspólnej wersji, ale podbudowało ją to, co do niej powiedział. To nie miało się skończyć tu i teraz, to miał być ich nowy początek. Zresztą czy nie trwał już prawie tydzień? Byli w tym zagubieni, próbowali jakoś do siebie dotrzeć, odsuwać się od siebie, postępować właściwie, ale to nie zadziałało, w końcu zdecydowali się sięgnąć po to co faktycznie było im pisane. - Tego nie wie nikt, nie obchodzi mnie to. - To nie było dla niej istotne, nigdy nie było. Najważniejsze było to, że w końcu znowu będą razem, że była przed nimi wspólna przyszłość, że w końcu znowu jej życie zacznie wyglądać odpowiednio. Zniknął ciężar z serca, który powodowała niepewność. Mieszali sobie w głowach, a teraz to przepadło, czuła dziwną lekkość, mimo tego, że nie mogli przewidzieć, co właściwie ich czeka. Była gotowa na wszystko, ważne, że mieli to przeżywać wspólnie. - Nie tak łatwo mnie wystraszyć. - Co z tego, że nie miało być łatwo? Nie wszystko przychodziło lekko i przyjemnie, szczególnie w takich trudnych czasach, w jakich przyszło im żyć, miała tego świadomość i była gotowa na poświęcenia. Zresztą nie od dzisiaj, wpatrywała się w te jego zielone oczy, a na jej twarzy gościł uśmiech. Naprawdę była szczęśliwa, wreszcie pojawił się spokój i pewność, że to nie minie, że znowu będzie miała go przy sobie. Brakowało jej tego okropnie. Naprawdę była zadowolona z tego, że w końcu przestał się przed tym bronić, że pozwolił sobie sięgnąć po to, czego chciał. Przecież dostrzegała to, że on również się miotał, dla niego to też było trudne. Nie chciała go krzywdzić samą swoją obecnością, a podejrzewała, że reagował na nią równie tak mocno jak ona. Ciężko im było się kontrolować przy sobie, mogli odpuścić, nareszcie. - Cieszy mnie to, że chcemy tego samego, to chyba dobry początek. - Ustalenie tego, czego naprawdę chcą, co zamierzają robić, szczerze, bez mydlenia sobie oczu, dawania sobie złudnych nadziei, ranienia siebie. Reagowania w jakikolwiek sposób. To było zupełnie nowe, chociaż już kiedyś przecież to mieli. Jasne sporo się zmieniło, mieli sobie wiele do wyjaśnienia, ale na to również przyjdzie pora, może nie teraz, teraz nie był to odpowiedni moment, bo przed chwilą zakończyli kolejną, męczącą kłótnię, ale na pewno ich to nie ominie. Nie po tym, jak nie było ich przy sobie przez półtora roku. Nie sądziła jednak, że to coś zmieni, nie mogło, bo przecież bez względu na wszystko i tak miała go kochać, zawsze. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.03.2025 Było inaczej a jednocześnie niemalże tak samo. Paradoks, tak? W ostatnim czasie ich życie obfitowało w podobne kontrasty. Było chaotyczne, niestabilne, przepełnione bardzo gwałtownymi emocjami. Chwilami wręcz dziecięcego szczęścia poprzedzonego dramatami, zastępowanego przez kolejne spięcia i konflikty. Tylko po to, aby kilka godzin później ponownie mogli czuć się zupełnie tak jak kiedyś. Wtedy, gdy jeszcze patrzyli na świat przez różowe okulary. Zaczepiać się, splatać palce, wymieniać pocałunki. Ganiać się po domu przy plaży, kotłować się nago w pościeli, siedzieć w wannie do momentu, w którym woda stawała się wręcz nieznośnie zimna a poduszeczki palców przypominały suszone rodzynki. Przesiadywać na dywanie przed kominkiem, oglądać programy dokumentalne, leżąc na brzuchu i wsuwając palce we włosy ukochanej osoby. Ciskać w siebie gromami z oczu. Splatać ramiona na piersi. Unosić kąciki ust w cynicznym grymasie, wybuchając szyderczym śmiechem, gdy w istocie pragnęło się drzeć włosy na głowie i rzucać doniczkami (należało to posprzątać, prawda? no cóż). Potrząsać głową, cedząc kolejne nieprzemyślane słowa. Prowadzić żarliwe dyskusje nigdy nie wpadające w nazbyt głośne tony, ale i tak wybrzmiewające wyjątkowo dosadnie. Jednocześnie nie mające znaczenia, bo gesty mówiły coś innego. Godzić się, potem kłócić. Mówić sobie pas, sekundę później kurczowo oplatając się nawzajem ramionami. Otwarcie mówić o miłości, równie wyraźnie przecząc możliwości pójścia razem dalej. Nie mogąc wspólnie ruszyć w przyszłość, kurczowo trzymając się przeszłości. Nie potrafiąc powrócić każde na swoją ścieżkę, zbyt mocno myśląc o teraźniejszości. To nie było dobre. To nie było normalne, nawet jak na nich. Nie było stabilne. Nie mogli dojść do porozumienia, ale jednocześnie nie byli w stanie dłużej wytrzymać w tej sytuacji. Miotali się to w jedną, to w drugą stronę. Podejmowali coraz bardziej pochopne decyzje. Rzucali w siebie gorzkimi słowami. Mówili o konieczności rozstania, tylko po to, żeby wcale nie opuszczać swojego boku. Trwać przy sobie nawzajem nawet w chwilach, w których najprościej byłoby dać sobie tę szumnie deklarowaną przestrzeń. Zamiast się od siebie odsunąć, wymieniając kolejne żarliwe słowa. Dążąc do jednego, do tego samego. Nieważne, że mówili inaczej. Nieważne, że nie byli sami w mieszkaniu. Nieistotne, że moment wcześniej wspominali o zajmowaniu dodatkowej sypialni. O spaniu na kanapie, o pościeli w szafie w pokoju gościnnym, o braniu przelotnego prysznica przed snem po naprawdę długiej i nerwowej nocy. Teraz ponownie zmierzali do czegoś zupełnie innego. Razem. Dokładnie tak jak przez ostatni tydzień, ale jednocześnie jakby inaczej. Czy to też było miotanie się? Zmiana narracji pod wpływem chwili, złudzenie odzyskania kontroli? Tylko po to, żeby zaraz ponownie powrócić na niechciane tory. Nie, tym razem nie miał takiego wrażenia. Jeśli jednak w istocie tym było, nie miał nic przeciwko temu rodzajowi pogubienia. Czuł się bowiem całkiem właściwie. Zupełnie tak, jakby w całym tym chaosie wreszcie zaczęli odnajdywać dawnych siebie. Tych, którymi byli zanim wszystko zaczęło się rozsypywać. Nie mogli całkowicie do tego powrócić. To też już ustalili. Jednak w teorii zasugerowali sobie dostatecznie wiele, żeby móc tak po prostu odpuścić dalsze słowa, bez chwili zastanowienia przechodząc do obdarzania się tymi wszystkimi fizycznymi gestami. Mogli pozwolić sobie na kolejne żarliwe chwile zapomnienia. Nic ani nikt nie broniło im zatracić się w sobie już w pierwszej sekundzie, w której znaleźli się w sypialni. Tym bardziej, że kiedy byli tak naprawdę razem, nigdy nie mieli nawet najmniejszych problemów z tym, aby sięgnąć po to, co należało do nich. A przecież oni zdecydowanie należeli do siebie nawzajem. To było dostatecznie jasne. Nie stracili tego, nawet jeśli przez ostatnie miesiące wmawiali sobie, że było inaczej. To, co ich łączyło nigdy nie przestało takie być. Silne, nienaruszalne, czasami może nazbyt żarliwe czy gwałtowne, ale w gruncie rzeczy im to nie przeszkadzało, prawda? Nawet jeśli w ostatnim czasie usiłowali przyjmować zupełnie przeciwną narrację. Dusić w sobie wszystkie instynktowne reakcje, naturalne odruchy, potrzeby i pragnienia. Uznawać to wszystko za coś niewłaściwego, utrudniającego im życie, przynoszącego wyłącznie jeszcze więcej chaosu. Musieli wreszcie pęknąć. Nie dało się na dłuższą metę stać w rozkroku między dwoma drogami. Ta teraz wydawała się słuszniejsza. Zawsze taka była. Nieważne, co usiłowali sobie dotychczas przekazywać. Co on próbował twierdzić, byleby tylko nie przyznać, że sam już w to wszystko nie wierzył. Ale nie musiał tego robić, tak? Nie potrzebowali tych słów. Liczyło się to, że wreszcie podejmowali decyzję. - Wiem i wiem. A poza tym wiem - odpowiedział, mimowolnie unosząc kąciki ust i posyłając Geraldine całkiem pobłażliwe spojrzenie. - Ostatnio dajesz mi całkiem dużo powodów, by kwestionować twoje instynkty samozachowawcze - a jednak w tych słowach nie było ani krzty wyrzutu, ani odrobiny uszczypliwości, jedynie odrobinę niedowierzania, które narastało w nim od ponad tygodnia. Jasne. Spędzili ze sobą dostatecznie wiele lat, aby praktycznie od samego początku był świadomy tego, że jego dziewczyna (teraz już chyba mieli całkowitą jasność, prawda?) miała dość specyficzne podejście do kwestii podejmowania rozsądnych wyborów. W innym razie najprawdopodobniej nigdy nie dotarliby tu, gdzie się teraz znajdowali. Nigdy nie sądził, że przyjdzie mu zaliczyć nawet połowę tych wszystkich momentów, które zdążyli przeżyć przez ostatnie siedem lat. Mało kto byłby w stanie tak po prostu akceptować tamten stan rzeczy. Żyć w taki sposób, w jaki oni żyli. Budować wspólne życie na fundamentach przez większość ludzi uważanych raczej za dosyć szorstkie i niespecjalnie nadające się do tego, co im obojgu przychodziło wyjątkowo naturalnie. Ale w końcu zawsze powtarzali, że są wyjątkowi pod naprawdę wieloma względami. - Chyba dobry początek - musiał, po prostu musiał przyczepić się tej drobnej frazy, unosząc przy tym brew i posyłając dziewczynie wymowne spojrzenie. - Zamierzasz teraz korzystać ze swojej władzy i przywilejów, żeby mnie trochę przeciągnąć, tak? - Właściwie to nawet nie musiał zadawać tego pytania. Zrobił to wyłącznie po to, żeby ją teraz zaczepić. W końcu i tak dobrze wiedzieli, w jaki sposób miało to wyglądać. Znali się. Zdawał sobie sprawę z tego, co oznaczała jego własna kapitulacja. Miał przesrane. Może nie w tym najgorszym możliwym sensie, ale zdecydowanie musiał być świadomy tego, na ile kompromisów tak właściwie się teraz pisał. Dawał jej cholera wie... ...prawdopodobnie co najmniej kilkutygodniowy talon na niemalże wszystko, czego postanowiłaby chcieć od niego w zadośćuczynieniu za te wszystkie miesiące, gdy zachowywał się w ten sposób. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie miał, nie musiał być aż tak ugodowym człowiekiem. Obecnie całkiem go to bawiło. Miał naprawdę dobry humor, bardzo otwarcie dając do zrozumienia, że wcale nie przeszkadzała mu ta sytuacja. Zapewne miał tego niedługo pożałować, ale teraz... ...to zdecydowanie nie był moment na prowadzenie głębszych rozmów. Nie, przecież nie zamierzali dyskutować o tym wszystkim, co mogło poczekać jeszcze przez kilka godzin. Nie, gdy stali naprzeciwko siebie, patrząc sobie w oczy, trzymając się za ręce, ale z jakiegoś powodu prócz tego zachowując się wyjątkowo stosownie. Zupełnie tak, jakby w dalszym ciągu nie do końca uświadomili sobie znaczenie tamtych słów wypowiedzianych w kuchni. To było dla nich całkiem nowe. Kiedyś raczej nie wykazywaliby się aż takim spokojem i poukładaniem. Jasne, nie byli tymi samymi ludźmi. Dorośli, dojrzeli, ale czy to oznaczało, że zamierzali przez cały czas zachowywać się w ten sposób? Tym bardziej, że przez ostatni tydzień nie brakowało momentów, gdy odsuwali od siebie wszelkie poważne zachowania, pozwalając sobie na to, by dać się ponieść chwili. To powinien być jeden z nich. - Mhm - rzucił pod nosem bardziej do siebie niż do niej, teatralnie mrużąc oczy i kręcąc głową. - Mam przesrane - doszczętnie ocipiał czy tam ochujał, ale całkiem go to teraz bawiło. Poza tym mógł przynajmniej całkowicie otwarcie pozwolić sobie na to, by korzystać z sytuacji, prawda? Ze stania tuż obok siebie. Z braku dystansu. Ze świadomości tego, że zaczynali na nowo budować wspólną rzeczywistość, więc nie musieli zastanawiać się nad tym, co tak właściwie robią. Skończyli rozmawiać. Przynajmniej na teraz. Zdecydowanie na teraz. Powoli wyplątując palce z uścisku, bez słowa przeniósł wpierw jedną, później drugą rękę na talię jego dziewczyny. Przesuwając dłońmi w dół pleców Geraldine, zatrzymał się na jej pośladkach, ściskając je i posyłając dziewczynie szelmowski uśmiech zanim znowu ją pocałował. Tym razem nie tak jak w kuchni. Zdecydowanie nie. To też już skończyli. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.03.2025 Brakowało im stałości. Nie ma się co dziwić, skoro balansowali ciągle między tymi wszystkimi, najróżniejszymi uczuciami. Niby zdawali sobie sprawę z tego, że istnieje dla nich tylko i wyłącznie jedna droga, ale jakoś nie do końca byli gotowi się na nią zdecydować. Zamiast tego sięgali po te nie do końca przyjemne emocje, właściwie to ciągle się między nimi miotali. Było dobrze, za chwilę źle, znowu dobrze i tak w kółko. Wystarczyło jedno nieodpowiednie dobrane słowo, a byli gotowi się zacząć kłócić. To nie było zdrowe, wręcz przeciwnie, krzywdzili się tym okropnie, miała świadomość, że zdawali sobie z tego sprawę. Dobrze było więc w końcu się określić. Wybrać jedyną, słuszną drogę, podążać za tymi faktycznymi uczuciami. Nie wyrzygiwać sobie po raz kolejny tego całego gówna, które w nich siedziało. Kumulowało się ono w nich od lat, nie ma się, co dziwić, że musiało im się ulać, jednak nie do końca wydawało jej się to właściwe. Nie chciała go ranić, nigdy jej o to nie chodziło, za bardzo jej na nim zależało, tyle, że to był raczej odruch ochronny. Gdy coś nie szło po jej myśli panikowała, mówiła, co jej ślina na język przyniesie, a Roise jej wtórował. Wyjątkowo tym razem nie potrafili się hamować, przekroczyli wszystkie możliwe granice, chyba na każdym możliwym stopniu. Kiedyś również zdarzały im się bardzo drastyczne wymiany zdań, ale nigdy nie kończyły się one w ten sposób, co ostatnio. Potrafili przystopować, zamknąć się w odpowiednim momencie, przyciągnąć się do siebie i po prostu być, trwać, zamiast kontynuować tę walkę. Ten tydzień był od tego zupełnie inny. Padło między nimi naprawdę wiele gówna, o którym wolałaby zapomnieć. Nie chciała się jednak na tym skupiać, to nie był odpowiedni moment, wiedziała też, że to nie było celowe. Byli zmęczeni tym, co się między nimi działo, nie mieli nad tym żadnej kontroli, stąd te nieznane im dotąd odruchy. Nie zasługiwali na to, aby być dla siebie obojętni. Nie, gdy w końcu wyjaśnili sobie sporo spraw. Otworzyła oczy, kiedy usłyszała to, co przez ten tydzień powiedział jej Ambroise, mimo wszystko nie umiała zrozumieć dlaczego tak bardzo nie chciał sięgać po to na co miał ochotę. Nigdy nie był taki zachowawczy, tłumaczył to jej dobrem, szczęściem, nie miała pojęcia, czym jeszcze i nie umiał zrozumieć, że była w stanie tego zaznać tylko i wyłącznie przy nim. Udało mu się jednak w końcu to zrozumieć, a może nie miał po prostu siły już się powstrzymywać? Nie zdziwiłoby jej to, to naprawdę mogło być męczące na dłuższą metę, szczególnie, że ciągle znajdowali się tak blisko siebie. - Tylko ostatnio? - Mrugnęła niepocieszona tymi słowami. To nie było dla niej nic nietypowego, przecież zawsze zachowywała się w ten sposób, trudno w niej było szukać zdrowego rozsądku, chociaż faktycznie kiedy byli razem starała się zastanawiać chociaż nad częścią swoich decyzji. Kiedy ich drogi się rozeszły, to wróciła do swoich starych nawyków. Nie musiała się niczym przejmować, nie musiała się nikim przejmować, mogła ryzykować, miała wrażenie bowiem, że nikogo nie obejdą ewentualne konsekwencje podejmowanych przez nią decyzji. To pewnie szybko się nie zmieni, będzie musiała się ponownie nauczyć, jak to jest żyć z kimś, chociaż może wcale to nie będzie takie trudne, przecież kiedyś zaczęło jej to przychodzić całkiem naturalnie. Wiedziała jednak, że nie będą mogli całkowicie wrócić do tego co mieli, tym razem miała zamiar stać się jeszcze bardziej integralną częścią jego życia, nie chciała pozwalać na kolejne tajemnice, czy przemilczane sprawy. To powinno zostać za nimi, skoro postanowili wejść w to znowu, tym razem wypadałoby to zrobić jeszcze bardziej szczerze, bo nie chciała doprowadzić do podobnej sytuacji do tej, która miała miejsce jakieś półtora roku temu. - Czyli mam jakąś władzę? Dobrze, że mnie o tym poinformowałeś. - Teraz przecież nie będzie mogła sobie odpuścić tego, aby z niej nie skorzystać, chociaż czy właściwie musiała to robić? Raczej wydawało jej się to zupełnie zbędne, szczególnie teraz, kiedy sięgnęła po to na czym jej najbardziej zależało. Gdy miała pewność, że tym razem to nie miało być chwilowe, tylko w końcu, faktycznie się określili. Tylko tego chciała, niczego więcej i właśnie to dostała. Oczywiście, że nie było w ogóle możliwości, aby ich relacja nie wyglądała jak dotychczas. Nigdy nie brakowało w niej zaczepek, czy dogadywania sobie. Tacy już byli. Zresztą nie raz rozmawiali o tym, że najprawdopodobniej nikt inny nie byłby w stanie z nimi wytrzymać, zresztą też ustalili, że nie chcieli nikogo innego. Ich więź, była specyficzna, sięgała chyba wszystkich możliwych płaszczyzn. Byli sobie przeznaczeni, na szczęście znowu to do nich dotarło, głupio byłoby zmarnować najpiękniejsze lata swojego życia trzymając się na dystans, i tak sporo czasu stracili, chociaż właściwie, czym było to półtora roku przy całej reszcie życia? - To prawda, masz przesrane, cieszę się, że w tym też się zgadzamy. - Uśmiechnęła się złowieszczo, bo cieszyło ją to, że zdawał sobie z tego sprawę. Teraz już się nie wywinie, czy coś. Oczywiście nie zamierzała nadużywać tej mocy sprawczej, którą dostała, ale nie byłaby sobą, gdyby chociaż odrobinę tego nie wykorzystała, kto wiedział jak długo to potrwa i kiedy pojawi się znowu taka okazja. Dobrze było mieć świadomość, że w końcu do tego wrócili, że znowu bez mniejszego oporu jego dłonie mogły znaleźć się na jej ciele, że wreszcie nie czuł z tego powodu do siebie wyrzutów sumienia. To było całkiem oczyszczające. Narzuciła mu ręce na szyję, aby jeszcze bardziej się do niego zbliżyć. Mogli sobie pozwolić na wszystko nie przejmując się tym, że coś przez to popsują. Nie musieli się zastanawiać nad konsekwencjami, myśleć o tym, że to może być ich ostatnie takie podejście. To już było za nimi. Ich usta nie miały najmniejszego problemu z tym, aby się odnaleźć i złączyć w końcu w odpowiednio żarliwym pocałunku. Nie musieli się dłużej hamować, mogli przekroczyć wszelkie granice bez nawet chwili zawahania, bo sporo sobie wyjaśnili, określili się. Nie zastanawiała się nad tym, co będzie później, nie musiała, bo przecież wiedziała, że zdecydował o tym, że tutaj zostanie. To, czego bała się najbardziej zniknęło, mogła pozwolić na to, żeby dać się ponieść temu, czego jej tak brakowało. Bez niepotrzebnego miarkowania, nie, żeby nie mieli takich momentów, chociaż wcześniej wcale nie czuła takiej pewności, że to nie było tylko chwilowe. To się zmieniło. Wiedziała, że to ich nowy początek. Nie zamierzała jednak tak stać, kiedy łóżko znajdowało się tak blisko nich. Popchnęła go więc delikatnie w jego stronę, tak aby mogli się w końcu w nim znaleźć, pośród miękkiej pościeli, w której mogli się zaszyć, bo przecież tego w tej chwili potrzebowali. Należało im się to, po tym wszystkim co ostatnio przeszli. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.03.2025 Wzruszył ramionami, posyłając dziewczynie jednoznacznie spojrzenie i jeszcze bardziej znacząco milcząc przez kilkanaście sekund zanim kląsnął językiem o podniebienie. Tak, bardzo, ale to bardzo wymownie. - Zawsze wiedziałem, że jesteś wyjątkowo - tak, całkowicie celowo odmienił ostatnie słowo właśnie w ten sposób, poruszając przy tym brwiami; znów z bardzo wymownym błyskiem w oku. - Ale że masz aż tak elastyczne standardy? To nowość - stwierdził bez ogródek, wiadomo do czego pijąc w tym momencie, prawda? Przynajmniej jemu wydawało się to dosyć jasne w kontekście, o którym rozmawiali. Półtora roku... ...no, może bardziej rok z kawałkiem. Rok? Coś koło tego? Mniej więcej przez tyle żywił przekonanie, że ostatecznie całkowicie rozminęli się w tym, jakie mieli oczekiwania. Ze wszystkich osób, o których mógł (choć wcale nie chciał) pomyśleć, ta konkretna była jego niemal zupełnym przeciwieństwem. No, poza drobnymi elementami. Kilkoma? Więcej niż kilkoma? Tak naprawdę nie znali się aż tak dobrze. Nie zamierzał wnikać w to aż tak bardzo, aby nie musieć czuć się zażenowanym czy złym na siebie z tego powodu. Poniekąd w dalszym ciągu przetrawiał tę wiadomość, choć przyszło mu to zadziwiająco łatwo jak na to, ile czasu się w tym macerował. Niewątpliwie zasługę należało przypisać jednemu: ośmiu dniom i nocom. Porankom i wieczorom. Popołudniom. Bardzo jednoznacznemu udowadnianiu sobie tego, że jego dziewczyna w istocie nie miała żadnych instynktów samozachowawczych, gdy w grę wchodziło wpuszczanie go do łóżka. Może przemawiało przez niego zmęczenie, ale w tym momencie było to całkiem zabawne. Nawet przy świadomości tego, co czasami poniekąd wewnętrznie go w sobie irytowało. Wobec nikogo innego nie był aż tak miękki. Nikomu innemu nie pozwalał na tyle rzeczy. Nikt inny nie usłyszałby czegoś takiego. Czegoś, czego wypowiedzenia na głos już powinien żałować? Nie potwierdził ani nie zaprzeczył. Skwitował to pytanie parsknięciem, niczym więcej. Za dużo świadomości władzy to za dużo władzy, tak? Nie chciał mieć naprawdę przesrane. - Jesteśmy zatrważająco zgodni - odmruknął, tym razem wcale nie brzmiąc, jakby w jakimkolwiek stopniu mu to przeszkadzało. Jasne, to wciąż były te bardzo konkretne słowa. Tyle tylko, że tym razem lekko przerysowane, odrobinę zadziorne, nie do końca poważne, może nawet na swój sposób ironicznie powiedziane. Pijące do tego, co robili w ostatnich tygodniach. A byli w tym po prostu absurdalni. Ależ jesteśmy zgodni, tak? Ciągali się tym za nos, zaczepiali się nawzajem, nawet jeśli w rzeczywistości nie byli zgodni to byli zgodni. Niełatwo było się tego wyzbyć, podczas gdy przez ostatnie dni, praktycznie idące w tygodnie raz po raz powtarzali to w ten ironiczny sposób. Szczególnie, że zawsze byli wobec siebie pyskaci i przekorni. To było ich, tak samo jak to, co teraz robili. Nie musiała dwa razy sugerować mu tego, gdzie powinni znaleźć się już w tej chwili. To znaczy: ewidentnie musiała, patrząc na to, że drugi raz w przeciągu zaledwie kilku minut za jej sprawą znaleźli się bliżej i bliżej łóżka. A jednak nie zamierzał zostawić tego w ten sposób, prowadząc dalsze rozmowy. Być nadmiernie rozsądnym, absurdalnie logicznym, zachowawczym do przesady. To mu nie wychodziło. Nie potrafił na dłuższą metę opierać się tym wszystkim uczuciom. W innym wypadku ominęłaby ich znaczna część tego, czego mieli okazję doświadczyć. Koniec byłby oczywistym końcem. Nie nowym początkiem, który jak do tej pory miał naprawdę słodki smak. No właśnie. Z drugiej strony, nie mieliby też okazji wszystkiego naprawiać, czyż nie? A jeśli istniało coś, co naprawdę lubił robić po ich wszystkich kłótniach to zdecydowanie było tym wspólne dochodzenie do porozumienia. We wszelkich znaczeniach tego wyrażenia. Wbrew pozorom nie cierpiał ścinać się z Geraldine. Nigdy nie przynosiło mu to praktycznie żadnej satysfakcji. W tym konkretnym przypadku może często usiłował mieć ostatnie zdanie, ale wcale nie potrzebował mieć racji. Nie za wszelką cenę. Była chyba jedyną osobą, wobec której potrafił zachowywać się naprawdę ugodowo. Dochodzić do refleksji, schodzić z tonu, wyciągać ku niej rękę. Później dwie. Oplatać dziewczynę ramionami, coraz odważniej sunąc dłońmi po jej ciele. Przesuwając palcami po śliskim materiale tych cholernie obcisłych spodni, które doprowadzały go do szaleństwa na tak wielu płaszczyznach, że nie był do końca w stanie stwierdzić, czy je uwielbiał, czy też może nienawidził. Wyglądała dobrze, cholernie dobrze, zwłaszcza gdy całkiem celowo trzymał się o pół kroku za nią. Szedł tylko odrobinę z tyłu. Z pozoru całkiem niewinnie, dla niektórych może dając się prowadzić. Szczególnie, gdy spłatali palce, trzymając się za rękę. Tyle tylko, że nie trzeba było być przesadnie światłym ani zbyt wybitnie czytać ludzi (raczej wystarczyło po prostu być kiedyś na jego miejscu), aby wiedzieć, jak bardzo celowo to robił. Nigdy nie pytał czy zdawała sobie sprawę, że pochłaniał ją wzrokiem na długo przed tym zanim postanowili, że nie będą tylko najlepszymi przyjaciółmi. Spoglądał na jej kołyszące się biodra, na pośladki, na długie włosy zaplecione w warkocz albo związane w kucyk kończący się w miejscu, w którym pod luźną koszulą miała te dwa małe dołeczki na plecach. Te cholerne dołeczki... ...niby nic takiego, ale swego czasu naprawdę doprowadzały go na skraj obłędu. Szczególnie, gdy nosiła przy nim sukienki bez pleców albo bardzo wyraźnie opinające jej kobiece kształty a oni się przyjaźnili. Wtedy nawet tak małe, pozornie niewinne widoki odbierały dech w piersiach i dręczyły duszę. Miejsca, do których mimowolnie bezwiednie sunęły kciuki. Jak stworzone do tego, aby zatopić w nich palce, przyciskając ją do siebie, gdy pochylała się nad nim, kołysząc się w jedyny sposób lepszy od tego, który demonstrowała mu, gdy szedł tuż za nią. Brakowało mu tego. Nie tylko fizyczności. Ją mieli nawet wtedy, kiedy mówili sobie, że to koniec. Byli ją w stanie docenić, stawiając przede wszystkim na gesty, nie na słowa i niespecjalnie miarkując się w spełnianiu swoich potrzeb. W dążeniu do zapewniania się wzajemnie o tym, że nie potrzebowali mówić, by wiedzieć. Znali się na wylot, potrafili wyczuć moment, sięgać po właściwe metody uszczęśliwiania się pod tym kątem. Dawania sobie cielesnej satysfakcji. A jednak nie tylko o to chodziło. Byli uwikłani (choć teraz to było już raczej złym słowem) na znacznie głębszych płaszczyznach. Tam wtedy w kuchni to była ta chwila. Może o tym nie mówili, ale to był ten moment. Krok w jedną albo w drugą stronę. Dali sobie ostateczną szansę, kolejny raz usiłując spuścić z tonu po kłótni, która tak właściwie nie powinna mieć miejsca. Dotyczyła układu pomieszczenia. Kilku źle posadzonych ziół. Paru zmarnowanych osłonek na doniczki. Jednego noża. Słoiczka mielonego pieprzu i najpewniej powyrzucanych drewnianych pudełeczek na przyprawy. Prawdopodobnie paru innych rzeczy, ale niczego, co powinno faktycznie zaważyć na ich być albo nie być. Ale się uniósł, tak? Zirytował się. Ona także. Z początku tylko odrobinę, później znacznie bardziej i bardziej. Od słowa do słowa przechodząc do niewypowiedzianej istoty wszystkich bolączek, jakich doznał w tamtym momencie: wspólnego domu. Chciał go mieć. Z nią i tylko z nią. Z nikim innym. Nie próbował szukać zastępstwa, ponieważ podświadomie aż za dobrze wiedział, że nikt inny nie był w stanie dać mu tego wszystkiego, co mieli razem. Stworzyć choćby namiastki tamtych wszystkich uczuć. Sprawić, że wracałby nie do Doliny Godryka, nie na Horyzontalną. Nawet nie do Whitby a do domu. Ostatnie półtora roku czuł się tak, jakby już go nie miał. Otaczał się bezsensownymi przedmiotami, przebywał w teoretycznie swoich własnych czterech ścianach, miał dach nad głową, opływał w zbytki, ale co z tego, skoro przez ten cały czas ani razu nie poczuł się w ten sposób, w jaki czuł się przez ostatni tydzień? Nie czuł się tak w rodowej posiadłości. Nie czuł się tak teoretycznie spełniając się w pracy. W żadnym cholernym wypadku nie czuł się tak brylując na salonach, grzejąc łóżka przypadkowych ładnych panien. Napierając do przodu, ciągnąc praktycznie obce dziewczęta w miękką pościel na piankowe materace... ...podejmując gierki, ale tak naprawdę nigdy nie grając na zasadach niczyich innych jak tylko swoich własnych. Udając, wchodząc w rolę. Tylko pozornie oddając część kontroli nad sytuacją. Tak naprawdę wcale nie pozwalając sobie na odpuszczenie. Na to, żeby choć raz tak faktycznie dać się pociągnąć w kierunku sypialni. Zatrzymać się na chwilę, wymienić kilka zdań, odgarnąć ukochanej włosy z twarzy. Zakochać się. Być zakochanym. Spojrzeć na nią wpierw w ten żarliwy sposób, moment później dostrzegając coś, co zmieniłoby jego reakcję. Wywoływałoby uśmiech na ustach, odrobinę szczeniackie rozprężenie. Błysk w oku, parsknięcie śmiechem. Tak jak wtedy tego pierwszego popołudnia w sypialni w Piaskownicy, gdy obudzili się niemalże na sam zachód słońca. Kiedy nie był w stanie powstrzymać rozbawienia, przyciskając czoło do czoła Geraldine i patrząc na nią z tamtej perspektywy. Tam jak kilka dni później w kuchni, próbując zyskać przewagę w gonitwie po domu. Czy jak w ogrodzie, kiedy tak po prostu uspokoiła go byciem tuż obok. Teraz też to zrobiła. Spuścił z tonu. Nim się spostrzegł, zrobił to ostatecznie. Tym razem nie czując wyrzutów sumienia związanych z przyjmowaniem zupełnie nowej perspektywy. Już nie wykrzywianiem a odrzucaniem starej, przy której tak uparcie starał się trwać i jednocześnie tak wyjątkowo szybko się poddał. Walczył z tym wszystkim, co na nowo rodziło się między nimi. Naprawdę próbował. Starał się trzymać gardę, usiłując nie pozwolić sobie na to, aby ulec temu wrażeniu. Zresztą, czyż nie powiedział jej wprost, dlaczego to robił? Chciał. Naprawdę próbował doszukiwać się większego znaczenia w tym wszystkim, co zrobił. Tyle tylko, że z dnia na dzień coraz częściej myślał o tym, że jeśli nawet w istocie tak było (nie chciał aż tak bardzo zmieniać narracji, aby całkowicie to wykluczyć) to naprawdę pragnął uznać, że tamto poświęcenie spełniło już swoją rolę. I że teraz w tym momencie dostali od losu swoją drugą szansę. Po to, aby tym razem jej nie spierdolić. Nie miało być kolejnej. Nie wiedział, skąd (choć może jednak wiedział?), ale był tego pewien. W tym momencie utwierdzając się w przekonaniu, że czuł się z tym całkowicie dobrze. Właściwie. Na miejscu. Było tylko jedno, co mogli jeszcze zrobić, aby uczynić ten poranek całkiem swoim. Nie zaraz, najlepiej teraz, bo mimo że nigdzie się nie spieszyli, dalsze zwlekanie nie było im w żaden sposób potrzebne. Wręcz przeciwnie. Nieco bardziej stanowczo pchając go w kierunku łóżka, musiała wiedzieć, że pociągnie ją za sobą. Tym razem padnie na nie plecami, jednocześnie nie puszczając jej pośladków, dopóki nie znaleźli się w chłodnej pościeli. Razem. Wzbijając tuman kurzu przypominający o tym jak dawno tu nie byli. Ani w ten sposób, ani w żaden inny. Jednokrotnie w ciągu lata znaleźli się w mieszkaniu, ale wtedy nie posunęliby się tak daleko. On by się nie posunął. W końcu nie był człowiekiem tego typu. Nie wykorzystałby tamtej sytuacji. Inną? Bardziej niż być może. Tamtą? Nigdy. Za to teraz, gdy oboje znaleźli się na tej samej stronie? Mieli jasność, mieli zgodność? Nie zamierzał myśleć o niczym innym jak tylko tym, do czego zmierzali z każdym kolejnym pocałunkiem. Jednym z tych, którymi nie przestawał rozpraszać jego dziewczyny, jedną ręką sięgając z jej pośladków pod materiał koszuli. Zaczepiając palcem o zapięcie od biustonosza, ale nie rozpinając go w tym momencie. Kolejność miała znaczenie, nawet w chwilach takich jak ta. Koszula. Kilkanaście małych guziczków. Czy w ogóle mieli do tego cierpliwość? RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.03.2025 - Najwidoczniej jeszcze potrafię Cię zaskoczyć. - Chyba wolałaby nie dyskutować na temat swoich standardów, albo ich braku, chociaż z tą drugą wersją pewnie by dyskutowała. Miała pewne założenia, dosyć mocno wpojone, potrafiła ocenić co jej służyło i zdecydowanie wiedziała, co powinna zrobić, aby dostać to na czym faktycznie jej zależało. Jak się na coś uparła, to nie było zmiłuj. Na szczęście tym razem nie odpuściła tak łatwo, chociaż przez ten tydzień który razem spędzili miała ku temu wiele okazji, może nawet zbyt wiele. Najwyraźniej jej samozaparcie jeśli o to chodzi było jeszcze bardziej silne niż zazwyczaj. Była zadowolona, poczuła jakby osiągnęła małe zwycięstwo. To nie była tylko jej zasługa, chociaż trochę, ona starała się w końcu przez ten tydzień udowodnić mu, że tak właśnie powinno być, że właśnie w tym kierunku wypadało zmierzać, że tylko wtedy będą w stanie osiągnąć szczęście. Jasne, na pewno nie będzie to łatwe zważając na to, co działo się wokół nich, ale czy powinni się tym przejmować? Osobno też musieli żyć w tym świecie, dużo łatwiej było obrać wspólną drogę, bez względu na to, co wydarzy się jutro. Czy ten rok, półtora roku coś zmieniał? Na pewno. Szczególnie, że żyła wtedy w swojej dziwnej bańce, w której wydawało jej się, że tylko ona cierpi. Na szczęście dzięki wizycie w jaskini demona dostali kolejną szansę, zabawne, że coś co z początku miało wyłącznie tylko spierdolić jej życie okazało się dać jej nowy początek. W końcu nie miała pewności, że uda im się wydostać z tej groty, że faktycznie to przeżyją, a dzięki temu trafili razem do Piaskownicy. Przypomnieli sobie o tym, co faktycznie ich łączyło, chociaż czy właściwie kiedykolwiek o tym zapomnieli. Nie wydawało jej się, o czymś takim nie dało się zapomnieć, zniknął dystans między nimi i wróciło to, co przychodziło im całkiem naturalnie. Nie było to niczym dziwnym, nie przy tej więzi, która ich łączyła. Dostali czas na wyjaśnienia, na odnalezienie się jakoś w tej sytuacji, może jeszcze nie wyjaśnili sobie wszystkiego, jednak był to całkiem spory krok, aby stworzyć nową rzeczywistość, ponownie mieli się w niej odnaleźć razem. - Tym razem zgodni, w ten dobry sposób. - W przeciągu ostatnich dni byli ze sobą przecież zgodni bardzo wiele razy, nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach, w których nie miało to żadnego sensu. Było to chyba jedno z ich ulubionych słów, którym potrafili doprowadzać siebie nawzajem do szału. Miała świadomość, jak ono na nich działało, tym razem wzbudzało jednak tylko i wyłącznie te odpowiednie uczucia. W końcu dotarli do konsensusu, w końcu wybrali właściwą drogę. Trochę to trwało, kosztowało ich sporo, ale chyba było warto krążyć wokół siebie przez ten czas. Zwłaszcza, że udało jej się osiągnąć założony cel. Nie miała pojęcia, jak będzie wyglądało to, co aktualnie próbowali stworzyć, jednak to nie był czas na zastanawianie się, na pewno miała zamiar trochę zmienić swoje podejście. Przez ten czas gdy byli razem pozwalała na to, żeby trzymał ją z daleka od tych najbardziej niebezpiecznych spraw, tym razem nie miała zamiaru na to pozwolić. Nie, kiedy wiedziała, że to właśnie przez nie mogliby ponownie stracić to, co mieli. Nie, gdy znała powód. Nie uważała się też za słabą, wręcz przeciwnie, wydawało jej się, że będzie mogła pomóc Ambroisowi jakoś powoli odsunąć się od tych nie do końca wygodnych interesów. Oczywiście nie zamierzała naciskać, praca, jak praca, samej zdarzało jej się angażować w raczej wątpliwe moralnie sprawy, rozumiała to, że czasem tak trzeba. Miała zamiar jednak to zrobić w momencie, w którym miałoby to ponownie wpłynąć na to, co ich łączyło, tutaj nie zamierzała brać jeńców, bo już raz wszystko przez to straciła. Nie chciała przeżywać tego ponownie. Będą musieli porozmawiać o zaufaniu i szczerości, ale nie teraz, to powinno zdarzyć się kiedy będą mniej wymęczeni. Nie potrafili trzymać się z dala od siebie. Jasne, udawało im się to przez te półtora roku, gorzej kiedy ponownie na stałe pojawili się w swoim życiu. Wszystko wróciło, nie miało być inaczej. Szczególnie, gdy okazało się, że to, co zakładała było zupełnie błędne. Jej narracja była całkiem wygodna do tego, aby trzymać się z daleka. Musiała jakoś to sobie tłumaczyć, kiedy jednak dowiedziała się jak to wyglądało naprawdę? Nie mogła pozwolić na to, aby to dalej sobie robili. To nie powinno mieć miejsca, od samego początku. Nie powinien brać na siebie tej całej odpowiedzialności. Rozumiała, że chciał dobrze, że próbował ją chronić, ale wcale tego nie potrzebowała. Zresztą i bez niego potrafiła ściągać na siebie kłopoty, więc tak naprawdę, czy miało to jakieś znaczenie. Było tylko gorzej, bo nie umiała zapanować nad swoimi nie do końca racjonalnymi decyzjami. Była jeszcze gorszą wersją siebie. Nie miała więc żadnego problemu z tym, aby określić, czego chciała. Brakowało jej życia, które razem mieli. Nie chciała dłużej udawać, że podobało jej się to, co się z nią stało w przeciągu tego półtora roku. Powrót do tego kim była wcześniej, zwłaszcza, że wiedziała o tym, że może być dużo lepiej. Wiedziała, że ta walka miała sens. Szczególnie, kiedy dowiedziała się o tym, że jego uczucia wcale się nie zmieniły, że nadal była dla niego ważna. Prędzej, czy później musiało jej się udać osiągnąć cel, w tym przypadku potrafiła być cierpliwa mimo tego, że padło między nimi wiele gorzkich słów, których żałowała, chociaż czy między nimi właśnie one nie doprowadziły ich do tego momentu? Może to było im potrzebne do tego, żeby ponownie wejść w tę relację. Nie było to istotne, ważne, że w końcu dotarło do nich, co było właściwe. Skoro już ustalili wspólną wersję, wspólną perspektywę, to mogli pozwolić sobie na to czego unikali. Przynajmniej ostatniego dnia, poranka, gdy starali się trzymać na dystans, przynajmniej ten fizyczny, co też nie było dla nich zupełnie naturalne. Nie działo się to bez powodu, wiedziała, że wystarczyłby jeden gest, dotyk, aby znowu zaczęli się miotać, teraz jednak nie musieli się tym przejmować, bo w końcu doszli do tego, że nic innego im nie służyło, że to była dla nich jedyna droga. Dawno ich tutaj nie było, w ten sposób. Półtora roku, może i dwa? W końcu ostatnie wspólne chwile spędzili w Piaskownicy, nie w mieszkaniu przy Horyzontalnej. To jednak też był jego dom, zawsze miał być, nie bez powodu nadal trzymała te wszystkie jego pierdoły, w głębi duszy wierzyła, że kiedyś do niej wróci. Nie było się co dziwić, że brakowało im teraz cierpliwości o czym świadczyły te żarliwe pocałunki, czy jej dość stanowcze obranie drogi ku łóżku. Trzymali się na dystans wystarczająco długo. Wreszcie padli na pościel, nie przestawała go całować, mimo zmęczenia, którego nie dało się odczuć. Na pewno znajdą jeszcze czas na odpoczynek, przecież nigdzie się nie spieszyli. Ubrania, które na sobie mieli zaczęły jej przeszkadzać, wypadałoby się ich pozbyć, aby znowu mogli stać się jednością, przypieczętować to, co padło między nimi. Yaxleyówna znajdowała się nad Roisem, czuła jego dłonie pod swoją koszulą, przesuwające się powoli po jej plecach, oderwała w końcu swoje usta od jego, aby spojrzeć mu w oczy, była ciekawa, co w nich dostrzeże. Nie zamierzała jednak dłużej zwlekać, zamiast tego jej dłonie znalazły się na jego klatce piersiowej, palce całkiem szybko radziły sobie z guzikami jego koszuli, każdy po kolei od góry do dołu, aż w końcu rozpięła ostatni, by mogli się jej z niego pozbyć. Nie była w tym szczególnie cierpliwa, ale robiła to całkiem zgrabnie. W końcu mogła poczuć pod opuszkami palców, ciepło jego skóry, i to było w tej chwili najbardziej istotne. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.03.2025 Z jego ust wydostało się ciche, ale niezbyt kontrolowane parsknięcie. Przejaw nagłej wesołości, nie goryczy, któremu towarzyszyło kolejne znaczące łypnięcie w kierunku dziewczyny. - Lepiej, żebyś nie wiedziała jak bardzo - odmruknął, całkiem świadomy, że właśnie w tej chwili dawał jej to do zrozumienia. Zrobił to zupełnie celowo. W końcu i tak jednocześnie już zdążył powiedzieć Geraldine o kartach, które trzymała w ręku. Tych, które sam jej dał i dodatkowo w pewnym sensie napomknął, jak powinna nimi grać. Tak, chwilowo miała pole do popisu. Nie było żadnego najwidoczniej. Nie w tym konkretnym przypadku, ale przecież już to sobie mówili. W przeciągu kilku ostatnich dni nie raz, nie dwa powtarzali słowa o tym, jak bardzo potrafią się jeszcze zaskoczyć. Mogli być ze sobą przez wiele lat. Poznać się praktycznie od każdej strony, zaliczyć niemalże każdy typ relacji. Od tego najlepszego, poprzez stany pośrednie aż do już nie jednego a dwóch okresów, które prawdopodobnie najlepiej byłoby okryć kurtyną zapomnienia. I tak. W tym wszystkim poniekąd zazwyczaj był w stanie pośrednio przewidzieć to, co Geraldine zamierzała powiedzieć czy zrobić. Był w stanie wyłapać znaczną część małych sugestii. Niemal wszystkie niuanse. Drobne znaki wskazujące na to, czy coś jej odpowiada, czy wręcz przeciwnie. Czy zachowa to dla siebie, czy ciśnie w niego gromem z oczu albo moment później rozpęta się już nie zwykła burza z piorunami a gwałtowny sztorm. W ostatnim czasie być może trochę pogubił się w tym wszystkim, nie był już tak całkowicie pewien tego, co miało nastąpić chwilę później (mimo że usiłował wciąż sprawiać zupełnie inne wrażenie). Przez to, że mimowolnie przestali trzymać się poprzednich granic, nie respektowali już żadnych reguł zachowania. Wybuchali na siebie w coraz bardziej nieoczekiwanych momentach, praktycznie skakali sobie do gardeł. Tylko po to, żeby odpuszczać w równie niepasujących chwilach. Wtedy, kiedy mogłoby się zdawać, że (wedle tego nowo przyjętego schematu bez schematu) powinni zabrnąć w to jeszcze głębiej i dalej. Zachowywali się nietypowo i nieprzewidywalnie, nawet jak na nich. Nigdy nie byli najspokojniejsi. Nie potrzebowali zbyt wiele, żeby podpalić krótki lont, ale jeszcze nigdy nie zrobili z tego tak niebezpiecznej zabawy. Zbyt wiele razy w tym tygodniu byli praktycznie na samym skraju ostatecznego wybuchu i doszczętnego zniszczenia zupełnie wszystkiego dookoła nich. Parę razy wydawało się wręcz, że już to zrobili. Zdecydowanie mieli setki tematów do poruszenia. Dziesiątki nurtujących ich spraw. Prawdopodobnie nawet takich, o których w ogóle jeszcze nie pomyśleli. Te tematy sięgały bowiem znacznie dalej w przeszłość niż do ostatnich miesięcy. Były zakorzenione głębiej niż te półtora roku, które spędzili osobno. A jednak poniekąd w pewnym sensie razem, bo przecież nigdy nie przestał o niej myśleć. O ich wspólnej przeszłości, o ich niespełnionej przyszłości, o nich. To nie było odnalezienie w sobie zamierzchłych uczuć. To nie było nawet wzięcie ich z półki w głowie czy w głębi duszy, żeby odkurzyć je magiczną miotełką i rozpalić na nowo. Przez ten cały czas ział do niej gniewem, bo ją kochał. Przez te wszystkie miesiące praktycznie tak samo żarliwie, tak samo intensywnie. Tyle tylko, że zrobił sobie z tego dużo bardziej destrukcyjne narzędzie niż to, czym w istocie powinni być. Przekuł te wszystkie uczucia w miecz. W pewnym sensie obusieczny, w jeszcze innym skierowany ostrzem głównie we własną stronę. Podejmował pochopne decyzje. Sięgał po wszystko, co mogłoby sprzyjać narracji, że cokolwiek ich ze sobą dalej łączyło, było niewłaściwe, że zdecydowanie lepiej było im trzymać się od siebie na dystans. W końcu nie na to się pisała. Nie tego chciała. Nie musiała mu o tym mówić. Ba, nie musiała nawet wiedzieć połowy rzeczy, które doprowadziły do takiego obrotu spraw. Wystarczyło, że on był ich świadomy. Pewien tego, że nikt nie chciałby, nie mógłby żyć w ten sposób na dłuższą metę. Tak? A więc czemu, skoro w teorii zupełnie nic się nie zmieniło, teraz zaczął kapitulować i odpuszczać? Sam tego nie wiedział. Zdawał sobie sprawę z tego, że oboje zaczęli coraz bardziej się plątać. Miotali się we wszystkim, co działo się nie tylko między nimi, ale także dookoła nich. Byli dosłownie przemoknięci życiowymi dramatami. Tonęli prawdopodobnie na wszystkich płaszczyznach, na jakich tylko dało się tonąć. I chyba właśnie w tym leżało całe sedno? Ich osobne życie wcale nie było łatwiejsze. Jego dziewczyna miała wręcz niesamowitą skłonność do ładowania się w problemy również bez niego a jego nie było wtedy przy niej, by jej pomóc. Być może mówili o sojuszu i możliwości przyjścia po wsparcie w każdej możliwej chwili. W środku dnia albo o trzeciej trzydzieści w nocy, jak to miało miejsce wczoraj (a właściwie to dzisiaj) w Mungu. Ale czy naprawdę to coś dawało? Byli do siebie zbyt podobni, aby w to wierzył. Czemu? Bo on sam by do niej nie przyszedł. Nie, jeśli w dalszym ciągu określaliby swoje stosunki w ten sposób. Nie zrobił tego w najgorszym momencie mającym miejsce przez ostatnie dwa lata. Ani później, gdy teoretycznie też potrzebował jej bardziej niż mógłby powiedzieć. Nie zrobiłby tego, więc ona także pewnie by tak nie postąpiła. W końcu nawet w sprawę dopplegangera musiał wmieszać się na siłę. O ironio, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co tak naprawdę miało im to przynieść. Nie analizował tego pod tym kątem. Wiedział, że będzie im obojgu cholernie trudno wrócić potem do życia w ten sposób, w jaki żyli już przez prawie dwa lata. Tyle tylko, że nie był pewien, czy miało być jakieś potem, więc odepchnął od siebie tę świadomość. Czy niesłusznie? Nie sądził. Poniekąd właśnie dzięki temu znaleźli się tu, gdzie teraz byli. I mimo tego, że teoretycznie nie zmieniło się nic, tak naprawdę wszystko zaczęło się zmieniać. Być może byli już przy tym zupełnie innymi ludźmi. Mieli więcej ran, kolejnych drażliwych kwestii, które musieli prędzej czy później poruszyć. Zmienili się nie tylko psychicznie, lecz także fizycznie. Każda mała rysa na ciele, każda blizna, nowy pieprzyk w miejscu, w którym go nie było. Drobna zmarszczka na twarzy, pajęcza siateczka w kąciku oka, włos pojaśniały nie od słońca a od trudów życia, od upływu czasu, który przez dwa lata przyspieszył niemal do dekady. Ich ostatni tydzień też był bardziej jak rok. Może nawet jak półtora? Wracali, wracali na właściwe tory. Chyba właściwe, na pewno upragnione. Nie do punktu wyjścia. Do niego nie dało się powrócić, lecz rzeczywiście zrobili kilka kroków ku temu, aby naprawić sytuację. Czasami należało wpierw coś zniszczyć, żeby móc odbudować zupełnie inną, bardziej dostosowaną konstrukcję, prawda? Stabilniejszą? Czy kiedykolwiek byli tak naprawdę stabilni? Czy w ogóle chcieli tacy być? Wciskanie się na siłę w standardowe kryteria normalności nigdy nie było czymś, co by im odpowiadało. Z zewnątrz mogli mniej lub bardziej udawać takich ludzi, ale wewnątrz czterech ścian? Nie wydawało mu się, aby chciał to robić. Wystarczyło, że sprawiał wrażenie naprawdę poważnej osoby, zwłaszcza w pracy, co zostało mu już kiedyś wytknięte z rozbawieniem. Opanowany, analityczny, zdystansowany człowiek... ...w tym momencie dający ciągnąć się w miękką pościel, zachłannie ściskając pośladki dziewczyny, z którą zdecydowanie nie zamierzał teraz grzecznie odpoczywać po dyżurze. Tak jak wtedy w Maida Vale, być może sprawiając wrażenie kogoś, kto był w stanie bardzo kulturalnie i właściwie trzymać ją za rękę, nic więcej, w istocie coraz bardziej czekając na powrót do domu. Tu nie musieli, tu nie zamierzali się pilnować. Chciał ją całą dla siebie. Pożerając dziewczynę wzrokiem, chłonąć wrażenie fali gorąca ogarniającej jego ciało pod wpływem jej dotyku. Coraz zachłanniej smakując miękkie wargi, płacząc ich języki i sunąc dłońmi po znajomym kształcie kręgosłupa. Sięgając ku temu, co im się należało. Byli dobrymi ludźmi, tak? Zasłużyli na swoje zatracenie. Na siebie nawzajem. Nic nie stało im już na przeszkodzie, aby znaleźć się obok siebie w znacznie bardziej właściwy sposób niż jeszcze wczesnym rankiem. Przekuwając te wszystkie emocje w coś znacznie bardziej słusznego. Choć gdyby o niego teraz chodziło, pewnie nie miałby w sobie aż tyle cierpliwości, by rozpinać sobie guzik koszuli po guziku. Już teraz zresztą posyłał Geraldine jednoznaczne spojrzenia, starając się zachować zimną krew i pozwolić jej na to wszystko. Na tę nagłą metodyczność, przez którą niemal wrzała mu krew w żyłach. Patrzył na nią, zawieszoną tuż nad nim, rozszerzając powieki i starając się nie oddychać zbyt szybko, choć i tak nawet nie próbował ukrywać tego, co mu teraz robiła. Sama też była tego świadoma. Z pewnością. - Sadystka - wymamrotał zresztą mniej więcej po dwóch trzecich rozpiętych guzików, wbijając w nią wzrok i odpowiadając na jej spojrzenie. W przeciwieństwie do wypowiedzianego słowa, wyglądając zupełnie tak, jakby ani trochę nie miał nic przeciwko odroczonej gratyfikacji. W końcu, mimo wielu chwil fizycznej bliskości pomiędzy nimi podczas ostatnich dni, poniekąd robili to od prawie dwóch lat. Słali sobie spojrzenia, emanowali żarliwością, teraz pierwszy raz tak naprawdę wracając do tego, co było dla nich najwłaściwsze. Niewiele jednak było w nim dalszej cierpliwości. Być może całkiem zgrabnie zsunął z siebie rozpiętą koszulę, zwłaszcza jak na leżenie na łóżku w tej sposób. Natomiast to byłoby mniej więcej na tyle. Nie, nie widziało mu się dbanie o pozostałe części garderoby. Nie, gdy teoretycznie mógł pozbyć się ich znacznie szybciej. W praktyce wybierając zaś pośrednią drogę. Kilka rozpiętych guziczków i podwinięcie materiału do góry. Podciągnięcie go, podnosząc się na jednym łokciu do półsiadu. Mogli iść trochę na skróty, prawda? To była ich chwila, ich zasady. A on nie do końca miał jeszcze cierpliwość do przeciągania tego w czasie. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.03.2025 - Już wiem. - Sam się jej podkładał, oczywiście, że robił to w tej chwili celowo. Gdyby nie chciał się z nią tym dzielić, to na pewno tak łatwo nie wyciągnęłaby z niego tych informacji, oczywiście, że zamierzała z nich skorzystać, nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła. Cieszyło ją to, że wcale nie tak łatwo mógł ją rozgryźć, chociaż, czy faktycznie? Miała wrażenie, że rozumie ją jak nikt inny, zna jej wszystkie mechanizmy obronne, czy metody działania. Mimo wszystko, może miała jeszcze coś takiego, co faktycznie nie do końca było przewidywalne. Szczególnie ostatnio, to półtora roku nieco ją zmieniło. Sama nie do końca się poznawała, przeżyła sporo gówna, które miało wpływ na to jakim była człowiekiem. Sama zauważyła to, że nieco się zmieniła, chociaż, czy na lepsze? Nie wydawało jej się. Nie do końca była sobą, zresztą nie ułatwiał tego fakt, że to co się między nimi działo było okropnie mylące. Nie reagowali jak zazwyczaj z racji na ten dystans, który próbowali sobie narzucić. W ostatnim czasie dawali sobie sprzeczna sygnały, nie zachowywali się jak wcześniej. Powodowało to spore zagubienie. Mimo wszystko nadal umiała odczytać niektóre z odruchów, czy gestów. Wiedziała, jakie słowa w niego uderzą, co go najbardziej zaboli. Szkoda, że korzystała ostatnio ze znajomości Ambroisa głównie w ten niewłaściwy sposób, miała o to trochę do siebie żal, ale co się stało, to się nie odstanie. Nie mogli nie zauważyć, że spora część tego tygodnia to było rzucanie w siebie średnio wyszukanymi inwektywami. Nie była z tego powodu zadowolona, nie chciała nigdy traktować go w ten sposób, ale jakoś tak wyszło, że właśnie tak się to potoczyło. Nie była z tego powodu szczególnie dumna, wręcz przeciwnie. Na pewno będzie musiała przeprosić go, że to wszystko tak wyglądało. Na szczęście to też już mieli za sobą, bo w końcu się określili. Nie będzie musiała korzystać z tych metod, nie będzie musiała się bronić, bo wreszcie zamierzali wybrać tę samą drogę. Przyniosło jej to wyczekiwany spokój, naprawdę męczyła Yaxleyównę ta napięta sytuacja między nimi, szczególnie, że wiedziała, jak powinno wyglądać to we właściwy sposób. Obawiała się, że tym razem jej się nie uda, że nie będzie w stanie przekonać Roisa do zmiany zdania, wydawał się być bowiem naprawdę bardzo zdeterminowany, nie reagował na jej próby, nie chciał podążać inną drogą, a raczej nie mógł. W końcu powiedział jej o tym, czego chciał. To co robił nie prowadziło go ku temu. Musiał walczyć ze sobą, z nią, to na pewno nie było dla niego łatwe, nie zamierzała jednak udawać, że nie cieszyło jej to, że w końcu uległ, że zmienił zdanie. Nie było w tym niczego dziwnego. Powinni przecież od samego początku wiedzieć o tym, że to nie mogło się skończyć inaczej. Nie między nimi, nie po tym, co kiedyś mieli. Nie było dla nich innej drogi. Kochali się, więc bez sensu było z tym walczyć, po co? Życie było zbyt krótkie, aby trzymać się od siebie z daleka, być nieszczęśliwymi. Zwłaszcza, że mieli szansę zauważyć to, że kiedy trzymali się od siebie wcale nie było lepiej. Wręcz przeciwnie. Geraldine miała tendencje do zatracania się w nieodpowiednich rzeczach, właściwie do utraty kontroli nad tym, co działo się wokół niej. Sama się niszczyła. Nikt nie robił jej tyle złego, co ona sama samej sobie. To było bardzo przykrą prawdą, ale miała świadomość, że miała tendencje do autodestrukcji, potrzebowała kotwicy, potrzebowała Roisa do tego, aby jakoś utrzymywał ją na powierzchni, kiedy sama była gotowa zatonąć. Wydawało jej się, że w końcu to dostrzegł. Zauważył, że nigdy nie miała być szczęśliwa, nie kiedy nie było go przy niej. Mówił, że chodziło mu o jej szczęście, bezpieczeństwo, tyle, że gdy znajdował się z dala, było tylko gorzej. Zresztą miał szansę ostatnio to zobaczyć, na pewno mu nie umknęło to w którym kierunku zmierzała, kiedy nie przejmowała się nikim poza sobą, właściwie to sobą również nie. Podejmowała irracjonalne decyzje, ryzykowała, chociaż nigdzie jej to nie prowadziło. Tak już miała, że wchodziła w ogień, żeby sprawdzić, czy faktycznie ją zrani. Potrzebowała głosu rozsądku, który zareaguje w odpowiednim momencie, kogoś kto będzie jej w stanie wytłumaczyć, że to co robi nie było do końca przemyślane, musiała mieć dla kogo żyć. Ostatnio zdecydowanie brakowało takiej osoby w jej życiu, zresztą ta rola miała zawsze należeć tylko do niego. Przez Roisa zmieniła swoje nawyki, dla niego starała się rozważać różne opcje, a nie podążać za pierwszą myślą, która jej się nasunęła. Nie chciała być źródłem jego cierpienia, dlatego gdy z nim była jakoś bardziej starała się aby przeżyć, nie chciała go zawieść. Kiedy zabrakło go w jej życiu, wtedy zupełnie przestała o tym myśleć. Nie przejmowała się ewentualnymi konsekwencjami podejmowanych przez siebie decyzji, nie myślała przyszłościowo, bo po co by miała. I tak nikogo nie obchodziło to, co się z nią stanie. Należała im się ta chwila bliskości. Szczególnie, że w tej chwili nie była ona wykradziona rzeczywistości, w końcu bowiem doszli do tego, że znowu zamierzali iść przez życie razem, co było całkiem miłą odmianą po tym, co robili sobie ostatnio. Tym razem mieli pewność, że to zbliżenie nie było ostatnim, wręcz przeciwnie, to miał być ich nowy początek. Przez ostatni tydzień byli bardzo cierpliwi. Potrafili trzymać się od siebie z daleka, unikać kontaktu fizycznego, chociaż wcale nie było to takie łatwe i przypominało ten czas, kiedy dopiero zaczynali rozumieć, jaka więź faktycznie powinna ich łączyć. Teraz było trudniej, bo wiedzieli, co mogli mieć, ile dla siebie znaczyli. Cierpliwość popłacała, czyż nie? Właśnie dlatego próbowała nadal zachować jej resztki, może też trochę się z nim droczyła, nie, żeby jej to sprawiało przyjemność, chociaż może trochę? Na pewno czuł to samo co ona. Ten żar, pragnienie, które się w nich pojawiło i musiało zostać jak najszybciej nasycone. Mimo tego uczucia gorąca, które zaczęło wypełniać jej ciało, bardzo powoli rozpinała jego koszulę, wiedziała, że ten spokój był tylko chwilowy i za moment minie. Nie mogło być inaczej, nie, kiedy tak bardzo pragnęli tej bliskości, póki jednak miała nad tym jakąkolwiek kontrolę, to postanowiła z niej korzystać. Guzik za guzikiem... Ostrożnie, jeden za drugim, jakby bała się, że może uszkodzić jego koszulę. - Może trochę. - Na pewno to wiedział, na pewno wyczuł, że robiła to trochę na przekór, bo dlaczego by nie. Nie musiała się już dłużej martwić tym, że może zmienić zdanie, że postanowi postawić granicę, to było za nimi. Mogła się więc nad nim nieco poznęcać, ale tylko odrobinę, bo przecież i ją ogarnęło to pragnienie. W końcu pozbyli się jego koszuli, zajęło to chwilę, bo przecież nigdzie się im nie spieszyło, mieli się nacieszyć swoją bliskością. Tak, jasne... Pomogła Roisowi ściągnąć z niej część ubrania, starała się z nim współpracować, w końcu razem zmierzali ku temu samemu. Mieli się w sobie zatracić, tak jak wiele razy wcześniej, w końcu właściwie, bez niepotrzebnych obaw. Kiedy to zrobili zbliżyła się ponownie do niego, by złączyć ich usta w krótkim pocałunku, przeniosła je po chwili na jego szczękę, a później szyję, nad którą wyjątkowo lubiła się znęcać wbijając w to miejsce swoje zęby. Nie powinno go to dziwić, wiele razy naznaczała go w ten sposób. Lubiła pozostawiać po sobie ślady na jego skórze. Wtedy jeszcze bardziej czuła, że jest jej, tylko i wyłącznie jej, nikogo innego. RE: [08.09.1972] Maybe I just wanna be yours | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.03.2025 Posłał Geraldine wyjątkowo znaczące spojrzenie, wymownie unosząc kąciki ust i potrząsając głową. Choć tak właściwie, może nawet nie potrząsając, co bez unoszenia przesuwając jej tyłem po chłodnej kołdrze, co sprawiło, że mimowolnie naelektryzował sobie włosy. No cóż, przynajmniej ich nie ukurzył. Chmura kurzu wzbiła się ponad pościel znacznie wcześniej - mniej więcej wtedy, gdy padli na nią we dwoje w ten bardzo właściwy sposób. - Znam cię - odparł, jakby to miało załatwić sprawę. Wyjaśnić zupełnie wszystko, co mógłby przekazać jej znacznie większą ilością słów, tyle tylko, że po co? Mieli zdecydowanie lepsze rzeczy do roboty niż wymienianie się kolejnymi słowami. Przekornymi czy też nie. Na swój sposób na pewno prawdziwymi, bo przecież nie kłamał. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że lubiła wodzić go za nos, doprowadzać go do szału, do obłędu. Na sam skraj zdrowego rozsądku. Do momentu, w którym nie był już w stanie dłużej udawać, że cokolwiek, co robiła w ogóle nie miało dla niego znaczenia. Oczywiście, że miało. Zawsze miało mieć. Mogło minąć naprawdę dużo czasu. Wiele chwil, odkąd byli ze sobą zupełnie w ten sposób. Nie myśląc o ciężarze przeszłości, nie zastanawiając się nad tym, co niosła im przyszłość. Ich przyszłość. Teraz już ją mieli, tak? Nie mogło być inaczej. Nie, gdy dotarli do rozstaju dróg, tym razem nie mogąc postąpić już inaczej. Nie będąc w stanie dłużej się miotać. Wybór został podjęty. Przypieczętowany pierwszym powolnym pocałunkiem. Dłonią w dłoni, splecionymi palcami, przeciągającym się spojrzeniem... ...aż wreszcie także ustną deklaracją. Kapitulacją. Jedną i jedyną, jakiej potrzebowali. Nie musieli teraz prowadzić głębszych rozmów. Wystarczyło to, co już sobie powiedzieli. To, co padło między nimi. Częściowo dosłownie, częściowo między słowami. On był... ...no cóż. Osłem. Ona sadystką, w tym momencie zdecydowanie doprowadzającą go na sam skraj oślego uporu. Do tego stopnia, że podchodziło to już pod znęcanie się nad zwierzętami. Chwila moment i pewnie rzeczywiście byłby w stanie posunąć się tak nisko, by kwiczeć na samą myśl o kolejnym powolnym rozpinaniu tych wszystkich drobnych guziczków. Tym razem jej (ale poniekąd też wciąż jego) koszuli. Nie miał do tego praktycznie żadnej cierpliwości. Potrzebował zdjąć ją z niej tu i teraz, uwalniając ją od zupełnie niepotrzebnych warstw materiału. Od koszuli, następnie też od stanika, którego rozpięcie całe szczęście nie zajęło mu nawet ułamka sekundy. Zrobił to wyjątkowo sprawnie jak na kogoś, kto jednocześnie niemal na oślep odwzajemniał kolejne pocałunki. Lata praktyki, prawda? Pewnych rzeczy po prostu się nie zapominało. Za pewnymi zaś cholernie tęskniło. Nikt inny nie potrafił tak po prostu pozwalać sobie na wszystko, czego pragnął. Nie pytając go o zdanie, ale też nie musząc tego robić. Nigdy mu to nie przeszkadzało. Ten brak delikatności, gwałtowne dążenie do swego, zaznaczanie dominacji, terytorialności. Ślady na szyi, na obojczykach, na udach... Prawdę mówiąc, jeśli miałby być zupełnie szczery, choć nikomu innemu nie pozwalał posuwać się aż tak daleko, cholernie mocno go to kręciło. Ona go kręciła, sprawiając, że też pozwalał sobie na znacznie więcej niż tylko kilka czułych pocałunków pod osłoną nocy, z kołdrą na plecach i zgaszonym światłem. Reagowali na siebie wyjątkowo żarliwie, czasami nawet trochę zbyt gwałtownie, ale czy któremukolwiek z nich tak właściwie to przeszkadzało? Nie. Lgnęli ku sobie, nieodmiennie od momentu, w którym po raz pierwszy zetknęli się ze sobą w inny sposób niż w realiach szkolnych bądź też zawodowych. Wtedy na tym przyjęciu u Macmillanów... ...było całkiem blisko, prawda? Blisko tego, żeby zakręcili się wokół siebie na znacznie dłużej niż tylko rozmowę przy barze i jeden krótki taniec. Bliżej niż dalej tego, żeby przeciągnąć ten jeden teatralny pocałunek, zamieniając go w coś znacznie głębszego, dużo bardziej znaczącego. Całkiem blisko tego, by obrać zupełnie inną ścieżkę od tej, na którą ostatecznie trafili. Tak, było naprawdę blisko. Tyle tylko, że historia potoczyła się inaczej a on chyba tak naprawdę nigdy tego nie żałował. Całkiem świadomie twierdził, że najwidoczniej po prostu nie był to jeszcze ten moment, że perturbacje, jakie mogliby wtedy zaliczyć nie były warte spędzenia ze sobą tych kilku miesięcy więcej. Być może zbyt wiele by stracili, pomijając etap przyjaźni (o wrogości nie mówiąc, bowiem to akurat było im raczej niespecjalnie potrzebne) i od razu przechodząc do obdarzania się głębszymi uczuciami. Może było im to w pewien sposób potrzebne po to, by choćby teraz wiedzieć, że nie mogli żyć w ten sposób? Nie do tego byli stworzeni. Nie nadawali się do obejmowania tej roli w swoim wzajemnym życiu, nie mogli zadowolić się byciem kimś istotnym, ale nie najważniejszym. Oczywiście, w pewnym sensie było to niezbędne. Dzięki temu byli w stanie bardzo jasno stwierdzić, że sojusz nigdy nie mógł wypalić. Nie w ich przypadku. Być może w dalszym ciągu przez chwilę usiłowali wmawiać sobie, że będą w stanie trzymać się od siebie na dystans... W końcu i tak znaleźli się na właściwych torach. Wciąż udało im się znaleźć w tym samym czasie, w tym samym miejscu, mając wobec siebie dokładnie te same założenia i zamiary. Zatracić się w sobie nawzajem, nabierając tego podskórnego przekonania, że w istocie po prostu byli sobie pisani. Prędzej czy później musieli ponownie się do siebie zbliżyć. Objąć tę znacznie właściwszą rolę. Tym razem bezsprzecznie. Wyjaśniając to sobie dostatecznie klarownie, aby móc zatracić się w tej chwili ze świadomością, że mieli mieć ich więcej. Nie mówiąc już o braku przyszłości. Dążąc do tego, by nadeszło kolejne i kolejne jutro, później następne... ...niezliczone dni i noce. Wspólne chwile. Momenty takie jak ten, gdy wreszcie zaczynali całkowicie zapominać o czymkolwiek innym. Nie liczyło się już nic więcej. Tylko oni. Wyłącznie to, co działo się pomiędzy nimi. Chłodna pościel, dotyk ciepłych dłoni na ciele, koszula upadająca na skraj łóżka. Na podłogę, na którą chwilę wcześniej trafiła też ta jego. Z początku byli w tym wszystkim naprawdę niespieszni, ale ile można było zachowywać się w taki sposób? Może nie byli już tymi samymi ludźmi, co w tamtym momencie, w którym po raz pierwszy znaleźli się przy sobie w ten sposób, ale to nie oznaczało, że przez ten czas nabrali znacznie więcej ogłady. Nie. Usta Geraldine sunące po jego szyi, zęby zostawiające ślady na skórze, ciepły czubek języka, rozgrzany i przyspieszony oddech. Niewiele było mu trzeba, żeby całkowicie się temu poddać. Żeby zatracić się we wrażeniu, które go przy tym ogarniało. Tych wszystkich odruchach, pierwotnych instynktach nakazujących nie pozostawać tą bierną stroną - nieważne, ile satysfakcji by mu teraz nie sprawiała. Być może jeszcze tego dnia miał nadejść taki moment. Chwila, w której tak jak wtedy w ogrodzie miał po prostu czerpać z tego, co mu oferowała, ale zdecydowanie nie było to teraz. Teraz zdecydowanie mocniej złapał ją za biodra, przewracając ich oboje na bok. Przyciskając ją jedną nogą, całkiem masywnym udem do materaca, sięgając do zapięcia skórzanych spodni i tłumiąc całkiem znajome westchnienie. Standardowy problem, prawda? Może tym razem trochę go to bawiło, przypominając o dawnych czasach, ale na dłuższą metę... - Kupię ci coś nowego - wymamrotał praktycznie w jej usta, choć całkiem sprawnie rozpinając guzik, w kolejnej chwili już zdecydowanie szarpiąc się z obcisłym materiałem. - Przysięgam, kiedyś cię za to wyklnę. Złoję ci skórę - bo wychędożyć i tak zamierzał, prawda? Mógł jeszcze przy okazji złoić jej dupę za to przesadne utrudnianie im życia. Siedem lat. Siedem lat a ona nadal nic się nie nauczyła... |