Secrets of London
[08.09.1972] Sign of the times - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: [08.09.1972] Sign of the times (/showthread.php?tid=4682)



[08.09.1972] Sign of the times - Ambrosia McKinnon - 02.04.2025

Nie była właściwie pewna, dlaczego postanowiła opuścić bezpieczne wnętrze Ataraxii i znaleźć się na zewnątrz. Może była w niej jakaś niepewność i początkowa panika, która nie była w stanie w pełni uwierzyć płomieniom, które zdawały się niedbale oblizywać front jej gabinetu spirytystycznego. Kiedy zobaczyła w jakim stanie znalazł się szyld, coś w niej się złamało ze złością, popędzając ją na ulicę, w gotowości by gasić ewentualny pożar.

A na zewnątrz panował chaos. Widziała go doskonale jeszcze ze środka, ale przypominało to raczej przyglądanie się spanikowanym rybkom, które goniły się w wodzie, przemykając to w jedną, to w drugą stronę. Ludzie krzyczeli, ktoś płakał, ktoś inny zaciągał inną osobę w najbliższy zaułek, korzystając ze sposobności że nikt nie zwracał na nich uwagi. Cóż, nikt kto by się tym odpowiednio zainteresował. Na Nokturnie wystarczyło niewiele by obudzili się wszelkiej maści oportuniści, dopatrujący się w ludzkiej tragedii korzyści dla samych siebie.

Pocieszającym wydawało się, że Podziemne Ścieżki pozostawały bezpieczne - oczywiście na tyle, na ile w ogóle mogły takimi być. Ważne jednak było, że ogień zdawał się interesować tylko tym, co tkwiło na powierzchni, pozwalając podziemnym lokatorom zająć się, co było dzisiaj dla nich najważniejsze, czyli wykorzystaniem całego zamieszania by uciąć wszelkie wycieczki niechcianych osobników. Wreszcie miał nastąpić koniec ze swobodnymi spacerami Brygady Uderzeniowej czy Aurorów, bo kiedy wszyscy na Nokturnie próbowali ugasić szalejący ogień i przeżyć dławiący dym, znane do tej pory wejścia na niższy poziom zostawały zamykane. Dobrze tylko, że nie opanowali umiejętności przenoszenia całych lokali, bo kto wie kto wylądowałby w jej piwnicy zamiast Głębiny.

Rosie obejrzała się przez ramię, słysząc jakiś podejrzany wrzask zbliżający się w jej stronę. Przebijał się przez trzask pobliskich budynków ledwo bo ledwo, ale samą grupkę pędzących czarodziejów trudno było nie zauważyć, kiedy spojrzało się wreszcie w dół ulicy. McKinnon zrobiła krok, chociaż na dobrą sprawę powinna zwyczajnie wrócić do środka, tam gdzie pozostawała bezpieczna, bo kiedy tylko nieznajomi znaleźli się bliżej, czyjeś ręce uderzyły w nią, zwalając z nóg i sprawiając że uderzyła o bruk.

Jęknęła, czując jak kości pulsują bólem w zetknięciu z kamieniem. Zawsze była słabej budowy, jakby mięśnie wzbraniały się za wszelką cenę, by obudować jej sylwetkę i nadać jej trochę wytrzymałości. Zagryzła zęby, rozważając w głowie czy ten drobny akt agresji nie skończył się właśnie czymś poważniejszym z właściwą dla siebie, odrobiną dramatyzmu. Kiedy jednak przekręciła się i usiadła pokracznie na bruku, jedyne co zostało nadszarpnięte to czystość jej szaty, a na nogach rozlewały się natychmiast pokaźne siniaki.


[inny avek]https://64.media.tumblr.com/9b9d85027911415487e622e1a4b631b2/83e21ca91dacad46-34/s500x750/20ad9e3dd7038eda35be86c4047cb193af84a5c6.pnj[/inny avek]


RE: [08.09.1972] Sign of the times - Maddox Greyback - 27.04.2025

Dobrze wiedział w jakim celu wychodził tej nocy z czeluści podziemia. Podobnie jak inne monstra jego typu szukał krwi i zemsty. Krwawej zemsty. Rewanżu na wszystkich, którzy do tej pory nadepnęli na jego odcisk. Udało mu się dokonać zemsty na brygadziście za węszenie tam, gdzie nie powinien. Za to, że wciskał swój psi pysk tam, gdzie nie powinien. Psy współpracowały z glinami, ale wilków ludzie od zawsze się bali. I już Maddoxa w tym pysk, żeby pozostało tak jak najdłużej. Wilki powinni się trzymać razem, w Sforze, bo polegać mogły wyłącznie na sobie. Powinny trzymać się na uboczu z daleka od innych, z daleka od ludzi. Jedyne czego nie powinny wilki to bać się wolności.

Po nieco męczącej, ale właściwie nieco zabawnej pogawędce z platynową pchełką Malfoyów miał w planie do wyrównania jeszcze jeden rachunek. I tutaj sprawa nie była tak prosta jak przy zamordowaniu mundurowego detektywa. Miał ochotę zajrzeć do Rejwachu. Nie było go tam od ostatniej przepychanki z Aseną, a przecież odgrażał się, że jeszcze wróci. Ale tym razem nie chciał rozmawiać z nią, ale z jej szefem. I tutaj pojawiał się pewny konflikt interesów. Bo z jednej strony chciał uświadomić tego kapelusznika jak wielkim zagrożeniem jest dla niego trzymanie pod swoim dachem czegoś co nie należy do niego. Z drugiej zaś ponoć miał pomóc Faya, kiedy ta miała kłopoty po incydencie w Kniei. Pomógł jej, kiedy jej klątwa wymknęła się jej spod kontroli, czyli wtedy kiedy hybryda potrzebowała pomocy najbardziej, a kiedy prawnie nikt nigdy nie ma odwagi tego zrobić. Nie miał pojęcia, dlaczego facet to zrobił, ale skoro zadbał o jego dziewczynę, to Maddox miał w pewien sposób dług wdzięczności u niego. Nie do końca było mu to w smak, ale bezpieczeństwo Feye było ważniejsze niż porachunki na mieście. W każdym razie należał się dla szefa Rejwachu wpierdol i podziękowania. W jakiej kolejności? To zamierzał ustalić sobie już na miejscu.

Matka tylko wie, jak mogłoby się to skończyć, zwłaszcza w noc rozliczeń, kiedy hamulce puszczały niemal każdemu. Unikał głównych ulic, przemieszczał się głównie zaułkami i bocznymi alejkami, aby unikać zbiorowisk ludzi. Wrzaski nie robiły już na nim wrażenia, raczej odbierał to jako krótki sygnał, że w pobliżu coś może się dziać. Zauważył grupę przebiegających osób, być może przed czymś uciekali, a może kogoś gonili. I najpewniej miałby to gdzieś, gdyby nie fakt, że jeden z nich uderzył kobietę. Zdecydowanie miałby to w dupie, że jakaś laska teraz pada na bruk, gdyby nie to, że rozpoznał ją jako Rosie. I tutaj już nie mógł przejść obojętnie. Obcy dla obcych, ale swojski dla swoich. Momentalnie zboczył z obranego kursu i zaczął biec w kierunku napastników jego przyjaciółki.

- Mną tak szarpnij ty chuju! Zawołał groźnie już w odległości kilku metrów. Zmarszczył brwi, a usta same mu się rozchyliły ze złości. W przypływie złości już mimowolnie zaczął szczerzyć zębiska w zwierzęcym odruchu, gotowy do bójki. Popychać drobne blondynki na ulicy to mógł byle gnój bez szkoły, ale takiego rosłego gnoja bez szkoły już o wiele ciężej zepchnąć ze swojej drogi, co?



charyzma, grożę napastnikom Ruzi
[roll=Z]


RE: [08.09.1972] Sign of the times - Ambrosia McKinnon - 15.05.2026

Nic nie połamała - jak dobrze. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby musiała się w całym tym chaosie zbierać do szpitala, a coś podpowiadało jej że Mung był w tym momencie jedną z najbardziej obleganych instancji. A jeśli nie, to bardzo szybko się taką stanie, między innymi przez takie osoby jak ona, ale które miały nieco mniej szczęścia. Chwilunia spędzona na bruku dobitnie uświadamiała jej, że cały ten chaos mógł się tylko zaognić i spotęgować, w miarę jak będą upływać godziny, a ogień ciągnąć będzie ku górze i pożerać kolejne budyneczki i ulice.

Nie spodziewała się też w tym momencie jakiejkolwiek reakcji ze strony otoczenia. Mężczyzna który ją popchnął, gotowy był zignorować ją całkowicie, a ona, zmieliwszy pod nosem parę brzydkich przekleństw, nie miała zamiaru dalej go prowokować. No bo co mogła zrobić? Zamachnąć się na niego kostką brukową albo obcasem? Ale mimo tej rezygnacji, świat nie pozostał aż taki obojętny na jej niedolę. Ktoś widział i zareagował, a kiedy przyjrzała mu się uważniej z pewnym zaskoczeniem zauważyła, że znała tego kogoś. Wilczek stał przed nią i szczerzył zęby, a ona pomyślała że chyba był ostatnią osobą, której się tutaj spodziewała.

- Maddox? - wydusiła z siebie zdziwiona, zbierając się z ziemi pośpiesznie. Otrzepała pobieżnie szatę, ale i tak dało się na niej dalej zauważyć popielne smugi. - Daj spokój, nie ma sensu... - wyciągnęła do niego rękę, chcąc delikatnie ująć go za łokieć i odciągnąć, bo faktycznie to nie miało sensu. Teraz były inne zmartwienia jak zwyczajnie lać się z przypadkowymi facetami po mordach, ale najwyraźniej jej oprawca miał inne zdanie. Słysząc groźnie wypowiedziane słowa zatrzymał się i odwrócił, taksując Greybacka wkurwionym spojrzeniem. Techniki zastraszania chyba niekoniecznie zadziałały, bo zaraz zbliżył się na nowo o parę kroków. - Do mnie mówisz, gnoju? Mam cię przestawić tak samo jak te cizię?




RE: [08.09.1972] Sign of the times - Maddox Greyback - 22.07.2026

Maddox nie był żadnym bohaterem. Nigdy nie próbował nim być i z pewnością nie zamierzał zaczynać właśnie tej nocy. Gardził stróżami prawa i każdym innymi strażnikami moralności. Śmieszyli go ludzie, którzy z błyszczącą odznaką albo zadartym podbródkiem rościli sobie prawo do decydowania, co jest słuszne, a co nie. Sam był ostatnim człowiekiem, który mógł komukolwiek prawić kazania. Miał ręce ubrudzone krwią bardziej niż większość tych, których mijał uliczkami tej nocy. Mimo to istniała jedna rzecz, która budziła w nim wyjątkową odrazę. Agresja w kierunku bezbronnych. Nie widział w niej siły ani odwagi. Była zwyczajnym tchórzostwem, próbą dowartościowania się kosztem kogoś, kto nie miał realnej możliwości się odgryźć. Takimi ludźmi gardził nawet bardziej, jak tymi, którzy mówili mu jak ma żyć. Nie oznaczało to jednak, że zamierzał naprawiać świat. To nie byłą pierwsza taka sytuacja, której był światkiem tej popieprzonej nocy. Widział podobnych scen więcej, niż chciałby zapamiętać. Ludzie bili się, rabowali, wyciągali rannych z płonących budynków tylko po to, by chwilę później ograbić ich kieszenie. Zostawiali ciała na bruku i szli dalej, jakby śmierć stała się tylko kolejnym śmieciem na ulicy. Maddox mijał to wszystko obojętnie.  Nie był od ratowania świata, a świat od dawna radził sobie bez niego. Tym razem było jednak inaczej. Chociaż to nie pierwsza kobieta, która popchnięta upadła na ulicę, widok ten poruszył nim jakby widział to po raz pierwszy. Obcych mógł minąć bez mrugnięcia okiem. Swoich nie potrafił zostawić samym sobie. Blond medium nie była już na tyle obca, by potrafił zagłuszyć sumienie i wmówić sobie, że to nie jego sprawa.

Poczuł jak jej dłoń zaciska się delikatnie na jego łokciu. Dopiero wtedy odwrócił ku niej głowę. Spojrzał krótko, ale wystarczająco długo, by w jego oczach mogła dostrzec, że decyzja już zapadła. - Zostaw to mi. Powiedział cicho. Następnie wysunął ramię z jej uścisku. Nie szarpnął jej ani nie odepchnął. Delikatnym ruchem strącił jej dłoń ze swojego łokcia, dając do zrozumienia, żeby zrobiła mu miejsce. Nie zamierzał odpuścić. Pokojowe mediacje z użyciem wyłącznie słów nie przyniosły skutku, bo napastnik nie wykorzystał szansy i nie odszedł dobrowolnie.. Maddox dał mu szansę.  Tamten postanowił jednak wrócić i jeszcze otworzyć gębę. - Teraz ty będziesz moją cizią. Warknął przez zaciśnięte zęby i nie czekał na odpowiedź. Wybijając pięść krótkim, dynamicznym ciosem od dołu, tak aby pięść z impetem wbiła się w szczękę napastnika.


pacyfikacja chuja
[roll=PO]


RE: [08.09.1972] Sign of the times - Ambrosia McKinnon - 14.09.2026

Spalona Noc budziła w wielu ludziach wszystko to, co najgorsze. Zupełnie jakby ktoś nagle ogłosił noc oczyszczenia, która pozwalała na dokonywanie najgorszych okropności tylko po to, by następnego dnia o wszystkim zapomnieć. Ona uważała, że nie musiała się tym martwić. Mogła stać na piętrze swojej kamienicy i patrzeć na wszystko z bezpiecznej odległości. Oto bowiem tej nocy, była jedną z wybranych i jej włości miały pozostać bezpieczne. Nieco było jej żal wszystkich, którzy biegali na zewnątrz, w panice szukając schronienia, ale pomoc im oznaczała narażenie samej siebie, a Ambrosia na tę noc miała inne plany.

Powinni więc zostawić obrzydliwych typów w spokoju. Nic jej nie było, prawda? Nic a nic, tylko ją przewrócili, nieco się obiła, ale oprócz tego mogła wstać i iść dalej. Najlepiej do Ataraxii. Jej dłoń została jednak odrzucona. Miękkim gestem odsunięta i najgorsze chyba było to, że blondyna rozumiała ten gest. Nie pozostawało więc nic innego, jak zrobić krok w tył. Stworzyć mu przestrzeń, której teraz potrzebował, żeby ustawić łebka do pionu

Historia była krótka – pacyfikacja chuja nie przebiegła tak, jak sobie to obydwoje wymarzyli. Agresja Maddoxa nie była niczym preferowanym przez McKinnon, ale była gotowa kibicować mu z całego serca. Zamiast tego uniosła nerwowo ręce ku górze, widząc jak cios nie trafia zupełnie w typka, a może i nie wywiera na nim odpowiedniego wrażenia, ciężko było powiedzieć przez atmosferyczne cienie, które otaczały Nokturn. Trafienie czy unik, na to nie mogła się godzić, bo oczyma wyobraźni widziała, jak zamiast uciekać przed ogniem, ci dwoje bije się do ostatniej krwi. Złapała więc za brukową kostkę, którą często w cieplejsze dni blokowała drzwi lokalu, by zaprosić klientów do wejścia, kiedy akurat była w domu, a potem zamachnęła się by typowy przyłożyć w głowę. Nie sądziła że ze swoją posturą i siłą zrobi na nim przesadne wrażenie, ale może chociaż rozproszy.


// cegłą w typa, af ◉○○○○ i niedowaga
[roll=O]