![]() |
|
[15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków (/showthread.php?tid=4996) |
[15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Hannibal Selwyn - 22.07.2025 15.09.1972, popołudnie
The Globe - SELWYYYN! - Robert Kendrick urwał, kiedy dwie głowy w dwóch różnych punktach sceny odwróciły się w jego stronę - to znaczy, Hannibal Selwyn! Czy my gramy pornola!? Co ja ci mówiłem o tej scenie, to ma być transcendentna, religijna ekstaza, a nie scena z klubu BDSM! Aktor na scenie z frustracją machnął trzymanym w dłoni biczem. - To co, mam w milczeniu cierpieć? Przecież nikt w to nie uwierzy! - Masz cierpieć w ogóle! A nie udawać orgazm! - A widziałeś kiedyś, jakie miny mają biczownicy na obrazach?! Ból i rozkosz! Widzowie potrzebują silnych, pierwotnych emocji, katharsis, nie religii! - Czy ojciec przesunął cię na moje stanowisko i zapomniał mi o tym powiedzieć? - wysyczał starszy czarodziej, ściskając w dłoni scenariusz. - Nie mieszaj do tego mojego ojca! - Hannibal krzyknął, tracąc panowanie nad sobą - Mówiłeś, że ma być z uczuciem, to gram z uczuciem! Wydaje ci się, że jesteś jedynym…- reszta jego słów utonęła w narastającej fali muzyki, głośniejszej i głośniejszej, aż żaden z mężczyzn nie był w stanie jej przekrzyczeć. Obaj odwrócili głowy w poszukiwaniu jej źródła. Lauretta stała na pustym fragmencie sceny, różdżką kontrolując nawałę dźwięków, jak rozgniewana bogini. Zyskawszy ich uwagę, opuściła różdżkę. Muzyka ucichła. - Własnych myśli nie słyszę przez wasze wrzaski! Jak mam ćwiczyć w takich warunkach? - może nie podnosiła głosu aż tak, jak Hannibal i Robert przed chwilą, ale jej słowa ociekały wściekością. - To nie musisz ćwiczyć akurat wtedy, kiedy ja! - MUSZĘ! Nie będą się wszyscy chować po kątach, bo wielki pan gwiazdor łaskawie postanowił pracować! - My z Hannibalem wcześniej zarezerwowaliśmy tę salę! - Łaskawie?! Tłukę tę jebaną sztukę nie mniej, niż ty! - Na razie raczej jakieś miernej jakości porno widziałam! - MIERNEJ JAKOŚCI!? - Widzisz, nawet Lauretta uważa, że przesadzasz z tymi jękami! - SKOŃCZYłem! - wrzasnął Hannibal, czego efekt nieco zepsuło załamanie głosu wpół słowa - wciąż jeszcze pokłosie Spalonej Nocy. Cisnął biczem o ziemię i ruszył do wyjścia. - Ciekaw jestem, skąd tak dobrze wiesz, jakie to sceny rozgrywają się w klubach BDSM!- syknął jeszcze, mijając reżysera, nie mniej jadowicie, niż wcześniej Lauretta. Tancerka z godnością podjęła ćwiczenie swojej partii solowej. Kendrick poczerwieniał nieco i odwrócił się w stronę baletowego dublera Merlina i dwójki aktorów drugoplanowych, próbujących podczas całej awantury zapaść się pod scenę. - Wy tam! Na scenę! Hannibal prychnął i z bardzo obrażoną miną przemaszerował przez widownię. Zwykle dogadywał się z reżyserem "Ekstazy Merlina" bez większych problemów, ale kwestia sceny chłosty budziła emocje, bo ich wizje kreatywne rozjeżdżały się i na dwa tygodnie przed premierą wciąż nie udało się przekonać Kendricka do lepszego pomysłu Hannibala. W dodatku, bezczelnie i niesprawiedliwie wypomniał mu pozycję jego ojca! Ehh, a może po prostu było piątkowe popołudnie i wszyscy byli już zmęczeni? Malfoy podobno doprowadził Tonks do płaczu przy próbie tej mugolskiej baśni o krasnoludkach, a pół teatru słyszało, jak pani Lisa z portierni ochrzania Salvatore, bo wlazł na świeżo umytą podłogę lobby. Selwyn pchnął dwuskrzydłowe drzwi Sali Wawrzynowej - otworzyły się z satysfakcjonującym dramatycznym rozmachem i niemal staranowały osobę za nimi. RE: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Mathilda Quirrell - 26.07.2025 Poranek spędziła intensywnie, ale poranki takie już były i popołudnia i wieczory w swej złośliwości również. Zawsze było coś do poprawienia, nawet jeśli ocierało się o perfekcje, gdy z gładkością przechodziła przez każdy krok, każdy obrót - to w jej głowie kotłowała się myśl, ta iskrząca, może ciut irytująca, a może motywująca - zawsze mogło być lepiej, bardziej idealnie, nawet jeśli świat pokręciłby głową i westchnął nad jej determinacją. -Jutro postaramy się bardziej - rzuciła z sennym uśmiechem do Artemisa, patrząc czule na węża, który zalegał na jednym z krzeseł, zakopany w jej rozciągniętą dresową bluzę , czasem tylko zerkając w kierunku właścicielki. Od spalonej nocy Mathilda nie sypiała najlepiej. W zasadzie to nigdy nie sypiała dobrze, ale po spalonej nocy jej mieszkanie stało się nieznośne, doprowadzało ją do łez i skrajnego zmęczenia. Nic dziwnego, że już po pierwszej nocy, która była mordęgą, zaprosiła do siebie Mone, a kolejnej nocy spała u niej, nie chcąc pozostać sama w ów mieszkaniu. Towarzystwo przyjaciółki było jak chłodny, kojący kompres, a słowa nie były w stanie wyrazić wdzięczności - chociaż wiedziała, że nie może nadużywać gościnności dziewczyny, mimo że wizja powrotu do domu samej w jakiś sposób ją paraliżowała. Ubrana w zbyt luźny, nieco rozciągnięty dres - którego bluza odkrywała jedno z ramion- w kolorze przygaszonego błękitu, szła jednym z korytarzy, bujając w obłokach jak to miała w zwyczaju. Tłumaczyła Artemisowi, co mogłaby poprawić w choreografii. A wąż, schowany pod jej bluzą tudzież koszulką, słuchał - albo nie, niemniej jednak dziewczyna mówiła tak, jakby ten spijał każde jej słowo. Wyglądało to tak jakby rozmawiała z samą sobą, ale ten kto widywał dziewczynę na co dzień zdążył się przyzwyczaić do tego, że tancerka miała swoje dziwactwa. Również Ci co nie widywali jej jedynie na scenie czy wydarzeniach nie byli zdziwieni, że jej strój mógłby pozostawiać wiele do życzenia. Tuż przy sali usłyszała krzyki, co prawda nie była w stanie stwierdzić czego dotyczyła kłótnia, ale miała wrażenie, że ich głosy niosą się przez całą aleje horyzontalną, zatrzymując się dopiero na pokątnej. -Myślisz, że to... - urwała, chcąc sięgnąć do klamki. Ostatnie co zarejestrowało jej spojrzenie to ruch klamki, do której sięgała. Drzwi otworzyły się z impetem, z głuchym hukiem tratując dziewczynę, która przyciągnęła ręce ku klatce piersiowej chcąc ochronić Artemisa. Straciła równowagę i runęła na podłogę, lądując ciężko na tyłku. Z jej ust wyrwał się stłumiony jęk - a rozcięta warga, którą przypadkiem przegryzła podczas zderzenia zaczęła krwawić cienką stróżką, niczym pęknięta wiśnia - stróżka krwi spłynęła po jej brodzie, niczym bezgłośna skarga. Powoli uniosła głowę. Jej spojrzenie było mętne, zaszklone, nieco rozmazane od bólu i zaskoczenia. Patrzyła na Hannibala z czymś co trudno było zignorować - mieszanką żalu, niezrozumienia i bezradności. Niczym szczenię, które nie wie co zrobiło źle, a na które ktoś podniósł rękę, uderzył, aby wyrzucić frustrację. Spojrzenie zadrżało, jak i usta, jakoby dziewczyna przez chwilę walczyła z płaczem. Uniosła dłoń, przysuwając do ust jakoby chciała je zakryć, czując jak pieką, czując smugę krwi, która zaczęła beznamiętnie skapywać na bluzę, pozostawiając po sobie ciemne plamki. RE: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Hannibal Selwyn - 26.07.2025 Cały gniew wyparował z Hannibala na widok poturbowanej tancerki, patrzącej na niego z wyrzutem z podłogi. Padł na kolana tuż przy niej, pozwalając, by drzwi Sali Wawrzynowej zamknęły się, odcinając ich od spojrzeń osób w środku. Tego mu jeszcze było trzeba, plotek o tym, jak wybił zęby koleżance w napadzie złości. - Na Merlina, przepraszam! Nic ci nie… Ty krwawisz! O Matko, przepraszam, nie widziałem, że tam jesteś, przepraszam! - wyrzucił z siebie jednym tchem, obmacując gorączkowo kieszenie w poszukiwaniu chusteczki. Nie znalazł jej, ale za to wydobył różdżkę i wyczarował białą chusteczkę i kawałek lodu. Owinął go w materiał i delikatnie przyłożył do rozciętej wargi tancerki. Tancerze mogli być przyzwyczajeni do upadków wszelakiego rodzaju, ale raczej rzadko kiedy obrywali prosto w twarz drzwiami. Selwyn czuł się okropnie, zwłaszcza, że twarz Mathildy była śliczna. - Potrzebujesz uzdrowiciela? Mam cię zabrać do szpitala? - wcale nie miał ochoty na rozpoczęcie weekendu wizytą w św. Mungu, ale nie mógł jej przecież tak zostawić. Sięgnął do jej policzka, chcąc… co właściwie zrobić? Sprawdzić, czy nie złamał jej nosa? Pamiętał, jak wyglądał po Spalonej Nocy Baldwin, nos Mathildy był w zdecydowanie lepszym stanie. Upewnić się, że naprawdę nie uszkodził jej zębów? Na myśl o tym zrobiło mu się trochę słabo. Nie miał pojęcia, co jeszcze mógłby zrobić. Ostatecznie dłoń opadła na ramię, oferując jedynie pocieszające głaskanie. - Przytrzymaj to przez chwilę, pomogę ci wstać - objął dziewczynę i podniósł się razem z nią. Na bluzę oprócz krwi zaczęła kapać również woda z rozpuszczającego się lodu i ogólnie Mathilda wyglądała żałośnie. Hannibal bezradnie rozejrzał się dookoła. - Nie płacz, proszę. Bardzo boli? Naprawdę nie chciałem! Uświadomił sobie, że tancerka właściwie nigdzie nie ruszała się bez swojego… pupila. Odsunął się od niej trochę i obrzucił ją wzrokiem z mieszanką troski i podejrzliwości. Tego jeszcze brakowało, żeby ten jej pyton, czy co to było, uznał go za zagrożenie. Hannibal nie miał pojęcia, czy węże mają w zwyczaju bronić swoich właścicieli, ani czy ten, który należy do Quirrell jest jadowity. On miał jakoś na imię… Atreus? Astarion? - Twój, uhh… wąż? Masz go ze sobą? Wszystko z nim w porządku?... - gada nie było nigdzie widać, ale równie dobrze mógł ukrywać się pod tą oversize’ową bluzą. Ciekawe, co powiedzą w Mungu, jak wpakujemy się tam z wężem… - pomyślał o paparazzich próbujących w jednym chwytliwym tytule upchnąć zakrwawioną Mathildę, to, że przybyła do lecznicy w towarzystwie dziedzica Selwynów i to, że spod jej ubrania wypełzł wielki, kolczasty wąż. O plotkarzach, którzy będą próbowali o tym opowiedzieć i spotkają się z niedowierzaniem, prawda tak absurdalna, że zakrawająca na wytwór fantazji. Kącik ust Hannibala drgnął. To mogło być warte wycieczki do szpitala. RE: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Mathilda Quirrell - 27.07.2025 Trwała na twardej posadzce, skupiona na bólu, na metalicznym smaku krwi, który rozlał się po jej kubkach smakowych, gdy przesunęła językiem po spękanej wardze. Drgnęła gwałtownie słysząc głos Hannibala, w którego wciąż wbijała spojrzenie, mimo ze te było obecne jedynie fizycznie - dopiero jego podniesiony głos wyrażający skruchę i delikatną panikę nad jej losem, sprowadził ją na powrót do świata realnego. -Han... - urwała jedynie cicho, gdy chłopak ponownie zalał ją potokiem słów. Grzecznie przyłożyła wyczarowaną chusteczkę z lodem do ust. - Ha... um! - zdziwione, zduszone miauknięcie wypadło z jej ust, gdy ten poderwał ją z ziemi, a ta zdążyła jedynie wolną dłonią się go chwycić, nim ponownie stanęła na własnych nogach. Musiała na moment przystanąć w myślach, zadarła na niego spojrzenie -Wszystko dobrze - rzuciła sennym głosem, podkreślając swoje słowa wyjątkowo nieprzemyślanym ciepłym w swej odsłonie uśmiechem, tym samym zamykając ślepia - a nagromadzone do tej pory łzy spłynęły po jej policzkach. Poczuła, że przez ułożenie ust te zapiekły bardziej, ale zignorowała to, przyciskając mocniej do pękniętej wargi chusteczkę z lodem. No już, Tylka, to tylko ból, nic się nie dzieje. Przecież to nic nowego. Obserwowała chłopaka iście wzruszona jego troskliwą postawą, nawet jeśli ta była czymś motywowana. Szczególnie teraz, gdy sytuacja zdawała się dziwnie napięta i miała wrażenie, że to będzie tylko się nawarstwiać. Ale pod względem czystości krwi Hannibal zawsze był miły, nawet jeśli to określenie wydaje się nie na miejscu. On po prostu zdawał się nikogo nie oceniać przez pryzmat czystości krwi, mimo że sam był czystej krwi. I chociaż miał tysiąc argumentów aby w dyskusji postawić się nad innymi, to jego argumentem nigdy nie była krew. -Artemis? - powtórzyła, a wąż jak zaklęty wyściubił swój kolczasty wielobarwny łepek z jej kołnierza, kierując gadzie spojrzenie wprost na Hannibala. Zerknęła w dół, jakoby chciała dobyć go spojrzeniem, a ten zwrócił się w jej kierunku zaczynając sunąć przez obojczyk dziewczyny wprost do jej szyi, oplatając się dookoła niej niczym naszyjnik. Cóż, nie był tak duży jak go zapamiętał chłopak, a na pewno nie tak masywny. W długości mierzył z 75 centymetrów, a z postury był raczej drobny. -Wszystko git? - zapytała, gładząc palcem wskazującym dolną szczękę węża, aby chwilę później wrócić spojrzeniem w kierunku chłopaka - Wszystko z nami w porządku - zapewniła -Ja też przepraszam, mogłam być bardziej ostrożna - stwierdziła z rozbawieniem, zaraz zerknęła w kierunku zamkniętych drzwi -Ciężka próba, huh? - przechyliła łepek w bok, a błękitne tęczówki na powrót zalały twarz rozmówcy-Przed Ekstazą widzę, że wszyscy są wyjątkowo nakręceni, nic dziwnego - z wolna skinęła głową - główna rola, huh? Na pewno wypadniesz zjawiskowo - w jej słowach na próżno było szukać złośliwości, gdyż tej Hannibal zwyczajnie by nie znalazł. Była szczera, nie raz widziała chłopaka na scenie, nie raz przy rozgrzewce czy przechodząc przez sale widziała próby, nie raz słyszała jak powtarza tekst w garderobie czy podczas makijażu. I chociaż dla niektórych mogło wydawać się to irytujące, szczególnie dla makijażystki która starała się w tym samym czasie go ucharakteryzować, to bardzo przyjemnie się na to patrzyło. RE: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Hannibal Selwyn - 27.07.2025 Krew była krwią, a ta, która teraz spływała z rozciętej wargi Mathildy była tak samo czerwona, jak ta, którą miał na rękach tamten człowiek w atrium Ministerstwa, dziewiątego września. Jak ta, która trysnęła z nogi ofiary wypadku w Spaloną Noc, a potem z różdżki Hannibala w wyniku nieudanego zaklęcia. Jak ta, która musiała kapać z rozbitego nosa Baldwina. Jak ta, którą pił z jego żył przypadkowo poznany wampir pod koniec lata. Nikt nie pytał, czy krew, którą roni bicz wykorzystywany do “Ekstazy Merlina” jest czysta, ważne było, że jest syntetyczna. Hej, może powinni dodać na plakatach drobnym druczkiem: “Żaden mugol nie ucierpiał podczas przygotowań do tego przedstawienia"?... Hannibal nie lubił widoku krwi, a miał wrażenie, że w tym miesiącu naoglądał się jej więcej, niż przez całą resztę roku. Miał również serdecznie dość dyskusji o krwi, tym bardziej, że musiał hamować się z wyrażaniem swoich poglądów. To szkodziło na wizerunek i było zwyczajnie niebezpieczne, teraz, kiedy nastroje były tak burzliwe. Konstatacja przykra, gorzka, ale pragmatyczna. Selwyn nie chciał stać się jednym z celów następnego pogromu, ani zostać pobitym w ciemnym zaułku. Co mógł zrobić, to nie wartościować ludzi ze względu na rzeczy, które od nich nie zależały, nawet, jeżeli tylko we własnym sercu. No bo weźmy na przykład taką Mathildę Quirrell - czarownica z nazwiskiem kojarzonym z półkrwi hodowcami węży. Widział pracę, którą wkładała w swoje treningi, wiedział, że wymykała się spod kurateli nieprzychylnych jej marzeniom rodziców, by pobierać nauki w teatrze, by podglądać artystów i ćwiczyć. Gdy wyjeżdżał do Paryża, była świeżo upieczoną absolwentką Hogwartu, stojącą u bram The Globe i z wielkimi, lśniącymi oczami proszącą, by przyjęli ją do zespołu. Wrócił i znalazł pewną siebie, wschodzącą gwiazdę estrady. Wykorzystała swoją naturalną więź z wężami, ale co ważniejsze, wykorzystała też czas. Poświęcenia, talent i wysiłek, które dla kogoś mogłyby nie mieć żadnego znaczenia w świetle pochodzenia dziewczyny, ale które dla niej stanowiły wszystko. Zabrał rękę z ramion Mathildy, gdy Artemis wychynął zza jej dekoltu. Mógł podziwiać grację tancerki, ale nie przypuszczał, by kiedykolwiek miał poczuć się swobodnie w bliskim sąsiedztwie jej zwierzaka. - To… dobrze. Nie chciałbym uszkodzić ani ciebie, ani jego. Podążył wzrokiem w kierunku drzwi do sali teatralnej. - Wszyscy są już zmęczeni. Kendrickowi nie podoba się moja interpretacja samobiczowania Merlina. Lauretta ma taki dupościsk, jakby cała jej kariera miała zależeć od tej jednej roli. Ja… jestem przekonany, że ta scena może tylko zyskać na tym, że pójdę na żywioł, widownia kocha destrukcję i kocha widzieć swoich idoli sponiewieranych, pewnie jest na to jakieś mądre psychologiczne wytłumaczenie - wzruszył lekko ramionami. Lubił grać intensywne, naładowane emocjami sceny, wyrzucać na zewnątrz wszystko, wszystko, pod bezpiecznym płaszczykiem iluzji, że to tylko gra. Czasami naprawdę była to tylko gra. Czasami były to prawdziwe uczucia - o mocy i gwałtowności właściwej dwudziestoletniemu, wrażliwemu człowiekowi. Hannibal dużo mówił o instynktownym tańcu i grze, ale prawda była taka, że nie był wolny od przedpremierowej adrenaliny. Ćwiczył zapamiętale, rolę powtarzał niemal przez sen, pozbawiony wsparcia choroby Milforda, która w tym jednym momencie, podczas przygotowań do roli okazywała się błogosławieństwem. Trenował po kilka godzin, znosząc krytyczne uwagi instruktorów i pokrzykiwania Lauretty. Cyzelował gesty i ruchy, jak artysta dzieło sztuki. Teatralne westchnienia pod prysznicem. Dramatyczna poza w garderobie. Monolog ze sceny trzeciej aktu pierwszego w kuchni. - Chciałaś tam wejść? Nie radzę, pozwólmy im ochłonąć. Jak twoje próby? Nie widziałem, żebyś ćwiczyła razem z Laurettą… RE: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Mona Rowle - 27.07.2025 Śladem za cudzym snem, dopiero z czasem Mona zaczęła nieśmiało bywać w The Globe. W gruncie rzeczy przez lata myślała, że to rezerwat w Walii był jedynym miejscem, które ją ukształtowało. Pewnego dnia, gdy siedziała natomiast na publiczności, obserwując sztukę na starych deskach teatru, uderzyła ją nostalgia. Teatr także ją pamiętał i nosił ją gdzieś w sobie — tak jak nosił jej matkę. Elizabeth z domu Selwyn odeszła z The Globe, zostawiła za sobą kurz i reflektory. Zaszyła się w zieleni ze swoim mężem tylko po to, aby na końcu stracić życie przez stworzenie, które jej jedyna córka tak sobie ukochała. Niektórzy artyści dostrzegliby w tym pewne piękno. Szkoda tylko, że Mona nie wierzyła w piękno śmierci, bo góry rzadko oddawały to, co zabierały, a smoki nie znały litości. Obecność przyjaciół i rodziny natomiast pomagała jej oddzielić dziwnie nienazwany żal od tego, że za każdym razem czuła się jak intruz, kiedy przekraczała próg budynku. Rudowłosa kobieta weszła tylnym wejściem, które było tym samym, pokazanym jej przez Alice Bletchley. Tym razem musiała oddać kobiecie najnowszy tom Kronik, które od niej pożyczyła, a chcąc być dobrą koleżanką, postanowiła to zrobić w wolnej chwili. — Mathilda? Hannibal? — rzuciła, wychylając się zza zakrętu wąskiego korytarza, gdzie usłyszała znajome głosy. — Dobrze was widzieć. Widzieliście może gdzieś Alice? Rowle zmarszczyła brwi. Coś było nie tak. — Na bogów, czy ty krwawisz?! Co się stało? — głos Mony przeszedł ze zdumienia w ostre napięcie. W jednej chwili pokonała dzielącą ich odległość. Zmartwiona ujęła twarz koleżanki, a następnie posłała Hannibalowi zszokowane spojrzenie. — Han, co żeś zrobił! Mówiłam ci, że nie każdy jest taki skory do bycia biczowanym! Nigdy mnie nie przekonywał ten koncept przemocy symbolicznej… RE: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Mathilda Quirrell - 27.07.2025 Uśmiechnęła się, ale tym razem delikatnie. Tak aby i jej oczy nabrały radośniejszego wyrazu, a jednocześnie by nie pogorszyć swojego stanu. Hannibal zdawał się uroczo troskliwy i niesamowicie wyrozumiały w tym momencie. Nie tylko wobec niej i Artemisa, ale wobec, zdawało by się, całego świata. -Dożyjemy, przeżyjemy, a potem będziemy się stresować do kolejnego razu - stwierdziła z niejakim rozbawieniem. Bo tak to wyglądało, zamknięte koło od występu do występu. Niekiedy pojawiały się chwilę zwątpienia, ciężar marzeń nasilał się szturchany przez lęki i obawy. A potem znikał, rozpływał się jakby nigdy nie istniał w chwili w której następował wyrzut adrenaliny podczas wejścia na scenę. Wtedy każdy taki przypominał sobie, że warto. Zerknęła w kierunku drzwi, chwilę później zaś na chłopaka -Rozumiem... - umilkła na moment - z Lorettą? Obawiam się, że mitrydatyzm nie zadziała w tym przypadku, a jeśli zadziała to zaprowadzi nas tam gdzie zaprowadził Pontu - zachichotała - także, gdy mam wybór jej nie widzieć to... - urwała, słysząc głos Mony. Jednak nim zdążyłaby jakkolwiek zareagować Mona już była tuż przy nich, chwytając twarz Mathildy, rzucając oskarżenia w kierunku Hannibala. -Mo.. - mruknęła, wchodząc jej w słowo. A raczej starając się przebić, bo właśnie wspominała coś o... biczowaniu? A to ponoć Quirrell była dziwna. -Mona... - dodała już głośniej, acz spokojniej, głosem przepełnionym słodyczą - Wszystko w porządku - zapewniła, a zaraz musnęła wargami czubek nosa przyjaciółki, zostawiając na nim krwawą smugę -Zrobiło mi się ciut słabo i się wywróciłam i ups... przegryzłam przypadkiem wargę przy upadku. Hannibal to zobaczył i rzucił mi się na pomoc, to wszystko - wyjaśniła, trzymając dalej małego agresora za łapeczki, na wypadek gdyby te nie uwierzyły. Podczas opowiadania Mathildzie nawet głos nie zadrżał. Brzmiała jakby mówiła prawdę i to tak wiarygodnie, że gdyby Hannibal nie był świadomy tego, że uderzył ją drzwiami chwilę wcześniej, to pewnie sam by w to uwierzył. Dla Mathildy zaś kłamanie było nieodłączną częścią życia. I to nie był jej wybór, a wybór jej rodziców. Musiała płakać, gdy było trzeba i uśmiechać się tak czysto i szczerze, mimo że jej serce rozdzierane było na strzępy. Jej dusza, którą Ci dawno temu rzucili na pożarcie sępom. Gdy niosła ostatni posiłek dla tych, których rodzice nazywali niewygodnymi. Uśmiechając się przy tym niczym najradośniejsze dziecko na świecie, obserwując jak Ci niewygodni odwzajemniają uśmiech i dziękują, gładzą ją po włosach - zupełnie nieświadomi niedalekiej przyszłości. Ona zaś była, nawet jeśli przez długi czas nie rozumiała - Widziała co się z nimi działo i bardzo nie chciała wracać, nie chciała nieść kolejnego ciasta w obłudnej trosce, patrząc jak powolutku ulatuje z nich życie. Nie zapomni ich twarzy, ich imion, ich gasnącego spojrzenia. A Milford nie pozwoli jej zapomnieć. I chociaż była to przeszłość to ten nawyk pozostał, służył jej niczym tarcza - aby łagodzić sytuację, aby uniknąć niektórych konfrontacji, aby było dobrze. -A Alice... - Rozejrzała się powoli - Nie widziałam jej, chyba jej nie ma... - zatrzymała pytający wzrok na Hannibalu. //Przewaga - Kłamstwo RE: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Hannibal Selwyn - 27.07.2025 Zachichotał na słowa o Lauretcie. Była jego kuzynką, była doskonałą baletnicą i obiektywnie rzecz biorąc, nie można było odmówić jej urody (czego nie zamierzał absolutnie przyznawać w rozmowie z inną kobietą, nie był aż taki głupi). Szczupła jak trzcina, pełna gracji, silna jak witki wierzby bijącej… I podobnie bolesna przy bliższym poznaniu. - Taaak, Lauretta, przy całym swoim talencie, ma trudny charakter. Nie mogę doczekać się tańca z nią, ale ten cięty język… - pokręcił głową z porozumiewawczym uśmiechem - Hej, może chciałabyś… - nie dokończył, bo w tym momencie zostali zauważeni - a on właściwie wręcz zaatakowany przez najbardziej rudą i najmniej selwynową z kuzynostwa Selwynów. Nie spodziewał się tutaj Mony, a już w ogóle nie spodziewał się bycia posądzonym o stosowanie przemocy wobec kobiet. On?! Bez... wcześniejszej zgody?! Zatchnął się scenicznie, głośno, i, z oburzenia zapominając na sekundę o obecności węża, przysunął się z powrotem do Mathildy, bliski otoczenia jej ramieniem, powstrzymany jedynie przez bliskość Artemisa. Spojrzał na kuzynkę - na tancerkę - z powrotem na kuzynkę - z wyrazem skrzywdzonej niewinności, doskonale powielając wcześniejszą minkę kopniętego szczeniaczka, którą poczęstowała go Mathilda - oczy okrągłe jak dwa galeony, usta rozchylone w niemym przerażeniu, oszczędził im jedynie drżącego podbródka i łez, ale pewnie i to dałby radę z siebie wycisnąć. - Och, Mona… Nie rozumiem, jak możesz posądzać mnie… o… o… - zaciął się, jakby nawet nie chciało mu to przejść przez gardło - Mathilda, przecież ja… - zwrócił na nią bezradny wzrok, ale tancerka ubiegła go - pełna czułości i tak słodka, jakby stowarzyszenie czarodziejskich dentystów płaciło jej pod stołem procent od założonych plomb. ”Zrobiło mi się ciut słabo…” - że… co? Technicznie może i była to prawda, ale wykręcona i przycięta tak, że trzeba było mocno zmrużyć jedno oko, a potem jeszcze drugie, żeby ją rozpoznać. Quirrell nawet nie mrugnęła. Czemu ta mała nie została aktorką? Nieważne, jeżeli miało go to uratować przed niezasłużoną awanturą starszej kuzynki, był gotów zagrać w tym przedstawieniu. Jego dłoń jednak opadła na ramię dziewczyny i ścisnęła je lekko z wdzięcznością. Uśmiechnął się do niej z ulgą. - Nigdy nie uderzyłbym kobiety, no chyba, że w plecy, jakby się krztusiła! - i wtedy dotarło do niego coś jeszcze. “Mo”? Buziak w nos? - Chwileczkę, wy się znacie? RE: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Mona Rowle - 29.07.2025 — Nie okłamalibyście mnie, prawda? — wydęła usta. Prawda była tylko jednym z możliwych wariantów przedstawienia, a Tylka zaprawiła słowa w miód słodyczy. Ton głosu nie zadrżał nawet przez chwilę, więc Mona nie miała powodu, aby sądzić inaczej. Dlatego też twarz rudowłosej rozjaśniła się uśmiechem, gdy dziewczyna cmoknęła ją w nos, mimo że nie zauważyła pozostawionej czerwieni na własnej skórze. Po chwili lewa ręka kobiety jeszcze raz twarz czule ujęły twarz Mathildy. Przesunęła ją delikatnie w prawo i w lewo — oceniała prawdziwość opowieści, którą właśnie usłyszała. Jak tancerka mogła się wywrócić? Jeszcze niech jej powiedzieliby, że na płaskiej powierzchni!? — Ugryzłaś się? A co ty wąż… Wiesz co, nieważne — odpowiedziała. Opuściła dłoń i cofnęła się do tytułu, kierując spojrzenie na kuzyna. W jego teatralnej sylwetce oraz we wszystkich przerysowanych gestach, zawadiackich uśmiechach mieszkało serce tak czułe, że aż wydawało się nieprzystojne w świecie pełnym rozpaczy, więc tak, Han chyba naprawdę szybciej podniósłby rannego wroga i zaniósłby go do Munga niż wpakowałby komuś… — Nie miałam na myśli tego żeś ja uderzył, tylko… Przepraszam, ale myślałam, że ktoś ją znokautował! Na pytanie o młodszą kobietę Mona wyszczerzyła zęby w uśmiechu. — Znam każdego w tym cuchnącym mieście, kto opiekuje się choćby pojedynczym gekonem, smoczognikiem czy innym gadzim paskudztwem. To rodowe skrzywienie — Rowle wzruszyła ramionami. — Ugościłam Tylkę po Spalonej Nocy u siebie, więc właśnie dlatego ty, mój pełen rycerskich cnót kuzynie, miałeś wtedy dostać tylko sofę. Tylka rozłożyła się w pokoju gościnnym jak w stanie kryzysu królewna i nie dała się ruszyć — wyjaśniła, a po chwili zapytała: — Gdzie jest mój ulubiony chłopak? — miała oczywiście na myśli węża! — Miałam oddać książkę Bletchleyównie, więc wpadłam w wolnej chwili… A tak w ogóle to, przeszkodziłam wam w czymś? — cóż można było począć, że Mona w towarzystwie rodziny i przyjaciół nawijała jęzorem? RE: [15.09.1972, Hannibal, Mathilda&Mona] Przecież się nie zabija memortków - Mathilda Quirrell - 03.08.2025 Nie okłamalibyście mnie, prawda? - Quirrell uśmiechnęła się niewinnie, acz nie rzekła nic. Jasne tęczówki powędrowały w kierunku najpierw dłoni, a zaraz twarzy Hannibala. Jej wzrok podążył na twarz przyjaciółki, aby chwilę później zawrócić na chłopaka, gdy ten oświadczył, że nigdy żadnej kobiety by nie uderzył. -Niektóre kręgi twoich fanek z pewnością byłyby ciut zawiedzione tym faktem - wymruczała z rozbawieniem, acz nie dokończyła myśli, pozwalając jej przepaść w niebycie. Przy takiej pokaźnej liczbie wzdychających panien z pewnością wśród nich znajdywały się takie, których bezwstydne fantazje - których nigdy nie odważyłyby się mówić na głos - skręcały w bardzo wulgarną i mało delikatną stronę. Mona zaczęła wyjaśniać chłopakowi ich znajomość, uświadamiając również Quirrell, że ta pozbawiła Hannibala pokoju gościnnego. -Od spalonej nocy bałam się spać tam sama - wyjaśniła z przepraszającym uśmiechem, zerkając krótko na chłopaka, zastanawiając się czy rzeczywiście to był strach i czy sen w ogóle tam istniał. Podczas spalonej w jej mieszkaniu stało się coś złego, coś co nie pozwalało jej spać - a przecież i bez tego miała problemy ze snem. Każda noc była mordęgą. Niekończącym się czekaniem na świt, a każde zmrużenie zmęczonych i ciężkich oczu przywoływało koszmary. Spojrzała na Mone, gdy ta zaczęła wesoło szczebiotać w poszukiwaniu Artemisa, który słysząc jej głos zaczął sunąć po skórze Mathildy. Czuła jak wężowy naszyjnik się przesuwa w kierunku ramienia, a Hannibal mógł poczuć chłód łusek na wierzchu palców, gdy wąż sunął w kierunku przedramienia Quirrell, aby wystawić małą, wężową główkę w kierunku Rowle, a zaraz przejść na rękę dziewczyny, oplatając ją niczym gałąź. Artemis nie przepadał za ludźmi, mimo że zdążył się przyzwyczaić do ich obecności - ale były wyjątki i Rowle była jednym z nich. Wąż bardzo lubił jej towarzystwo, nie był wobec niej ani zdystansowany ani agresywny, jakby ta go oczarowała swoim urokiem, którym również oczarowała samą Mathilde. Mo miała w sobie coś, czego ta nie potrafiła nazwać - acz rozumiała sympatię Artemisa względem dziewczyny. A tak w ogóle to, przeszkodziłam wam w czymś? - błękitne tęczówki na powrót powędrowały na Hannibala, przypatrując mu się krótką chwilę, pamiętając z tyłu głowy że ten o coś chciał zapytać. Wróciła spojrzeniem do Mony po czym uśmiechnęła się nieco zakłopotana. - Nie - wymruczała, drapiąc się po policzku - Ale skoro już tak stoimy wszyscy to... może gdzieś pójdziemy razem? Masz chyba trochę czasu... - zaraz spojrzała na Hannibala - a nam przerwa dobrze zrobi |