![]() |
|
[11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +---- Dział: Ministerstwo Magii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=17) +---- Wątek: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach (/showthread.php?tid=5001) |
[11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Lorien Mulciber - 22.07.2025 Ministerstwo Magii, gabinet sędzi Wizengamotu, Lorien Mulciber Dzień taki jak dziś jest dobrym dniem do założenia golfu. Nie pomyślała nigdy Lorien Mulciber. Ale z samego rana stojąc przed szafą w swoim pokoju w Mulciber Manor, z przerażeniem odkryła, że piętnasto- czy szesnastoletnia Lorien Crouch miała odmienne zdanie. Pamiętała z jakim zamiłowaniem nosiła za duże swetry do wysoce niestosownych szkolnych spódniczek, Przez jakieś trzy miesiące! I najwyraźniej pokłosie tej fascynacji spoczywało od lat nietknięte w Yorkshire. Przyłożyła do siebie jedną z sukienek - na Merlina, nie pamiętała, że były aż tak krótkie. Spojrzała na zegarek, a potem na liliowy golf, który leżał na łóżku. Na golfie zaś leżał kot, wyjątkowo z siebie zadowolony, ukokoszony pan i władca golfów. Było wcześnie - na tyle wcześnie, żeby się przebrać w zapasowy komplet szat sędziowskich, który trzymała w pracy; ale nie na tyle żeby lecieć do Little Hangleton albo szukać czegoś w domu rodziców. Mogłaby też pożyczyć coś od Seliny.. Nie. Ten pomysł umarł zanim się na dobre wykształcił w jej głowie. Mogłaby też iść w ubraniach, które miała na sobie ósmego, ale te z kolei dalej cuchnęły popiołem i ogniem. Ponoć żadne zaklęcia czyszczące sobie z tym cholerstwem nie radziły. Zrezygnowana przegoniła kota na moment, wciągając przez głowę golf. Pachniał… hm. Wrzosami. To na pewno. Ale też jej starymi perfumami i czymś jeszcze. Pociągnęła mocniej nosem. Jakby… psem? Może Greybackiem? Z zamyślenia wyrwało ją oburzone miauknięcie, więc wzięła kota na ręce. Podrapała go w ulubionym miejscu za uchem. Wszystko to co kot lubił najbardziej, bo komu jak nie kotu należała się teraz odrobina miłości? - Obiecaj, że nie będziesz polować na ptaszki przy poidełku.- Mruknęła całując kocią główkę, a kot jak to kot - albo nie zrozumiał po angielsku, albo udał że nie rozumie, jak na porządnego francuskiego kota przystało. Więc tylko łypnął na Panią ślepiem, pozwalając się odłożyć z powrotem na łóżko. Przedostanie się do Ministerstwa nie było aż tak problematyczne jak zakładała. Wszyscy zdawali się zbyt pochłonięci swoimi sprawami, żeby zwracać uwagę na Lorien, która opierając się o drewnianą laseczkę, tuptała korytarzem na II piętrze. Nic dziwnego. Nie minął nawet tydzień od koszmarów tego co określano mianem Spalonej Nocy. Pokręciła zrezygnowana głową. Pieprzeni terroryści. - Pani… Pani Mulciber? Była już praktycznie pod drzwiami własnego gabinetu, kiedy lekko roztrzęsiony głos wyrwał ją z rozmyślań. Zatrzymała się tylko po to, żeby zmierzyć jednego z ulubionych Robertowych stażystów - jak dzieciak miał na imię? Henry? Harry? - dość surowym spojrzeniem. A przynajmniej tyle ile była w stanie, bo obładowali go prawdziwą stertą dokumentów, zupełnie jak ministerialnego muła. Dookoła głowy chłopaczka latał tabun samolocików z kolorowych karteczek samoprzylepnych. Dzieciak wyjrzał zza swojej papierowej wieży z przestrachem, ze wszystkich sił starając się nie patrzeć na jej jakże gustowny golf. Dobrze. Przynajmniej miał odrobinę instynktu samozachowawczego. - Mam.. Pocztę. I akta. Kazali przekazać. Nie odezwała się. Zamiast tego przepuściła Harry’ego w drzwiach. Z bliska wyglądał jakby nie spał od kilku dni, a sądząc po głosie wcale nie chciał tu dzisiaj być. Nic zresztą dziwnego. Podeszła za nim do biurka, natychmiast o wiele bardziej zainteresowana dokumentacją Koroleva, która spoczęła na blacie obok prywatnych listów i jakieś… paczki. Okej. Nie miała czasu się nią teraz zajmować. Odłożyła ją na bok, praktycznie od razu zapominając o przesyłce. Cokolwiek to było musiało trochę zaczekać. Harry już praktycznie odetchnął z ulgą. Już się grzecznie pożegnał, już był jedną nogą poza gabinetem baby, która go przerażała nie mniej niż ci ludzie w maskach i pelerynach, którzy wypełzli na ulicę w piątek. Wolność była tuż tuż. Ale nim szczęśliwy zdołał opuścić pokój, Lorien podniosła głowę znad biurka. - Ach, Harry. Mam dla ciebie bojowe zadanie.- Odezwała się tonem tak słodkim jak herbaciany ulepek, który pił sędzia Rowle. Wyprostował się, nie wiedząc do końca gdzie podziać wzrok. Na wprost miał Mulciber, uśmiechającą się do niego z tym fałszywym politowaniem. Po prawej makietę Azkabanu i wyjątkowo rozdrażnionych mieszkańców, z których dwójka uderzała łapkami o szybę, ewidentnie próbując się wydostać. Miał przeczucie, że wcale nie chciały się do niego przytulić, a co najwyżej przyssać się jak pijawki albo co gorszego! Więc uparcie patrzył w podłogę. Ale co mogło pójść nie tak? Przecież to nie mogło być nic strasznego. Na pewno sobie poradzi. - S-słucham.- Starał się nie trząść. Szkoda, że mu tu nie wychodziło za dobrze. - Bądź tak miły i poproś do mnie pana Moody’ego. Co. Zamarł, licząc, że się przesłyszał. Za jakie grzechy. Czy ona wiedziała co się działo aktualnie w biurze aurorów? Przecież oni go tam zjedzą! Jak nic. Przeżują, a potem wezmą i wyplują! To będzie jego koniec. - Proszę Pani, ale jestem pewien, że pan Alastor… - Och nie.- Przerwała mu natychmiast. Wróciła do leniwego przewracania kartek w teczce, aktualnie już kompletnie znudzona spanikowanym dzieciakiem. Tylko na jej twarzy błąkał się ten przerażający półuśmieszek, jakby doskonale wiedziała co robi.- Poproś do mnie Aarona Moody’ego.- Uniosła lekko brwi jakby chciała zapytać czy to wielki problem dla wielmożnego pana praktykanta, ale ostatecznie machnęła tylko ręką.- Możesz już iść. No i poszedł nieszczęsny Harry prosto w paszczę lwa, wysłany na pewną śmierć. A przynajmniej tak się czuł nerwowo zaglądając do pogrążonego w nie mniejszym chaosie co reszta Ministerstwa, Biura Aurorów, święcie przekonany, że żywcem stamtąd już nie wyjdzie. RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Aaron Andrew Moody - 08.08.2025 Aaron Moody nie mógł powstrzymać "a nie mówiłem", które samo cisnęło się na usta, gdy patrzył na panujący wokół chaos. A nie mówiłem, że trzeba sprawić, żeby się nas bali. Poczuli się bezkarni, a po Beltane, winę za tę bezkarność ponosimy my, i nasza bezczynność. A nie mówiłem, że trzeba ich wszystkich wyłapać i zesłać bez procesu do Azkabanu. A jak nie da rady, żeby ich złapać, trzeba strzelać, żeby zabić. A nie mówiłem, że tak będzie. A nie mówiłem, że będzie jeszcze gorzej. A jednak nie znajdował w swoim "a nie mówiłem" żadnej satysfakcji, woląc pogrążyć się w pracy, zamiast ględzić po próżnicy. "A nie mówiłem" wybrzmiewało jednak w sposobie, w jaki trzaskał drzwiami Biura Aurorów. W tym, jak rzucał dokumenty na biurko. W zgrzytliwym warknięciu rzuconym w stronę praktykanta, który przerwał mu rozmowę z Crickerlym, gdy ten na prędką rękę zdawał mu relację z odwiedzonego wcześniej tego ranka miejsca zbrodni. Dzień, jak kurwa, co dzień, tylko że jedną z ofiar był młody auror, który dopiero co skończył kursy, więc ktoś będzie musiał powiedzieć jego matce, że zamiast syna, do domu wróci medal za odwagę. Moody przejechał ręką po twarzy. Nie patrzył w stronę biurka własnego syna – w stronę biurka Alastora – ale był boleśnie świadomy, że stoi blisko. "A nie mówiłem." – Ja... Przysyła mnie... Jaśnie szanowana pani sędzia... Lorien Mulciber. Wystarczyło, by Moody obrzucił go morderczym spojrzeniem, aby zaciął się znowu. Wbrew oczekiwaniom Harry'ego, auror podniósł się jednak zza biurka, poprawiając odznakę noszoną na pasku przy spodniach. Wcisnął mu w dłoń listę kolejnych akt, po które praktykant musiał udać się do archiwum. – Pogadam potem z Harper – rzucił na odchodne Crickerly'emu, nakładając marynarkę. Wziął pod pachę notes ze swoimi notatkami, po czym bez słowa wyminął praktykanta, zdążając w stronę biura Lorien Mulciber. Harry'emu nie pozostało nic innego, jak podążyć za nim. Moody przysiadł wczoraj nad sprawą. Sytuacja była rozwojowa, ale potrzebowali sprawdzić jeszcze parę rzeczy. Już wcześniej prosił, aby dotarczono kilka teczek do biura sędzi, ale to było wczoraj rano, kiedy nikogo nie było w siedzibie Wizengamotu, a sama zainteresowana wciąż przebywała w szpitalu. Pieprzony Korolev. Aaron wiedział, że ścigali nie tylko Śmierciożerców, bezpośrednio odpowiedzialnych za pożary. Ścigali naśladowców. Ścigali wszystkich tych, którzy chcieli wykorzystać zamęt dla własnych korzyści, podpalając, grabiąc i mordując. Ścigali tak wielu, ale ślady pozostawione w popiele rozwiewał wiatr. Zadeptywały je rodziny, poszukujące ciał poległych bliskich – nie sądził, aby jednego dnia zgłoszono kiedykolwiek tak wiele zaginięć, a wciąż napływały kolejne – poszukujące niespalonych pozostałości życia, ratujących resztki potraconych w ogniu majątków. Brygadziści, zgrupowani w ekipy ratunkowe. Magomedycy. Grabarze. Bezdomni, szukający schronienia. Błakające się po ulicach zwierzęta. Złodzieje. Złoczyńcy. Dzieciak wyglądał tak, jakby wahał się, czy zostać kilka kroków za nim, czy wysunąć się naprzód, i zaimponować sędzi, że mimo zamieszania, zdołał jej sprowadzić, kogo trzeba. Wyraźnie chciał pochwalić się wykonanym zadaniem, i zaanonsować Moody'ego, jak gdyby ten był co najmniej Ministrą Magii. Jak gdyby był jednym z tych zadufanych w sobie bufonów na wysokich stołkach. Jednym z tych, którzy oczekiwali, że od razu rozpoznasz ich twarz, śmiejącą się z okładek gazet, trwając w przekonaniu, że samym tylko istnieniem zasłużyli na to, aby kłaniano się im w pas. Aaron rozpoznawał ich po konkretnych odcieniach beżu, jaki nosił satynowany papier, z którego wykonane były ich wizytówki opatrzone herbowym znakiem wodnym. Nadrukowane na nich czystokrwiste nazwiska zapisane były czcionką tak wymyślną, że nie dało się nic przeczytać. Aaron poznawał ich po pretensjonalnej gadce, wiecznym politykowaniu i wkurwiającym sposobie, w jaki się śmiali. Poznawał ich po modnym ostatnio kroju marynarek od Rosierów. Szyto je tak, aby ukryć rosnący brzuszek, kabzę nabijaną nieróbstwem i uczciwą pracą podatników, którzy dzieciom odejmowali od ust, karmiąc ze swych pensji skorumpowane struktury rządu. Kolejnego rządu obiecującego zmiany, które nie miały nigdy nadejść. Aaron nie był jednym z nich. Przypominał wywołane w sepii zdjęcie, ze swymi włosami w brudnym odcieniu pyłu, pokrywającego londyńskie ulice, z wysoko sklepionymi kośćmi policzkowymi, których kanciastość przywodziła na myśl wykładającą je kostkę brukową. Wyglądał na człowieka, który wie, kim jest, wie, skąd pochodzi. Nosił na barkach zmęczenie metropolii, która wydała go na świat, a jednak zawsze trzymał głowę prosto, śmiało patrząc przed siebie. Cera jego swym szaroburym kolorytem przypominała rozkopane podwórza przy szpalerze szeregowych domów na szaroburych przedmieściach, po których biegały szarobure psy. Niebo nad miastem, zasnute chmurami i smogiem, niczym nie różniło się od jego chmurnego oblicza. Urodził się pod tym niebem, wiedział, że przyjdzie mu umrzeć pod tym niebem, a jednak twardo stąpał po ziemi. Do bólu przyziemny, tak najpełniej można by go było opisać. Budził skojarzenia z portretami bohaterów wojennych, z zaciętą twarzą, poznaczoną zmarszczkami zmartwień, które zdawały się przydawać mu szlachetności, jak gdyby wiek lepiej niż cokolwiek innego zaświadczyć mógł o jego kompetencjach. Nawet nijaki mundur aurora leżał na Aaronie Moodym jak ulał, nudny niemalże w swej nieskazitelności. Nie sposób było określić, gdzie zaczyna się mężczyzna, gdzie kończy auror. – Pukać nie musisz mnie uczyć – rzucił w stronę dzieciaka. No naprawdę, brakowało jeszcze, żeby chodził za nim do kibla, i dupę mu podcierał. – Przygotuj lepiej tamte akta, o które prosiłem, i pilnuj, żeby nikt nie przeszkadzał. – Na końcu języka czaiła mu się ojcowska niemal w swej trosce sugestia, żeby zaprotokołował zawartość nocnika swojego szefa, skoro tak mu zależy na awansie, ale stwierdził, że szkoda strzępić gęby nadaremnie. Jeszcze młody wziąłby porady Moody'ego na poważnie, i wyszlifowałby przełożonemu jego sędziowski młoteczek. Nic się to młode, kurwa, na żartach nie znało. A ludzie gadali, że to z Moody'ego niby gbur, że nie poznałby się, że ktoś ma poczucie humoru, nawet wtedy, gdyby miał go sprofilować na podstawie zebranego materiału dowodowego. – Pani Mulciber – odezwał się Moody, wkraczając do środka, gdy tylko zza drzwi dobiegło stosowne zaproszenie. Czujne oczy Aarona przesunęły się po znajomym wnętrzu: przez spoczywający na stole stos akt, zawieszony na ścianie portret, aż po makietę twierdzy Azkaban, na której murach baraszkowały miniaturowe dementorki. Nie krył się z tym. Nie było jednak w jego ruchach nerwowości, raczej pewna wyuczoność – potrzeba kontrolowania otoczenia – widoczna także w sposobie, w jaki wymówił nazwisko Mulciber, zamiast mimowolnie cisnącego się na usta Crouch. Wreszcie zatrzymał wzrok na zasiadłej za biurkiem sędzi. Przywitał ją skinieniem głowy. – Pomyślałem, że przyślę coś miłego do przeczytania. Widzę, że nie przynieśli jeszcze wszystkiego, ale kazałem nam nie przeszkadzać – skomentował, zatrzymawszy się na wejściu z ręką na klamce. Brodą pokazał w stronę cicho zamkniętych drzwi, sugerując, że mówi o bandzie młodocianych praktykantów, którzy nic tylko pałętali się wszystkim pod nogami. A tak konkretnie o Harrym, bo takie albo podobne imię nosił na plakietce dzieciak, który jąkając się, przekazał mu wiadomość od sędzi. Błazen w roli nadwornego szambelana, a strażników w Pałacu dalej brak, pomyślał, podsumowując braki w zabezpieczeniach siedziby zarządu Wizengamotu. Pałac... Mówili tak czasem potocznie na gabineta sędziów, położone w tym samym poziomie, co Biuro Aurorów i Brygady, w odróżnieniu od sal rozpraw, znajdujące się głęboko w podziemiach. Tamte nazywali po prostu Lochem. Sale Wizengamotu, gdzie w powietrzu wisiały wyroki, przypominały bowiem połączenie pałacowej sali tronowej z mrocznym lochem – monumentalnym, zimnym i wyniosłym. Aaron lubił to miejsce. Lubił, jak głosy odbijały się od grubych ścian obłożonych ciemnym kamieniem, lubił tajemną geometrię tego miejsca: wiele myśli włożono w projektowanie sali sądowych, aby architektonicznie zapewnić pomieszczeniom jak najlepszą akustykę. Jeżeli wiedziało się, w którym miejscu stanąć, można było podsłuchać powierzony komuś na ucho szept. Trudno powiedzieć, jak wiele z tego było magią, a jak wiele – matematyką. – Dobrze wiedzieć panią w jednym kawałku. – Kącik ust drgnął Aaronowi lekko, a chociaż w głosie dało się słyszeć zmęczenie, widoczne także w cieniach pod oczami, brzmiał szczerze. Patrzył przy tym wprost w twarz Lorien, studiując ją uważnie, jak gdyby porównywał ją z portretem pamięciowym, który przechowywał we wnętrzu swojego umysłu. Z różnic, które rzuciły mu się od razu w oczy, odnotował obecność drewnianej laseczki, nie zatrzymał na niej jednak spojrzenia dłużej, niż na reszcie gabinetu. Obserwacja otoczenia była ważna, ale nie tak, jak obserwacja kreujących to otoczenie ludzi. A jemu wyjątkowo miło patrzyło się na młodą sędzinę. Chyba zapomniał o tym, że wciąż stoi, a może miał po prostu taki nawyk, żeby załatwiać sprawy w biegu. !Strach przed imieniem RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Pan Losu - 08.08.2025 Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Lorien Mulciber - 08.08.2025 Gabinet sędzi pogrążony był w tej przyjemnej ciszy, jaką cieszyły się obłożone zaklęciami pomieszczenia. Nie to co Biuro Aurorów, bardziej w swoim chaosie przypominające pszczeli ul. Lorien siedziała w ciężkim fotelu, przeglądając leniwie kolejne strony akt Koroleva. Czekała, choć nie była pewna czy Harry podoła tej misji. Chłopaczyna wyglądał jakby miał zemdleć na jej progu, a co dopiero poprosić Moody'ego o przyjście. Praktycznie niewidoczna zza sterty dokumentów i papierów, które po Spalonej Nocy piętrzyły się na jej biurku. Ale była. Wróciła. Cała i zdrowa. Pomimo oczywistych okoliczności, które trzymały ją dotychczas z dala od Ministerstwa. - Panie Moody.- Podniosła grzecznie wzrok znad kolejnych, zapisanych drobnym pismem protokolantów transkrypcji z przesłuchania. Jednego z wielu. Postukała w zamyśleniu opuszkami palców o trzymany w dłoniach dokument.- Coś miłego do przeczytania.- Powtórzyła za nim powoli, ale w jej głosie brakowało tej protekcjonalnej nuty, którą traktowała pieprzących bzdury praktykantów.- Biblia ludzkich błędów i słabości.- Westchnęła, kręcąc głową. Czarna wstążka, nie wytrzymała tego ruchu, pozwalając, żeby parę loków wyślizgnęło się spod złapanego na szybko koka. Sfrustrowana założyła je za ucho, a w resztę - wetknęła swoją różdżkę. -Dobrze wiedzieć panią w jednym kawałku. Podniosła się ze swojego miejsca. Co prawda musiała przytrzymać się biurka, ale miała nadzieję, że nie zwróci na to uwagi. Każdy jej ruch był ostrożny, przemyślany. Jakby liczyła na ile starczy jej jeszcze sił. - Powiedzmy, że miałam szczęście. Gdyby mnie zaatakował po wywołaniu klątwy - pewnie byśmy dziś nie rozmawiali.- Powiedziała spokojnie, zupełnie jakby była pogodzona nawet z tą wizją. Pozwoliła, aby przyjrzał jej się przez chwilę. Ale czas biegł nieubłaganie, a nikt nie lubił, kiedy sędziowie spóźniali się na poranne posiedzenia. Nawet jeśli mieli równie istotne spotkania przed nimi. Dlatego zerknęła jeszcze raz na drzwi, lekkim gestem głowy dając znać, żeby ich pilnował. Stażyści poza faktem, że pałętali się pod nogami, mieli też tą paskudną przywarę, że często zapominali co się do nich mówi. Sama Lorien otworzyła z kolei jedną z ciężkich, dębowych szaf, znikając za jej drzwiami z pola widzenia. Musiała się przebrać. Golf poleciał na oparcie fotela. - Słyszał już panie Moody, co spotkało biednego Roberta Croucha?- Zapytała. Nie dostając od razu odpowiedzi (nie żeby dała Aaronowi choć trochę czasu na ową odpowiedź), wychyliła głowę, pozwalając lokom opaść na nagie ramię, którego na szczęście tylko niewielki fragment był widoczny. W Ministerstwie nie było miejsca na takie bezeceństwa!- Pewnie tak. Pół Departamentu już o tym plotkuje...- Postukała krwistoczerwonymi paznokciami o drewno. - Z tego co mi wiadomo Robert nie zamierza wnosić skargi. Co osobiście uważam za karygodne, nawet w świetle wydarzeń sprzed kilku dni. Ustanawia dziwaczy precedes, wedle którego organ Wizengamotu może być atakowany, bo kogoś poniosły emocje, a brygadziści nie zdołali odpowiednio szybko zainterweniować.- Powiedziała co wiedziała. A potem znów zniknęła. Nie przeszkadzało jej to mówić dalej. Głos Mulciber był przytłumiony, gdy próbowała wciągnąć przez głowę swoją sędziowską szatę.- Zaatakowany przez niemagicznie urodzonego… hfpmf… w samym środku Ministerstwa… mphf… Na oczach… No praktycznie wszystkich. Całego, no żesz by to… Atrium! W końcu przestała się szamotać z materiałem. Wyszła ubrana w swój strój służbowy, drżącymi dłońmi zapinając ostatnie guziczki przy kołnierzyku. Wstążka u szyi wciąż była jeszcze rozwiązania, a i brakowało sędziowskiego nakrycia głowy - ale to zakładała tylko na rozprawy. Podobnie jak ciężką pelerynę spiętą srebrną, sygnowaną znakiem Wizengamotu, klamrą. Zamiast jednak swojego gościa zaprosić do zajęcia miejsca przy biurku, to ona podeszła bliżej wejścia. Niekoniecznie chodziło tu jednak o stojącego przy drzwiach Aarona, a to co było obok - jej makieta. - Ostatnio są niespokojne. Chyba udziela im się nastrój politycznego niepokoju. Nachyliła się nad gablotką, a już sama jej obecność i ruch - delikatne machnięcie różdżki - wystarczył, aby zadrżało powietrze miniaturowego Azkabanu. Poruszyły się cienie w murach. Część siedząca wśród kwiatów (tych, które Lorien w większości dostała na urodziny, a część w ramach kondolencji po śmierci Roberta, a następnie potraktowała zaklęciem miniaturyzacji i zasadziła na więziennej wyspie), zainteresowała się bardziej znikającą szklaną zasłoną. Nie trzeba było długo czekać, żeby zorientowały się, że są wolne. Wysypały się ze wszystkich zakamarków makiety. Gdyby ktoś zapytał panią Mulciber ile dementorzych zabawek potrzeba jej do szczęścia - uczciwie przyznałaby, że z dwadzieścia. Tymczasem do pogrążenia świata w chaosie wystarczyło z osiem. Aaron mógł pamiętać, że jeszcze niedawno było ich dziesięć - gdzie się podziała więc dwójka? Nie miał na to rozmyślanie jednak zbyt wiele czasu, bo jeden z dementorków uwiesił mu się na krawacie, machając niewidocznymi spod płaszczyka nóżkami, co by się porządnie rozbujać. Kolejny przysiadł na trzymanym przez czarodzieja notesie, bardzo zawzięcie próbując wyciągnąć jakąś luźną, wystającą karteczkę. Nie szło mu to najlepiej – kartka ślizgała się pod jego kościstymi paluszkami, a pelerynka zawadzała. W końcu szarpnął jeszcze mocniej… odrywając kawałek pergaminu. Uniósł go w triumfalnym geście niczym bohater wojenny, a potem… chyba go zjadł. Przynajmniej tak to wyglądało - papierek zniknął bezpowrotnie wśród cienia peleryny. Zdecydowana większość obsiadła Lorien, wybitnie stęskniona jej weekendową nieobecnością. Jeden wdrapał się na jej ramię, drugi czepiał się pukla włosów, trzeci ostrożnie zsunął się po guziku szaty. Znudziły się jednak szybko - tyle było przecież rzeczy do zrobienia w gabinecie! Tyle książek do przewrócenia; kałamarz pełen świeżego atramentu do wylania; poza tym trzeba było jeszcze podenerwować bogom ducha winnego pana Ministra na portrecie. Poza dwoma, które zostały sobie na brzegu zaczarowanego wybrzeża Morza Północnego, trzymając się za kościste łapki. Tamte siedziały cicho –podejrzanie wręcz cicho. Jeden kiwał łebkiem w rytm fal, które rozmywały się o skały przypominające łąkę, a drugi, mniejszy, rysował coś paluszkiem po wilgotnym piasku. A może po prostu udawał, że rysuje. W końcu przy czarownicy został tylko jeden, największa przylepa z koszmarnej gromadki. Ten, który zawsze jakimś cudem unikał zesłania na banicję do więziennej gablotki. Gdy pierwszy chaos ucichł… wychylił się z rękawa czarownicy, przecierając ukryte pod kapturkiem oczka, jakby budził się ze snu. Nieważne, że nie spał. I że nie miał oczu. W końcu wygrzebał się z fałd sędziowskiej szaty i podleciał wyżej. Zbliżył się do Lorien; rozsiadł wygodnie na jej ramieniu, obejmując szyję opiekunki kościstymi łapkami, z niewymuszoną bezczelnością stworzenia, które wie, że i tak wszystko mu się wybaczy. Kiwał się lekko - w przód i w tył. - Tak więc... Sprawa Koroleva, panie Moody. Nie jestem swoim kuzynem. Nie zamierzam być bierna.- Uniosła kącik ust, nareszcie gestem dłoni zapraszając go do biurka. RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Aaron Andrew Moody - 08.08.2025 "Biblia ludzkich błędów i słabości", westchnęła leciutko, a on przeniósł ciężar z nogi na nogę, jak gdyby sprawdzał wagę słów, które spłynęły z jej ust prosto w jego dłonie. Obracał je delikatnie między palcami, bezgłośnie stukającymi w okładkę notesu: powoli, jak gdyby badał ich kształt; fakturę tonu, jakim zostały wypowiedziane. Jak gdyby zastanawiał się, co z nimi zrobić. Na jak wiele słów sam może sobie pozwolić w obecności Lorien Mulciber. Na jak wiele szczerości. Wiele dało się wyczytać spomiędzy wersetów listu, który mu posłała. Czuł bijący z niego gniew, słuszną potrzebę retrybucji wobec zignorowania powagi stanowiska, jakie piastowała. Czuł też jej strach. Na łamach korespondencji zwykła używać autorytarnie nacechowanego języka, zawsze jednak w sposób wyważony, pozbawiony przesadnej agitacji, żywo obecnej w jej ostatnim liście. Na ile był to efekt zamierzony – jedna z technik perswazji, znanych dobrze w prawniczym środowisku, z jakiego się wywodziła – na ile zaś tchnące szczerym wzburzeniem paragrafy dyktowała pod wpływem emocji... Dla Aarona Moody'ego nie miało to żadnego znaczenia. Sam był w swych słowach oszczędniejszy, bardziej zdystansowany. Nie dlatego, że się z nią nie zgadzał, wręcz przeciwnie. Lorien Mulciber nie musiała go przekonywać, że pomiotowi Koroleva, którego udało im się przymknąć lata temu, należy się odsiadka. "Być może powinna pani uświadomić sędziom, że jest czego się bać", odpisał jej, zbyt zmęczony, aby silić się na bardziej dyplomatyczny ton. Na bardziej wygładzoną wersję siebie. Nie, kiedy widział, że rozumie. A niewielu wydawało się rozumieć, na jak kruchych były filarach opierał się ich świat, co napełniało Aarona frustracją. Wszystko było tylko iluzją sprawczości, iluzją kontroli, którą musieli podtrzymywać, aby zapewnić porządek i integralność świata jako całości. Aby zapewnić poprawne funkcjonowanie aparatu państwa. Regulacje prawne, utrzymywujące społeczeństwo w ryzach były równie kruche, co niewysoka kobieta, która wstając, musiała wesprzeć się o sędziowskie biurko. Byli bowiem tacy, którzy prawo mieli za nic. Żyli na peryferiach produktywnego społeczeństwa, a próbując przekraść się w jego szeregi, siać potrafili jedynie ferment i zgorszenie. Urzędas na wysokim stołku zapominał, że dla pospolitego bandziora z ulicy nie był "szanownym panem dyrektorem", na widok którego wpadał w panikę cały departament. Na Nokturnie, dokąd czasem udawał się, aby zażyć towarzystwa dziwek Dantego, albo innych, bardziej degenerackich uciech, urzędas był tylko wynędzniałym knypkiem w drogim garniaku, któremu zabrać można było wszystko. W najlepszym przypadku, złoty, pamiątkowy zegarek po równie nabzdyczonym tatusiu. Sakiewkę. Spinki do mankietów. Wszystko, co dało się opchnąć w lokalnych lombardach, puścić w obieg, nie zwracając na siebie uwagi. W najgorszym... W najgorszym przypadku znajdowali urzędasa po latach, pokrojonego na plasterki w puszkach karmy dla szczuroszczetów, w której ktoś znalazł ludzkie ucho. Znajdowali urzędasów w bocznych zaułkach, brutalnie zamordowanych, wyławiali ciała z kanałów, pocięte tak, że żony mdlały na widok mężów, a matki na widok synów. O ile to byli oni, bo czasem twarze mieli pokaleczone tak, że jedynie antropolodzy sądowi potrafili ich zidentyfikować. Czasem nie znajdowali ciał. Zwłaszcza, jeżeli to były kobiety. Według Moody'ego, to było jeszcze gorsze. Nie chciał jednak w tym momencie myśleć o takich rzeczach, zwłaszcza, że oboje wydawali się świadomi tego, co pozostało niewypowiedziane. "Gdyby mnie zaatakował po wywołaniu klątwy, pewnie byśmy dziś nie rozmawiali." Tak by było. Albo i gorzej. Aaron często przeglądał zdjęcia w bazie osób zaginionych. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że widywał ich twarze częściej, niż twarze własnej rodziny. Znał je na pamięć niemal. Niektóre z nich towarzyszyły mu od początku jego kariery. "Gdyby mnie zaatakował po wywołaniu klątwy, pewnie byśmy dziś nie rozmawiali." Śmierciożercy też zaczynali od zwykłych ludzi – od tych najbardziej bezbronnych – od najsłabszych – a gdy zobaczyli, że nie spotyka się to ze zdecydowanym sprzeciwem ze strony społeczeństwa, poczynali sobie coraz to śmielej. Stworzyli sobie precedens. A gdyby to jego córka zaginęła, kto zapłakałby nad jej losem? Kto wymierzyłby sprawiedliwość temu, który ją skrzywdził? Millie nie była sędzią. Była zwykłą, durną dziewczyną, która miała przedziwną zdolność do pakowania się w najgorsze tarapaty. Kto miał zapewnić jej bezpieczeństwo? Kto by o tym pamiętał, w świecie opanowanym przez bezprawie? Nikt. Tak jak i nikt nie pamiętał o Anyi Blythe, młodej brygadzistce pochowanej na cmentarzu w Dolinie Godryka, która przez Gregora Koroleva straciła życie. Skoro nawet sędzia Wizengamotu nie mogła liczyć na ochronę, co więcej powstrzymało ich przed pogrążeniem się w całkowitej anarchii? Jedynym powodem, dla którego poplecznicy Vold... Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać jeszcze nie zaatakowali Ministerstwa, nie był strach przed potencjalnymi konsekwencjami. Nie był to strach przed aresztowaniem czy zsyłką do Azkabanu... Bo jak wielu Śmierciożerców udało im się niby złapać i z sukcesem skazać? Biorąc pod uwagę skalę zniszczeń, jakie pozostawiły po sobie wydarzenia Spalonej Nocy, nie był to także brak odpowiednich zasobów do przeprowadzenia ataku. A już na pewno powodem nie był nim respekt wobec instytucji Ministerstwa jako takiej. Nie, Śmierciożercy nie zaatakowali Ministerstwa Magii, bo wierzyli, że mogą przejąć je od środka. Nie na jego warcie. – Nie zwykłem nazywać niegodziwości słabością, pani Mulciber. Słabych ludzi należy bronić, nawet – a może zwłaszcza – przed nimi samymi. – Nie było w nim choćby krzty arogancji, bo chociaż operował słowami, które padły z ust sędzi, nie było jego celem obracać tych słów przeciwko niej. Z pewnością nie przypominało to retorycznego pojedynku z sędziowskiej ławy, w których Lorien celowała. Z twarzy Aarona biła powaga, a choć mówił cicho, mówił zdecydowanie: nie było w nim zawahania, jedynie niewzruszony spokój, jak gdyby odczytywał dawno już wydany wyrok. Jego wyrok był bezwzględny, podobnie jak jego oczy. – Koroleva i jemu podobnych nie uważam za ludzi – powiedział, wciąż z tym samym, niczym niezmąconym spokojem tak w głosie, jak i w spojrzeniu. – Nie nazywam ich nawet ludźmi. A oni nie nazywają swoich czynów błędami dlatego, że ich żałują. Dla nich błędem jest dać się złapać na czynie. Chciałbym, żebyśmy mieli co do tego jasność. Nie, Lorien Mulciber nie musiała do niczego przekonywać Aarona Moody'ego. Przyjmując odznakę, przysięgał przecież, że będzie bronił słabych, ale wciąż czuł się tak, jak gdyby ponosił porażkę za porażką: nawet wsadziwszy za kratki wszystkich czarnoksiężników, nie poczułby się spełnionym. Zbyt wielu było tych, których nie zdołał ocalić. Zbyt wiele zbrodni, o których pamięć ciążyła niczym wyrzut na sumieniu. Zapełnił więcej grobów na cmentarzu niż więziennych cel. Zdążył przywyknąć. Znajomy uzdrowiciel powiedział mu kiedyś nad piwem, że każdy, kto praktykuje magimedycynę, posiada w pamięci taki cmentarzyk. Pochowali byli na nim ludzie, którym nie zdołał pomóc, ofiary jego błędów, a czasem – bezradności. Praca aurora wymagała podobnej pokory. Praca sędzi również, pomyślał Moody, przerywając kontakt wzrokowy z Lorien Mulciber, dopiero wtedy, gdy ta... Zniknęła za otwartymi drzwiami dębowej szafy. Ledwie zauważalnie zmarszczył brwi. To było coś nowego. Oparł się barkiem o drzwi, tak, żeby nikt nie mógł wejść do środka. Nawet gdyby próbował, nie zdołałby otworzyć drzwi na tyle szeroko, aby dojrzeć cokolwiek poza plecami Moody'ego, blokującymi przystępu do gabinetu sędzi. Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś zobaczył ich w tak dwuznacznej sytuacji. Miękkim, ledwo dostrzegalnym ruchem przesunął się tak, aby wesprzeć na drzwiach cały swój ciężar, pilnując obranego posterunku. Nie spuszczał przy tym oczu z czarnych pantofelków Lorien, poza tym momentem, gdy wychyliła głowę zza ciężkich drzwi szafy, odrzuciwszy na plecy zatrzęsienie ciemnych loków. Wtedy mimowolnie na nią spojrzał, podążając za głosem swojej rozmówczyni – na nagie ramię, wzburzoną kaskadę włosów, rozchylone usta – dopiero gdy zniknęła z powrotem za drzwiami szafy, odwrócił wzrok, przez dłuższą chwilę po prostu przypatrując się własnym butom. Zanim jednak Lorien zamknęła szafę, Aaron zdążył podnieść głowę, przybrawszy na twarz jak zawsze nieprzeniknioną minę aurora. Nie zdradził się nawet drgnieniem powieki. – Słyszałem – odpowiedział lakonicznie na wieści o bójce, w jaką wplątał się Robert Crouch. Bez słowa zabrał rękę z klamki, którą dotychczas blokował, żeby nikt z zewnątrz nie mógł dostać się do gabinetu, gotów zaoferować ramię sędzi, gdyby ta potrzebował się na nim wesprzeć. W końcu laskę zostawiła przy biurku. – Czy ten prawy sierpowy naprawdę był taki dobry, czy tylko tak gadają? – spytał, razem z Lorien stając naprzeciwko makiety Azkabanu... Nie spodziewając się na pewno chaosu, który miał się za chwilę rozpętać. Dementorki były absolutnie wszędzie. Wysypały się ze wszystkich zakamarków makiety, jeden przysiadł na jego notesie, drugi uwiesił się na ciemnoszarym krawacie, trzeci chyba wpadł do kałamarza, a czwarty... W tym momencie Aaron zgubił się w liczeniu. Przyglądał się baraszkującym po gabinecie dementorkom, którym bynajmniej nie udzielił się nastrój politycznego niepokoju. To one były politycznym niepokojem, pomyślał, rozbawiony, patrząc jak stęsknione stworzonka obsiadają sędzię. Podobnie jak i Lorien, ignorował ich psoty, wiedząc, że szybko się nim znudzą... Przynajmniej dopóki jeden z dementorków nie oderwał kawałka kartki, wystającej z wnętrza jego notesu, i go zjadł. – Artykuł 235, manipulowanie materiałem dowodowym. A może nawet matactwo i utrudnianie prowadzenia postępowania dowodowego, gdyby sędzia był oskarżonemu wyjątkowo nieprzychylny. Jak pani myśli, pani Mulciber? Pani jest tutaj jurystą. – Zachował pełną powagi minę, jak gdyby dyskutowali o wielkiej wagi rozprawie sądowej, a nie o wyrwanym z notesu kawałku pergaminu. Zaskakująco zręcznie pochwycił dementorka między palce, tak, aby nie wyrządzić mu przypadkiem krzywdy. Uśmiechnął się niemal, gdy poczuł, jak stworzonko delikatnie kąsa go w kciuk, a potem boksuje drobnymi nóżkami jak psotny kot, który pokazuje, że chce się bawić. Aaron musiał wyjątkowo lubić upiorne dementorki, bo do skleconej naprędce listy zarzutów nie dorzucił niczego o napaści na urzędnika państwowego na służbie. A może dlatego, że właśnie o tym mieli za chwilę dyskutować, i nie chciał umniejszać bez wątpienia traumatycznym przeżyciom, jakie stały się udziałem sędzi Mulciber. Nie był równie wiekoduszny w stosunku do dementorzego nicponia. Bezceremonialnie schwycił go za pelerynkę, tak, jak gdyby chwytał za kark niesfornego kota. – O twoim losie zdecyduje sąd – zwrócił się do dementorka. – Ja mam prawo tylko zatrzymać cię na 48 godzin, gagatku. Czekaj no. – Przytrzymawszy swój krawat (ku wielkiemu niezadowoleniu bujającego się na nim dementorka!) nachylił się nad makietą Azkabanu, którą pomagał przed laty budować Philipowi, mrużąc oczy, jak gdyby czegoś szukał. Pamięć go nie zawiodła. Wystarczyło wcisnąć zamaskowany cegłą przycisk na jednej z bocznych wieżyczek, aby uruchomić tajną zapadnię ze zjeżdżalnią, po której z cichym piskiem (łiiiii!) zjechał niegrzeczny dementorek, znikając im z oczu tylko po to, aby za chwilę pojawić się w zakratowanej celi w głównym korytarzu Azkabanu. Jak gdyby w niedowierzaniu zaczął szarpać za solidnie wykonane pręty swojego więzienia, burcząc cienkim głosikiem. Gdyby charakterny dementorek przynajmniej na chwilę przestał się pieklić, i rozejrzał wokoło, mógłby jednak wyczuć swoimi dementorzymi łapkami malutką dźwignię wbudowaną w kamienny mur. Wystarczyło pociągnąć ją w dół, aby uwolnić się z pułapki... Ale zamiast tego przysiadł na podłodze swej celi, troche dlatego, że był bardzo obrażony, a trochę dlatego, że wciąż jeszcze kręciło mu się w głowie przez zjazd na spiralnej zjeżdżalni. Niektóre dementorki miały bardzo małe rozumki. Kącik ust Aarona drgnął, gdy odwzajemnił uśmiech Lorien. Zaproszony, zajął miejsce naprzeciwko biurka. – Panie przodem. – Przygotował się do spotkania, miał jej więc co nieco do opowiedzenia, ale uprzejmie pozwolił sędzi narzucić rytm dyskusji. RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Lorien Mulciber - 18.08.2025 - Nie wypada mi chwalić agresorów, ale… Jeden z lepszych sierpowych jakie widziałam.- Stwierdziła, zniżając głos do scenicznego szeptu. Jakby ściany miały uszy. Z pewnością miały oczy, ale Minister Magii na portrecie w kącie był aktualnie zbyt zajęty ratowaniem swojej godności i unikaniem domalowania sobie wąsów czarnym tuszem (skąd one wzięły tak komicznie duże pióro?), żeby nawet próbować ich szpiegować. Lorien Mulciber była niewątpliwie nieprzejednanymi i okrutnym sędzią. Co do tego nie było żadnej wątpliwości. Wychowana w poszanowaniu do prawa i obyczajów; nieprzekupna, konserwatywna; ostoja praworządności. Samozwańcza matka Azkabanu i więziennictwa brytyjskiego. Dementor w spódnicy... No przynajmniej dopóty, dopóki nie chodziło o zamykanie jej własnych dzieci. Wtedy wszystko to szło w przysłowiowe pizdu. Zaśmiała się łagodnie słysząc oskarżenie o niszczenie materiałów dowodowych. Śmiech Lorien zawsze brzmiał jak ptasia piosenka. Pewnie dlatego śmiała się tak rzadko. - Myślę, że możemy pozwolić sobie na uwzględnienie pewnych okoliczności łagodzących, panie Moody. Tymi, bardzo szybko okazał się najzwyczajniej w świecie paskudny nepotyzm, bo Lorien wsunęła ostrożnie mały palec przez okienko w celi nieszczęśliwego i obrażonego na niegodziwość dementorka. Pchnęła paznokciem ukrytą dźwignię, samodzielnie go uwalniając. Skrzypnął nieużywany za często mechanizm, parę cegieł wyskoczyło ze swoich miejsc, pozwalając więźniowi się wyczołgać i spaść wprost na wyciągniętą dłoń czarownicy. Mechanizm zgrzytnął ponownie, a ściana wróciła na miejsce. - Sąd przychyla się do zastosowania obniżonej kary. Jak na przykład… - Uniosła dementorka na wysokość twarzy.-... sama nie wiem… Prace społeczne w postaci pomocy organom ścigania. Chciałbyś zostać aurorem? - Zniżyła głos do czegoś z pogranicza szeptu i szczebiotu, a dementorek ewidentnie nadstawił swojego nieistniejącego, skrytego pod kapturkiem ucha. I chyba nawet przestał się strasznie boczyć. Otrzepała lekko pelerynkę istotki (Jak rzadko musiała używać tej jednej konkretnej celi, że po spędzeniu w niej niecałej minuty dementor wyglądał jak kulka kurzu?).- Kiedy zaczną panu przeszkadzać, niech mi je Pan odeśle, Panie Moody. Drugi z dementorków przestał wreszcie bujać się na krawacie i najzwyczajniej w świecie ulokował się ze swoim nowym partnerem z Dementorzego Biura Aurorów w kieszeni marynarki Aarona. Słabość. Błędy. Człowieczeństwo. Wszystkie te trzy, nierozerwalnie związane ze sobą pomniejsze filary ludzkości; ponoć gdyby ludzkość nie była słaba, nie popełniałaby błędów. Bez popełnionych błędów nie mogłaby pojąć swojej słabość. Zrozumienie to czyniło ich człowiekiem. A to z kolei - skłonnym do popełniania błędów. Od pewnego czasu nie lubiła patrzeć w lustra, nie wiedząc co ujrzy we własnym odbiciu. Czy to dlatego, że to, jak nic innego, brutalnie przypominało, że jej ludzki czas się już kończy? Czy unikanie spojrzenia czyniło ją słabą, a może po prostu było błędem? A jeśli któreś z tego - gdzie leżała granica. Nie wiedziała. Nie chciała wiedzieć. - Gdzie kończy się człowieczeństwo, panie Moody?- Zapytała nagle, mniej więcej w połowie drogi między makietą, a biurkiem. To nie była daleka droga, ale i sama Lorien nie miała zbyt wiele sił, więc kroki stawiała uważnie. Na tyle, żeby nie narobić sobie wstydu i nie wyrżnąć jak długa na prostej drodze. Słabość. Słabość była przerażająca.- W dekrecie o statusie prawnym Istot Magicznych z 1375 roku wspomniano, że za istotę ludzką uznaje się każdego, kto urodził się z rodziców obdarzonych mocą magiczną. Definicja przetrwała pomimo czterech nowelizacji samego dekretu, w swojej niezmienionej formie aż do lat 20 ubiegłego wieku. A może odniesiemy się do wyroku Wizengamotu z 1801 roku, który sklasyfikował istotę ludzką jako zdolną do posiadania i użytkowania różdżki, wpędzając nas wszystkich w niemal sto lat goblinich roszczeń? “Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw, tożsamości i zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych.” Kodeks Postępowania z Magicznymi Stworzeniami i Istotami, rozdział czwarty. 1622 rok.- Zamilkła na moment i przez ułamek sekundy w jej spojrzeniu pojawiła się namiastka głęboko skrywanego bólu. Jak się jednak pojawiła, tak szybko zniknęła. Zajęła się metodycznym składaniem swojego swetra, po czym… bezceremonialnie cisnęła go do szaty, zamykając jej ciężkie drzwi. Usiadła w fotelu. Założyła nogę na nogę. Szczupłe nadgarstki wsparła o ciężki, drewniany blat biurka. Jedno trzeba było Lorien przyznać. W całym tym dementorzym chaosie, potrafiła zachować święty spokój. Jakiś podopieczny wpadł do kałamarza? Podsunęła mu czysty kawałek pergaminu, żeby mógł się w nim wyturlać. Kolejny, próbował złamać ołówek? Ołówek lądował natychmiast w szufladzie. Wszystko to, a Lorien nawet na moment nie oderwała wzroku od siedzącego naprzeciw Moody’ego. Jeśli jednak liczył, że narzuci mu tok dyskusji o Korolevie - pomylił się. W końcu miała złożyć zeznania, prawda? Może powinien zacząć zadawać odpowiednie pytania? RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Aaron Andrew Moody - 11.11.2025 Do gabinetu Lorien Mulciber przyszedł, aby ująć z barków sędziny trosk. Zdeklarować się, że przyjmie na swoje ciężar prowadzenia śledztwa w sprawie Koroleva, przedstawić plan na jego przydybanie... Nie spodziewał się, że przyjdzie mu wyjść stąd cięższym o dwa papierowe dementorki. Umościły się w kieszeniach marynarki Aarona, jak gdyby miały się za parę goryli z jego obstawy: jeden po prawej, drugi po lewej. Gdyby tak łatwo mógł zrównoważyć ciężar na swej piersi. Nie spodziewał się bowiem, jak ciężkim stanie się jego serce w miarę jak kontynuowali z pozoru zwykłą rozmowę. "Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw tożsamości i zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych"... Tak, znał te przepisy. Znał je aż za dobrze. Jego własny syn, obłożony był klątwą wilkołactwa, o czym Lorien wiedzieć nie mogła. A Aaron... Aaron wciąż to przeżywał. Przeżywał każdego dnia, że musiało to spaść właśnie na Alastora. Przecież wszyscy wiedzieli, że wilkołaki traktowane były jako obywatele gorszego sortu. Z pogardą i społeczną stygmatyzacją w stosunku do ich społeczności stykał się na porządku dziennym. "Wilkołaki nie są już ludźmi", słyszał nie raz, nie dwa, Aaron, "wilkołaki są potworami". Niczego nienawidził tak bardzo, jak myśli, że byle kto mógł odmówić jego synowi godności człowieka. Kwestionować człowieczeństwo, które Alastorowi było przyrodzonym. Jakże straszliwie zaczynały mu wówczas drżeć ręce. Przed oczami widział tylko czerwień, ślepy niemal w swym gniewie, któremu nie mógł dać ujścia. W uszach słyszał szum krwi. Czuł jej smak na przygryzionym języku, bo przecież nie mógł się odezwać. Nie mógł wygrać tej walki, nieważne, jak bardzo by tego nie pragnął. Nie gdy przeciwko niemu stał cały świat. Gdy sędzina zacytowała tekst ustawy, ręka aurora, dotąd niedbale złożona na oparciu krzesła, zadrgała więc mimowolnie. Zdołał się, rzecz jasna, opanować, choć jego twarz stężała, jak gdyby bardzo nie spodobało mu się to, co właśnie usłyszał. Zauważył, że podobna konwulsja przebiegła przez twarz sędziny, od której nie oderwał choćby na chwilę spojrzenia. A spojrzenie Aarona, choć poważne, wrogości było pozbawione. Znał przecież wyrok, jaki wydał na nią los zanim jeszcze przyszła na świat. Maledictus, klątwa krwi. Czy więc mówiła o sobie? W przeciwieństwie do Alastora, Lorien nie ukrywała nigdy swej przypadłości. Oczywiście, że mówiła o sobie. Zbyt ciężko było mu nie pomyśleć w tej chwili o swoim synu. Myśli Aarona zawsze przecież uciekały prędzej czy później w stronę jego dzieci... A jednak nie pozwolił sobie na dalsze roztkliwianie się nad bólem, jaki w związku z klątwą syna odczuwał. Jego ból był tylko i wyłącznie jego bólem. Sprawy natury osobistej nie powinny wpływać na trzeźwość jego osądu. Nie powinny zajmować jego myśli w tak ważnej chwili. Nie, w tej chwili najważniejszym było pomóc kobiecie, która o pomoc prosiła. Nie dlatego, że prosiła, a dlatego, że pomoc zwyczajnie jej się należała. "Gdzie kończy się człowieczeństwo, panie Moody?". – Pani nie pyta o to, gdzie się kończy – odparł poważnie Aaron, jego oblicze zastygłe w wyrazie wyważonej uprzejmości. – Nie tak naprawdę. Cytując wszystkie te artykuły, tak naprawdę pyta pani o to, gdzie się zaczyna. A ja, z całym szacunkiem, nie potrafię udzielić odpowiedzi na to pytanie. "Za istotę ludzką uznaje się każdego, kto urodził się z rodziców obdarzonych mocą magiczną"... Wciąż tylko poszukiwanie początku w odwiecznym cyklu, jakim było życie. Aaron pozostawiał doprecyzowanie tych kwestii jurystom. Przecież byli mądrzejsi od niego, gotów był to przyznać w pełni szczerze. Sama Lorien, jako sędzia, znała się na prawie lepiej niż Aaron, który był aurorem. A aurorzy nie sięgali po kodeksy, jeżeli mogli sięgnąć po różdżki. Gdy Aaron roztrząsał sens przywołanych przez nią artykułów, wpadał w nużące zapętlenie głupawych czytanek rodem z kowenowego katechizmu. "Wszelkie stworzenie powstało w łonie Matki", i wszystkie te religijne pierdoły. Wierzył, że człowiekiem jest się od samego początku, gdzie był jednak ten początek? Czy człowiekiem było się już w chwili poczęcia, czy dopiero po urodzeniu? Ministerstwo było instytucją świecką, odrzucić winni więc moralność właściwą religii. Człowieczeństwa nie należało rozpatrywać w kategoriach moralnych, lecz prawnych, w tym się z sędzią zgadzali. A jednak, tak usilnie próbując określić granice człowieczeństwa, Aaron nie mógł pozbyć się wrażenia, że mówili wciąż o jego początku, nie o końcu. Może dlatego, że początek był zagadką godną uwagi prawnika. Koniec zaś... Koniec bliższy był domenie aurora. – Wszystkie te dywagacje, chociaż niewątpliwie istotne z prawnego punktu widzenia, ważne dla rozwoju naszego ustawodawstwa, ustanawiania precedensów... Zawsze zdawały mi się absurdalnymi. Więcej sensu znaleźć można w bardziej prymitywnych zapiskach naszych anglosaskich przodków. "Hipogryf jest takim, jakim go widzimy", pisali wczesnośrednowieczni kronikarze. Po co opisywać hipogryfa? Każdy wie przecież jak wygląda hipogryf. – Aaron uniósł lekko brwi, a chociaż przyzwolił sobie na szczyptę ironii, wciąż pozostawał w pełni poważnym. – Wszyscy wiemy też jak wygląda człowiek. Nie czarodziej. Nie mugol. Człowiek. Magia nie jest warunkiem człowieczeństwa. Sama Lorien obnażyła tę niedoskonałość czarodziejskiego prawodawstwa, przyznając, że nie powinno się wiązać magii z człowieczeństwem. Przecież magią posługiwały się nawet skrzaty domowe. Bez wątpienia obdarzone były więc w jakimś stopniu mocą magiczną... Ale człowieczeństwem? Już nie bardzo. Ale przecież Lorien Mulciber o tym wiedziała. Wiedziała o tym wszystkim. Czy to był test, zastanawiał się przez chwilę Aaron, czy prowokacja? Być może zareagował na jej rozważania zbyt gwałtownie, ale zbyt czułą strunę poruszyła w jego sercu. "Człowiekiem jest ten, kto nie zatracił na mocy klątw tożsamości i zdolności do samostanowienia, rozumowania i tworzenia więzi społecznych"... Cóż z tego, że Korolev wymusił na niej przemianę? Sędzią, którą była w formie ludzkiej, nie przestawała być nagle w formie ptasiej. A Korolev zaatakował przecież i jedną, i drugą. Aaron Moody nie wiedział, w której formie Lorien Mulciber byłaby bardziej skłonna wykłuć mu za to oczy. Gdyby miał jednak oceniać... Prędzej zrobiłaby to kobieta, niż ptak, pomyślał. Spodobała mu się ta myśl. – Ale zostawmy to za sobą – dodał. Oczy Aarona uważnie sunęły wzdłuż oblicza siedzącej za biurkiem Lorien, wydając się śledzić każdy ruch sędziny. Każde najmniejsze choćby mrugnięcie. Musiał jednak zobaczyć coś w jej twarzy, co spowodowało, że nagle nachylił się nieco bliżej biurka. Trochę przypomiał przy tym kota, który przeciąga znużony grzbiet. – Zamiast tego... Proszę mi pozwolić zabrać się na przejażdżkę hipogryfem. Aaron zmrużył delikatnie oczy, jak gdyby zapomniał, że uśmiechać należy się ustami. – Pytała pani, gdzie kończy się człowieczeństwo – wymruczał. – Na to pytanie mogę odpowiedzieć. Mogę powiedzieć, gdzie naprawdę kończy się człowiek. Człowiek kończy się tutaj. – Moody stuknął zdecydowanie palcem w leżącą przed nim teczkę z aktami. – Człowiek kończy się w chwili, gdy łamie prawo. A dokładniej, gdy łamie je po to, by skrzywdzić drugiego człowieka, naruszając jego prawa i wolności. W chwili, gdy nastaje na cudzą wolność, czy nie powinien więc utracić własnej? Wolność jednego człowieka kończy się w końcu tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. A jeżeli człowiek występuje przeciwko innemu człowiekowi, występuje przecież przeciw człowieczeństwu jako takiemu. Tam więc kończy się jego człowieczeństwo. Na styku nosa i pięści – dodał, nawiązując do bójki, w jaką wdał się w na terenie atrium Robert Crouch. – A skoro przestępca samodzielnie wyrzeka się swojego człowieczeństwa... Czemu mielibyśmy traktować go jak człowieka? Nie jest nim. – Aaron skinął mimowolnie głową, dochodząc do konkluzji swojego wywodu: wypuścił głośno powietrze nosem, zanim kontynuował. – Nie jest człowiekiem – powtórzył. – Czemu więc auror, który zabija przestępcę w śmiertelnym pościgu, narażając przy tym własne życie, musi odpowiadać przed komisją niewłaściwego użycia czarów? Przecież nie zabił człowieka. To nie był już człowiek. – Przemawiał tonem łagodnym, ale wystarczyło spojrzeć w jego oczy, aby na ich dnie dostrzec bezwzględność. – Czemu detektyw, który w służbie krajowi zanurza się w umyśle wspólnika tej szumowiny, żeby wydobyć z niego zeznanie dla oskarżyciela, zostaje zaszczuty przez aparat kontroli? Przecież nie sięgał do umysłu człowieka. To nie był człowiek. Wyzbył się człowieczeństwa, wraz z jego wszystkimi przywilejami. Nie ma już praw należnych człowiekowi, nie ma jego wolności... Czy nie wystarczy, że dajemy mu prawo do sprawiedliwego procesu? Jest to przecież przywilejem człowieka. A on przestał być człowiekiem. Aaron odchylił się swobodnie w krześle. – Nie zasługuje na współczucie, ani na imię, którym nazywała go matka. Dla mnie nie ma imienia. Nie ma nazwiska, jakie dał mu w spadku ojciec. Dla mnie jest numerem sprawy. Artykułem w kodeksie prawa karnego, którego używamy, aby postawić mu zarzuty. Aby go stosownie skazać w postępowaniu sądowym. W trakcie procesu staje się numerem postępowania, jakie przeciw niemu prowadzimy. A po procesie... Numerem, jaki dajemy mu za kratami Azkabanu. Nie zasługuje bowiem na miejsce w naszym społeczeństwie. Danie mu celi jest w tym wszystkim aktem łaski. Pewnego razu, ja... – urwał nagle, jak gdyby w ostatniej chwili powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś niewłaściwego. Pokręcił tylko głową, zacisnąwszy usta w wąską kreskę. – Ale to nieistotne. Istotne jest to, że my, pani Mulciber... My jesteśmy ludźmi. Usiadł na powrót prosto, przesuwając po biurku pustą teczkę, na której napisał już numer postępowania, jakie miał wszcząć z ramienia biura aurorów. – Więc w sprawie Koroleva Juniora, czy raczej, w sprawie opatrzonej numerem 72/09/4801... – Aaron przeniósł wzrok z powrotem na twarz Lorien. – ...Pani zeznanie będzie kluczowym. W tym zeznaniu interesują mnie przede wszystkim trzy rzeczy. Po pierwsze, czy Korolev miał na sobie coś, co mogłoby sugerować, że jest Naśladowcą. Jakiekolwiek powiązanie z ugrupowaniem Śmierciożerców, nawet jeżeli byłaby to tylko maska albo płaszcz. – Oboje wiedzieli, że za podobną maskarady groziły wysokie wyroki. – Nie sądzę, aby sympatyzował z ekstremistami czystej krwi, wierzę jednak, że mógł chcieć wykorzystać chaos na ulicach Londynu w celach rabunkowych, jak wielu mu podobnych. Był już wcześniej zatrzymywany za drobne akty wandalizmu, ale zawsze kończyło się to grzywną. – Aaron przeczytał Lorien na głos kilka odnotowanych w aktach wykroczeń. – Wiem jednak, że utrzymuje kontakty z ludźmi z półświatka. Drobni przestępcy, kanciarze, zadłużeni po uszy desperaci... Mieszka u jednego z nich. Gość nazwiskiem Burt Roerden, stary oszust. Nie chce mi się wierzyć, że wypadł z biznesu. A więc, po drugie. Czy pamięta pani, czy był sam, czy ktoś mu towarzyszył? Obracając się w takim towarzystwie, można by podejrzewać Koroleva o działanie w ramach zorganizowanej grupy przestępczej. Zwłaszcza, że jego kumpel, Roerden z jeszcze innym kumplem wpadli kiedyś na gorącym uczynku. – Aaron podsunął odpowiednie akta Lorien. – Po trzecie, czy był w pełni świadomy tego, kim pani jest. Nie chciałbym, aby ktokolwiek miał wątpliwości co do jego poczytalności. W tym celu potrzebujemy też opisu reakcji otoczenia, relacji świadków. Czy ktoś go próbował powstrzymać, czy wokół panowało zamieszanie, bo akurat coś wybuchło, albo płonęło? Czy można powiedzieć, że zaatakował panią, w swym wyrachowaniu licząc na to, że uniknie konsekwencji? Czy próbował zatuszować to, co zrobił, wymazując komuś wspomienia? – Wykluczyć działanie pod wpływem afektu było trudnym, ale nie niemożliwym. – To są kierunki, które należy w moim przekonaniu uwzględnić w planowaniu postępowania. RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Lorien Mulciber - 26.11.2025 Każda rozmowa, którą przyszło im toczyć w zamkniętych, czterech ścianach gabinetu pani Mulciber, była testem. Pieprzonym egzaminem, który oblewała większość kandydatów. Testowano tu wierność ideom, prawu; momentami niemal psie oddanie temu czemu służyli. Odpowiedz dobrze lub odejdź z podkulonym ogonem po porażce. Aaron pamiętał to miejsce z czasów, gdy królował tu Philip. Wcale nie było tu milej – choć Crouch lubował się w prawach handlu międzynarodowego, krew niejednego przemytnika miał na rękach. W tamtych dniach znad drzwi ze ścian nie spoglądały portrety Ministrów, a wszechwidzące Oko włoskich Prewettów. Obecność teścia była zawsze wyczuwalna. Jak fatum wiszące nad ludźmi, którzy tu przychodzili myśląc, że liczy się coś innego niż pieniądze i rodzina. A jednak, w barku starego szkolnego kolegi zawsze znalazł się jakiś likierek podany po cichu ze słowami „czego Wilhelminka nie widzi, to jej serduszku nie szkoda”, a on sam nie stronił od przyjacielskich pogawędek. Lorien nie była swoim ojcem, choć zasiadała w jego fotelu, pisała jego piórem i odziedziczyła po nim regalia sędziowskie, spoczywające w obłożonej zaklęciami szklanej szkatułce na biurku. O wiele bardziej przypominała Adeline – z jej wiecznie zmarszczonym zadartym nosem, burzą plączących się ciemnych loków i nieprzejednanym charakterkiem. Ale tam gdzie brakowało cech rodziców, pojawiało się coś o wiele bardziej ptasiego. Każdy nerwowy ruch głowy, zerkanie zaledwie kątem oka, bezwiedne zaciskanie paznokci na gładkiej powierzchni biurka – żaden z tików nie był ludzki. - Pani nie pyta o to, gdzie się kończy…. Gdzie się zaczyna. - Zawsze wydawało mi się to tożsame.- Odparła przekornie. Początek, koniec. Jakie to wszystko miało znaczenie? Czas był tylko płaskim okręgiem, po którym poruszali się jak naćpane pionki w chińczyku. Pozwoliła Aaronowi mówić, opierając palec o stojącą na blacie złotą… klepsydrę. Pchnęła ją wystarczająco mocno, by klosze zaczęły się obracać wokół cienkiej osi. Przesypujący piasek był jedynym dźwiękiem poza ich głosami. - Wszyscy wiemy jak wygląda człowiek. Zatrzymała gwałtownie klepsydrę, powodując w szklanym wnętrzu burzę piaskową. Spojrzenie czarownicy stało się ostrzejsze, o wiele bardziej uważne. - Wiemy? Pan powie, że człowiek to taka istota co ma dwie nogi, dwie ręce, trochę pomyślunku w głowie. Ja zapytam wtedy „co z naszymi braćmi, którzy w wypadku stracili kończyny”. Pan powie, że skóra jest ważna – ja przypomnę, że są eliksiry, które skutecznie obalają tezę. Czy to nadal ludzkie, że pod skórą tkwią pióra? Taki wampir – czy nadal jest człowiekiem? Ghoul? Ile rubryczek musimy odhaczyć, by się zakwalifikować, panie Moody? Ziarna piasku przesypywały się powoli powoli wracając do normy, a Lorien w tym momencie zdawała poświęcać im całą swoją uwagę. Obserwowała pojedyncze ziarenka z ciekawością małego dziecka, które odkrył coś fascynującego. Nie podniosła wzroku, gdy się pochylił. Ale zauważyła – kącik jej ust drgnął w lekkim półuśmieszku. - Człowiek kończy się w chwili, gdy łamie prawo. Było w postawie Aarona Moody’ego coś zwyczajnie w świecie… żałośnie patetycznego. Może przez to nieco uroczego. Dlaczego to. Dlaczego tamto. Dlaczego zły sąd nie pozwolił mi popełniać zbrodni za które ścigam innych? Ja, ja, ja. Zdusiła w sobie chęć słodkiego zaszczebiotania i roztkliwienia się nad mężczyzną, który jej bardziej przypominał teraz urażonego chłopca. - Wie pan dlaczego? Bo czasami aurorzy zapominają, gdzie jest ich miejsce.- Zniżyła głos do czegoś z pogranicza szeptu i pomruku. Wychyliła się we własnym krześle, przesuwając pazurami po blacie. Mniej jak ptak – o wiele bardziej jak kot. Było w tym ruchu coś dziwacznego; lekkie drżenie ekscytacji, radości z dyskusji i typowego włoskiego uporu; jakieś wyczuwalne poczucie wyższości. Nieme „ja jestem przedłużeniem prawa, które ślubowałeś czcić nad bogów.” Cofnęła się powoli, kolejne słowa wypowiadając na nowo spokojnym, wręcz na wpół martwym, wpół znudzonym tonem. - Świat nie jest sprawiedliwy. Ale gdyby był Clemens Longbottoom dogorywałby w Azkabanie za swoje przewinienia, a nie serwował rozwodnione piwo na Nokturnie. Więc odrobina wdzięczności panie Moody byłaby bardziej na miejscu. Przechyliła głowę w swoim uroczym, ptasim geście; docisnęła palec do bladego policzka, jakby poważnie się nad czymś zastanawiała. Uniesione kąciki ust zdradzały więcej niż słowa, które nigdy nie mogły paść w tym pokoju. Co chcesz, żebym ci powiedziała. Jaka odpowiedź ucieszy twoje skurwiałe serce i sprawi, że sprawiedliwości stanie się zadość? Przesunęła krwistoczerwonym paznokciem po okładce teczki. Pustej. Jeszcze pustej. Numer sprawy. Jak często myślała tak o więźniach? Jak często odbierała im prawo do zwykłego imienia? Zorientowała się, że nawet nie poświęciła chwili, żeby sprawdzić jak jej własny oprawca miał na imię. Był po prostu Korolevem. Tak jak jego ojciec. Pewnie, gdyby pogrzebać odpowiednio głęboko w archiwum znalazłoby się i dziadka. Choć sądząc po imigranckim nazwisku, ten mógł być problemem radzieckich służb magicznych. To nie miało znaczenia. W sumie nie chciała żeby zdechł. Śmierć była zbyt prostym rozwiązaniem. - Panie zeznanie będzie kluczowym. - Nie zgadzam się na nagrywanie zeznań. Tylko spisane. Anonimowo. Zezwalam na umieszczenie inicjałów, nic więcej. Odpowiadam jako obywatelka Wielkiej Brytanii, czarownica i kobieta. Sam pan rozumie Panie Moody, w dzisiejszych czasach nie można być zbyt ostrożnym. Dopiero kiedy jej życzenie zostało spełnione, a stary sprzęt wykorzystywany przy przesłuchaniach zastąpiono pustym pergaminem i samopiszącym piórem, odetchnęła z ulgą. Opuściła spięte ramiona, siadając po raz pierwszy nieco wygodniej w swoim własnym fotelu. Znała tą grę nie gorzej niż on. Każde słowo mogło być użyte przeciw niej, jeśli wiatr polityki zawieje w inną stronę. Dziś była nieszczęśliwą ofiarą, ale jutro? Prowokatorką? Atencjuszką? Zdrajcą? Papier płonął szybciej niż nagrania. Zaklęcia wiązały usta lepiej niż urżnięty język. Pierwsze pytanie wręcz prosiło się o oburzone „Sprzeciw wysoki sądzie – spekulacja!” ale sąd milczał. Przez chwilę. Nie musiała się specjalnie długo zastanawiać nad odpowiedzią. - Nie mogę jasno określić czy mężczyzna, który mnie tamtej nocy zaatakował był Naśladowcą czy przynależał do ugrupowania radykałów i fanatycznych popleczników Lorda Voldemorta, ale muszę zauważyć, że jego wygląd w tamtym świetle mógł takie wrażenie wywołać. Był ubrany na ciemno, chociaż nie miał maski. Nie widziałam jego przedramienia, jeśli je odsłonił, musiał to uczynić po mojej przemianie. Nie twierdzę panie Moody, że był jednym z nich – ale mogę w pełni świadomie stwierdzić, że człowiek ten wykorzystał atmosferę terroru dla swoich własnych interesów. - Nie sądzę, aby sympatyzował z ekstremistami czystej krwi… - Sądzę Panie Moody, że sympatyków ekstremistów zbyt często szuka się wśród samych czystokrwistych elit.- Przerwała mu miękko by wtrącić swoje trzy knuty. Pozwoliła oczywiście aurorowi dokończyć zdanie, ale gdy tylko przerwał by złapać oddech, Lorien odezwała się ponownie. - Widzi Pan, ekstremizm rasowy jest przywarą ludzi z reguły niewykształconych lub w pewien sposób ograniczonych. Ludzi, którzy nie rozumieją w jaki sposób funkcjonuje nasze społeczeństwo, jak jest zbudowane i tego, że każdy niezależnie od swojego statusu pełni w nim pewną rolę. Żadnemu szanującemu się rodowi czystej krwi nie jest na rękę niszczenie magicznej gospodarki, łamanie prawa i tradycji, której służymy, palenie zabytków i dewastacja miast, w których rodzili się i umierali nasi przodkowie. Ekstremistów doszukiwałabym się w tych, którzy jeszcze nie starli maminego mleka spod nosa i wciąż jeszcze marzą o nowym, innym świecie, nie wiedząc, że ten świat nie może sprawnie funkcjonować. Ewentualnie w bezrobotnych, niewykształconych anarchistach, tak strasznie „uciemiężonych przez system”.- Uniosła dłonie w geście cudzysłowu, po czym opuściła je z powrotem, by spleść palce na drewnianym blacie biurka. Nie wydawała się przy tym specjalnie zainteresowana żadnymi drobnymi przestępstwami popełnionymi przez czarodzieja. Za wandalizm jeszcze nikt nie trafił do Azkabanu. A szkoda. Może musiałaby oglądać mniej paskudnych graffiti w drodze do pracy. - Jaki ojciec taki syn.- Skomentowała to tylko. Ale przyjęła przekazane akta domniemanych współpracowników. Desperaci, drobni przestępcy, kanciarze. Obrzydliwy margines społeczny, zawsze czający się gdzieś na pograniczu ich wzroku. Gorszy od cholernych śmierciożerców, bo zwyczajnie w świecie… niezauważalny.- Wie panie Moody, przestępczość jest często rodzinnym interesem. Dziecko raz skąpane w przestępczym światku, nigdy nie wyrośnie na porządnego obywatela. Przeglądając akta skupiła się głównie na niewyraźnych zdjęciach prezentowanych mężczyzn. - Kiedy do mnie podszedł był sam, ale na ulicy panował popłoch, z trudem koordynowany przez służby porządkowe. Mógł mieć towarzyszy, ale ja ich nie widziałam zbyt dokładnie. Może na żywo byłoby mi łatwiej ich zidentyfikować niż ze starych zdjęć.- Odłożyła akta. Nad ostatnim pytaniem musiała zastanowić się dłużej, choć pozornie było najłatwiejszym z nich wszystkich. Jedynym na które chciała odpowiedzieć mówiąc prawdę, tylko prawdę i najszczerszą prawdę. - On nie krzyczał do tłumu. Krzyczał na mnie. Ten człowiek nie zaatakował mnie bez powodu. Wiedział kim jestem, wiedział co reprezentuję. I wiedział, że tamta noc mu na to pozwoli.- Wzrok, który dotychczas miała utkwiony w Aaronie, niczym ptak przypatrujący się ofierze, teraz prześlizgnął się po wnętrzu gabinetu; zatrzymał się moment na gablocie, a potem na portrecie Ministra Magii. Westchnęła bezgłośnie, tak mała w swoim fotelu, niemal przytłoczona ciężarem, który świat zrzucił na jej wątłe barki. A jednak, gdy znów się odezwała – jej głos pozostał spokojny i zupełnie beznamiętny.- Zaatakował mnie, nie po to żeby mnie nastraszyć, zaciągnąć w boczną uliczkę i zgwałcić, ale po to żeby mnie zabić. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.- Przerwała. Jeden z dementorków wdrapał się na jej dłonie, prezentując koślawą łódeczkę, którą narysował na różowej karteczce samoprzylepnej. Dwa kolejne przytargały nieco nagnieciony kawałek pergaminu.- Przepraszam, o czym mówiliśmy? Ach tak, gdy Korolev mnie zaatakował, pojawił się pewien mężczyzna. Nie wiem kto nie widziałam go nigdy wcześniej.- Zaczęła składać pergamin w papierowy stateczek. Nie była mistrzem origami, ale najwyraźniej to jedno miała opanowane do perfekcji. Jak często dementorki domagały się łódek, żeby popływać po zaklętych wodach makiety więzienia?- Nie zdążyłam mu się przyjrzeć. Stres z ataku wywołał reakcję chorobową, a następną rzeczą jaką pamiętam był szpital Munga i chyba przyniosła mnie tam jakaś brygadzistka. Nie patrzyłam do szpitalnej dokumentacji, udzielę panu do niej dostępu. Tylko do tej z nocy 8. września. Papierowa łódeczka wylądowała na biurku, a dementorki władowały się do środka jak przystało na zgraną piracką szajkę. RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Aaron Andrew Moody - 24.01.2026 – Wiemy – powtórzył Aaron, zdawałoby się, niezrażony wcale ostrością, która pojawiła się nagle w tonie siedzącej przed nim kobiety. Przyglądał się jej wcześniej, wtedy, gdy stroszyła piórka, przyglądał się jej i teraz. Popisywała się przed nim retoryką z takim samym wdziękiem z jakim wcześniej odrzucała włosy. Słuchał, bo chciał dowiedzieć się jakim jest człowiekiem. Gdzie leżą jej sympatie i lojalności. Uważne spojrzenie aurora przesuwało się po twarzy sędzi. Na początku kusiło Aarona, żeby podjąć dyskusję, a w oczach zabłyszczała wręcz irytacja, bo czyż nie mieli rozmawiać szczerze? Drażniło go, gdy wytykano mu błędy, a jednak... A jednak prowokacja ze strony sędzi była wyjątkowo przewrotną. Zrozumiał, że jest jej ciekaw. Zawsze zasłaniał się prawem, przynajmniej dopóki ktoś mądrzejszy nie cytował mu przepisów prawa w twarz. Potrzeba było jednak przenikliwości, żeby obnażyć niekonsekwencje w postępowaniu Aarona Moody'ego. Żeby zrozumieć, że operował w granicach wyznaczonych nie tyle przez prawo, co przez stworzony na jego podstawie kodeks moralny. Kodeks nierealistyczny, pełen niedorzeczności, okrutny jak prawo babilońskie, skrupulatny jak rzymskie roczniki. Sam go sobie stworzył. Sam go sobie narzucił. W gruncie rzeczy, Lorien wcale nie pomyliła się więc w ocenie Aarona. Chociaż potępiał religię za arbitralność, wyznawał wiarę w samodzielny system dogmatów, w którym nie było miejsca na wątpliwość. Przemoc była jego religią. I tak samo jak gardził miłosierdziem jako słabością, tak samo oczekiwał wdzięczności za przemoc dokonaną w imię porządku. Nigdy by się do tego nie przyznał, nawet przed samym sobą. Aaron Moody tak jak wszyscy twierdził, że sprawiedliwość winna być ślepą. W praktyce widział jednak bardzo wyraźnie, kogo chce poświęcić, a kogo chronić. "Pan powie, że człowiek to taka istota co ma dwie nogi, dwie ręce, trochę pomyślunku w głowie. Ja zapytam wtedy: co z naszymi braćmi, którzy w wypadku stracili kończyny?" Aaron uśmiechnął się lekko, doceniając trafność żartu. Szkoda, że nie wiedziała, że jego ojcu ucięli ręce jak trofeum. Nie wystarczyło złamać mu różdżkę, bo to nie w niej tkwiła moc. Różdżka była tylko narzędziem, a moc tkwiła w ręce, która nią władała. Na wszelki wypadek ucięli mu więc obie. Najpierw jedną, a potem drugą. Do trumny chcieli mu je przyszyć, ale Aaron się nie zgodził. "Pan powie, że człowiek to taka istota, co ma dwie ręce..." Ręce leżały obok ciała, jedna ucięta na wysokości łokcia, druga wyżej. Aaron wątpił, żeby ojciec był przez to mniej ludzkim, wręcz przeciwnie. Bez prawicy wydawał się mu właśnie bardziej ludzkim. Wydawał mu się słabym. Jak gdyby cała jego władza i sprawczość skupiona była w tych właśnie rękach. Być może zbyt często używał ich, żeby Aarona lać, gdy się zapalał się gniewem. Przynajmniej pozwalał mu wybrać rękę. Bo ojciec zawsze mówił, że trzeba dawać wybór. Wybieraj, powtarzał. Prawą uderzał mocniej, więc bolało bardziej, ale na lewej nosił obrączkę i sygnet, którym był w stanie przeciąć skórę. Aaron oczywiście wybierał prawą. Siniaki łatwiej leczyło się zaklęciami niż skaleczenia. Gdy już zdusił w sobie pielęgnowaną przez lata pogardę, uznał, że s gruncie rzeczy dobrze mu to ojcowskie wychowanie zrobiło. Wyrósł na silnego mężczyznę, zamiast ulegać pospolitym wrażliwościom. Dyscyplina była potrzebna. Dzięki dyscyplinie był w stanie opanować mdłości, jakie poczuł na widok zbeszczeszonego ciała. Opanować obrzydzenie i ulgę zarazem. Oczywiście, ojca pochowano z honorami. Ceremonia była skromna, ale bardzo podniosła. Cieszył się, że matka odeszła na trochę przed nim, cieszył się, że nie musiała widzieć ojca takim. Wiedział jednak, że nie widziałaby w nim kogoś wybrakowanego, lecz bohatera, tak samo jak i Aaron. Ojciec zawsze był jego bohaterem, nieważne, że pod koniec życia niemal przestali się do siebie odzywać. Gdyby nie Madeleine i dzieci, Aaron nie odzywałby do niego w ogóle. Patrząc na ciało staruszka w trumnie, czuł dumę. Dumny, że ojciec zginął tak jak zginął. Dobrze, że szybko się wykrwawił, inaczej niechybnie ucięliby mu też i głowę. Aaron wierzył, że ojciec rzucałby zaklęcia nawet wtedy, gdy zmuszony byłby dzierżyć różdżkę w zębach. A gdyby wybili mu zęby, do utraty tchu rzucałby sepleniące przekleństwa. Gdy myślał o ojcu, z jakiegoś powodu zawsze myślał jednak o jego rękach. "Świat nie jest sprawiedliwy. Ale gdyby był, Clemens Longbottom dogorywałby w Azkabanie za swoje przewinienia, a nie serwował rozwodnione piwo na Nokturnie. Więc odrobina wdzięczności panie Moody byłaby bardziej na miejscu." – Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś dokonał żywota w Azkabanie za stosowanie przemoc wobec zwierząt... A przestępcy są od nich niższymi w naturalnej hierarchii, nieprawdaż? – Mógłby nie mówić tego na głos, zwłaszcza, że wiedział, że porusza wrażliwy temat. A jednak nie potrafił przy niej utrzymać języka za zębami. Pociągnął dalej metaforę, jakże niekomfortową w odniesieniu do napaści na maledictusa. Lorien dbała o posługiwanie się właściwym aparatem pojęciowym, szukała między przepisami miejsca dla wszystkich istot magicznych... Aarona był w tym wszystkim prostszy. Ale proste rozwiązania były zwykle najlepszymi. – Powiedziałbym wręcz, że gorsi są niż zwierzęta. Mój kot morduje, bo taki już jego koci instynkt. Człowiek dokonuje wyboru. – Wyboru, żeby przestać być człowiekiem. Gdyby kot złapał w łapy ptaszka, w którego się przemieniasz, czy kazałabyś go oskórować?, zastanawiał się, patrząc w ptasie oczy kobiety. Kazałabyś go zamknąć w klatce, czy od razu wyrwać łapy? – Wszystko, co go po tym spotyka, jest naturalną tego wyboru konsekwencją. – Wzruszył ramionami. – Dobry brygadzista musi mieć coś z kota. Być może Clemens spadł jak kot na cztery łapy... Ja jednak uważam, że sprawiedliwości stało się zadość. – Skinął głową w stronę Lorien, jak gdyby rzeczywiście chciał wyrazić uznanie wobec wyroków Wizengamotu. – Wdzięczny też jestem. Za to, że mogę pić to rozwodnione piwo. Ciężki temat zakończył lekką nutą. Bo co, bo miał niby żałować, że Woody rozpierdolił łeb jakiemuś popaprańcowi? W życiu. Jego przyjaciel mógł mieć skrupuły. Mógł mieć wątpliwości, czy postępuje właściwie. Aaron takich wątpliwości nie miał. Nie miał też skrupułów. Nie winił jednak Woody'ego, że przeżywa to w taki, a nie inny sposób. To byłoby tak, jak gdyby winić weterana za to, że wybucha gniewem, gdy w pobliżu pojawi się trigger. Legilimencja miała swoją cenę. Gdyby zanurzył się w brudnym umyśle takiego Koroleva, też czułby się zbrukanym. Lorien dobrze wiedziała, jak straszliwe wyznania padały na salach sądowych. Czytała opisy zbrodni zawarte w aktach aurorów, wyciągających zeznania z oskarżonych. Jeżeli samo to zdejmowało obrzydzeniem, co gdyby wniknąć we wnętrze głowy jednego z tych zwyrodnialców? To oni powinni być Woody'emu wdzięczni. Niósł brzemię tej wiedzy za nich. Gdy Lorien przedstawiła warunki swojej współpracy, od razu przesunął sprzęt do nagrywania na bok. – Naturalnie. Jestem tutaj po to, żeby pomóc. Po wszystkim przejrzy pani zeznania raz jeszcze, żeby upewnić się, że wszystko jest w porządku. – Mówiąc to, Aaron rzucił na pióro samopiszące odpowiednie zaklęcie zabezpieczającymi. Być może miał paranoję, a jednak... – Postaram się zadbać o to, żeby mogła się czuć pani bezpiecznie. Wszystko, co padło w tej rozmowie poza spisanym teraz zeznaniem pozostawiam w sferze prywatnej. Zapewniam o dyskrecji. Tak wiele formułek, których nauczył się w pracy aurora na przestrzeni lat. Profesjonalnie brzmiące słowa nie zawsze przynosiły spokój, wprowadzały jednak atmosferę skupienia. Niektórzy potrzebowali suchych, konkretnych obietnic, rozmowy o sztywno narzuconej strukturze, niektórzy woleli mówić sami, w trudnych momentach oczekując bardziej emocjonalnego wsparcia. Czasami Aaron zachęcał do zwierzeń, czasem czuł, że więcej zdoła zdziałać ciszą. W przypadku Lorien wystarał się, żeby włożyć w skierowane w jej stronę słowa więcej uczucia niż zwykle. Na jego oko zgrywała twardszą, aniżeli była w rzeczywistości. Była zbyt dumna żeby przyznać się do słabości. Tak przynajmniej wnioskował po tym, jak zareagowała wcześniej na jego dywagacje na temat natury ludzkiej. Wsłuchał w zeznanie sędzi, które cechowało się uporządkowaniem i klarownością. Niewiele potrzeba było dodatkowych pytań, żeby doprecyzować szczegóły. "Dziecko raz skąpane w przestępczym światku, nigdy nie wyrośnie na porządnego obywatela." Mówisz tak, bo nie masz dzieci, przeszło przez myśl Moody'emu. To nie było nawet tak, że nie zgadzał się z Lorien. Tak jak i ona wierzył, że człowiek złem skażony, zarażać będzie swym zepsuciem wszystkich wokół. Zło było jak pleśń za ścianą. Rozprzestrzeniała się po cichu, niemal niezauważenie, zasmradzając kolejne pomieszczenia. W końcu zaczynała trawić podłogi, wżerać w fundament. Nieważne, na jak silnych podstawach wzniesiono dom, gdy ten zaczynał gnić od środka. Zło, tak jak pleśń, zdusić należało w samym zarodku, aby nie śmiało zagrozić dobru powszechnemu. A jednak nie bez przyczyny Moody powtarzał wciąż, że zło jest wyborem. Bo takim samym wyborem było przecież dobro. Aaron Andrew Moody wybrał życie, które wiódł. Może nie było najlepsze, ale było jego, jego na własność. Został aurorem nie prawem dziedziczenia, ale dlatego, że wybrał sobie taką, a nie inną ścieżkę kariery. Wybrał bycie mężem i bycie ojcem. Wciąż wybierał, i żył konsekwencjami tych wyborów. Bo chociaż były takie dni, że wątpił, codziennie podejmował przecież świadomy wybór, żeby podnieść się z łóżka. – Wychowanie jest wszystkim. A jednak człowiek o wielkiej sile charakteru powinien być w stanie wznieść się ponad jego naleciałości. – Nie wierzył, że powinien przyznawać się do błędów z pozycji ojca. Z pozycji autorytetu. Nie, nigdy nie przyznałby się przed swymi dziećmi, że nie jest nieomylny. Wierzył, że dał im najlepsze możliwe wychowanie. Ale tak jak nie przyznawał się do błędów, tak dawał sobie jednak przestrzeń na ich istnienie. Jeżeli zawiodłem, przekonajcie mnie, że poradzilibyście sobie lepiej. Przekonajcie mnie, że jesteście lepsi. Och, jak bardzo chciałby, żeby tak było. Żeby pokazali mu, że jest najgorszym ojcem na świecie, a potem przeżyli życie lepiej niż on. Tylko czy wtedy byłby najgorszym, czy najlepszym? Czy mogliby mówić, że zawiódł, skoro patrząc na nich, żyjących pełnią życia, czułby się zwycięskim? – Podobnie jak powinniśmy być czymś więcej niż dziećmi naszych ojców. Powinniśmy wznieść się ponad nich... Choć chyba w twoim przypadku nie było o to trudno, co? Philip swoimi przemowami usypiał ludzi na sali sądowej. – Lekki był ton, którym to powiedział, żartobliwy niemal, jak gdyby po przyjacielsku spierał się z sędzią. Aaron przyjaźnił się niegdyś z ojcem Lorien. Naturalną rzeczą było, że przez lata ich stosunki uległy rozluźnieniu, a jednak sentyment pozostał. Wiadomym było, że nie mówi poważnie. Wszyscy wiedzieli przecież, że Philip jest utalentowanym mówcą. Tym większym był to komplement dla jego córki, że przewyższyła ojca. Nie szkodziło jednak z tego zażartować, zwłaszcza, że Aaron zobaczył, jak w ramionach Lorien narasta napięcie. Nie przerywał jej więcej, zadając pytania tylko i wyłącznie w odniesieniu do składanych przez kobietę zeznań. Gdyby poświęcił temu wszystkiemu więcej myśli, być może doszedłby do wniosku, że jest zwyczajnie zgorzkniały. Bo skoro wszystko było kwestią wyboru, dlaczego nagle nie można byłoby wybrać dobra? Dlaczego nie można byłoby nagle odmienić swego życia? A jednak jeden dobry uczynek nie był w stanie naprawić krzywd popełnionych w przeszłości. Nie byłoby ich w stanie wymazać całe życie spędzone na więziennej pokucie. Nie, były takie rzeczy, o których nie sposób było zapomnieć. Może dlatego Aaron odczuł tak gwałtowny sprzeciw wobec rozmywającej granice retoryki Lorien. Wiedział, że igrała z nim, pokazując, że jego definicje są umowne, a człowieczeństwo wcale nie kończy się tam, gdzie on chciałby je zakończyć. Tylko że niego to nie była intelektualna gra. To było zagrożenie dla logicznego konstruktu, na którym oparł całe swoje życie. Dla niego nie liczyły się uwarunkowania społeczne, posiadany majątek, status krwi. Każda z tych kategorii podważałaby jego przekonanie, że człowieka da się sprawiedliwie rozliczyć. Może dlatego słowem nie odezwał się na prowadzone głośno rozważania sędzi. "Sądzę Panie Moody, że sympatyków ekstremistów zbyt często szuka się wśród samych czystokrwistych elit." – Jeżeli tak pani uważa – odpowiedział prosto, jeżeli odpowiedzi oczekiwała: dokładnie tak samo jak wtedy, gdy stwierdziła, że aurorzy zapominają czasem, gdzie jest ich miejsce. Mugole mieli określenie na takich jak ona. Adwokat diabła. Diabeł, z tego przynajmniej, co rozumiał Moody, miał być personifikacją chaosu. Kimś, kto zaburza porządek uznawany za boski... Wciąż jednak działając w granicach tego porządku. Jak wszystko, co żyje, pochodził bowiem od tego samego Boga, któremu się sprzeciwiał. Zatem diabeł musiał być częścią boskiego planu. Chujowego planu, pomyślał Aaron, gdy pierwszy raz wytłumaczono mu jego koncept. Teraz jednak potrafił docenić przewrotność mugolskiej religii. Rzeczywiście, wszystko to był test. Lorien mogła go oszukiwać, zasypywać misternie skonstruowanymi argumentami, łapać za słówka. Na koniec dnia wiedział jednak, że jeżeli postawi przed nią bydlę bez honoru i sumienia, bez znaczenia będzie to, czy posiada wszystkie rączki i nóżki. Cielec złożony zostanie na ołtarzu sprawiedliwości, poświęcony w ofierze wymiarowi prawa. Aaron nie lubił zorganizowanej religii dlatego właśnie, że zagrażała doktrynie państwowości. Była przeszkodą w budowaniu racjonalnego porządku. Rzekomo święte księgi powtarzały zakazy i nakazy, utrwalone już wcześniej na łamach ksiąg prawa. Ale zamiast egzekwować prawo z należną surowością, tak, jak czynił to Wizengamot rękami aurorów, kapłani nawoływali do miłosierdzia, nawoływali do przebaczenia. Nawoływali żeby zwyciężać zło dobrem. Tyle że państwo istniało po to, aby działać sprawnie, nawet jeżeli miało odbywać się to kosztem ludzkich odruchów. W Wizengamocie wszystko było uregulowane, nawet współczucie. Aaron zbyt dobrze znał wszystkich sędziów z ich dziedzicznymi stanowiskami, dziedzicznymi nazwiskami i dziedzicznymi herbami. Gdy orzekała Lorien Crouch, Lorien Mulciber, wiadomym było, że dementory nie będą głodować. Dobrze wiedział, że skazała Koroleva zanim jeszcze wszedł do jej gabinetu. – Jeżeli o dokumentację medyczną chodzi, przypuszczam, że jedynym, co mogłby mieć znaczenie dla sprawy byłaby obdukcja, badanie urazowe... Albo jakiś rodzaj ewaluacji dokonany przez magomedyka opiekującego sie panią w szpitalu. A więc w grę wchodziłaby tylko noc ósmego września – odparł niezmieszany po dłuższej chwili milczenia. Aaron czekał bowiem cierpliwie, aż ucichnie skrzypienie zaklętego pióra. Podsunął zeznanie w stronę sędzi, pozwalając jej przejrzeć strony zapisane jego równym pismem. – Była pani bardzo dzielna tej nocy, pani Lorien – dodał, jak gdyby łagodniej. – Niewielu zdołałoby zachować w takich okolicznościach zimną krew. Niemniejszą dzielnością wykazała się pani teraz. Złożyć tak obszerne wyjaśnienia obciążające winnego... – Winnego, bo jeżeli ona już go skazała, kim był auror, żeby kwestionować wyroki sądu? – ...Dobra robota. Dementorki dokonujące abordażu papierowej łódeczki chyba też tak uważały, bo wzniosły bojowy okrzyk chórem swych cienkich głosików. RE: [11.09.1972] Ankietowani są zgodni: nie ma nic gorszego niż poniedziałek po pożarach - Lorien Mulciber - 09.03.2026 - Więc lepiej dla ogółu społeczeństwa, aby nasza wiedza się pokrywała. Byłoby nieroztropnym nie znać definicji człowieka, gdy definicja ta jest podstawą rozpatrywania o winie i karze.- Odpowiedziała, nieszczególnie przejęta jakże ograniczonym aurorskim żargonem. Wiemy. Rozumiemy. Waruj. Siad. Grzeczny piesek. To prawda - były rzeczy, które mógł przemilczeć. Nie powinien był ich przemilczać, nawet lepiej że tego nie zrobił, bo właśnie miał okazję zobaczyć jak z twarzy pani Mulciber ucieka ta niewielka ilość krwi, która nadawała różu jej policzkom i życia całej osobie. Kobieta pobladła, nie ze strachu, ale ze złości, która powoli zaczynała się tlić w jej oczach. Bezwiednie drgnęła, choć ból sunących po kręgosłupie pazurów był tylko lekką bryzą jaka przemknęła przez gabinet i poniosła magią dementorki w papierowej łódeczce. Nie pozwoliła się zdekoncentrować marze ukrytej w głębinach umysłu. Wdech, wydech. Jej oddech wygrywał prostą melodię ludzkich dźwięków i ptasiego szczebiotu. Clemens Longbottom nie był jej kotem prawda? Nie. Clemens Longbottom był niewiele więcej wartym przestępcą niż Korolev. Sięgnął po magię, za użycie której mogłaby go oskórować. Mogłaby go pozbawić różdżki, wyrwać mu łapki i złamać szczękę, co by nigdy więcej nie próbował jej zacisnąć na ministerialnej ręce, która go karmiła. Nie zadziałała sprawiedliwość. Och nie, sprawiedliwość milczała, gdy starego glinę wykopano na bruk. Czy zatem spotkała go “naturalna konsekwencja jego własnego wyboru”? A może plecy niektórych były po prostu wystarczająco mocne, by strzelić prawu w pysk. Ale przecież… to nie ona wydała Clemensa, gdy nadarzyła się taka okazja. Mogłaby to zrobić, ale po co? Prędzej niż później prawda wyszła na jaw. Różnica między Lorien Mulciber, a Aaronem Moody’m leżała jednak w tym, że tylko jedno z nich potrzebowało sobie polewać duszę lubrykantem i tłumaczyć Woody’ego z tego, że torturował ludzi. A przecież dokładnie to robił. Nie był w niczym lepszy od pierwszego lepszego skurwiałego nekromanty z Nokturnu. I szczerze? Kompletnie to Lorien nie przeszkadzało, póki jeszcze robił dla Ministerstwa Magii. Kiedy jeszcze był ich psem. Nie doceniła żarciku o rozwodnionym piwie. Sprawiała wrażenie jakby nie słuchała absolutnie żadnego słowa, które opuściło usta Aarona Moody’ego po jego jakże elokwentnym “jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś dokonał żywota w Azkabanie za stosowanie przemoc wobec zwierząt…”, bo to zostało w jej umyśle zanotowane raz a dobrze. Prawdopodobnie przypomni mu o tym za tydzień czy dwa; może za rok o ile przyjdzie jej dożyć takowego. Ale przypomni mu na pewno. - Jestem tutaj po to, żeby pomóc. Zaśmiała się cierpko w odpowiedzi. Ptasio. Ale rozluźniła się wyraźnie, gdy odłożył przyrząd do nagrywania i wyciągnął samopiszące pióro. - Zadbam o to, by czuła się pani bezpiecznie. - Niech pan nie będzie niepoważny. Nie ma już czegoś takiego jak bezpieczeństwo Panie Moody. Oni już wtargnęli do naszych domów. Jesteśmy jak kraby wrzucone do wrzątku - zbyt późno zorientowaliśmy się, że nas gotują.- Powiedziała niemal znużonym tonem, jakby naraz opadła z sił. I choć jasnym zdawało się być to, że Lorien mówi o Śmierciożercach, to jednak... co do tego nie można było mieć żadnej pewności. Dała mu na pytania i doszukiwanie się sensu w odpowiedziach tyle czasu ile chciał. W końcu zeznania wymagały pieczołowitego omówienia. Nic nie mogło przed nim umknąć. A sama Lorien nie miała dzisiaj żadnych innych planów, bo i Wizengamot wciąż potrzebował czasu, żeby zrozumieć co właściwie wydarzyło się w zeszły piątek; żeby policzyć ilu z nich brakuje i kim muszą zostać zastąpieni; żeby sprawdzić co da się jeszcze uratować ze zgliszczy jakim stał się ich kraj. Lorien nie miała dzieci, bo mieć ich zwyczajnie w świecie nie mogła. Świadomość ta towarzyszyła jej całe życie. Gdy w szkole jej koleżanki zachwycały się wizją zakładania rodzin i wybierały najładniejsze imiona dla swoich przyszłych dzieci; gdy kwestia ta wypływała na wierzch przy każdej matrymonialnej ofercie skierowanej w jej stronę, aż wreszcie utopiono ten fakt gdzieś w połowie przygotowanej przedwcześnie intercyzy. W końcu przestała o tym mówić w ogó… Nie mówiła o tym Robertowi. Nie mogła mówić o tym Robertowi. Zmarszczyła delikatnie brwi. Coś się nie zgadzało, ale nie rozumiała co. Poczuła bolesne ukłucie w skroni, jak zawsze, gdy wracał dysonans. Zrzuciła pełną winę na zmęczenie. Podniosła wreszcie wzrok na Aarona, który teraz pierdolił coś dalej o wychowaniu i ojcach. Westchnęła bezgłośnie. Nie pisała się na przyjacielskie konwersacje w godzinach pracy. - Mój ojciec jest wybitnym retorykiem.- Odpowiedziała sucho na zaczepkę. Oj nie wolno było obrażać papy Croucha w obecności jego ukochanej córeczki. Takie to było obrażalskie stworzenie.- Winy za znużenie jakie mogły wywoływać jego przemówienia raczej doszukiwałabym się w ubogim aparacie kognitywnym słuchaczy. No i żart trafił jak kula w płot. Brawo panie Moody. -50 punktów dla Gryffindoru za żarciki z papy Philipa i zmarszczenie brwi panienki Crouch. Ciężko powiedzieć co gorsze w tym przypadku. Nawet jeśli nie mówił poważnie to sama Lorien nie miała siły doszukiwać się w jego słowach żartu. Widać było po niej, że i składanie zeznań i przeżywanie na nowo ostatnich dni, było czynnością wystarczająco wyczerpującą. - Zaprosiłabym Pana na moje najbliższe oświadczenie w sprawie planowanych reform funduszu kompensacyjnego dla ofiar szkód spowodowanych niekontrolowaną magią młodocianych czarodziejów na lata 73-’75, ale obawiam się, że temat zostanie odłożony w czasie. Może to i lepiej. Nie chciałabym pana… znużyć. Skinęła głową odnośnie przydatnego zakresu dokumentacji medycznej. Tak. Na udostępnienie tych kilku stron mogła się ostatecznie zgodzić. Sięgnęła po pióro, umoczyła je w czarnym atramencie. Na podsuniętym kawałku czystego pergaminu wypisała stosowną zgodę. Pozwoliła zapaść ciszy między nimi i… pomimo wszystko nie było w tej ciszy nic niezręcznego. Po prostu dwoje dorosłych ludzi siedziało po dwóch stronach biurka, nie przeszkadzając sobie w wypełnianiu obowiązków. Przybiła stosowną pieczęć, dmuchnęła w mokry tusz, osuszając świeżo zapisany pergamin. Wymienili się dokumentami, a po przeczytaniu pobieżnie zeznań, złożyła parafkę na potwierdzeniu anonimowego zgłoszenia i ewentualnej zgodzie wystąpienia przed Wizengamotem w roli poszkodowanego. Nie była dzielna. Gdyby była - Korolev nie zdołałby jej wytrącić z równowagi, nie doszłoby do przemiany. Nie próbowała udawać dzielnej i teraz, bo nie miało to żadnego znaczenia. Tu chodziło o coś więcej niż atak na jedną, drobną kobietę. O coś więcej niż przywalenie w pysk Robertowi Crouchowi. Tu chodziło o przekroczenie granic, których ludzie dotychczas bali się przekroczyć. I porządek, który należało przywrócić, choćby za cenę przykucia całego społeczeństwa do płotu, na zdecydowanie zbyt krótkim łańcuchu by mogło sięgnąć do miski z ochłapami. W końcu podniosła się z fotela. Rozmowa mogła zostać uznana za zakończoną, dokładnie w chwili, gdy Lorien odwróciła od aurora plecami, wyglądając przez półprzezroczystą zasłonę w stronę Atrium. Wcale nie po to, żeby sprawdzić czy dzieje się tam coś ciekawego, bo przecież nawet coś tak ważnego jak Spalona Noc nie złamała biegu życia w Ministerstwie Magii. Nie. Po prostu dała jasny sygnał, że od niej niczego więcej się nie dowie. Milczała, gdy wstawał ze swojego miejsca. - Zanim pan zapieczętuje poniższe akta, proszę się jeszcze raz zastanowić panie Moody…- Uniosła dłoń, na wypadek gdyby próbował się wtrącić. Nie chciała go już w ogóle słuchać.- … jaka jest różnica między atakami Koroleva i Longbottoma na coś co nie jest w pana odczuciu człowiekiem. Jeśli zaś, nie próbując mi schlebiać i wmawiać swojego uznania wobec dokonań sądu, dojdzie pan do wniosku, że tylko jeden z nich powinien gnić w Azkabanie - proszę te akta spalić.- Dokończyła. Machnęła przy tym lekko ręką, dokładnie tak jak się macha na namolnego petenta, który przychodzi zawracać głowę w czasie porannej przerwy na kawę. That’s it. Koniec audiencji. Koniec sesji
|