Secrets of London
9 września 1972, deratyzacja - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: 9 września 1972, deratyzacja (/showthread.php?tid=5002)



9 września 1972, deratyzacja - Philomena Mulciber - 23.07.2025

W kancelarii Mulciber
Alexander posprząta po Spalonej Nocy



Aby jeść z tej podłogi, nie trzeba było psa. Jakkolwiek jednak apetycznie nie lśniły płytki i fugi między nimi, zapach w biurze Philomeny Mulciber daleki był apetycznemu. Żrące opary najsilniejszych przemysłowych środków do dezynfekcji zakamuflowano gęstą chmurą luksusowych, duszących perfum. Po nocnych pożarach niezliczone pary londyńskich oczu łzawiły, a gardła płonęły przy każdym oddechu, lecz to było coś innego. Nie brudny dym osiadający na przełyku, nie gorąca fala zmuszająca do zamknięcia oczu. To krystaliczne kłęby parujące z wyszorowanych powierzchni gabinetu — i wypalały w inny sposób. Zapach był sterylnie czysty — lotny demon z naostrzonymi pazurami zdrapujący kolejne warstwy śluzówek, obierający człowieka ze skóry żywcem, kwas rozpuszczający brudne mięso na białej kości.
Można by pomyśleć, że kilka minut w tym pomieszczeniu wystarczy, aby nabawić się poważnego podtrucia. Philomena Mulciber tę tezę obalała. Siedziała za swoim biurkiem na tle dwóch wysokich okien, za którymi zmartwychwstawał niemrawo Londyn. Sztywniejsza niż zwykle, ostrzejsza, o twarzy jeszcze bardziej zaciętej — jakby ów agresywny zapach nie mogąc przeżreć się przez jej skorupę, bezsilnie powykrawał kanty na starczej sylwetce. Ot, tyle chociaż zuchwałą staruchę poznaczyć.
Na biurku przed panią Mulciber stała miniaturowa biała sofa nasączona krwią niczym wyjęta z upiornego domu dla lalek. Rozstawiona na pustej kremowej teczuszce zadrukowanej tłustym napisem „akta sprawy”. Pod tą tekturką biurko dodatkowo obciągnięto folią stretchową. Raz wysterylizowaną przestrzeń należało taką utrzymać.
Dzień po katastrofie Philomena przywdziała czerwień — na usta, szatę i paznokcie. Żywą i soczystą jak róże wysłane przez Alexandra, nie bruntaną jak krew Śmierciożercy. Wyczekiwała wnuka w dręcząco wybrakowanym gabinecie. Puste miejsce po sofie zaburzało harmonię, którą wyliczali skrupulatnie dekoratorzy wnętrz przed pół wieku. Dzień w dzień przez pół wieku Mulciberowa podnosiła wzrok, a jej oczy ślizgały się po tym samym układzie powierzchni. Teraz jej wzrok podczas swojej wędrówki wpadał w pustkę po mebelku — tortura zgrzytu powtarzającego się przy każdym drgnieniu spojrzenia.
Po kancelarii pałętali się pojedynczy pracownicy. Pałętali było szczodrym słowem. Większość nie wróciła od razu tego dnia. Ci, którzy wrócili, udawali, że coś robią, gdy w rzeczywistości z pustym wzrokiem przerzucali machinalnie stosy pism albo wbijali się w kąty, aby dyskutować przyciszonymi, kipiącymi od świeżych emocji głosami. Wbijanie się w kąty — sztuczka, która nie działała na co dzień. W białym raju kancelarii każdy kąt był bowiem oświetlony i transparentny.
Pracownicy pozwalali sobie na to, ponieważ tego dnia cerber nie mógł ich pilnować. Wpadł w pułapkę: raz za razem próbował desperacko wydostać się z wyrwy po sofie. Nie mogli tego wiedzieć, drzwi gabinetu były od samego rana zamknięte, lecz czuli podświadomie, że gdy dziś odwrócą plecy, nikogo za sobą nie znajdą.


RE: 9 września 1972, deratyzacja - Alexander Mulciber - 30.07.2025

Alexander Mulciber chciał poczuć się czysty.

Spłukując z siebie brud, spłukiwał z siebie minioną noc, z całym jej szlamem i sadzą. Zmywał z siebie wizje, którą wciąż przewijały mu się pod powiekami, gdy zamknął oczy. Zmywał dotyk dłoni wiedźmy z rozdartą spódnicą, która pomogła mu zasklepić rany odniesione podczas walki. Gdy wpatrywał się tępo w spływające przez odpływ strugi brudnej wody, myślał o niej jak o topiącej się kukle podpalonej Marzanny. O tym, jak jej popioły spłynęłyby w dół rzeki.
Wymył się, zadbawszy o to, aby wypłukać dokładnie popiół ze swoich włosów.
Działał dokładnie, metodycznie, jak gdyby miał odprawiać jakiś obrzęd, przed którym należy dokonać rytualnego oczyszczenia.
Umył zęby.
Zakaszlał się, wypluwając sadzę na umywalkę.
Umył zęby jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.
Może powinien łyknąć na to jakieś prochy, pomyślał obojętnie. Sięgając po brzytwę, aby się ogolić, spostrzegł, że za paznokciami wciąż ma czarno. Zirytowało go odstępstwo od zwyczajowej rutyny. Zaczął szczotkować paznokcie, żeby pozbyć się sadzy, która straszyła żałobą, ale po chwili szorował już dłonie o dziwnie powykrzywianych knykciach, jak gdyby próbował domyć je z dawno już wytartej krwi.

Chciał tylko poczuć się czysty.

Gdy zjawił się na dywaniku u babki, skórki przy paznokciach wciąż miał przekrwione, ale przynajmniej był czysty.

Zawsze czysty, w swoim eleganckim garniturze, sztywno zaprasowanej koszuli i wyglansowanych butach. Zawsze gładko ogolony, ze schludnie przyciętymi paznokciami. Tylko kręcone, zdecydowanie zbyt długie włosy, psuły bijące od niego wrażenie czystości.

Zmieniłaś perfumy. – Padło chłodne powitanie.

W innych ustach, jego uwaga mogłaby wybrzmieć jak komplement. Przyjemnie dusząca woń przypominała mu przecież o dymie kadzideł, otulającym miękko wnętrze Ataraxii. O utraconym w pożarze mieszkaniu, w którym tak często tliły się podobne. Przypominała mu o kapliczce matki w Mulciber Manor, gdzie na zastawionym świętymi obrazkami ołtarzu dzień i noc paliły się wonne świece... Przypominała mu o wszystkim, tylko nie o gabinecie babki. Kiedy chciał, Alexander potrafił bowiem dostrzegać małe, acz niosące duże znaczenie rzeczy, których inni zwykli – w najlepszym przypadku – nie widzieć, w najgorszym – zwyczajnie pomijać. Nic w jego tonie nie sugerowało jednak, że w głowie były mu w tej chwili komplementy.

Zawsze wypowiadał się w ten budzący irytację sposób, w którym wydawał się mówić wprost, ale Alexander Mulciber, wbrew pozorom, rzadko mówił wprost. Rzadko był tak bezpośrednim, za jakiego chciał uchodzić. Za jakiego w wielu kręgach uchodził. Nie było w jego słowach prawniczej precyzji, która cechowała wycyzelowane wypowiedzi jego brata, a jednak mówił jakby z przypisami. Nie, to Donald tak mówił, zrozumieć mógłby ten, kto zdołałby postawić braci obok siebie na tyle długo, aby dojrzeć różnice. Alexander zawsze mówił zagadkami.

"Zmieniłaś perfumy". Detal. Perfumy były detalem, o którym można było bezpiecznie rozmawiać. Nie tak jak miniaturowa sofa, do złudzenia przypominająca normalnych rozmiarów, białą sofę, po której zostało tylko puste miejsce w przestrzeni gabinetu. Ale przecież "zmieniłaś perfumy" w jego ustach równie dobrze mogło sugerować "zmieniłaś wystrój". Zwłaszcza, że widziała, jak czujne, niebieskie oczy wnuka, lustrują uważnie wnętrze jej gabinetu. Miał oczy swojego ojca. A jeżeli Alexander choć trochę znał się na ludziach tak, jak znał się na nich jego ojciec, powiedziałby, że nic nie przeraża jego babki tak, jak zmiana. "Zmieniłaś coś, ale nie wiem, co!" Czy ktoś kiedykolwiek mógłby to powiedzieć Philomenie Mulciber? Nienawidził, że ta myśl była niemal kojącą. Nauczył się doceniać ludzi o stałych przekonaniach, o stałych upodobaniach... Ludzi, po których wiedział, czego się spodziewać, nawet, jeżeli spodziewał się po nich wyłącznie najgorszego. Babka była stałą tej rodziny.

A Alexander lubił stałość. Stały był układ runicznych pierścieni na jego palcach, chociaż od kilku miesięcy wyróżniał się sposród nich sygnet ojca. Stała była rutyna między pracą a domem, przynajmniej dopóki wciąż jeszcze miał dom. Stały był nawyk stawiania tarota przy każdej niemal otrzymanej pocztą wiadomości.

Cesarz. Karta nieodmiennie kojarząca się Alexandrowi z nieżyjącym już ojcem. Wreszcie przestał uciekać przed jego karcącym wzrokiem. Przed oczekiwaniami wobec tego, jakim mężczyzną powinien być, ale jakim nigdy nie chciał być. Alexander Mulciber wiedział, kim jest. Wiedział też, w tym przypadku chodziło nie o ojca, lecz o rodzinę od strony ojca, o sędziwą babkę, która wiele miała w sobie z Cesarza, kontrolującego despoty, którego wola zwyciężyć musiała ponad materią. A jednak, jego widok napełniał go spokojem, podobnie jak i powtarzalne ruchy tasowania kart, gdy dzielił talię pewną ręką. Przyjrzał się krytycznie wróżbie.
A więc Mag. Cudotwórca. Władca wszystkich elementów. Gdy potrzebujesz cudu, głosiło stare porzekadło, poproś Maga o pomoc.
Cesarz tworzył struktury, na których opierać winna się rzeczywistość, Mag rzeczywistość kreował. Powoływał do życia przez oddech. Przez imię. Alexander pomyślał o małej jasnowidzce, którą naznaczył swoją krwią wcześniej w nocy, namaścił ją tak, jak namaszcza się królów. O Scylli, chociaż nie śmiał o niej myśleć jako o Scylli. Myślał o tym, co jej powiedział. Imiona mają moc, powtarzał cały czas. Myślał o tym, że nie nadając jej imienia, odmawiał jej nadania znaczenia. Nie rozkoszował się jednak wpływem mocy Maga, którą przypisały mu wróżby.
Odwrócił kartę do góry nogami.
Kłamca. Manipulant. Młody, narcystyczny mężczyzna, który myśli, że może wszystko. Takim widziała go babka? Powiódł palcami po symbolu nieskończoności wyrysowanym ponad głową młodzieńca, dotknął wszystkich czterech symboli Małych Arkan. Analiza, zdecydował natychmiast, nie synteza. Nie złączenie, lecz rozpad. Nie skupiał spojrzenia na trzymanej w dłoniach Maga różdżce skierowanej ku górze, ku otwartemu niebu, na którym stało słońce. Bardziej zainteresował go jego palec skierowany do dołu, do ziemi. Ziemska energia, jego energia, pozostawała dominantą rozkładu, zwłaszcza w połączeniu z Ósemką Denarów, która wypadła z talii jako ostatnia. Zignorował jednak wyrastające ponad ziemią kwiaty, choć te kusiły go swymi kolorami. Śmierć, przypomniał sam sobie, nie życie. Poczuł nagle na barkach ciężar minionej nocy. Pogładził w zamyśleniu leżące przed nim karty.
Więc mówisz, że będę musiał kopać grób? – spytał ostatnią z nich. Kartę pracy, a raczej wytrwałości w pracy.
Nie wiem, wyszeptała w odpowiedzi Ósemka Denarów, ale się pobrudzisz.

Zgarnął talię.

Wróżby mówią, że każesz mi urządzić pogrzeb – stwierdził kilka godzin później, siadając przed biurkiem Philomeny, na niej skupiając swoje spojrzenie i całą swoją swoją uwagę. Nie mrugał. Nie mrugnął ani razu odkąd przekroczył próg jej gabinetu. – Czy ktoś umarł, czy dopiero ma umrzeć, nie pytałem. Nie chciałem... – Zatrzymał się na chwilę, choć nie tak, jakby zastanawiał się nad słowami, które miały paść z jego ust. Bardziej jakby bawiła go ukryta między nimi aluzja, znana chyba tylko jemu samemu. – ...Psuć ci niespodzianki. – Maniera nie jasnowidza, lecz jarmarcznego sztukmistrza, której z pełną premedytacją używał przy babce, dlatego właśnie, że wiedział, że napawa ją wstrętem. Takim mnie widzisz, mówiły jego oczy, więc takim będę. A jednak, w jego oczach nie było teraz wyzwania, nie gościła w nich także zwyczajowa kpina. Oczy Alexandra były puste. Obojętne. Wypuścił powietrze nosem, jak znudzony pies, wyrażający dezaprobatę wobec świata. – Babciu. – Niemal czule wymówił to miano, chociaż jego twarz i oczy z wszelkiej czułości były przecież wyprane.


RE: 9 września 1972, deratyzacja - Philomena Mulciber - 21.09.2025

Alexander dozwalał, aby los układał mu karty. Ba, pożądał tego. Philomena wolała układać je sama i nie tyczy się to wyłącznie jej światowej klasy umiejętności gry w brydża. Gdyby Alexander przedstawił jej swój rozkład, zapytałaby, czy to rozkład wygrany, bo czy były jakieś sensy poza sukcesem i porażką? Subtelności energii i ukryte podteksty — zbędne zawracanie głowy. Wyniki, proszę przedłożyć wyniki. Preferowalnie w formie zwięzłego raportu.
Powiedz zatem, Alexandrze, czy te karty ci wystarczą, aby odeprzeć Śmierć?
Philomena wyjęłaby Śmierć z jego talii i kazała mu liczyć. Przemawiały do niej twarde cyfry i te układy liter, które można było odszukać w słowniku, nie kolorowe zagadkowe ryciny. A oto czwórka ojcowskiego Cesarza, tę czwórkę odziedziczył po jej synu. Ósemka Denarów? Spojrzałaby na tego zapracowanego chłopca z karty surowym okiem — ósemki widać Alexander dorobił się sam. Zatem cztery części od ojca, osiem części własnych — dwanaście. Śmierć galopująca na siwym koniku przez ród Mulciber niosła trzynaście.
Trzecia karta — mały wstrętny kuglarz z jedynką — tak go wystroiła jego przeklęta matka z fetyszem śmierci. Trzynaście-trzynaście. Remis z Kostuchą o tę jedną część, drobny ułamek. Tak Selina nauczyła go okpiwać wszystkich włącznie z losem.
Mulciberowie przegrywali jeden po drugim, aż ostał się przy stole tylko ten cygański chytrus, który wciąż kantował Śmierć. Nie było wątpliwości, że to romską wiedźmę należało obwinić za wpojenie mu diabelskiego wachlarza sztuczek. Oto arkana jej schedy, dziedzictwo matki — oszustwo, krętactwo, birbanctwo, różnorakie wybiegi trzeciego oka. Teraz Philomena musiała przed samą sobą przełknąć dumę i przyznać, że nie było to wyłącznie źródło rozpasania i zepsucia, skoro ten raz zdało się na coś. Gdy po Spalonej Nocy trafił bowiem na jej biurko list od Alexandra, poczuła — obok złości za jego lekkomyślne decyzje — ulgę.
Alexander wciąż utrzymywał się na powierzchni, pogrywał sobie z losem, pogrywał ze Śmiercią.
Nie będzie jednakże pogrywał z nią.
Starucha odchrząknęła, aby oczyścić niemal nieużywane tego dnia gardło, co niemalże się jej nie zdarzało.
— Radzę zachować uwagi w tym tonie na stosowniejsze okliczości, Alexandrze. Nie jestem twoją koleżanką. — Mimo stopniowo ustępującej chrypki, słowa od samego początku były ostre. Mulciberowa chwyciła odzywkę o perfumach, zgniotła ją bezlitośnie i nie próbowała nawet podejmować podsuniętej jej gry w subtelności zaowalowanych przytyków.
Philomena była mistrzynią tych kąśliwych dwuznaczności poprzebieranych w niewinne uwagi. Posługiwała się jadem owiniętym w kurtuazję z płynnością godną języka ojczystego. To była zabawka, salonowe gierki, którym oddawać się można było na zewnątrz przy publice — jej własny dom nie był jednak teatrem. Nie było wielu osób, przed którymi w pełni porzucała występowanie, niemal zawsze była w jakimś stopniu pozą i figurą. Po Donaldzie Alexander odziedziczył wraz z sygnetem jej zupełną szczerość. Niezależnie od tego, ile wyrazów niezadowolenia musiał przyjąć i jak surowe było oko taksujące go od stóp do głów zza cienkich szkieł babcinych okularów — Philomena nie siliła się przy nim na wystawianie fałszów. Była bezpośrednia i prawdziwa. Nie znaczyło to jednakże, że nie zamierzała go manipulować. Oszczędzała mu po prawdzie propagandowej paszy do wykarmienia pospólstwa, lecz tylko dlatego, że przeznaczyła mu dalece bardziej wyrafinowane danie. Zamierzała utuczyć go z własnego talerza tą samą trucizną, którą uzasadniała własne ruchy i decyzje. dzieliła się z nim w pełni swoim delulu, jak mógłby powiedzieć wieszcz XXI wieku
Oceniała go, gdy zbliżał się do biurka. Szukała śladów terroryzmu — sama nie wiedziała, czy bardziej tych świadczących o tym, że stała mu się krzywda, czy tych mogących obciążać go za krzywdy wyrządzone przez niego. Nie był nigdy tak uporządkowany i schematyczny jak Donald. Śmierciożercy mogli nosić się w pozaklinanych anonimowych kostiumach, lecz te kostiumy wciąż niosły Alexandra Mulcibera, a ów z łatwością mógł zgubić coś w marszu przez pożogę — przedmiot, słowo, wzór. Funkcjonariusze Ministerstwa nie należeli do umysłów szybujących wysoko, ale i ślepa kura trafia od czasu do czasu na ziarno.
Gdzie był w ostatnich godzinach Alexander Mulciber? — padło oschłe, zwięzłe pytanie. Była niemal pewna, że dysponował na tyle przytomnym umysłem, aby spreparować uprzednio historyjkę, lecz nie miała doń na tyle zaufania, aby ślepo uwierzyć, że była to historyjka staranna.
Babka poprawiła okulary, nagradzając Alexandra na koniec niedyskretnej wizualnej inspekcji przyzwalającym skinieniem głową. Przy całej jego nieprzewidywalności, nie mogła zarzucić mu nigdy tego, że Alexander nie był schludny. Wprost przeciwnie: był tak schludny, że nie znając faktów, nie dojrzałaby w nim brudnej cygańskiej krwi. Potrafił być tak czysty i tak czarować uśmiechem na przystojnej twarzy Anglika odziedziczonej po Duncanie, że prawie możliwym stawało się zapomnieć o tym, że jego matkę płodziła dwójka plugawych cyganów w starym wozie nasiąkniętym smrodem zapuszczonej kobyły i duszącego kadzidła. Alexander mógł szorować skórę dłoni do krwi, lecz nosił w sobie generacyjną, nieusuwalną skazę. Philomena nie lubiła, gdy się śmiał, bo zawsze pod tym śmiechem brzęczał nieznośnie kicz pozłacanej cygańskiej biżuterii. Tylko czekała pierwszych zmarszczek na jego twarzy, w których niechybnie osiądzie nawarstwiony kurz całych wieków żmudnych tułaczek po nieprzychylnych jego plemieniu ziemiach i syf, który znosiły do cygańskich obozów żebrzące po miastach dzieci.
Donald nie śmierdział aż tak Seliną Ayres.
Gdy Alexander stroił przed babką na przemian twarze umęczonego psa i wszechwidzącego proroka o nigdy niezamykającym się oku, starucha znosiła jego chłopięce humorki z cierpliwą obojętnością. Dopóki mężczyzna nie skończył mówić.
Philomena Mulciber utworzyła wcześniej agendę tego spotkania, więc miała skonkretyzowane punkty, w jakich będą je realizować. Zaplanowała płynne przejścia między tematami uwzględniające to, jakich odpowiedzi oczekiwała po swoim krnąbrnym ladaco. Ustaliła hierarchię ważności omawianych kwestii. Alexander tymczasem przyszedł i już w pierwszych słowach wyrwał agendę z jej szponów, potrząsnął nią jak grymaśne, niecierpliwe dziecko, po czym przewrócił wszystko do góry nogami, zaczynając od tego, co ona zostawiła na koniec.
Powieka Philomeny niebezpiecznie drgnęła, a dłonie złożone do tej pory swobodnie na biurku zniknęły pod blatem.
Jeśli wróżby są tak rozmowne, być może nie ma potrzeby, abyś rozmawiał i ze mną. Po cóż, powiedz mi, Alexandrze, mamy marnować czas nas obojga, skoro ty we własnym zakresie tak doskonale wywiedziałeś się, co mam ci do przekazania. — W ustach innej osoby być może było to wyzwanie, lecz nie w poruszających się gniewnie wargach Philomeny Mulciber. Nie było w tym nic prócz kpiny i nagany mającej przywołać go do porządku. Wracaj tam, gdzie wyznaczyłam ci miejsce, dziecko, i nie próbuj tego ponownie.


RE: 9 września 1972, deratyzacja - Alexander Mulciber - 21.09.2025

Na jasnowidzenie (percepcja), czy objawiono mu agendę Philomeny.
[roll=PO]

Philomena widziała, jak czujne, przenikliwe oczy wnuka przesuwają się po jej twarzy, jak lustrują wnętrze jej gabinetu. Wiedział, że jego ściany były wyciszone. Wszystkie okna były zamknięte, do drzwi nikt nie odważyłby się zapukać... Alexander trwał w podobnym bezruchu, tylko jego oczy wciąż patrzyły, chociaż nie mogły dojrzeć tego, na czym najbardziej zależało jasnowidzowi. "Po cóż, powiedz mi, Alexandrze, mamy marnować czas nas obojga, skoro ty we własnym zakresie tak doskonale wywiedziałeś się, co mam ci do przekazania?" Westchnął ciężko, odbijając się od osłony, jaką roztoczyła wokół swego umysłu Philomena.

Niechże więc będzie po jej myśli. Widać ukorzyć się należało przed absolutem władzy Cesarza, który wypadł z jego talii jako pierwszy.

"Gdzie był w ostatnich godzinach Alexander Mulciber?"

Myślałem nad tym – odpowiedział cicho. – Próbowałem dobierać słowa, choć nigdy nie byłem w tym dobry. Wolę półprawdy od kłamstw, bo przynajmniej gładko spływają z języka... "Alexander Mulciber całą noc spędził u boku żony". Żony, która wie, że mężowi należy być posłuszną. Wie, że należałoby więc potwierdzić jego wersję wydarzeń. – Wszystko to wypowiedział wypranym z emocji tonem, w którym brakowało choćby sugestii bliskości w stosunku do Loretty. Nie wątpił, że babkę doszły już plotki o jego ożenku, dotąd jednak nie dbał o to, żeby je potwierdzić. – Zwłaszcza, że sama jest Śmierciożerczynią, podobnie jak jej brat bliźniak. Gdyby ktoś zakwestionował jej zeznania, zakwestionowałby honor Loretty, a kto walczył o jej honor, jeżeli nie Louvain? Może jeszcze wciągnąłby w to Rodolphusa, którzy też jest Śmierciożercą. Lestrange dbają o swoich. Nie pozwoliliby się pogrążyć... Nie, gdy wiem o nich tak dużo. A przydałoby się, żeby ktoś z nazwiskiem innym niż Mulciber potwierdził moje alibi, czyż nie? – Kalkulacja Alexandra była absolutnie beznamiętną, gdy rozważał na głos za i przeciw. Analizował w swoje położenie w sposób niemal kliniczny, wyliczając imiona i nazwiska precyzyjnie, jak gdyby nie chciał, żeby jakiekolwiek umknęło uwadze Philomeny. – Ale znów, żeby pokładać ufność w tej kobiecie... Trzeba byłoby być chyba niespełnym rozumu. Zwłaszcza, że nie mamy żadnego legalnie wiążącego aktu legitymizującego to małżeństwo. Przyjemność z pogrążenia z sobą jej rodziny jest więc kuszącą, ale nie na tyle, żeby niepotrzebnie ryzykować. Nie rozważam więc tej odpowiedzi na poważnie, chociaż może być wartą odnotowania. Zatem może... "Alexander Mulciber spędził noc w swoim gabinecie w Mulciber Manor". Brzmi realistycznie, biorąc pod uwagę, że rzeczywiście spędziłem tam większą część dnia po zejściu z nocnego dyżuru. A jednak takie zeznanie może prowokować niewygodne pytania. Mogłem się przecież stamtąd teleportować. – Alexander wzruszył lekko ramionami. – Poza moją matką nikt nie ma tam wstępu, nawet służba. Nie lubię, kiedy mi się przeszkadza w pracy. Nie mam więc żadnego świadka. Chyba że... – Oczy skupione miał teraz na twarzy Philomeny, ażeby móc uważnie obserwować jej reakcję. – Chyba że powiedziałbym, że do gabinetu zajrzał ktoś, kto również spędził noc w posiadłości. Ktoś, z kim można porozmawiać, chociaż nie zna się na wróżbach, tylko na prawie. A że pochylałem się akurat nad reportami sprzedaży z ostatniego spotkania zarządu, pomyślałem... – Alexander urwał nagle, odcinając babkę od strumienia swych myśli. Nie dokończył zdania, ale odsłonił karty.
Nie przeprosił, ale podporządkował się babce, pokazując, w jaki sposób gra. W jaki sposób myśli. A może raczej... W jaki sposób podporządkowuje myśleniu wszystko to, co mogłoby zostać nazwane uczuciem. Choć żeby dojść do tego ostatniego wniosku, Alexander musiałby pozwolić sobie na dokładniejszą introspekcję. A to zdecydowanie nie leżało w zakresie jego możliwości. Na pewno nie zdobyłby się na to teraz, gdy był tak zmęczony, że nie był nawet w stanie przeniknąć intencji babki. Philomena była wytrawnym graczem. O potencjalnym alibi Alexander mówił więc w kategoriach hipotez, a nie jak o gotowych wersjach wydarzeń. Mówił o nich tak, jak o prawdopodobieństwie rozdań w pokerze, gdy należało starannie rozważyć strategię, bo nie dostało się zbyt silnej ręki. Nie chciał przekonywać babki do jednej narracji, lecz zademonstrować, że ma ich do dyspozycji cały wachlarz. Odsłonił karty. A jednak nawet w takiej chwili śmiał być aroganckim, choć trudno powiedzieć, na ile świadomie. Czy naprawdę myślał, że z kasynem dało się wygrać?

Cóż, najpierw musiałby grać przeciwko babce, a nigdy nie było to jego celem. Nie dostała od niego improwizacji, ani nerwowego tłumaczenia się, nie dostała blefów ani wybiegów, chociaż frustrowało go, tak szalenie frustrowało go, że nie jest w stanie przeniknąć jej intencji. Być może przed tym właśnie próbował przestrzec go Mag. W swym odwróconym aspekcie obnażał bowiem niepewność Alexandra. Obnażał jego wieczny strach, że nie jest twórcą, lecz manipulatorem. Bo przecież odwrócony Mag nie stwarzał, lecz przestawiał jedynie stworzone już elementy, tak, żeby pasowały do jego narracji. Philomena dostała więc od Alexandra tak prawdę, jak i jego narrację prawdy. Starannie przeprowadzony proces rozumowania, który ujawniał nie tylko jego intelektualną dyscyplinę, ale też głęboko zakorzeniony lęk przed chaosem. Chaosem uczuć, nieprzewidywalnością ludzi oraz kapryśnością magii... Jak gdyby sam Alexander nie bywał tego chaosu inkarnacją. Znów zapadła między nimi cisza. Gdy wreszcie przemówił, jego gardło było zaciśnięte.

Po prostu nie chcę, żeby przesłuchiwali mamę, jeżeli to wszystko się posypie.

Chłodna, kliniczna niemal analiza sytuacji, jaką przeprowadził, boleśnie kontrastowała z kruchością stwierdzenia, jakie padło właśnie z jego ust. To właśnie była prawda. Prawda wyrażona w sposób absolutnie niestrategiczny, nieużyteczny... A przez to kompletnie obnażający, dokładnie tak, jak życzyła sobie Philomena. Cała ta misterna architektura alibi, nazwisk, lojalności i rodzinnych zależności, była w istocie próbą ochrony tego jednego punktu w życiu Alexandra, którego nie potrafił, ani też nie chciał poddać analizie. Selina Mulciber nie była dla niego kolejną figurą w układzie sił, lecz swoistym centrum emocjonalnej grawitacji, wokół którego orbitowały wszystkie jego decyzje. Dla innych byłaby niewiarygodnym świadkiem. Szaloną kobietą, która posługiwała się zrozumiałym wyłącznie dla niej językiem symboli i wróżb, dawno już rezygnując z przynależności do świata materialnego. Alexander nie chciał, żeby zeznawała nie dlatego, że bał się konsekwencji. Nie chciał, żeby zeznawała, ponieważ... Ponieważ była jego matką. A w tym dziwnym stanie, w jaki wpadł po wizycie w Kromlechu – w stanie między odrętwieniem a desperacją, który przypominał mu nieco świadomy sen – to właśnie matkę poszedł prosić o odpowiedzi, o których wiedział, że nigdy nie nadejdą. "Powiedziałabyś mi wcześniej, gdybyś zobaczyła coś w płomieniach?", pisał do matki Alexander, nie potrafiąc powstrzymać drżenia dłoni. "Powiedziałabyś mi, prawda, mamo? Nieważne, jak bardzo byłoby to złe?", pytał jak dziecko, chociaż jako dziecko nigdy nie poważyłby się jej o coś takiego zapytać. Jego matka wróżyła z płomieni, ale on za tym nie przepadał. Zbyt zwodniczą była ich natura, zbyt niestabilna, podobnie jak i wróżby, które można było z nich wyczytać. Włożył kiedyś dłoń w palenisko, próbując schwycić wizję, którą objawiły mu płomienie. Oparzył się. A jednak próbował dalej, nigdy nie prosząc matki o pomoc w odczytaniu wróżb. Nie prosząc nawet o maść na poparzone palce. Nie skarżąc się, jak zwykły skarżyć się dzieci. Alexander zawsze był dziwnym dzieckiem, z oczami, które widziały więcej, wiedziały więcej. Zawsze wiedział, że zostanie jasnowidzem. Bycie jasnowidzem równało się w końcu byciu synem Seliny Mulciber. Ale gdy po Spalonej Nocy, po spotkaniu ze straszliwym Mistrzem przyszedł, aby ucałować z szacunkiem jej dłonie, przez chwilę nie był jasnowidzem. Był po prostu jej synem.
"Powiedziałabyś mi wcześniej, gdybyś zobaczyła coś w płomieniach?", pytał więc, nie jako jasnowidz, strzegący praw czasu, ale jako syn, egzekwujący prawo synowskiej miłości. Kto mógł wiedzieć lepiej niż matka. Jeżeli Selina znałaby przyszłość, czy powiedziałaby mu wcześniej, jak się skończy jego życie? Czy powiedziałaby mu, aby mógł podjąć inny wybór? Czy jego wybór coś by zmienił? Czy zdołałby temu wszystkiemu zapobiec? Czy inaczej przeżyłby swoje życie?

Być może matka nie odpowiedziała mu na te pytania właśnie dlatego, że była jego matką.

Nie żywił wobec niej urazy. Przecież wiedział lepiej, że nie powinien pytać. Było już za późno, żeby cokolwiek zmienić. Włożył dłoń w płomienie, ale tym razem to nie jego sparzył ogień. To on kierował żywiołem. On palił, on wróżył... On wpuścił do swojej głowy Voldemorta. On był winien wszystkiemu, co się wydarzyło, i nie był już nawet w stanie czuć żalu, bo żal wymagałby uznania, że mógł postąpić inaczej. A jeżeli Alexander w coś wierzył, to w to, że nie mógł postąpić inaczej.

Zwrócił wzrok z powrotem na Philomenę, nie wiedząc, czego się spodziewać. Czuł się tak zmęczonym, że nie miał nawet żadnych oczekiwań wobec przebiegu tej rozmowy. Być może w ten sposób zdoła odwrócić swojego Maga... A może utwierdzi tylko w swym panowaniu Cesarza.