Secrets of London
[Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy (/showthread.php?tid=5144)

Strony: 1 2


[Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Millie Moody - 18.09.2025

21.09 wieczór

mieszkanie Peregrinusa - konkretnie jego łazienka

Ta pierdolona wanna nadal tu stała jak gdyby nigdy nic.

Czarne wody płodowe kolejnej przeżytej śmierci dawno zostały uprzątnięte. Pozostawało mgliste wspomnienie roztrzęsionej duszy, która łapczywie domagała się miłości.

Peregrinus poskąpił jej wtedy uczucia, które próbowała w niego wyśnić. Ziemista cera, czarne loki, zmęczone spojrzenie, łagodny uśmiech... Ile z tych cech odnajdowała w ciepłym gnieździe, jakie uwiła sobie w ostatnich dniach na poddaszu Księżycowego Stawu?

– Zajebiste masz te włosy. – Szczupła dłoń bezceremonialnie zatopiona w lokach badała ich sprężystość, dwutorowo myśląc o tym, że para klątwołamaczy, którym dziś poskąpiła swojego towarzystwa mogłaby bardziej zadbać o siebie. – Jak robisz, żeby były takie... takie elastyczne? Nakładasz na to jakieś gówna od Potterów? Moja wiedza o włosach ogranicza się do szamponu po którym wyrastają kaktusy. Cały czas ktoś podrzuca to gówno, ostatnio już myje się szarym kurwa mydłem, bo nie można ufać sprzedawcom totalnie. – inspekcja pani magipolicjantki przeszła w stronę buteleczek.

Normalna wizyta, tak inna od roztrzęsionej Moody, którą pożarła ziemia. Od Moody, która dopiero po wszystkim pozwoliła czuć sobie to wszystko. Został jej Aniołem Umiarkowania. Czy dziś miała szansę być jego Mocą? Mało wyglądał na lwa, choć jego grzywa przedstawiała się nie mniej imponująco. Zaraz zaraz, czemu właściwie wpadła z tą wizytą? A tak... miała sprawdzić czy kuzyn nie sprzedał duszy diabłu. Ale to mogło poczekać. – Czy to... olej? To nie powinno być w kuchni? – Ujęła słoiczek i zaczęła go uważnie oglądać. Krótkie włosy powoli odrastały, wciąż jednak niezmiennie były proste jak druty. Złociste oczy ześlizgiwały się po napisach, ale nie ogarniała z tego zbyt wiele, a właściwie to całkiem nic, bo spośród wszystkich rzeczy z których była beznadziejna, z tej przodowała we własnej ignorancji.

Stuknęła dwukrotnie palcami w wieczko i przeniosła nań pytające spojrzenie. Już nie blada. O nie. Rumiana. Jej policzki zapełniły się od regularnych posiłków, spania i aktywności fizycznej (gimnastyki akrobatycznej na miotle, podczas malowania stropu).

Pożar zdecydowanie jej służył.

Zdawała się bardziej żywa niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich lat.


RE: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Peregrinus Trelawney - 01.10.2025

Peregrinus posiadał ponadprzeciętną umiejętność zaciskania zębów i znoszenia dowolnych niedogodności w ciszy. Cokolwiek się nie działo, zbierał się po tym w samotności, a gdy wychodził do ludzi, był jak zawsze ułożony. Spalona Noc była dla niego zapewne przeżyciem przerażającym, choć ciężko o tym w pełni orzekać, gdy się jej nie napisało. Bez wątpienia jednakże inni mieli gorzej, a Peregrinus Trelawney był jedną z mniej dotkliwie doświadczonych pożarami osób. Ot, zalety trzymania głowy nisko — choć tym razem nie uchroniło go to przed ostrymi odłamkami lecącymi z okien. Pominąwszy więc te skaleczenia i porcję strachu, wyszedł ze zbiorowej traumy raczej obronną ręką. Jego dom pozostał nienaruszony, Praw Czasu także ogień nie strawił, a po tych niemal trzech tygodniach, które minęły od pamiętnej daty ósmego września, zagoiły się i rany, i szok.
Gdy tamtego wieczora odbijał się w lustrze swojej łazienki, wyglądał tak samo jak zawsze (być może pozostały mu jakieś blizny, lecz o tym jeszcze nic nie wiadomo). Wciąż był z niego bladziuchny, nawiedzony wróżbita z apokalipsą w oku, lecz obok niej czaiły się na powrót iskierki oszczędnego, choć zaczepnego poczucia humoru.
— Dlatego próbujesz je zniszczyć? — Uniósł brew, obracając głowę tak, aby wytrząsnąć spomiędzy loczków bezczelne palce.
Łazienka nie zmieniła się nic od ostatniej wizyty Millie — pominąwszy to, że leżał w niej dodatkowy zestaw przyborów toaletowych należący do Dægberhta — lecz tego wieczora była jasnym punktem na mapie sczeraniałego Londynu. Dom Trelawneyów niespodziewanie zyskał na przytulności, gdy wszystko wokół spłonęło. Pomogło również, że w jego progi wprowadził się dodatkowy lokator, niezależnie od tego, czy spędzał tu dużo czasu. Ktoś tu żył (choć akurat sam Peregrinus coraz mniej).
Czasem coś robię… czasem nie. Zależy, ile pracuję i czy mam na to wszystko siłę. — Patrzył kątem oka, jak Millie dobiera się do jego półeczki z kosmetykami kąpielowymi. On sam tymczasem wysunął szufladę i wydobył spomiędzy pasty do zębów a pianki do golenia poskładaną setki razy, wymiętoszoną kartkę magazynu, która straciła dawno swój śliski blask. Była to, a jakże, Czarownica. — Gdyby przestrzegać w pełni reżimu proponowanego przez szanowną redakcję, nie wychodziłbym z łazienki. — Rozwinął kartkę i dla odświeżenia pamięci przejrzał ją wzrokiem, opierając się biodrami o umywalkę. — Proponują tutaj olejki przed myciem. Zmywanie ich odżywką, nie byle jaką, jak się okazało. Rekomendowana rzeczywiście ta od Potterów, lecz koniecznie w niebieskiej tubce. Podobnież to istotne. Następnie szampon, znów odżywka, tym razem dowolna. Jak widzisz, mnóstwo pracy, której na szczęście nie muszę regularnie wykonywać, ponieważ jestem ledwie skromnym cieniem gwiazdy. — Podał kuzynce kolorową rozpiskę, aby sama mogła zapoznać się z wytycznymi specjalistek dziedziny fryzjerstwa. — Skąd u ciebie to zainteresowanie?
Zmierzył ją teatralnie podejrzliwym wzrokiem, niby to chcąc dać jej znać, że czuje jakiś podstęp, lecz chodziło przede wszystkim o to, aby napatrzeć się na szczęśliwą Mildred. Wydawała się tak żywa i lekka. Niczym nie przypominała zrujnowanego cienia, który odwiedził w Lecznicy Dusz czy podejmował w tej samej łazience po Windermere. Coś jej służyło, choć Peregrin nie podejrzewał, aby to konkretnie pożary tak pięknie ją zarumieniły.


RE: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Millie Moody - 05.10.2025

– Oj już się nie zesraj, nie mam okrwawionego noża w dłoni i szaleństwa w oczach, żeby Cię tu golić na łyso – Wspomnienie gdy kto inny zrobił to jej na krótki moment zalśniły w złotych źrenicach i zgasły równie prędko. Inny czas. Zdecydowanie inny czas. Wykurwiście inny.

Potem jednak całą swoją uwagę przekierowała na Bardzo Zmęczoną stronę Czarownicy i nie mogła nie parsknąć. Znaczy oczywiście nie chciała parskać bo oto jej bardzo poważny kuzyn, pokazywał jej jak szmatławiec którym powinno się raczej podcierać dupę aniżeli wczytywać w złote porady, był jego profesjonalnym źródłem wiedzy. Było w tym coś szalenie uroczego i mimo szyderczego chichotu, Miles epatowała miłością do swojego chłopca. Zdrową dla odmiany, jak zdrowa była jej cera i ogólna... Milsowatość. Przypominała bardziej w tym wszystkim nastolatkę, która jeszcze myślała, że życie stoi przed nią otworem, a kariera policyjna jest jej pisana w gwiazdach. Dopiero z czasem dowiedziała się, że ten otwór to odbyt i to nie w tym rozrywkowym sensie. Zdecydowanie nie rozrywkowym.

Pytanie o powód zainteresowania przepisem na piękne loki był całkiem zabawny, szczególnie, że zdążyła zapytać, czy może to zapisać, bo z pewnością zapomni. Zdążyła też jak debil rozglądać się po łazience w poszukiwaniu czegoś do pisania i nawet zdziwić się, że niczego w niej porządnego nie ma.

Obiecuje, że nie zepsuje Ci tego starożytnego artefaktu pełnego mitycznej wiedzy o istocie skręta! – wygłosiła uroczyście, a potem jednak speszyła się mocno, gdy zapytał czemu ją to tak interesuje.

– Być może...– zaczęła powoli odnajdując nagle płytki na ścianie (to są płytki w ogóle? A może jednak farba? Albo coś udającego płytki? Nigdy tak ta ściana nie była interesująca w takim stopniu jak teraz!). – Być może kto inny ma ee... podobne włosy do Ciebie i być może chciałabym, no nie wiem, jakoś im sprawić przyjemność – blada twarz zalała się rumieńcem wyglądając całkiem zabawnie, gdyby nie zbolała mina. Miles toczyła w sobie wewnętrzną bitwę i kurwa no... była tu w zupełnie innym celu. Była tu po to, żeby szpiegować Peregrinusa jej ulubionego kuzyna w dupę jebanego (spokojna spokojna, to tylko figura retoryczna, nie rozwalanie szafy siekierą) bo Prawa Czasu jakoś za mało ucierpiały, a jednak Dolohovowie palili się jak ziemniaki zakopane w popiele w innych częściach miasta i życie było kurwa bardzo skomplikowane, ale czuła ze wszechmiar, że zupełnie inne sekrety wywołują jej ból głowy taki, że zaraz mózg i czaszkę trzeba będzie zbierać po tej pięknej łazienkowej ścianie.

Czy jeszcze miesiąc temu nie skamlała mu że potrzebuje miłości?

Czy teraz nie otrzymywała jej za dużo.

Stanowczo za dużo.

Wzięła wdech i zaczęła całkiem spokojnie, ale w okolicach pierwszego przekleństwa mała śniegowa kulka urosła do wykurwistej lawiny:

– Jest dwóch typów obaj mają loki takie jak Ty i chce im kupić coś miłego bo zaraz będzie kurwa ślub u Ger i wszyscy robią o to wielkie halo i Tomuś się stresuje w chuj bo Stonks mu nadepnęła na odcisk a Liszek obiecał że ze mną pójdzie chociaż siara w chuj bo jednak jest czystokrwisty co nie a ja to śmieć z rynsztoka i na prawdę nie wiem czemu powiedział że weźmie ze mną ślub za dziesięć lat skoro myślałam że jest pedałem ale chyba nie jest chyba że jestem płaska jak deska i mu się pojebało nie mam pojęcia a przecież wyjebało mi podczas spalonej szybą w ryj i Figg wziął i się rzucił złamas gotowy za mnie umrzeć i jeszcze cały czas powtarza że mnie kocha ja na prawdę nie wiem co ja mam robić no przecież nie mogę im powiedzieć elo bądźmy razem bo nie mogę przestać myśleć o tym jakby było zajekurwabiście gdybym nie musiała wybierać to takie kurwa samolubne więc no chcę im kupić coś ładnego rozumiesz żeby nie wyszło że jestem największym chujem w okolicy bo nie umiem kurwa mówić o swoich uczuciach – jak to się stało, że znów tutaj ryczała? Jak się stało, że ostatnie słowa niemalże wykrzyczała kuzynowi w cycki domagając się przytulania, chociaż to ona była tym złamasem, który powinien powiedzieć jednemu typowi dobra idźmy w to, a drugiemu kumplujmy się?


RE: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Peregrinus Trelawney - 27.10.2025

Peregrinus nie wierzył, aby Millie miała zrobić jemu i jego włosom poważną krzywdę, skądże znowu. Jego uwaga była jedynie przyjacielską zaczepką, więc gdy Moody odpowiedziała mu w równie zaczepnym tonie, przewrócił tylko oczami. Przewrócił raz jeszcze, gdy zareagowała śmiechem na przedstawioną jej stronę z Czarownicy. Było w tym coś kojącego, że śmiała się z niego i wbijała mu te przyjacielskie szpile. Taka powinna być, nie skulona w kłębku smutku pod jego wanną czy w Lecznicy Dusz.
Starożytnego artefaktu, doprawdy, dobre sobie — żachnął się. — Z jakiego innego źródła miałbym czerpać informacje na ten temat? Nie drukują takich wskazówek w Horyzontach Zaklęć.
Byłby gotów sam poszukać przyjaciółce długopisu i kartki, aby skopiowała drogocenny przepis i zabrała go ze sobą, lecz nim zdążył się do tego zabrać, zaintrygowała go jej reakcja. Przystanął w pół kroku do wyjścia z łazienki i zmierzył kuzynkę podejrzliwym spojrzeniem. Myślałby kto, że ją tak nagle zainteresowały te nudne, białe kafle? Żadnego na nich nie było zacieku ani kamienia nie zebrało się więcej niż zwykle. Trudno, aby tak oczywista zmiana w zachowaniu umknęła jasnowidzowi; gdy zaś uwieńczył wszystko to rumieniec, wątpliwości nie było już żadnych: Miles Moody wpadła w coś (w kogoś) po uszy.
W pierwszej chwili Trelawney uśmiechnął się do niej prawie że chytrze, unosząc brwi. Widzę, co ci chodzi po głowie, mówiły te oczy zabarwione nagle echem figlarnych iskierek, które potrafiły w Peregrinusie tańczyć przed laty, zanim wróżbita zgasł. Jakby znów był tym lekko przemądrzałym dzieciakiem, który z protekcjonalnej pozycji objawiał sądy o cudzych wyborach i rozterkach życiowych.
Od tamtego czasu zdążył dorosnąć i nabrać pokory. Ledwie Millie zaczęła się rozsypywać, mężczyźnie spłynęła z twarzy wszelka przebiegłość. Był już tylko ramieniem, na którym mogła powiesić wszystkie smutki, bez obaw o to, jak zostaną przyjęte. Smutków tych był… natłok.
Żadne z nazwisk, które Peregrinus odłowił z potoku słów, nie było mu obce. Kolegowali się z Basiliusem od czasów szkolnych, choć z pewnością nie tak blisko, jak Prewett kolegował się z Millie — co było dla wróżbity pewnym zaskoczeniem, jako że nigdy nie interesował się głębiej relacją między tamtym dwojgiem. Również z Thomasem Figgiem miał do czynienia — pan inżynier miał wkrótce zacząć współpracę z Prawami Czasu, a organizacją tego przedsięwzięcia zajmował się właśnie Peregrin. Gdy więc próbował nadążyć za smutkami Moody, zaświtała mu mimochodem myśl, że skoro Thomas jest przedmiotem sercowych rozterek przyjaciółki, wzrastała szansa, że postawili z Vakelem na człowieka godnego zaufania.
Teraz jednak najważniejsza była Millie, nie układy z Figgiem. I mimo że to Mildred stała okrakiem w niezręcznej sytuacji uczuciowej, którą powinna uczciwie rozwiązać, to jak przystało na dobrego przyjaciela (toxic besties?), Peregrinus od pierwszych do ostatnich słów stał po jej stronie.
— Dostrzegam u ciebie konsekwentny typ, nie ukrywam — powiedział, biorąc przyjaciółkę troskliwie w ramiona i pozwalając jej pomoczyć łzami swój czarny kaszmirowy sweter przesiąknięty zapachem drogich kadzidełek palonych w Prawach Czasu. Nie wydawał się właściwie zbity z tropu tym wylewem słów i emocji. Odkąd w jego codzienności pojawiła się Lyssa Dolohov, co drugi dzień Trelawney wystawiany był na próbę poprzez obcowanie z gwałtownymi kobiecymi namiętnościami; wyrobiło to w nim cierpliwość. — Nie gadaj takich bzdur, że jesteś śmieć. Nie uważasz przecież, że ja jestem śmieciem, a robili nas z podobnych genów. Zbierz się do kupy, Millie, nie myślisz tak. I Basil też tak nie myśli. To porządny typ. — O charakterze Basiliusa Prewetta mógł coś powiedzieć. O Thomasie mógł wnioskować głównie z opowieści Moody. Opowieść o tym, że Figg rzucił się ją ratować podczas Spalonej Nocy, wystawiała facetowi obiecującą laurkę. Peregrinus jednak z natury był ostrożny, więc taka laurka nie czyniła jeszcze z Figga kogoś zaufanego. Osobiste sympatie jasnowidza pozostawały po stronie Prewetta i to jego na razie wolałby widzieć z kuzynką. — Jak świat stary, co chwilę ktoś się tu potyka o sercowe dylematy. Jakoś na pewno da się to rozpracować — spróbował ją pocieszyć, choć obawiał się wyjść na zbytniego optymistę. Zwykle droga do takiego rozpracowania bywała bolesna. — Stawiałaś już karty czy się czaisz jak tchórz, Mildred Moody?


RE: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Millie Moody - 28.10.2025

Jej anioł Umiarkowania zdawał się tak cudownie stabilny, tak rozkosznie stały w uczuciu, ale też w okazaniu tej opiekuńczej troski, której tak rozpaczliwie potrzebowała.

Normalnie, kiedyś pewnie oberwałby w bark, albo między żebra. Kiedyś drwiłaby z tej bliskości, teraz jednak chłonęła ją jak przeklęta gąbka.

- Dlaczego znowu kurwa przytulamy się w łazience...?

To miało sens. To miało tak dużo sensu. Mildred. Mild Dread, łagodna siła, karta Mocy. Nieadekwatna. Nieprawdziwa. Szczupłe ramiona zacisnęły się na kuzynie mocniej, zaciągnęła się nim jak najlepszym papierosem, który paliła w życiu.

Jesteś moim Słońcem, a ja Twoim Księżycem.
Nawet gdy z Twojej tarczy ktoś starł złoty kurz.
Nawet gdy za nocnym okniem straszy nów...


- Rzucałam monetą i nigdy nie podobał mi się wynik. - wymamrotała, nosem szorując po jego pięknej szacie w słabości, którą mogła okazać. Tutaj. Pośród bieli kafelków, z nogami zanurzonymi po kostki w czarnej wodzie. Jej wodzie. Jego wodzie.

- Poza tym... wiesz jak jest, gdy stawiasz samemu sobie. Zbyt jasne i czytelne są znaki. Zbyt łatwo wpaść w utartą koleinę znaczeń i przegapić podpowiedź, która cały czas tam jest.

Sześć kielichów, sześć kielichów, więcej wody. Ona i Alastor, Alastor i ona. Musiała od tego uciec. Uciec jak najdalej.

- Obaj są porządni. - dodała, czując się nieco lepiej, nieco pewniej, gdy nie musiała przeglądać się w tęczówkach Peregrinusa. Tęczówkach, któe powinny być złociste jak jej własne. - Pracujemy razem, jemy razem, odpoczywamy razem. Walczymy razem. Śmiejemy się razem. - Śpimy. Oddychamy. Ledwie kilka dni, ale życie było jak świeczka na wietrze, a każdy dzień cięższy i drogocenniejszy był od złota. - Boje się co karty mi powiedzą. To straszne kurwy są... straszne...


RE: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Peregrinus Trelawney - 09.11.2025

Klątwa łazienkowych zwierzeń w emocjach rzeczywiście zaczynała się stawać powoli ich małą tradycją. Kto wie, co się do tego przyczyniło, prócz prostego zrządzenia losu. Być może klaustrofobia niewielkiego pomieszczenia i brak okien gwarantujący niezachwianą prywatność. Być może bezpieczna atmosfera miejsca kojarzącego się ze ściąganiem gaci i innymi czynnościami wymagającymi intymności.
— Może powinienem częściej odkurzać w salonie, żeby było tam przytulniej — powiedział zamiast tego Peregrinus, gdy pomyślał o skansenie, jakim była reszta mieszkania. Ostatnimi czasy, odkąd żyli tu ludzie, powoli się to zmieniało.
Gdy tulił rozryczaną Millie, cieszył się, że może być tu dla niej — że znów może być jej przyjacielem. Brakowało mu tego, gdy oddalili się od siebie po chorobie jego matki. Z niewieloma osobami potrafił być tak szczerze i tak blisko, tak komfortowo. Po tym, jak burzliwie układała się ich relacja w lecie, zaczął się obawiać, że nigdy nie wrócą do tego, co było; że przekroczyli jakiś punkt bez powrotu. A jednak teraz — gdy stali razem w tej zasmarkanej łazience i załamywali wspólnie ręce nad jej życiem uczuciowym — czuł, że wszystko było znów tak, jak powinno. I był za to wdzięczny.
Trelawney nie zdziwił się wcale, że Moody nie spodobał się żaden z wyników rzutu monetą. Znał również problem stawiania sobie samemu kart — zbyt dużo uprzedzeń, oczekiwań. A jednak wbrew wszystkiemu temu najbezpieczniej czuł się, gdy on sam czytał swojego tarota. Paradoks, którego nie potrafił pokonać.
— W takim razie sprawdzimy razem — zgodził się, puszczając kuzynkę. Popatrzył badawczo po jej twarzy, kontrolnie sprawdzając, czy aby nie potrzebuje więcej terapii uściskowej, po czym wprowadził ich oboje z łazienki, gasząc światło i zabierając przemyślnie kartkę z Czarownicy. — Walczymy razem? — Uniósł brwi, gdy szli do jego pokoju. — Basiliusa nie podejrzewałbym o chęć przekwalifikowania się do twojej pracy. Czyżbyś ty odkryła w sobie pasję do walki ze smoczą ospą? Nie wiedziałem, że jesteście wszyscy na co dzień… tak blisko?
Był niekrycie zdzwiony. Założył jakoś z góry, że po Spalonej Nocy Mildred przeniosła się do któregoś z mieszkań rodziny Moody… gdzie ona właściwie teraz mieszkała? Kto z nią mieszkał?
Zaprowadził ich do swojego pokoju. Nie do salonu, jak powinen gościć odwiedzających porządny pan domu. Siedzieli przy biurku w jego sypialni, jakby wciąż byli dwojgiem nastolatków, którzy za zamkniętymi drzwiami knuli coś poza wzrokiem rodziców. Był to pokój prawdziwego młodego odkrywcy: na ścianie wisiała olbrzymia mapa świata, na której falowały zaklęte morza, a z płachty wystawały trójwymiarowe masywy górskie. Na szafkach stały kuferki godne przechowywania pirackich skarbów, gry planszowe, puzzle, figurki magów z serii wielkich postaci historycznych. Wśród tego oczywiście zatrzęsienie książek: pomiędzy przygodówkami dla nastolatków poutykane były zaawansowane pozycje naukowe dotyczące wróżbiarstwa. W kącie wciąż stało kilka nie do końca rozpakowanych pudeł — mimo że od 1968 roku Peregrinus już nie podróżował, nigdy do końca się nie wprowadził z powrotem do domu.
Nad biurkiem, przy którym teraz z Mildred zasiedli, wisiały astrologiczne mapy nieba, a pod ścianę dosunięte zostały wysokie stosy notatek — to, aby zrobić miejsce na dwie korzenne zimowe herbatki z subtelną alkoholową wkładką i plasterkami pomarańczy. Oraz — co najważniejsze — na rozkład.
Peregrinus rozsiadł się w jednym z dwóch przytarganych tutaj specjalnie na odwiedziny przyjaciółki foteli i wyciągnął z szuflady biurka tarota.
— Gotowa? — zapytał Millie, gdy talia została porządnie przetasowana we wprawionych rękach.


RE: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Millie Moody - 19.11.2025

Parsknęła cichym stłumionym śmiechem na te zapędy Peregrinusa, bo przecież kurz nigdy nie był dla niej problemem. Żeby coś było problemem, trzeba było to najpierw dostrzegać. CHociaż i tutaj… nauczyła się przez lata ignorować swoje zwidy, nauczyła się przez lata ignorować wiele rzeczy.

Poszła za nim, szczęśliwa z obecności kogoś, komu mogła powiedzieć, żę jest pojebana, a ten jej nie wygonił, ani nie wyśmiał. To znaczy… Podobny układ miała z Tommy’m. Podobny z Liszkiem… I wszystko diabli wzięli kurwa mać. Czasami autentycznie zastanawiała się, czy nie powinna zaszyć sobie cipy, żeby ta nie przeszkadzała jej w życiu za bardzo. I jebnąć sobie bliznę przez ryj, a nie na plecach. Chociaż akurat niektórzy lecieli na blizny. Na przykład ona.

Sapnęła gniewnie na własne rozkminy, gdy padło pytanie Peregrinusa.

Kurwa

- O pokój na tym pojebanym świecie walczymy. Czaisz, że ludzie tak się zesrali po Spalonej, że nie chodzą do szpitala, bo się boją czystokrwistych lekarzy? - Niektórzy nie mogli chodzić do Munga. Mugolacy, którzy swoje oberwali… stany lękowe, klątwy i wszechobecny kaszel. Czy to wystarczy Peregrinusowi za wyjaśnienie?

mać

- A Ty Grin? Gdybyś miał możliwość dokopać Śmierciuchom? Zrobiłbyś to? Gdybyś miał okazję pozostawić świat choć trochę lepszym miejscem? Chciałoby Ci się ruszyć dupę poza Prawą Czasu? Pobawić się w anioła miłosierdzia, gdy wszystko płonie wkoło? - Miała w uszach doskonale słowa Geraldine, pytającą ją po co się narażała, skoro miała wolne. To pytanie wracało do niej bumerangiem. Czy ktoś da Ci medal? Czy ktoś znajdzie podziękowanie warte narażania życia? Czy krew powinna decydować o tym komu pomóc? Komu wpierdolić? Kto winny, kto niewinny? Ogień tamtej nocy nie patrzył komu dopierdala, a jej się przydało pomóc nie tylko mugolakom, nie tylko półkrwistym zagubionym. W jej ręce wpadła też i Lana Dolohov kuzynka wielkiego Dolohova. Nie oczekiwała nagrody. Ale patrząc na Peregrinusa myślała, że gdyby miała dostać jakąkolwiek nagrodę za to co się odjebywało w spaloną i jak na zwolnieniu lekarskim na głowę od tego czasu pracowała za troje, gdyby miała dostać cokolwiek, to potwierdzenie z jego pięknych, szlachetnych ust, że nie jest kurwiem wierzącym w Czarnego Kutasiarza.

Zamrugała oczyma i uciekła wzrokiem w stronę dekoracji czyniących pokój tak bardzo PEregrinusowym, jakby rozcięła mu pierś i ukryła się gdzieś pod żebrami. Była przekonana, że w środku Peregrinus też tak wygląda. Żadne flaki i krew. Starożytne zapiski i atrament. Tak było.

Skinęła głową.

- Dawaj wróżbę, miejmy to za sobą. Powiedz którego mam wybrać. Może żadnego? Może tak byłoby najlepiej? - Ruchanie było proste. Ruchanie nie musiało angażować uczuć. Tu było tego wszystkiego aż nadto…Umoczyła usta w herbacie, ale cóż powiedzieć więcej, że subtelna alkoholowa wkładka zmotywowała ją skutecznie, by wypić gorący napar na hejnał.


RE: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Peregrinus Trelawney - 23.11.2025

I co robisz? Doprowadzasz ich siłą do czystokrwistego uzdrowiciela? — zażartował lekko Peregrinus, któremu ów scenariusz jako pierwszy przyszedł do głowy. Pasowało to do Millie: wziąć delikwenta za kłaki, potrząsnąć, żeby się opamiętał, doprowadzić przed oblicze lekarza. Mógłby to sobie wyobrazić w innych okolicznościach. Nie posądzał jej jednakże o zapędy dalszego traumatyzowania ofiar, szczególnie czegoś tak tragicznego. — Jestem w stanie wyobrazić sobie wiele scenariuszy. Wiele niechęci w stronę elit urosło na fundamencie tej nocy. Lyssę Dolohov zlali jakąś paskudną magiczną farbą w akcie klasowego odwetu, a dziewczyna nie ma z tym nic wspólnego. Jedyne, czemu zawiniła tamtej nocy, to poszarpanie mi nerwów swoimi absurdalnymi fochami. — Gdy mówił o Lyssie, mówił ciężko i z rezygnacją. Nie potrafił znaleźć na nią sposobu. Raz po raz dziewczyna znajdowała nowe powody wystawiania jego cierpliwości na próbę. Widząc, jakie stwarza problemy wychowawcze, dziękował sobie w duchu, że on sam dzieci nigdy miał nie będzie.
Temat wojny był dla Peregrinusa jednocześnie prosty i szalenie pokomplikowany. Prosty, ponieważ starał się pozostawać biernym tak długo, jak tylko było to możliwe. Pokomplikowany, ponieważ jako osoba z naturalną skłonnością do głębokich przemyśleń, wiele dywagował sam ze sobą na temat tego, jaka winna być moralna ocena jego bierności. I czy powinien wynik tych rozważań w ogóle brać pod uwagę, czy martwić się tylko o siebie.
Wierzyłem kiedyś w walkę o lepszy świat, jak wiesz — zaczął ostrożnie, wspominając czasy dawniejsze, gdy na sercu leżały mu idee równościowe i wszystkie inne mające postawić społeczeństwo na drodze do osiągnięcia harmonii. Czasy, gdy uważał, że problem nierówności, to i jego problem. Teraz, przytłoczony problemami osobistymi, otoczony ochronnym parasolem czystokrwistego celebryty, nie poczuwał się aż tak głęboko do solidarności. — W idealnym świecie oczywiście zlikwidowałbym Śmierciożerców bez zawahania. To, co robili w ostatnich latach… to, co stało się ostatnio… nikt nie powinien żyć w takim strachu. Ta niepewność jutra i namacalne świadectwo terroru wpływa na człowieka tak, że żałuje czasów, w jakich przyszło mu żyć. Najchętniej wyjechałbym, uciekł — przyznał gorzko, bo i na nim Spalona Noc odcisnęła piętno strachu. Nie został być może straumatyzowany magiczną klątwą, lecz odczuwał zwyczajną, ludzką traumę jako zwykły szary człowiek postawiony przed horrorem tej skali, człowiek poraniony dotkliwie podczas ataków, który otarł się wówczas blisko o śmierć. Peregrinus Trelawney bał się Voldemorta tak, jak każdy potrafiący realnie ocenić jego działania bać się powinien. — Nie wiem, czy miałbym siłę wyjść poza Prawa Czasu, Millie. Ci ludzie są cholernie niebezpieczni. Nie chciałbym z żadnym z nich nigdy stanąć twarzą w twarz.
Przygnębiła go ta część rozmowy, przygniotła wspomnieniem przeżytego stresu i strachu. A miał przecież układać tarota! Odczekał chwilę, nim go potasował, aby karty nie przeszły tą złą energią, po czym — zmierzywszy Moody zerującą herbatę spojrzeniem spod uniesionych oceniająco brwi — wyłożył na stół wróżbę:


Pierwszego wyłożył Asa Denarów — jakże przewidywalnie, Millie w rzeczy samej pławiła się w dostatku uczucia. A jednak: analitycznie chłodny Król Mieczy w niej samej domagał się zmiany. Chłodna logika podpowiadała jej, że coś jest nie tak. Miecz dzierżony przez Króla celował wprost w przeszłość: w tę bierną, pasywną Kapłankę, która siedziała na tronie zamknięta między dwoma kolumnami, pod rzymską dwójką znaczącą jej miejsce w talii tarota. Dwójki, otaczały ją dwójki. Zerknął niżej, na Dziesiątkę Kijów, źródło całego problemu. Moody czuła, że wzięła na siebie zbyt wiele. Buławy wypadały ugiętemu pod nimi człowiekowi z rąk; zapomniała o granicach. Nad tym wszystkim Osiem Kijów, chciała działać szybko, zanim wszystko wymknie się spod kontroli, podomykać sprawy, ustalić je raz na zawsze.
Peregrinus śledził ścieżkę problemów Mildred — wszystko miało sens. Widział, jak bardzo pragnie zmiany. Król zamierzający się na Kapłankę, grad Ośmiu Kijów ponaglający do działania.
I wszystko na nic. Co u licha robiła tu ta Czwórka Denarów na przyszłości?
Peregrinus zmarszczył brwi. Podniósł wzrok na Millie. Spuścił go z powrotem na kartę. Znów na Millie. Spojrzenie przedłużało się oskarżycielsko. Ona wiedziała. On wiedział. Oboje wiedzili.
— Co ty pierdolisz, Millie? Przytrzymasz ich obu? Tak się miotasz z tą zmianą i… — Westchnął zrezygnowany niespodziewanym hamulcem na tak dobrze zapowiadającym się układzie zmian.
Nie było wątpliwości. Te dwa denary władczo dociśnięte do ziemi pod stopami mężczyzny na karcie, kolejny denar owinięty ciasno ramionami. Millie nie zamierzała rezygnować z żadnego z nich. Inaczej nie potrafił tego zinterpretować.
Trelawney czytał dalej.
Rzeczywiście cię to uwiera, co? — Stuknął opuszkiem reprezentującą Mildred obróconą Królową Mieczy. Nie wierzyła, że to, co robi, jest sprawiedliwe. — Cóż, dobre wieści, oni ewidentnie widzą cię jako szczerą i uczciwą. — Przesunął palec nad Asa Mieczy przychodzącego z jej otoczenia. — W przeciwieństwie do tego, co ty sądzisz o sobie samej. Co mogę ci powiedzieć… — Zerknął na resztę rozkładu. Mildred pierdolona Moody na końcu zwyciężała. Na zwycięskim Rydwanie ciągniętym przez dwa sfinksy szła przez swoje życie uczuciowe. — Wygrywasz. Cholera, wygrywasz. — Pokręcił z niedowierzaniem głową. Niesamowite. Cofnął się więc jeszcze do odwróconej Królowej Pucharów. — Daj sobie czasem spokój z tym miękkim sercem. Są dorośli, odpowiedzialni za siebie. Nie okłamuj ich, oczywiście, ale pozwól sobie na nieco więcej swobody i egoizmu w uczuciach, nie poświęcaj swojego szczęścia.


RE: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Millie Moody - 23.11.2025

Peregrinus, jej złoty chłopiec, ukochany kuzyn. Idealista. Oczywiście, że nie był wojownikiem, oczywiście, że Śmierciożercy byli cholernie niebezpiecznie i nie zamierzałaby narażać go. Ale Spalona noc... Morpheus przewidział pożar, może gdyby pomagał mu ktoś bardziej kompetentny niż ona? Byli bandą ludzi biegających polesie jak kurczaki z poucinanymi głowami. Aurorzy i brygadziści... tu rzemieślnicy na zapleczu. Ale Czarny Dzban musiał zyskać potężną moc by rzucić tak potężne zaklęcie. A ona i wielu jej przyjaciół zwyczajnie nie ogarniało tego mózgami. Co Dumbledore robił w tym czasie to była jego rzecz, wczorajsze spotkanie pokazało w niektórych jego punkach, że musieli robić sobie sami, a nauczyciel, nie przestawał być nauczycielem, nawet jeśli wpychał w usta im karmelki i czekoladowe żaby.

Peregrinus nie był wojownikiem i nie był rzemieślnikiem. Ale był bardzo, bardzo mądry. W gruncie rzeczy był jedną z mądrzejszych osób, które Moody znała.
– Powiedz mi... – zaczęła kładąc na jego ramieniu swoją szczupłą dłoń, nagle dziwnie poważna, nie tak dramatyczna jak przed chwilą, choć zaczerwieniony od płakania nos przypominał wciąż rozciapciany kartofel.

– A gdybym znalazła sposób, żebyś mógł pomóc nie wychodząc z Praw Czasu, Grin? Gdybyś nie musiał z żadnym stawać nigdy twarzą w twarz? Znalazłbyś czas i siły? – Przed chwilą mówił o idealnym świecie, ktoś mógłby włożyć pytanie Miles między świat fantazji i omamów, symboliki, w której się taplali jak przystało na parę wróżbitów i Trelawneyów. Jej słowa jednak były płonącą buławą...

...jedną z tych, którą dźwigała u podstaw swojego problemu.

Dziesięć jebanych buław, a kolejne osiem leci przez nieboskłon.

I ten chytry uśmiech czwórki denarów, te ciasno złączone ramiona na jednej monecie.

Dlaczego kurwa nie ma tu żadnych kielichów, skoro to pierdolony układ na równie pierdoloną miłość?!

Dlatego właśnie wróżbici sami sobie nie układali kart. Moody była wkurwiona i od razu widziała odpowiedź: jesteś zjebana, rywalizacja zabije wszystko na czym Ci zależy, chcesz miłości i łagodności, a wrócisz do Lecznicy Dusz. Albo ich pozabijasz. Rydwan. Wyścigi. Czy właśnie nie rozpoczęli wyścigów zbrojeń? Albo też... czy Thomas stanie przeciwko Basiliusowi, a Basilius przeciwko Thomasowi? Nie mogła do tego dopuścić. Nigdy. Przenigdy. Byli jej, jej i tylko jej... Nie mogli ze sobą walczyć przecież...

Przytrzymasz ich obu?

Pytanie wbiło się w nią jak w masło, rozbryzgując wewnętrznym metaforycznym tłuszczem na boki. – Pierdolenie... – burknęła defensywnie. Czemu tu było tyle mieczy? Może dlatego że myślała o tym cały kurwa czas w wolnych chwilach, gdy nie dygała dziesięciu kijów przez wieś. – Już ja to widzę. Pójdę do nich i powiem im: elo ruchajmy się, ale nie po kolei tylko na raz. Totalnie, widzę te salwy entuzjazmu. – Czuła się paskudnie z samą sobą, a konflikt wewnętrzny tak parszywie wyeksponowany przez karty tylko narastał.


RE: [Jesień 72, 21.09 Peregrinus & Millie] Kolekcja żywych rzeczy - Peregrinus Trelawney - 28.11.2025

Cała ta sytuacja budziła w Peregrinusie podejrzenie, którego nie dało się zignorować. Pierw Mildred opowiada o jakiejś bliżej nieokreślonej walce prowadzonej wspólnie z dwoma mężczyznami zajmującymi się dziedzinami na pozór zupełnie ze sobą niepowiązanymi. Później pyta… czy i on nie zechciałby walczyć? Całość owinięta jakąś dziwną aurą ni to tajemniczości, ni to podniosłości.
Nie byłby wcale zdziwiony, gdyby kuzynka angażowała się w nieoficjalne ruchy walki ze Śmierciożercami. Znał ją i znał jej rodzinę. Wiedział, jakie wszyscy oni mają poglądy — gdy w któreś święta pijany wujek zaczął opowiadać o nie-ludziach, Trelawney sam uczuł coś na kształt strachu, mimo że był… raczej uczciwym obywatelem.
Jestem otwarty na współpracę z Ministerstwem — zaczął ostrożnie. — Z tobą również, oczywiście, jeśli jest coś, co mogę dla ciebie zrobić. Ufam ci. — Odchylił się w swoim fotelu. Nie lubił takich sytuacji. Tajemniczych. Niejasnych. Funkcjonowanie w limbo niedopowiedzeń wystarczająco już go sfrustrowało, gdy próbował rozgryźć Vakela i jednocześnie trzymać nos z daleka od jego spraw prywatnych. — Zapytam wprost, Millie. Odpowiedz, jeśli chcesz. O co chodzi?
Chciałby mieć remedium na wszystkie jej rozterki. Pozbierać miecze, wyrwać jej buławy i zastąpić je jakimiś optymistycznymi kielichami. Rozkład wyglądał parszywie — przytrzymanie przy sobie dwóch mężczyzn brzmiało wybitnie ryzykownie. Oboje to wiedzieli. Peregrin z całą swoją tolerancją dla nietypowych upodobań nie do końca ufał w potencjał poliamorii. Karty miały o tym z kolei nieco optymistyczniejsze zdanie: wyzwolenie, triumf, zwycięska walka… Wróż nie dostrzegał energii tego katastroficznego przesłania, o którym myślała Moody. Rydwan opuszczał pole walki, nie na nie zmierzał. Zresztą: triumf ten nie musiał smakować wyłącznie słodko. Wręcz przeciwnie, cała reszta przeczyła temu, aby droga do zwycięstwa miała być usłana różami.
— Już odpoczywacie razem. Śmiejecie się razem — przypomniał Millie jej własne słowa. — Od tego do spania razem niewielki krok. — Wzruszył ramionami, sięgając po opróżniony kubek czarownicy. — Swoją drogą, mieszkanie Basiliusa nie ocalało, skoro jada z tobą, walczy, pracuje…? Nie miałem głowy go spytać do tej pory, być może źle to o mnie świadczy. Jego rodzina ma pieniądze i status, więc nie sądziłem, że mógł znaleźć się w kłopotliwym położeniu.
Mówił do niej, choć oczy zatopił już w kubku, gdzie na białych, ceramicznych ściankach czarna herbata zostawiała brązowe zacieki.

[roll=Symbol]

Wydaje mi się, że jeśli po prostu do nich podejdziesz z tym tekstem, może nie udać się od razu — odpowiedział jej w końcu na zadane pytanie. — Nie będzie jednak tak źle, jak sobie wyobrażasz. — Odstawił kubek. — Nie ruchaj się bez zabezpieczenia.