Secrets of London
[11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 (/showthread.php?tid=5206)

Strony: 1 2


[11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Hannibal Selwyn - 07.10.2025

11.09.1972, popołudnie
Mieszkanie Henry'ego Lockharta

Pierwsza noc, jaką Hannibal i Henry spędzili pod jednym dachem, uświadomiła temu pierwszemu dwie ważne sprawy.
Po pierwsze, musi się jak najszybciej zająć swoim kaszlem. Po drugie, musi się jak najszybciej zająć kaszlem Henry’ego.

Henry starał się kaszleć dyskretnie, w łazience albo w drugim pokoju. Bagatelizował swoje objawy, zbywał troskę Selwyna i generalnie robił dobrą minę do złej gry.
Hannibal całkiem bezwstydnie dramatyzował, panikował i ogólnie był przekonany, że umiera. Jak na złość, wampir, który proponował mu dwa tygodnie temu nieśmiertelność, zniknął jak sen złoty. Herbata, którą poił Selwyna Henry i miód, którym nakarmiła go Mona, rozgrzewały co prawda jego serduszko, ale płucom pomogły niewiele. Pozostawała tradycyjna droga - wizyta u uzdrowiciela.

Tu zaczynał się rysować kolejny problem. Hannibal był gotów zapłacić za konsultację prywatną dla nich obu, bo przecież ile mogło to kosztować, nawet, gdyby trzeba było dopłacić za szybki termin? Henry jednak, co dobitnie pokazała rozmowa poprzedniego wieczoru, całkiem nie rozumiał, że pewne rzeczy mu się po prostu należą. Był ewidentnie zmieszany, kiedy Hannibal wręczył mu zakupione przez siebie butelki, choć przecież przyniesienie wina, kiedy znienacka przychodzi się do kogoś na obiad, było podstawową grzecznością. Umniejszał swoje zasługi. Unikał tematu własnego stanu ducha i stanu zdrowia, choć przecież złamał tę przeklętą rękę i kaszlał pół nocy w poduszkę, i w ogóle widać było, że nie jest w porządku. Henry mógł być Bardzo Dzielny i do woli zgrywać bohatera, ale Hannibal musiałby być ślepy, głuchy i niedorozwinięty, żeby tego nie przejrzeć!
Coś mówiło Selwynowi, że jeżeli wróci do tematu zabrania przyjaciela do lekarza, znów zostanie zbyty.

Dlatego Hannibal knuł.
Nie zdarzało mu się to często, ale nie na darmo spędzał tyle czasu w towarzystwie swych kuzynów, z ktorych jeden był niepokorny, a drugi cwany. Wymienił kilka  wiadomości z Basiliusem, starszym bratem swej przyjaciółki Electry, który przecież nie raz ratował go ze zdrowotnej opresji, kiedy liczyły się czas i/lub dyskrecja. Umówił wizytę domową na popołudnie, kiedy Henry powinien być w domu. Nie będzie mógł się wykręcić od leczenia, a przy odrobinie szczęścia, może nawet rozkaszle się w obecności uzdrowiciela.

Stawianie ludzi przed faktem dokonanym było ryzykowne, ale zwykle skuteczne. Hannibal był pewien, że poradzi sobie z ewentualnym pokłosiem swego małego podstępu.
Teraz, starając się wyglądać bardzo niewinnie, zmywał naczynia po obiedzie i podśpiewywał pod nosem. Przeklęty kaszel uczynił “Habanerę” nieosiągalnym wyczynem, ale stary hit mugolskiego gwiazdora, Elvisa Presleya, był jeszcze w jego zasięgu. “Can’t help falling in love” niosło się więc po kuchni, ponad szumem płynącej z kranu wody.

Basilius mógł się pojawić w każdej chwili.


RE: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Henry Lockhart - 12.10.2025

Tego dnia Henry'ego wypuszczono z pracy wcześniej. Nie dlatego, że ktokolwiek się specjalnie o niego troszczył. Nawet, jak takie słowa padały z ust redaktorki i dziennikarzy, chłopak niespecjalnie w nie wierzył. Największym problemem było to, że do robienia zdjęć niezbędny był stabilny chwyt na aparacie. Magiczne zdjęcia były w ruchu, owszem. Ale istotne było raczej poruszające się tło i postacie, a nie drżąca kamera. A nie dość, że chłopakowi przez gorączkę trzęsły się dłonie, to w dodatku jak zanosił się ni to suchym, ni mokrym kaszlem, aparat potrafił nawet wypaść mu z rąk (całe szczęście zazwyczaj wisiał na pasku, więc strat materialnych nie było).

Nie ugotował specjalnie wyszukanego obiadu. Po drodze z pracy kupił makaron i składniki do sosu, który robiło się mniej więcej dziesięć minut. By to zrobić musiał napić się trochę eliksiru przeciwbólowego. Był to tani specyfik, stanowiący mieszankę ziółek, które równie dobrze mógł uwarzyć mugol. Henry'emu wcisnął to kiedyś jeden aptekarz na Horyzontalnej, po okazyjnej cenie. A jako, że chłopak ani na eliksirach, ani na zielarstwie zupełnie się nie znał, łatwo było wcisnąć mu tanie placebo. Jednak specyfik odrobinę ulżył mu w bólu klatki piersiowej, gardła i głowy.

Ledwo był w stanie wdusić w siebie ćwierć porcji. Każdy kęs wydawał się mu przepełnioną mdłościami męką. Jedzenie kłuło go w gardle, a smakowało jak popiół. Wiedział, że musiał jeść, jednak wolał resztę dnia przeleżeć w łóżku, z dala od pracy, Hannibala i całego świata. Każdy dźwięk był dla niego kakofonią, a kroki przyjaciela w jego mieszkaniu jakoś niesamowicie go irytowały. Dlatego zamknął się w pokoju i naiwnie oczekiwał na sen, który miał ukoić wszelkie jego dolegliwości.


RE: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Basilius Prewett - 25.10.2025

Kaszel. Tematem przedwodnim dzisiejszego dnia Basiliusa Prewetta był kaszel. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jednak było, że to wcale nie był jego kaszel, bo chociaż podrażnione od dymu płuca Prewetta co jakiś czas dawały o sobie znać, to nie było to nic w porównaniu z paskudnymi atakami, który widział dzisiaj w pracy.

A teraz szedł aby złożyć prywatną wizytę również związaną z tym kaszlem.

Musiał jednak przyznać ‐ cieszył się, że otrzymał list od Hanninala. To oznaczyło, że przyjaciel jego siostry żył, a Basilius naprawdę, ale to naprawdę nie chciał, aby Electra straciła więcej bliskich jej osób. Nawet jeśli Basilius miał dziwne wrażenie, że w towarzystwie tego konkretnego czarodzieja jego siostrę prędzej czy później czekał jakiś skandal.

Zastanawiała go tylko dziwna lokacja, ale założył że Selwyn najwyraźniej znalazł sobie po prostu zastępcze lokum. A może zawsze mieszkał w Niemagicznym Londynie? W sumie to Prewett nie był pewny.

Z pracy wyszedł z niewielkim opóźnieniem, w końcu pacjentów było zdecydowanie więcej, niż czasu, ale gdzieś tak kwadrans po planowanym przyjściu, Basilius wreszcie zapukał do odpowiednich drzwi.
Prewett nie prezentował się dzisiaj najgorzej, zwłaszcza jeśli ktoś widział go wczoraj. Eleganckie prosta koszula i spodnie na które narzucił zwykłą czarną szatę, były wyprasowane, czyste i zdecydowanie nie niosły za sobą smrodu dymu, a na twarzy nie malowało się ostrzeżenie, że uzdrowiciel może zaraz zemdleć. No... Może dalej był nieco bledszy niż zwykle i może po tylu godzinach pracy, znowu dopadało go zmęczenie, ale zdecydowanie nie wyglądał jakby miał zaraz umrzeć.


RE: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Hannibal Selwyn - 26.10.2025

- ”Shall I stay, would it be a sin?...”
Łup!
Trzaśnięcie drzwi do sypialni wdarło się w mini recital Hannibala, który zamarł, ale tylko na chwilę. Biedny Henry ewidentnie czuł się źle. Selwyn sięgnął mokrą ręką po różdżkę i machnął w stronę czajnika, który zaczął cicho szumieć, podgrzewając wodę. Naczyń na szczęście nie było dużo i gdy skończył, przygotował do zalania trzy herbaty. A potem się rozkaszlał, bo wyciągnięta dramatycznie końcówka piosenki okazała się ponad jego siły.
Ten atak dobitnie pokazał, że wcześniejsze - u Mony i wczoraj przy kolacji - nie były na pokaz. Hannibal odwrócił się od  kuchennego blatu i zaniósł się donośnym kaszlem, którego nie byłby w stanie stłumić, choćby chciał. Gęsta flegma zalegająca w oskrzelach odrywała się pod jego wpływem i utrudniała oddychanie, zmuszając do kolejnych prób jej odkrztuszenia. Lęk, który pojawił się zaraz za nią, nie pomagał.
Co jak to się nie skończy, jak się okaże że nie ma lekarstwa? Co jak to to jakaś epidemia i wszyscy umrzemy?! Na KASZEL!

Był w lepszym stanie, niż Henry, może dlatego, że porządnie się wyspał, a może dlatego, że w odróżnieniu od fotografa nie musiał cały dzień ciężko pracować. Bardzo chciał jakoś ulżyć przyjacielowi w cierpieniach. Ledwo jednak przestał nim szarpać kaszel, rozległo się pytanie do drzwi. Hannibal szybko przepłukał usta wodą i wypluł ją do pustego zlewu, na wszelki wypadek nie patrząc.

- Basilius, witaj! Chcesz herbaty? Akurat miałem zalewać! - wpuścił uzdrowiciela do mieszkania, wyglądającego jak przeciętne niewielkie mugolskie mieszkanie, na pierwszy rzut oka całkowicie niemagiczne.
- Słuchaj, jest sprawa. Jak widzisz, mieszkam u kolegi, bo u mnie się nie da po tych pożarach. On tak samo kaszle, jak ja, a w dodatku chyba ma gorączkę. Czy mógłbyś jemu też pomóc? Dopisz to do mojego rachunku - poprosił cicho. Nie potrzebował Lockharta protestującego przeciwko aktom podstawowej przyjacielskiej pomocy ani trochę bardziej, niż Lockharta umierającego na czarnomagiczną grypę. Czy co to tam było.

Translokacja na zdalne zalanie herbatki [roll=N]

Wprowadził Basiliusa do dużego pokoju, który był duży tylko z nazwy. Translokacją zapędził parujący czajnik do zalewania herbaty i po chwili trzy kubeczki przyfrunęły łagodnie na stół w towarzystwie słoika miodu. Nie był to elegancki zestaw herbaciany, ale za to porcje gorącego naparu były solidne.
- Miód od mojej kuzynki, częstuj się. Podobno działa leczniczo na gardło - powiedział, słodząc herbatę dla siebie i Henry’ego - Mam go zawołać, czy chcesz nas obejrzeć po kolei? - wskazał ruchem głowy w stronę sypialni. W zależności od odpowiedzi Basiliusa był gotów zawołać Henry’ego albo zanieść mu kubek do jego pokoju.


RE: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Henry Lockhart - 31.10.2025

Nie był głupi, a przynajmniej nie głuchy. Usłyszał obce kroki i obcy głos w swoim mieszkaniu. Zdecydowanie nie był to tylko Hannibal. Drzwi również nie zaczarowano nigdy, by nie przepuszczały dźwięków.

Co ten gość znowu wymyślił...?

Henry z trudem zwlókł się z łóżka, ciągnąc za sobą kołdrę, bez której by chyba zamarzł na śmierć. Chłopak wyglądał zupełnie niewyjściowo. Jego włosy sterczały na wszystkie strony świata, a pod oczami malowały się czarne wory. Oddychał świszcząco, czasem nawet ustami, bo przy sobie musiał mieć chusteczkę, by wysmarkiwać czarną wydzielinę. Ta pokrywała nawet i jego usta, bo trudno było ją zmyć. Co za ohydztwo... Jego całym ciałem wstrząsały dreszcze. Żadnych leków nie miał siły oczywiście zażyć. Ledwo wstawał z łóżka.

No ale obcy w jego mieszkaniu... to było coś innego.

Niczym zombie wyczłapał z pokoju, strasząc zapewne Hannibala, jak i nieznajomego swoim paskudnym wyglądem.

– Kim pan jest? – wymamrotał, widząc nieznajomego trzymającego jakąś teczkę i zdecydowanie starszego niż Selwyn. Henry zmrużył oczy. Mógł przysiąc, że skądś kojarzył tego człowieka. Niestety mroczki robiły swoje. – Han, do jasnej cholery, pytaj mnie zanim kogoś zaprosisz.


RE: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Basilius Prewett - 22.11.2025

Basilius wszedł do środka rozglądając się po pomieszczeniu, które rzeczywiście nie wyglądało jak mieszkanie, którego mógłby należeć do Hannibala. Nie że znał styl Selwyna aż tak dobrze, ale po prostu... Spodziewałby się po nim innego wystroju wnętrz.
Może być herbata z miodem, dziękuję – powiedział, zdejmując płaszcz i ostrożnie odkładając go na wieszak. – Jak wam wygodniej mi jest wszystko jed-
W tym momencie do pokoju wszedł młody czarodziej, zakuty w zbroję z kołdry i gorączki, któremu najwidoczniej chyba nie było wszystko jedno. Ah... Czyli najwyraźniej został tu zaproszony jako nie do końca przyjemna niespodzianka. Świetnie.
Wystarczyło jednak tylko jedno spojrzenie na drugiego czarodzieja, aby nie mieć nawet najmniejszych możliwości, że zdecydowanie potrzebował pomocy medycznej i to im szybciej tym lepiej.
Dzień dobry, przepraszam, nie chciałem pana zaskoczyć, nazywam się Basilius, jestem uzdrowicielem, pański przyjaciel poprosił mnie o wizytę – powiedział, ponownie przyglądając się chłopakowi. Tak. Zdecydowanie zajmie się nim jako pierwszy, bo zapewne niektóre żywe trupy prezentowały się lepiej. – Może niech pan usiądzie i o wszystkim porozmawiamy? Co się dzieje? Słyszałem, że was oboje męczy kaszel?


RE: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Hannibal Selwyn - 22.11.2025

Doskonale widział niezadowolenie Henry’ego. Było mu trochę, odrobinę przykro, że stał się obiektem gniewu kolegi, ale nie było opcji, żeby sam umówił się z Basiliusem, a potem słuchał, jak Henry kaszle i patrzył, jak się męczy. To dotyczyłoby każdego z jego przyjaciół, ale jego szczególnie. Henry towarzyszył mu w noc pożarów - nieocenione wsparcie moralne w chwili kryzysu. Henry oddał mu swoją kurtkę. Zaprosił go do siebie, kiedy okazało się, że jego własne mieszkanie dopadła klątwa.
Istniały jednak granice, za którymi niewiele dało się zdziałać dzielnością i ofiarnością - i wtedy często sprawdzały się status i pieniądze, czasami doprawione szczyptą bezczelności. Hannibal miał to wszystko i nie zawahał się tego użyć.
- Mówiłem, że załatwię uzdrowiciela - wzruszył ramionami. Czyżby Henry nie wierzył? A może wypite poprzedniego dnia do kolacji wino tak uderzyło mu do głowy, że nie pamiętał? - Siadaj i daj się zbadać. I proszę, tu herbatka dla ciebie - odsunął fotel dla Lockharta i podsunął mu parujący kubek, stanowczo i z niepozostawiającą miejsca na sprzeciw troską.  Mona byłaby z niego dumna.
To dla twojego dobra.

Dopiero upewniwszy się, że obaj, Basilius i Henry, siedzą wygodnie, sam zajął miejsce. Lockhart nie wyglądał na kogoś zdolnego do wygłaszania długich wypowiedzi, więc Hannibal wziął na siebie ciężar opowiedzenia uzdrowicielowi o ich dolegliwościach.
- Od tych pożarów obu nas męczy kaszel i odkrztuszamy jakieś czarne gó… wydzielinę taką. Całkiem czarną, okropne to jest! Przy wysiłku jest gorzej, nie mogę tańczyć i śpiewać, a Henry - wskazał głową na kupkę nieszczęścia, jaką stał się jego przyjaciel - ma chyba w dodatku gorączkę. Wczoraj jeszcze aż tak źle nie było… Poszedł rano do pracy i w ogóle, ale jak wrócił, to padł - spojrzał na Basiliusa, a potem na Henry'ego, unikając jego wzroku. Chciałby rozpakować go z tego kołdrzanego kokonu, dotknąć i przekonać się, czy faktycznie gorączkuje, ale podejrzewał, że fotograf by na to nie pozwolił, a nawet, gdyby nie miał siły protestować, jeszcze bardziej by go to wkurzyło. Niesłusznie, bo Hannibal nie miał przecież żadnych złych zamiarów, ale z drugiej strony trudno było wymagać rozsądku od człowieka w malignie.


RE: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Henry Lockhart - 30.11.2025

Henry usiadł w ciszy na krześle. Owszem, czuł się okropnie na ciele, ale teraz... dołączyło i do tego poczucie upokorzenia. Oczywiście nie była to wina bogom ducha winnego doktora. Henry, po tym, gdy ten się przedstawił, poznał w nim brata Electry. Wiedział z opowieści przyjaciółki, że był to człowiek przyzwoity. Jednak to wszystko, ta cała farsa... była niepotrzebna. Spojrzał tylko na herbatę chłodno, mimo, że ta kusiła go smakowitym zapachem i ciepłem.

Henry domyślał się, że Hannibal chciał ufundować te badania z własnej kieszeni. Tak jak obdarowywał go drogim winem. Pokazywał, że było go na to stać, co jeszcze bardziej podkreślało ziejącą między nimi przepaść. Może choroba zaciemniała osąd chłopaka, nakręcała go przeciwko przyjacielowi? Było w tym jednak coś protekcjonalnego. Inaczej Hannibal na pewno przegadałby z Lockhartem sprawę. Ale nie, on mu nie ufał. Jakby trzeba było go prowadzić przez życie za rączkę.

Owszem, powiedział, że załatwi uzdrowiciela. Jednak Henry sądził, że to będzie wizyta w gabinecie, z której Han weźmie leki i przy okazji się z nim podzieli. Żadnych szczegółów. A obecna sytuacja stawiała chłopaka w bardzo niekomfortowym położeniu. Domyślał się, że doktor Prewett zapewne nie miał tanich stawek. A jednak...

Musiał to ukrócić. Tu i teraz. Otwarcie.

– Doktorze Prewett, czy byłaby możliwość, żebym zapłacił panu na początku następnego miesiąca? Zrobię to, lecz potrzebować będę trochę czasu –  rzekł ze względnym spokojem, choć jego schorowane gardło nie pozwalało mu na żaden inny ton. – Też bardzo dziękuję panu za pomoc. Mój stan... niemal nie pozwala mi ruszyć się z mieszkania.

Oczywiście zanim zdążył opowiedzieć o swoim kaszlu i stanie zdrowia, Hannibal zdążył go wyręczyć. Ot, kolejna szpila. Za biednego małego Henry'ego trzeba było przecież powiedzieć, bo sam by nie mógł.

– Rzeczywiście kaszlę czarnym czymś. Ma smak popiołu. – Jak na zawołanie, po tych słowach zdusił go okrutny mokry kaszel. Taki, że napłynęły mu łzy do oczu. –  Bardzo trudno... mi się oddycha. Boli mnie klatka piersiowa. Męczę się też, jak tylko wstanę.


RE: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Basilius Prewett - 03.12.2025

Basilius przyglądał się w milczeniu obu czarodziejom, nie przerywając im w ich wymianie zdań, aż w końcu, przeszli do właściwej wizyty lekarskiej.
To nie będzie konieczne – zapewnił Henry'ego, podejmując decyzję kiedy tylko Lockhart wspomniał o zapłaceniu mu w przyszłym miesiącu. Pokręcił głową. – Przepraszam, ale chyba się źle wyraziłem. Tak, pana przyjaciel mnie tutaj zaprosił, ale to nie jest typowa wizyta prywatna. Niektórzy pracownicy Świętego Munga postanowili po prostu na własną rękę zaangażować się w pomaganie poza szpitalem. Podobnie jak niektórzy klątwołamacze, czy przedstawiciele prawa. Wszystko jest z góry zaplanowane. Pan będzię musiał się jedynie martwić o potencjalne koszty eliksirów w aptece, ale to raczej nie będą duże wydatki. – Skłamał, chociaż nie aż tak bardzo jakby mógł. Tereotycznie on (uzdrowiciel), Thomas (klątwołacz) i Millie (przedstawicielka prawa na zwolnieniu) planowali w ciągu tego miesiąca pomagać ludziom bez zapłaty i jeszcze rzeczywiście to wszystko było organizowane z góry. To znaczy Millie to wszystko wymyśliła i bardzo chciała aby ten pomysł się udał.

Szczęśliwie dla jego oobu pacjentów, opisane przez nich objawy nie były już obce Basiliusowi, chociaż oczywiście musiał jeszcze upewnić się co do diagnozy.
Rozumiem, Hannibalu, czy mógłbyś na chwilę nas zosatwić? – Spojrzał na blondwłosego czarodzieja. – Muszę pana zbadać i zadać kilka pytań. – wyjaśnił czemu na chwilę odsyłał Hannibala. – Choruje pan na coś jeszcze? Choroby przewlekłe?

Charyzma III, rzut na kłamstwo
[roll=Z]


RE: [11.09.1972 Basilius, Hannibal & Henry] Na sygnale 112 - Hannibal Selwyn - 04.12.2025

Choroba chorobą, maligna maligną, ale pioruny ciskane przez oczy Henry’ego trafiały prosto w - tak przecież dobre i pragnące nieść pomoc - serce Hannibala. Prychnął na absurdalną propozycję zapłacenia w przyszłym miesiącu i spróbował złowić wzrok uzdrowiciela, by posłać mu znaczące spojrzenie. Wiedział, że Henry nie zarabia zbyt wiele, bo w Proroku Codziennym najwyraźniej wciąż jeszcze wierzyli w niewolniczą pracę za marne grosze (przynajmniej nie kazali mu cykać fotek ze złamaną ręką, ale kto wie, może po prostu tak się nie dało). A teraz jeszcze musiał gotować dla dwóch osób i Hannibal aż bał się zaproponować, że będzie chociaż robił zakupy. W jego głowie rodził się już niecny plan podrzucania w tajemnicy kupionego przez siebie jedzenia do lodówki.

Całkiem nie rozumiał oburzenia Lockharta. Czy kwestie pieniędzy były dla niego aż tak ważne? Przecież to nie tak, że Hannibala nie było stać na opłacenie podwójnej wizyty, zamiast pojedynczej! I absolutnie nie oczekiwał żadnej rekompensaty - już samo to, że Henry pozwolił mu u siebie mieszkać było ogromną przysługą. Selwyn już otwierał usta, żeby zaprotestować, ale najpierw musiał odkaszlnąć, a potem Basilius ubiegł go i oznajmił, że wizyta odbywa się w ramach pomocy dobroczynnej.  Wzruszył ramionami. I tak znał jego stawki, mógł zapłacić, a dwa miejsca na darmową poradę zostawić komuś, kto naprawdę jej potrzebował.

Słysząc kaszel biednego Henry’ego poruszył się niespokojnie w jego kierunku, ale powstrzymał się, nie chcąc go jeszcze bardziej rozdrażnić. Doskonale, niech doktor sam to usłyszy, wtedy nie da sobie wcisnąć kitu. Hannibal dotąd raczej miał kolegę za rozsądnego, ale teraz zaczynał się bać, że ten spróbuje naściemniać, że właściwie to czuje się dobrze - czy to z powodu choroby, czy jakiegoś pokręconego poczucia honoru. Bardzo chętnie zostałby przy badaniu, ale uzdrowiciel wyraził się wystarczająco jasno, wypraszając go, pewnie w imię jakiegoś prawa pacjenta do prywatności, czy czegoś podobnego. Wzruszył więc ramionami, chwycił swoją herbatę i wstał.
- Ach, nie zapomnij, że rękę miałeś złamaną w sobotę - rzucił do Henry'ego udając beztroskę i ufając, że Basilius będzie wiedział, co zrobić z tą informacją. Selwyn był niemal pewien, że czeka go za to awantura, ale od czasu przyjęcia Szkiele-Wzro Lockhart nie poddał się żadnej kontroli lekarskiej i to mogła być jedyna okazja. Po tych słowach uciekł do kuchni, zostawiając uzdrowiciela i pacjenta sam na sam i dopiero, gdy drzwi zamknęły się za nim, sam poddał się narastającemu w gardle kaszlowi.