![]() |
|
[Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] (/showthread.php?tid=5221) Strony:
1
2
|
[Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - Gabriel Montbel - 11.10.2025 1.09
ogród różany Nie potrafił sobie znaleźć miejsca. Jego głowa, jego istnienie, jego jakikolwiek cel... Tęsknił za różami, chociaż był w pełni i boleśnie świadomy, że po tym jak okaleczył swój własny ogród nie miał do czego wracać. Przywiózł je tu wszystkie. Wymościł nimi swój grób. Apartament z widokiem na pałac. Pieniądze topniały, a piękne róże traciły swoje płatki. Nigdy mu tego nie wybaczą. Wybaczą? Był kawałkiem siebie z przeszłości, poranioną skorupą, która nie wiedziała jak to się dzieje, że ma jeszcze jakikolwiek pęd. Był głodny, musiał jeść. Pewnie dlatego instynkt wyrzucił go z krypty i kazał ruszyć w Londyn. Znaleźć kogokolwiek. Cokolwiek. Wbić zęby. Zapomnieć. Jak dostał się pośród kwiaty? Nie pamiętał. Te nieznajome rośliny otaczały go jak wyrzut sumienia i nie był pewien już, czy to halucynacja, sen, koszmar, a może tylko omam zgnębionego tęsknotą umysłu. A więc bierzesz ślub. Może zetnę je wszystkie na tę okoliczność i obrzucę nimi kościół, byś cierpiał jak ja gdy wyrwałeś mi serce? Nie krzywdził jednak tych róż. Były obce. Były cudze. Odległe. Dziwne. A jego róże... jego krzewy były martwe. Okaleczone. Puste. Jak przegnite wnętrze stęsknione za odrobiną ciepła. Za miękkimi słowami szeptanymi do ucha, za kłamstwem o tym, że mógł być wart więcej niż popiół z którego został ulepiony. Nagle zobaczył go. Nie. To był inny on. Nogi i tak szły same w kierunku mężczyzny. Czy był w stanie wyrazić jak nienawidził Anglii? – Jonathan? – zapytał, nie wierząc, że to rzeczywiście mógłby być zrządzeniem losu cień przeszłości, kładący się na całej jego wieczności. Tortura, która nie prowadziła do odkupienia. Człowiek odwrócił się i spojrzał na niego. Spojrzeli na siebie w sumie, odkrywając z pewną dozą zaskoczenia... że się znają. Hrabia Jean Baptiste François Gabriel de la Rochefoucauld Montbel miał już przyjemność spotkać się przed laty z Williamem Lestrangem, który wtedy był młodziutkim studentem. O ironio... czyż ich spotkanie nie miało miejsca w ogrodzie? Odchrząknął i wyprostował się. Jego dłoń odgarnęła jasne włosy miękką falą układające się na głowie pełnej wszystkich myśli tylko niekoniecznie tych związanych z tym intrygującym młodzieńcem o krwi czarnej jak ropa naftowa. – William Lestrange. Nie spodziewałem się... chociaż może powinienem? Ileż to lat minęło od naszego ostatniego... listu? Cztery? – Pisali do siebie całkiem często przecież, gdy jeszcze miał ochotę utrzymywać kontakt ze światem zewnętrznym. Ale potem ten świat zewnętrzny był zbyt bolesny. Za bardzo przypominał mu... kogo innego. Wampiry nie potrafiły kochać. Ale w posiadaniu obsesji były całkiem nieźle. Ten konkretny wampir bardzo rozpaczliwie właśnie próbował robić dobrą minę do złej gry. Poprawił swój mugolski garnitur, wygładził połę płaszcza, od niechcenia, spróbował przyjąć możliwie szarmancką minę, choć z pewnością nie potrafiłby powrócić do lekkości i kokieterii z jaką potrafił zabawiać swoich rozmówców na francuskim salonie. – Zmężniałeś. – skomentował, pełni świadom, że on nie zmienił się wcale. RE: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - William Lestrange - 11.10.2025 How can one be so cruel; to deprive another from steadiness of tomorrow When today does (n't) exist Otherwise than in rituals Of love Sacrifice Disappointment Intangible moments; the end of breathing. Wstrzymał oddech słysząc nieswoje imię, odwróciwszy się z powodu pociągnięcia sznurka zakopanej przebodźcowaniem, znajomej melodii - głos, niepozorny, obco słaby; łuk nieistniejącego uśmiechu nakłonił umysł do współpracy, wraz z zapachem usychających róż przywiał minione lata, chłodne, paryskie lato rozwijające się poranną rosą na innych kwiatach, liściach i glebie. Nie odezwał się, nawet nie otworzył ust; być może zbyt długo milczał, wypowiedziane przez wampira Zmężniałeś przygniotło zmysły ciężarem imponderabilii. Frywolność rozrywająca francuskie salony przygładzona ruchem dłoni przeczesującej jasne kosmyki włosów umknęła wraz z naturalnością okiełznanych włosów. Dyskomfort i jego pochodne były odczuciami, które Lestrange rozumiał bez komunikacji bezpośredniej. Wszędzie rozpoznałby sztuczność szarmancji, którą o parę lat za dużo starał się poskromić, wytresować i nakleić do wiecznie niezainteresowanej tematem twarzy; rytualne morderstwo dziecka i jego nadziei wydawało się tradycją w rodzinach takich, jak jego, czy umknął z życiem? Kto by pomyślał, że aktem rebelii będzie zamknięcie się w zatęchłej piwnicy, czy ojcowskie ego było aż tak wrażliwe? Najwyraźniej. Otrząsnął się z napełniających głowę i wykręcających porowate włosy myśli, przyszedł je rozpracować, rozłożyć na czynniki pierwsze; rozsypanie zeschniętych płatków róż, obserwowanie kręgu życia, naturalności śmierci wpływało nań uspokajająco, uświadamiało, że cokolwiek zrobi to i tak nie będzie miało znaczenia - zaskakująco motywująca myśl. Memento mori, bo tylko wtedy wszyscy przestaną zasypywać nas listami, niechcianymi pretensjami. No właśnie, listami, ten od Gabriela otrzymał wiele lat temu, odpisał. Nie zastanawiał się nawet czy obraził czymś wampira, czy jego słowa były zbyt dobitne, za mało poukładane i wielkopańskie, aż do teraz. - Ty za to wydajesz się idealnie harmonizować z porą roku. Koniec lata wciąż jest ciepły i broni się przed nadejściem jesieni, mimo że wie o odwiecznym cyklu. Z czym musiałeś się pogodzić, że próbujesz na siłę ukazać się niewzruszonym ? - francuski był dla niego jak naprawianie zardzewiałej aparatury laboratoryjnej, umysł sam prowadził ręce, tak samo jak w tym momencie język, aby uderzyć w znajome tony, wykorzystać naturalnie przychodzące dźwięki i zabiegi gramatyczne. Można było silić się na wyznanie, iż mowa Williama Lestrange'a w języku francuskim unikała potknięć, których dopuszczał się w angielskim, niedbałości, których ten język dopuszczał. Z uwydatnioną poetyckością, brzmiał o wiele charyzmatyczniej, a że mówił o znajomym sobie odczuciu, można by stwierdzić, że jego skrępowanie sytuacjami społecznymi prawie nie istniało. Właśnie prawie - wciąż pominął wszystkie grzeczności, przeskakująco od razu do sedna. - Kilka. Nie jestem dobry w śledzeniu czasu, co nie powinno się brać mylnie za oznakę mojego szczęścia, nie to, abym się skarżył - kontynuował - Czas jest kwestią względną, przywilejem bogatych, więc go wykorzystuje, czy dobrze, nie jestem pewien - wzruszył lekko ramionami, poddając się temu chłopięcemu odruchowi przeczącemu upływowi lat wypisanymi na jego fizyczności. - Zmieniłeś się. Świat cię zmienił, zakładam, jak nas wszystkich. Nawet pozornie niezmienialne poddaje się upływowi lat i konceptów - dodał - Nie planowałem z nikim rozmawiać, ogród daje mi spokój, natura też. Idiotyczne z mojej strony, że zawsze zapominam, że te kwiaty kwitną najlepiej w czerwcu i lipcu. W przeciwieństwie do Gabriela, nie spacerował w dopasowanym i eleganckim odzieniu. Kalosze, ciemne spodnie i woskowana, zielona kurtka z podszewką w kratę kamuflowała go na tyle, że jedynie czarne kędziory odstawały od całości, wraz z bladą twarzą i nienaturalnie ciemnoniebieskimi oczyma. - Oh. Chcesz usiąść? - dopytał, jakby w ogóle zapomniał, że istnieje taka opcja. Nie był swoimi umiejętnościami interpersonalnymi zażenowany, właściwie powoli przestawał je analizować, jeżeli miał lepszy dzień, a myśli nie przygniatały go tak mocno, że nie potrafił postawić nogi poza dom. RE: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - Gabriel Montbel - 11.10.2025 – Czas jest kwestią względną i bynajmniej nie należę do tych, którzy uważają, że szczęście jest jedyną emocją wytracającą z nas zdolność do jego percypowania – odpowiedź przyszła łatwo, niemal od razu, jakby wślizgnął się w stare wychodzone buty. Gdzieś za sobą, w głębi alei słyszał jego śmiech, widmo czasu, gdy spotkał się z młodym studentem po raz pierwszy. William przypominał mu meble w starym domostwie w Poisy, przypominał mu książki i listy, przypominał wszystkie drobne podarunki, które teraz we wspólnym zbiorowym grobowcu wytraciły swoje indywidualne lico. I tak jak te rzeczy, składowisko wspomnień, bolesnych, wbijających się pod skórę zaborczą nieprzepracowaną żałobą, tak i teraz odsłonił górną wargę w nieco ostrzegawczym, atawistycznym geście, poddając się fantazji palenia i tego artefaktu. Gumiaki śmierdziałyby plastikiem, a krew... czy w halucynogennym dymie zobaczyłby swoją przeszłość, a może przyszłość? Na moment otumaniony dziedzictwem krążącym w tętnicach mężczyzny, zatopiłby się w doświadczeniu trzeciego oka upajając nie tylko wiekami przeżytymi, ale przyszłością wyzbytą z dojmującego uzależnienia... Odwrócił chłód świdrujących błękitnych ślepi. Odwrócił ku krzewom, które przetrwały rewolucję, by cieszyć i koić. By porządkować myśli. By być jak starożytny chór punktujący Twoje grzechy milczeniem. Odwrócił wzrok lękając się, że William mógłby dostrzec w nich rządzę płomieni, pochłaniającą cały świat, wspomnienie po wspomnieniu, cokolwiek mogło dostąpić możliwości, świadkowania jego szczęścia. Szczęścia które przepadło. Jak umierająca gwiazda. Co ze mnie pozostanie, gdy spłonie już wszystko? – Lubię jesień. – Surrealistyczna myśl, a jednocześnie do bólu prawdziwa, rzeczywista w korzeniach swojego istnienia. Przyczyna? Banalna. – Noce są coraz dłuższe, pozwalając mi na ciekawsze, bardziej wysublimowane łowy. – Kieł błysnął, choć hrabia był świadom, że młokos nie zlęknie się drapieżcy. Byli wszakże znajomymi, fascynatami botanicznych ciekawostek. Amatorami, łączyła więc ich miłość. Krzewy nigdy Cię nie zdradziły. To Ty zdradziłeś je. – Nie wiem czy chcę siedzieć, chyba wolałbym się przejść. To miejsce. Jestem tu po raz pierwszy. Ale Ty widzę... zdajesz się być mocno zadomowiony. Lubisz zapuszczać się tutaj... pośród ludzi?– Chodziło oczywiście o "mugoli" ale może chodziło też w ogóle o inne osoby? Sam w listach zachęcał Williama, by nie dawał się sprowokować ojcu, jeśli nie lubił przebywania z socjetą. Zapomniał już jak być człowiekiem, który odlicza swój czas bardzo skrupulatnie, ale pamiętał, że swój los jako śmiertelnik wybrał samodzielnie i temu kibicował każdemu, kto zyskał choć szczyptę jego sympatii. Wybitność nie oglądała się na społeczne normy. Wolał by William znał się na roślinach. Nowe odmiany grzybów przywleczone zza oceanu potrafiły być bardzo uporczywe nawet dla jego wzrosłych na krwi i kościach ofiar krzewach. Mimowolnie ruszył, zachęcając i Lestrange'a do objęcia jakiejś trasy. Jakiejś ścieżki. Próby ukorzenienia się na kamieniu. Na żwirze. – Czy przegapiłem Twój miesiąc kwitnienia? Wyglądasz jakby i Twoją duszę toczyła jakaś choroba. RE: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - William Lestrange - 12.10.2025 Pamięć o śmierci wcale nie wprawiała go w lęk. W wilgotnej ciemności wytężał wzrok i spowalniał ruchy, by badać niewiadome, dotrzeć do tajemnicy kamienia filozoficznego nie dla przedłużenia swoich własnych lat, a dla benefitu tych, którzy na to zasługiwali; słowa miały to do siebie, że były równie względne, co czas, koncepty rozpościerały się horyzontalnie, przesuwały po nieskończoności osi nie mogąc wytrzymać ametamorficzności samotnego przekonania jednych ust. Wsunął dłonie w kieszenie, głównie z braku konceptu, co innego mógłby z nimi zrobić. - Jesteś głodny? - pytanie definitywnie dotyczyło krwi, choć w ich aktualnej rozmowie zabrzmiało podniosłą metaforą. Wszyscy byli głodni, ci najedzeni nie zadawali ciekawych pytań, rozkoszując się w cieple ignorancji. William do życia podchodził podobnie jak przed laty, z paroma zmianami, których na tak wczesnym etapie rozmowy jeszcze nie zawitały w jego umyśle. Strach rozkładał na czynniki pierwsze, nie akceptował go w podstawowej naturalności emocji, zresztą podobnie jak każde inne odczucie. Moralność traktował jako podpowiedź, nieobowiązkową poradę, kierunek, który w każdym momencie mógł zmienić; prawo, którego z moralnością nie należało stawiać na równi, również było dla niego konceptem tak samo ludzkim, jak każda inna część systemu, a co ludzkie, to zmienne. Ciekawość była jego motywacją, jak każdy naukowiec, zatapiał się w nieodgadnionym, łamiąc podstawy ustanowionego - czy tym zdobył sympatię starego stworzenia, osoby, człowieka? Podsumowując, jeżeli miałby komuś podać rękę, byłby to i Gabriel, i przechodzący obok mugol, Ministra Magii, bezdomny, zdrajca krwi, śmierciożerca, Fortinbras Malfoy, ale też sama śmierć. Nie dowiedział się, co takiego było powodem utraty iskry, frywolności i zadowolenia. Niemo pogodził się z tym faktem, w ten sam sposób przystając na propozycję spaceru. - Ludzie na spacerach zachowują się całkiem inaczej, zwłaszcza w parkach i ogrodach. Natura, choć nie na wszystkich, ma pewien wpływ, wymaga ogłady swoim autorytetem. Na ulicach mogą szaleć, w knajpach okładać się stołkami po głowach w rytm ciężkich basów źle nagłośnionej muzyki, a tutaj? Co najwyżej znajdą kogoś dogorywającego w krzakach, z dwojga złego, wolę trupy, przynajmniej milczą - nie wiedział jeszcze jak poradzić sobie z uciechą, jaką sprawiała mu ta rozmowa, z nowością lub starą iskrą, którą jego ciemnoniebieskie oczy przyjęły z ulgą, znajdując wreszcie swe powołanie, odwracając się od przerażającej pustki. Nie poruszył tematu czystości krwi czy magii, nie były to tematy, którymi zaprzątał sobie głowę. Patrząc na ludzi, tych władających magią jak i tych pozbawionych tej umiejętności, widział ciała, które prędzej czy później znajdą się na jego stole, czy innego antropologa bądź zakładu pogrzebowego. W oczach śmierci wszyscy byli równi... no, prawie; czy to dlatego rozmowy z Gabrielem były tak intrygujące? Jego inność, nieśmiertelność przyciągała Williama bardziej niż zapach jaśminu, ale czyż nie tak wampiry właśnie przyszpilały swe ofiary? Cóż, jak już umierać to przynajmniej ukontentowanym. - Nie choroba, małżeństwo - wypalił, zdając sobie sprawę, że na pewno słyszał taką wypowiedź od jakiegoś podstarzałego mężczyzny w jednej z kawiarni. Skrzywił się mimowolnie - I wszystko co z nim związane, tak myślę. Rozwód, może? Nie jestem dobrym materiałem na męża, na kochanka. Do miłości się nie nadaję, chyba że ktoś lubi trójkąty, ja, ta osoba i moje badania - nie miał pojęcia jak rozmawiać o takich rzeczach, tak więc unikał kontaktu wzrokowego. Minęli prostokątne poletko róż podpisanych 'Cheshire', ich pomarańczowe płatki uginały łodygi, sprawiały, że niegdyś uśmiechające się w stronę słońca, okrągłe kwiecia, podumierały powoli. RE: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - Gabriel Montbel - 13.10.2025 Kącik ust drgnął i rozciągnął się nieoczekiwanie, eksponując nie tylko dołeczek w policzku, ale też rzeczywiście właściwy jego rodzajowi kieł. Zaciągnął się nocnym powietrzem i zadarł lekko głowę ku górze, patrząc wszędzie byle nie na te paskudne buty, które ostatecznie potwierdzały stan jego umysłu. Jak w ogóle mógł pomylić kogoś noszącego gumiaki z Jonathanem? Był taki czas, że prędzej wyobraziłby sobie Selwyna lewitującego nad kałużą błota, niż pozwalającego by cokolwiek ubrudziło jego stylowe odzienie. Teraz z chęcią oglądałby go w błocie. Teraz - ze zgrozą - konfrontował się z faktem, że sam wciąż z chęcią znalazłby się razem z nim w tym błocie. – Zawsze – to była najwłaściwsza odpowiedź. Głód był sensem jego egzystencji, może nie tej pierwszej, ale z pewnością tej drugiej. Stworzony a nie zrodzony, pozbawiony twórcy, zdziczały rozrastającą się klątwą i pragnieniem przypieczętowania swojego losu jako nocnej istoty. Jako przeklętej istoty. Jako martwej istoty... Dni jego uczt przeminęły najprawdopodobniej bezpowrotnie. Hrabia ostatecznie stał się tym co jadł. Złamanym smutnym człowiekiem. Czy rzeczywiście? William bawił go, choć nie było w tym rozbawieniu pobrzękiwania błazeńskich dzwonków. Oplatali siebie francuskimi słowami, budziło to w nim pewną nostalgię do czasów, gdy podziemia jego rezydencji wypełnione były gwarantem przetrwania, a nad tym chowem klatkowym znadowała się przyjemna warstwa wygłuszającego marmuru, po którym spacerował sobie zwykle ze swoim mugolskim... kimś. Sługą. Zarządcą. Ordynansem. Wtedy jeszcze chciał być na bieżąco, wtedy skomplikowane nici powiązań i romansów, dworskich gier i układów jeszcze go interesowały. Dziś nie interesowało go nic, poza własnym cierpieniem. Dlatego, gdy szli, a William mówił, jego ludzkie rozterki zarezonowały z nim bardziej niżby tego sobie życzył. Cierpienie spotkało cierpienie. Samotność stanęła na przeciw samotności. Mógłbym Cię zjeść i umrzeć w końcu od Twojej przeklętej przez niebiosa krwi rojąc sobie, że świat nie był ostatecznie dla mnie takim złym miejscem. Albo rojąc piekło, które wciąż czeka na mnie za wszystko co zrobiłem w ciągu swojego przeklętego życia. Czy tak wygląda przeznaczenie? – Jestem wampirem, – powiedział nieco protekcjonalnie, – nic mi nie wiadomo na temat miłości. – głos mimowolnie mu zadrgał fałszywą nutą. Rozwód, co to było za nowoczesne słowo na wdowieństwo. Zamyślił się. – Patrzę na ciebie z przeciwległego bieguna, – nie patrzył na Williama wcale. Patrzył się na róże układające się niespiesznie do zimowego snu. – myśląc o tym, jak próżne jest nasze wyobrażenie wzajemności. A przecież taka nie istnieje. Myślisz, że gdybyś położył całą swoją pasję i intelekt na szali, gdybyś porzucił księgi i badania na rzecz tej kobiety, obsypałby ją atencją, pocałunkami, zapewnieniami, gdybyś wyniósł ją do rangi swojej bogini, której stawiałbyś pomniki w ogrodzie swojego istnienia, żebrząc o dobre słowo, o pochwałę na kult wzniesiony ku jej czci... A jednak. Zaprzeczałbyś w ten sposób samemu sobie. Swojej naturze. Jest w tym jakiś fałsz, który nie wróży dobrego zakończenia. – Spacerował powoli, ale wolał, jakże wolał tę formę od siedzenia i patrzenia się na siebie. Zawsze mógł uznać to jako rozmowę samemu ze sobą, z twistem oczywiście, ponieważ część, jak nie większość myśli Williama nie przyszłaby raczej jemu do głowy. Choć czasem... jego własny wewnętrzny głos potrafił nawet jego zaskoczyć. RE: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - William Lestrange - 14.10.2025 Gdyby nie miał za żonę Eden Malfoy, zapewne pomyślałby, że enigmatyczność przychodzi z wiekiem. Choć faktycznie, wypowiedzi Eden nie dało się opisać jedynie tym słowem, było w nich o wiele więcej poza wyuczoną wprawą, tak samo z resztą jak w przypadku Gabriela. Problemem Williama pozostawało jego podejście do sprawy, myślał dużo; nigdy niekończący się łańcuch możliwości, zbawienie nauki, przekleństwo codzienności. Skoro zawsze jesteś głodny, to znaczy, że pijesz dużo krwi? Czy za życia też byłeś zawsze głodny? Czy to kwestia łaknienia, może brak protein? Czy wraz z krwią dostajesz wszystkie, istotne wartości odżywcze? Wiele pytań, a żadne z nich nieodpowiednie do zadania w tym momencie. Lestrange zdał sobie sprawę, że krótka odpowiedź była przenośnią i niesamowicie go to zasmuciło. Nie dał jednak tego po sobie poznać, bo wzrokiem wciąż błądził dookoła, oby tylko nie spotkać spojrzenia rozmówcy - nie zdawał sobie sprawy, że Gabriel również stosuje tę technikę, choć z absolutnie innych powodów. Zapewne gdyby wiedział, że wampira męczą problemy sercowe, nie zatapiałby go myślami o tonącym małżeństwie, ale cóż, nie można wiedzieć wszystkiego, gdzie wtedy byłoby miejsce na ekscytacje? Bądź inne... mniej pozytywne emocje. Samotność była ostoją, podstawą i stanem naturalnym. Trawa była zielona, a William Lestrange w swoim własnym towarzystwie. Brak głośnych dźwięków, słów z ust rozmówców czy ogólnej obecności drugiego człowieka jawiły mu się ulgą, uwielbiał być sam, mógł wtedy być sobą, nie udawać i rozłożyć skrzydła bez ograniczeń nakładanych nań oczami uwięzionymi w strukturach złotych klatek. Dlatego William na samotność się nie skarżył, raczej niemożność jej praktykowania. - Aha - odburknął nieprzekonany i zmarszczył brwi - A tak naprawdę? Bo takie wyrecytowane wierszyki to nie do mnie. Wampirem się nie rodzisz, a miłość niewiele ma z fizycznym biciem serca wspólnego. Mózg, natomiast, wydaje mi się, wciąż masz całkiem sprawny - skręcili w jedną z bocznych odnóg ścieżki wchodząc na drogę do niewielkiego jeziorka, porośniętym nie tylko okalającymi większość ogrodu różami, ale tez inną roślinnością. - Wybacz, rozpędziłem się? - dopytał, choć wcale nie wydawał się skruszony. Prawdą było, że nie postrzegał swojej odpowiedzi jako niegrzecznej, a zwyczajnie prostolinijną. Nauczył się jednak, że ci bardziej obeznani z socjetą, o wiele mocniej naciskali na kwiecistość wypowiedzi, niż jej faktyczną treść. W przeszłości, komunikacja z Gabrielem nie była dlań jednak problemem i, pomimo różnych opinii na poruszane tematy, byli w stanie dyskutować, używając swoich własnych sposobów wypowiedzi; porzucona na pare lat relacja pozostawiała jednak wiele do życzenia, czas zmienia wszystkich, nawet tych, którzy wizualnie wciąż zatrzymani są w jednym miejscu - Nie chciałem - dodał ostatecznie. - Nie, nie myślę tak - odparł szczerze - Ale uważam, że należy się jej więcej uwagi niż dostaje. Niestety, nie dostanie jej ode mnie. Mogę przyznawać się do błędów, każdy je popełnia, bez nich byśmy się nie rozwijali, ale ona nie posiada takiej umiejętności. Nie jesteśmy wychowywani, aby obdarzać innych zrozumieniem, wpajana jest nam hierarchia i potrzeba dominacji - niepotrzebne marnowanie zasobów, pomyślał, idiotyczny krąg cierpienia, kontynuował w głowie - Jeżeli ona potrzebuje czegoś innego, może iść tego szukać. Problemem jest, iż nigdy się nie wybraliśmy, zrobiono to dla nas, bo sytuacja wymagała. Uznałem, że czemu by się nie postarać? I chyba ... Nie jestem pewien, brakuje mi połączenia, które wykształciliśmy w pierwszych latach małżeństwa, gdy dopiero się poznawaliśmy. Nie idealizowałem niczego, ale może ona tak? Nie jestem pewien, bo gdy pytam, nie dostaje odpowiedzi - podekscytował się i aż zatrzymał, przytrzymując dłonią deskę balustrady drewnianego mostu, który przekraczali - trochę tak jak w rozmowie z tobą, no bo spójrz, szczerze zapytałem czy jesteś głodny, mając to na myśli, chcąc dowiedzieć się czy potrzebujesz krwi, tak samo zadaje pytania jej, szczerze. Nigdy nie dostaje na nie odpowiedzi, a jeżeli już to są równie enigmatyczne, co twoje 'zawsze'. Nie można tak rozmawiać, jeżeli chce się rozwiązać problem - chwilowe podekscytowanie zniknęło równie szybko, spojrzał w dół na stojącą pod mostem wodę, przenośnie tego w jakim stanie znalazła się jego relacja z Eden. RE: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - Gabriel Montbel - 23.10.2025 Poprosił o wybaczenie. Więc hrabia wybaczył. A potem robak wgryzł się bardziej, drążył bardziej i nade wszystko, ponad wszystko zarzucił mu brak precyzji. Cóż jest enigmatycznego w "zawsze"? Nogi prowadziły same, ku ciemniejszej alejce, ku powykrzywianym drzewom, których karykaturalne linie przypominały bardziej gotyckie opowieści grozy, aniżeli elegancki królewski ogród. Róże już nie pachniały, zmożone snem, poddające się naturalnej entropii, kolei rzeczy, gaśnięcia i wzrostu, gdy teraz już tylko śmierć, już tylko cisza, przetkana cichym łkaniem na granicy słyszalności. Nogi prowadziły go same, gdy zatrzymał się i odwrócił do Williama, bardzo powoli, nie jak tancerz, a rzeźba obracająca się plugawym mechanizmem, bezgłośnym lecz wciąż uschłym. Domagającym się krwi. – A więc sugerujesz, że kłamię? – jego głos przypominał ostrość sekatora podcinającego gałęzie. Narzędzie niepozorne, mizerne wręcz, ale ostre. Ostre jak kły, które mimowolnie gdzieś między jednym splunięciem w jego poranioną duszę, a drugim drapieżnie wysunęły się spomiędzy warg. Otaczająca ich mgła łaskotała zimnem. Oczywiście, w opowieści o małżeństwie Williama chodziło o dziwo o Williama i jego żonę, nie o indolencję wampirzą w adekwatnym do potrzeb śmiertelnika okazywania uczuć. Martwy mężczyzna słyszał jednak już zupełnie co innego, pogrążony w myślach ile lat z rzędu próbował udawać człowieka, by przekonać partnera do siebie, ile lat zaciskał gorset, dawał zakładać sobie wędzidło, udawał kogoś kim przecież nigdy nie był, byle zadowolić drugą stronę. Byle przekonać, że był bardziej człowiekiem niż potworem. Postąpił krok ku Williamowi, zmuszając go całą swoją prezencją, by postąpił krok do tyłu. – Myślisz, że nie wiem co to głód? Że moje ciało, moje zmysły, wszystko moje nie jest zorientowane na żer? Gdy klątwa odarła mnie z reszty jakichkolwiek oznak życia, gdy nie mogę się rozmnażać, nie mogę lękać się o śmiertelność, nie mogę marzyć, aspirować, kochać, myślisz... że co mi pozostało poza głodem? JA jestem głodem Williamie Lestrange i mówiąc zawsze mam na myśli zawsze – Szorstka kora stanowiła granicę tego tańca, dłoń złożona na biodrze rozmówcy, hipnotyzujące ślepia i aura, gęstomleczna otaczająca ich jak kokon, czyniąca otwartą przestrzeń intymną. Żałobną. Ostateczną. William. Co za paskudne imię. Nie myślał oczywiście o nieszczęsnym naukowcu, a o słudze, który przed pięćdziesięciu laty oszukał go i okradł. Zmusił do złożenia przysięgi uniemożliwiającej hrabiemu przyjazd na Wyspy. Omamił. Wykorzystał. Porzucił. Tacy właśnie byli ludzie, a Jean ponad wszystko zatęsknił za poczuciem tak dawno nieodczuwanym. Za tym, żeby ktoś go rozumiał. Za tym, żeby nie musiał udawać. Połączenie. Być może nie był tylko głodem. Był też samotnością. – Jeśli mówicie różnymi językami, jeśli patrzycie w różne strony... Odstąp od niej i idź dalej. Na cóż marnować życie swoje i tej nieszczęsnej kobiety. – Wzrok mu się nagle zeszklił. Dwa światy. Można połączyć tylko na chwile. – Mój ukochany będzie brał ślub. Nie mogłem mu dać tego czego ode mnie chciał. Nie mogłem stać się człowiekiem. – Martwy odsunął się nieoczekiwanie od rozmówcy, jakby zapominając zupełnie, że jeszcze przed momentem chciał mu pokazać, jak bardzo poluje i jest zawsze głodny. Teraz wydawał się być po prostu smutny. – Może Ty też nie możesz stać się człowiekiem, którego ona potrzebuje. Jaki jest sens? – Krok dwa w tył. Mgła rozwiewała się spomiędzy nóg, odsłaniając smętnie zwieszone główki kwiatów. Hrabia przysiadł na kamiennej ławeczce dociążony refleksją, która naszła go tak nieoczekiwanie. Nie chciał zemsty, jak sądził jeszcze przed miesiącem. Przeglądał się w Lestrangu jak w lustrze i było w tym coś bardzo niepokojącego i dojmująco przykrego. RE: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - William Lestrange - 23.10.2025 Zwykle nieobecny wyraz twarzy Lestrange'a, przybrał niespodziewanej butności, która niewiele miała wspólnego z jego młodym wiekiem; ściągnięte ku sobie brwi pogłębiły ostrość rysów, gdy lustrował spojrzeniem zachowanie rozmówcy. Obserwował bacznie każdy ruch, acz nie zwierzęco, nie był ani spłoszony, ni skory do jakiegokolwiek rodzaju agresji; zdominowała go ciekawość, pewna doza chłodnej analizy, gdyby rozmówca nie był szargany swoimi własnymi, silnymi emocjami, zapewne rozpoznałby w tym zaintrygowanie. - Nie - odparł bez zająknięcia, ale echo głosu nie miało szans odbić się od pobliskich, klasycystycznych budowli, bo dystans pomiędzy mężczyznami zmniejszył się gwałtownie. William się nie odsunął, pozwalając Gabrielowi naprzeć na siebie w tym zaskakująco podniosłym ruchu - Co ma enigmatyczność do kła-... - chciał dokończyć, ale ugryzł się w język. Znajdowali się w ... przedziwnej sytuacji. Chyba można było stwierdzić, że delikatnej, to był w stanie wywnioskować, pomimo absolutnego niezrozumienia, dlaczego szczerość wywołała znowu tak intensywną reakcję. Może faktycznie to z nim było coś nie tak, jeżeli ludzie (i wampiry) tracili przy nim cierpliwość? Gdyby tylko ktoś w końcu zdołał mu wytłumaczyć, o co w tym chodzi i dlaczego rozmówcy się nań denerwują; zauważył, że świat tonął w tendencji do antagonizowania, chęć klarowności odbierana jako obelga, szczerość traktowana jako najgorsza potwarz. Właśnie dlatego wybierał towarzystwo próbówek, one nie potrzebowały nakładać masek i oszukiwać, nie zamykały się w błędnych kołach sprzecznych sygnałów. Chłód był znajomy. Ciepło drugiego ciała było dla Williama niecodziennym dyskomfortem i, choć wampir wkroczył w jego przestrzeń osobistą, ostrością słów i gestów zrywając trywialnie cienkie tasiemki odgradzające naukowca od pędu świata, tak nie przyniósł ze sobą rytmiczności bijącego serca, przyśpieszonego adrenaliną oddechu. Gęsia skórka na skórze Lestrange'a była reakcją naturalną, acz nie wiązała się ze strachem. W uspokajającym geście, położył dłoń na ramieniu Gabriela; materiał płaszcza ugiął się posłusznie, był tylko kurtyną wyciosanego dłutem ubiegłych stuleci marmurowego posągu, aksamitności nieludzkiego ideału pogrążonego w klątwie swojego istnienia. - Wszyscy podążamy za swoimi najprymitywniejszymi instynktami, gdy ogołoci się nas z możliwości dokonania podstawowych potrzeb, mogłeś przestać być człowiekiem, ale człowieczeństwo jest głodem, emocją i agresją, ciekawością, chęcią i zmęczeniem, niechęcią, nienawiścią, rozczarowaniem i rozpaczą, logiką i jej brakiem. Twoje życie umarło dawno temu, zapewne nie jedno i kolejne też umrze, to jest ta różnica. Możesz wszystko, ale czym jest wszystko, kiedy się to już widziało, prawda? Ileż można być zafascynowanym cudami nauki, gdy widzi się jak kolejne powszednieją, ile śmierci najbliższych można przeżyć i nie zobojętnieć? A jednak, pierwszą reakcją na moje szczere i nie mające nic wspólnego z obelgą spostrzeżenie była agresja, rozgoryczenie, co innego jest ludzkie, jak nie to? - wybrzmiał jako głos rozsądku w rzece żalu i samookaleczania; wszystko było subiektywne, to, co pozostawało rozważne dla niego samego, mogło być absolutną bzdurą dla rozmówcy, ale przecież był sobą, a nie nikim innym, więc cóż innego mógłby powiedzieć? Moment przeminął tak samo szybko, jak się pojawił. Czy powinienem był coś zrobić?, zdezorientowany nagłą zmianą emocji, starał się podążać za wypowiedziami rozmówcy i, gdy ten odsunął się o krok, pozostawiając za sobą jedynie pustkę, powrót przejrzystości, William przysnął się o dokładnie tą samą odległość. Zmusił się, by podnieść zafascynowane spojrzenie z ust, zakrytych wargami ostrych kłów, na wysokość oczu wampira; przekrzywił głowę w dziwnie młodzieńczej ciekawości, jakby łzy i emocje były dlań o wiele głębszą zagadką niż koncept człowieczeństwa, życia i śmierci oraz balansowanie na granicy podniesionej przez nagłe ruchy adrenaliny. Postawił kolejny krok do przodu, granice dobrego smaku nie były już nawet zatarte, dla Lestrange'a zniknęły w momencie, gdy Gabriel samodzielnie przeciął ich linę. W bardzo niespodziewanym geście, objął Montbela. Bliskość była równie duża enigmą, co emocje i ich nawigowanie, ale William doskonale pamiętał, gdy w momentach podobnych temu, starsza siostra przytulała go z dozą nie współczucia, a wsparcia i zapewnienia, przyciągnięcia wiecznie bujających w obłokach myśli na ziemię. - Powtórzyłbym to, co powiedziałeś mi chwilę temu, że po co zmieniać się dla kogoś? Po co udawać? Człowieczeństwo to kwestia sprzeczna w tej kwestii. Jakbyś żył, to też ... nie mógłbyś mieć z nim dzieci, przynajmniej dopóki nie takich biologicznych. Istnieją żywi ludzie, którzy nie są w stanie kochać. Istnieją też żywi, którzy są w stanie, a ich ukochany również bierze ślub. Czy to ze względu na płeć, czy inne kwestie - wypowiedział się niezależnie od tego czy został odepchnięty, czy odsunął się sam. - Nie musisz udawadniać mi gniewem czy zastraszaniem, że czujesz się źle. Wystarczyło powiedzieć i... właśnie to miałem na myśli przez 'zawsze jest enigmatyczne', bo dla mnie znaczyło coś innego, niż dla ciebie - zaśmiał się pod nosem, nie był to rechot złośliwości, a szczery, może nazbyt emocjonalny dźwięk - Bawi mnie, że nasze nieporozumienie wyniknęło w ten sam sposób, w jaki wynikają te, które mam z żoną. Miałem, już nie rozmawiamy. Może rozważanie kto jest problemem nie ma, faktycznie, większego sensu, masz racje, wystarczy znaleźć kogoś, z kim porozumiewamy się wspólnym językiem. RE: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - Gabriel Montbel - 28.10.2025 William mówił bardzo mądrze. Tak. Jaka szkoda, że Gabriel tak bardzo tego nie słuchał, jak było to możliwe. Dotyk. Ciepły. Wypalający dziurę. Ludzki. Czy tak się czuli ludzie, którzy wtulali się w ciało królika nim oskórowali go na pasztet? Konia. Może czasem krowy czy kozy, to chyba było bardziej obecnie popularne. Zwierzątka. Posiłek. Romans z człowiekiem był i powinien pozostać absurdalnym pomysłem, ckliwą opowiastką łagodzącą ostre rysy śmierci spod wampirzych kłów. Propaganda. Powinien wzbudzać strach, a nie fascynacje. Gdyby tylko wiedzieli... Przylgnął do Williama gardząc sobą bardziej niż było w tych okolicznościach konieczne. Odchylił się tak, żeby twarz ukryć w załomie jego szyi. Jak tarzanie się w spagetti. Chyba Hiszpanie to robili. A może były to surowe pomidory? Może bycza krew? Był jak kot, który pamiętał, że doświadcza pieszczoty, ale w każdej chwili w sumie mógł o tym zapomnieć. Mógł zadrapać. Mógł pogryźć. - Zostaw ją. Jaki jest sens, gdy nie jesteście ulepieni z tej samej gliny. Zostawię go. Jaki jest sens... Lepiej umrzeć samemu, niż próbować zlepić coś, czego zlepić się nie da. Ryba zbyt długo nie wytrzyma na powierzchni. Ptak musi wyjść na ląd by oddychać. Jaki sens. Pięć lat. To dużo? Ledwie mknienie. Trzy uderzenia martwego serca. Jedno na poznanie, drugie na zakochanie, trzecie na zerwanie. Nie miało już co bić. Nigdy. Gabriel nie odsuwał się, chłonął obcy dla siebie zapach Williama, inny, tchnący stęchlizną i książkami. Atramentem. Wystarczy tylko znaleźć... Jak osiągnąć niemożliwe? Wampiry był starymi, samotnymi duszami. Bardzo terytorialnymi. Bardzo pogardzającymi wszystkimi, włączając w to swoją własną nację. A ludzie... ...ludzie nic nie mogli zrozumieć. Nie mogli zrozumieć, że głód trwa zawsze. - Sądzisz, że Twoja krew byłaby w stanie mnie zabić? - zapytał nagle zaciekawiony, nie chowając bynajmniej zębów, zapominając o łzach zdobiących chłodne policzki. RE: [Jesień 72, 1.09 Queen Mary's Rose Gardens | William & Gabriel] - William Lestrange - 21.12.2025 Uniesienie klatki piersiowej sugerowało, iż Lestrange westchnął głęboko. Przeciągnięty dotyk nie wzbudzał dyskomfortu, ale nie był tez tym, co mu odpowiadało. Postanowił, mimo to, zmusić się jeszcze na krótkich, lub dłuższych, parę chwil, aby pozostać w bezruchu, na tyle, na ile było to oczywiście możliwe. - Czasami, jeżeli już się widzimy, przypominam sobie jak dobrze nam się rozmawiało. Jak dobrze rozgrywaliśmy każdą szachowa strategię. Z nikim innym nie byłem w stanie grać w szachy w głowie, nie ograniczały nas okazje, potrafiliśmy robić to na ślubach, urodzinach, bankietach. To był jedyny powód, dla którego w ogóle na nie chodziłem. Ona była moim powodem, a potem... Potem przestałem. Nie wiem, dlaczego przestałem. Ale ona tez nie zapytała mnie czemu, kontynuowała swoje życie, aż w pewnym momencie wszystko zaczęło się kruszyć. Trochę żałośnie to brzmi, właściwie głównie dlatego nie wiem co z tym zrobić. Nie nienawidzę jej i nie chcę jej nienawidzić. Nie chce, aby ona mnie nienawidziła, a czuję, że im dłużej nie wykonujemy żadnego kroku, tym jest nam bliżej do tego - wyżalił się całkiem szczerze, nie bardzo wiedząc o czym innym ma mówić w ich aktualnym ustatuowaniu. Położył rękę na głowie Gabriela, skórę załaskotały pozakręcane włosy - były miękkie, a zarazem niosły ze sobą szorstkość loków. Przy chłodzie ciała wampira, włosy wydawały się dziwnie ludzkie, żywe i naturalne. Czy rosły? Czy musiał je ścinać? A moze zawsze odrastały do tej samej długości, z którą Gabriel-człowiek zakończył potrzebę nabierania oddechu w płuca. - Sam możesz się przekonać. To nie takie trudne. Nie czuję co prawda twojego oddechu, bo go nie masz, ale chłodny nos przyłożony do tętnicy jest bardzo mocno odczuwalny. Trochę jak zimne dłonie na brzuchu - nie był poruszony wizją bólu, znał to uczucie. Był na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewien, że nie naraża swojego życia, to więcej niż w laboratorium, gdy pracował z substancjami, których jeszcze nikt nigdy nie doświadczył. Jego krew była trucizną, ale w małej ilości nie zabiłaby nawet człowieka. Odpowiednio dawkowana, mogła dawać efekty paraliżu, roztargnienia, zmęczenia czy innych, nieprzyjemnych stanów, w których ludzie zazwyczaj nie chcą się znajdować. Bezpośrednie wypicie jej z żył mogło przynieść niespodziewany efekt, gdyby nie fakt, że William zajmował się już wampirem, i to o wiele młodszym, który spróbował tego zakazanego owocu. Było to dla Lestrange'a prześmieszne, że krew Blacków oddziaływała tak na innych, miał swoje podejrzenia, że było to dlatego, że tak bardzo lubili wżeniać się w swoje własne kuzynostwo - ale czy była to klątwa, czy też mechanizm obronny przed partnerami z innych rodzin, Merlin jeden wiedział, bądź Morgana. Wiedział w którym miejscu w laboratorium miał antidotum. Wiedział ile go miał. Chował je na specjalną okazję, tak samo jak próbki swojej krwi, oraz odseparowaną od niej, samą truciznę odziedziczoną po matce. Nikt nie miał tej nocy umierać, gdyż William miał wszystko pod kontrolą - dla odmiany, bo tylko w sytuacjach kryzysowych potrafił faktycznie działać. - Po prostu zrób, co masz zrobić, bez tego nie przekonasz się co się stanie - zachęcił go, czując, że decyzja dawno już zapadła i argumenty przeciw, jakkolwiek logiczne, nic tu nie zdziałają. |