Secrets of London
[08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? (/showthread.php?tid=5253)

Strony: 1 2


[08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Atreus Bulstrode - 18.10.2025

Londyn Płonął. Nie było nawet po północy, a on miał wrażenie, że to jedno zdanie przejadło mu się już do granic możliwości. Wyskakiwało na nowo po minięciu kolejnego zakrętu, po wejściu do następnej uliczki i po rzuceniu spojrzeniem na drugą stronę ulicy. Stawało się tak samo irytujące, jak i pełne rozpaczy, ale nie dało się z nim w tym momencie zrobić. Przynajmniej nic innego niż przeć dalej do przodu i starać się zwyczajnie przeżyć tę noc.

Eliksiry wciąż trzymały go w pionie i sprawiały, że cała ta sytuacja była zwyczajnie znośna. Uszkodzona noga ciągnęła, ale lekko i ledwo zauważalnie - chyba specjalnie nie chciał brać nowej dawki eliksirów uśmierzających ból tylko dlatego, że odzywały się w nim jakieś resztki rozsądku. Bo przecież jeśli w ogóle nie czułby bólu, to zaraz zapomniałby o tym, na nowo bez pomyślunku bijąc głową w mur i doprowadzając się do jeszcze gorszego stanu, a tak? Starał się chociaż odrobinę oszczędzać i lepiej myśleć o tym, co powinien zrobić w następnej kolejności.

Z Victorią rozstali się już jakiś czas temu i Atreus trochę nie spodziewał się, że tak szybko na nowo na siebie wpadną. Teraz jednak stali obok siebie, albo raczej szli szybkim krokiem przez Horyzontalną. Wciąż w czarnych mundurach biura aurorów, ale wyraźnie sfatygowanych i pobrudzonych. On sam też porzucił trochę elegancki wygląd zapiętej równiutko marynatki, która teraz pozostawała rozpięta i z podwiniętymi nieco rękawami.

- W Mungu wszystko było dobrze? - zagadał Lestrange, przyglądając się uważnie budynkom, które ciągnęły się wzdłuż ulicy i mimowolnie zastanawiając się, jak sytuacja miała się w ich ukrytej kamienicy. Ale teraz nie było aż tyle czasu na to, by to sprawdzać. Chyba.

!Co złego to nie Jenkins


RE: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Pan Losu - 18.10.2025

Przedzierając się przez ulice, natrafiasz na wielki kłąb dymu, który osiada na niej niczym mgła. Jest paskudny, duszący i najpewniej wywoła u ciebie objawy uporczywego kaszlu charakterystyczne dla osób, które przetrwały Spaloną Noc. W dymie razem z tobą krąży cywil. Nie potrafi sobie z tym poradzić, nie wie, w jaki sposób przeciwdziałać czemuś, co go dusi. Powinieneś wyprowadzić go w bezpieczne miejsce. Masz jedną próbę rzutu na dowolną statystykę mającą sens. Dymu nie da się rozproszyć.

Jeżeli ci się uda: Mężczyzna w średnim wieku jest ci wdzięczny i mamrocze coś o tym, że jego żona jest w szpitalu. Ze łzami w oczach, po odetchnięciu świeżym powietrzem, teleportuje się do niej cały i zdrowy.
Jeżeli ci się nie uda: Mężczyzna mdleje i potrzebuje pomocy medycznej.


RE: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Victoria Lestrange - 18.10.2025

Dymu i pyłu, który sypał się z nieba, było wokół tyle, że koncertowo zagęszczały atmosferę. Jeśli Victoria kiedykolwiek zastanawiała się, czy dym da się pogryźć i przeżuć, to tej nocy miała już swoją odpowiedź: tak jakby. Nie dało się nim najeść, ale skutecznie wciskał się do gardła i płuc, nawet jeśli próbowało się przed tym chronić. Nie było to jednak ani proste, ani nazbyt skuteczne. Drapał w gardło, gryzł w oczy… Lestrange nie wiedziała jednak jeszcze, że to nie przejdzie wraz z jego opadnięciem, ani po jednym dniu, ani po dwóch. Nie miała nawet przebłysku na ten temat, że będzie to krajowy problem – ten pieprzony pył, który podpalał budynki, przyklejał się do ludzi, i dym, który mu towarzyszył.

Sama miała zaskakująco dużo szczęścia. Była poobijana, miała rozcięty policzek i obandażowaną dłoń, ale nie było to nic groźnego – nic sobie nie rozszczepiła, nie skręciła, nie złamała… a właziła do płonących, rozlatujących się budynków, żeby wyciągnąć stamtąd ludzi, którzy tam utknęli. No bo co miała zrobić? Jasne, śmierciożercy i czarnoksiężnicy, to był jej główny cel, ale ulice były pełne potrzebujących. Ciemnooka już nie miała nawet siły poprawiać swojego munduru, teraz już bardziej szarego, niż czarnego, ani zakurzonych włosów. Cholera, gdyby spojrzała w lustro, to zobaczyłaby sadzę na twarzy, miejscami rozmazaną – ale lustra nie było. Był tylko Atreus, który wyglądał równie źle i Victoria nawet nie zamierzała tego komentować, gdy znowu trafili na siebie i bez zbędnych słów, porozumiewając się bardziej spojrzeniami i pomrukami, maszerowali teraz ramię w ramię po Horyzontalnej.

– Rozpierdol – odparła i zaraz chrząknęła, czując narastającą w gardle gulę i chrypkę. A zorientowawszy się, że Bulstrode może to opacznie zrozumieć, zaraz kontynuowała. – Znaczy mnóstwo rannych, uzdrowiciele biegają, leczą na korytarzach, dramat. Niektórzy chowają się tam przed ogniem, nawet całe rodziny, tak jak w Ministerstwie – takie stężenie chaosu, krzyków, płaczów i jęków, jakie panowało w Mungu, nie było nawet widoczne na Pokątnej na początku tej masakry. – Nie widziałam tam chyba nikogo znajomego, ale szczerze mówiąc, nawet się specjalnie nie przyglądałam. Zostawiłam tam tego faceta i zaraz wróciłam – rozglądała się w poszukiwaniu swojego ojca, albo babki, albo jakiegoś kuzyna czy kuzynki, ale w tłumie trudno było wypatrzyć znajome twarze, więc szybko odpuściła. – A u ciebie? Bez zmian? – znaczyło to ni mniej, ni więcej tyle: czy nie miał jakichś złych wiadomości.




RE: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Atreus Bulstrode - 19.10.2025

Słowo rozpierdol, faktycznie zadźwięczało w jego głowie nieco niebezpiecznie, chociaż może i nie uderzyło w jakąś panikę. Mung był jednostką zorganizowaną i wspieraną przez Ministestwo w większym jak mniejszym priorytecie tej nocy, więc domyślał się że nie mogło być aż tak tragicznie. Z resztą... jaki zwyrodnialec atakowałby szpital pełen cywili? Victoria jednak na całe szczęście mówiła dalej, rozwiewając ewentualne wątpliwości, na co auror kiwną głową z pewną ulgą.

- Może większość faktycznie puścili na ulice, tak jak mojego kuzyna - mruknął w odpowiedzi, mimowolnie zastanawiając się teraz, jak sobie radzi Basilius i czy przypadkiem nie natknął się na coś, na co nie powinien. Nie był jednak sam, więc przynajmniej w tym była jakaś pociecha. - No... można powiedzieć że i bez zmian. Byliśmy przez moment z Bletchley na Nokturnie. Z Hestią w sensie. Czaisz, że jakieś dupki zrobiły sobie ognisko - wcale nie zamierzał się przyznawać, że ich zna. - Tańczyli, pili, chuj wie co jeszcze, zachwyceni że oto wreszcie ktoś robi porządek. Pobili się z nami i zajebali mi całą sakiewkę z dokumentami, już chuj z pieniędzmi - zgrzytnął zębami, nieco mocniej zaciskając palce na różdżce, którą wciąż trzymał w ręce, opuszczonej niby luźno wzdłuż ciała, ale wciąż gotowej do podniesienia się i zareagowania. - Mam nadzieję, że nie trafię znowu na kogoś tak ucieszonego z aktualnej sytuacji bo nie ręczę za siebie i kogoś rozjebię, zamiast się targać z nim do aresztu...

Szli dalej, cuchnąc dymem i popiołem, a Atreus zastanawiał się czy przypadkiem nie jebało od niego i tą gorzałą, którą waliło od szanownych panów koleżków, jakby zapach miał przykleić się do niego tylko dlatego, że tak się z nimi szarpali. Patrzył wzdłuż ulicy, załzawionymi oczami próbując ocenić sytuację, ale w pewnym momencie zdał sobie sprawę z tego że to nie tylko suchość pod powiekami mu przeszkadzała.
- Kurwa. Mać - wyrzucił z siebie rozdrażniony. - Znowu to, patrz - wskazał różdżką siną chmarę nisko wiszącego dymu, który kotłował się u wyjścia z jednej bocznych uliczek. Poruszył znowu ręką, chcąc wyczarować chustę, która mógłby owiązać sobie twarz.

// ◉◉◉◉○ na wyczarowanie chusty

[roll=PO]


RE: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Victoria Lestrange - 19.10.2025

Prawdę mówiąc, gdyby w Mungu był rozpierdol tego innego rodzaju, to pewnie nie spotkaliby się teraz na Horyzontalnej. Stan szpitala był jednak taki, że nic tam było po Victorii, która ewakuowała się w zorganizowanym pośpiechu i wróciła na ulice rozpieprzone znacznie bardziej dosłownie. Oczy ją szczypały od tego pyłu. Co jakiś czas chciało jej się kichać, teraz zaś zakaszlała krótko prosto w zwiniętą w pięć dłoń, chrząknęła jeszcze dwa razy i wgapiła oczy w otoczenie. Półmrok, czy jak to nazwać, gdzie ciemność nocy rozświetlana była ognistymi łunami i jakimiś rozmazanymi światłami przytłumionymi gęstą zawiesiną w powietrzu, która tak bardzo im wszystkim przeszkadzała. Gdzieś na granicy świadomości zastanawiała się nad tym, jak długo będzie musiała się myć, żeby to wszystko z siebie zrzucić, ile razy będzie musiała wycelować różdżką we własne gardło i w myślach powiedzieć Chłoszczyść, żeby nie czuć tego paskudnego smaku pod językiem.

– Nie wiem, może… Widziałam tylko kawałek jednego piętra, na inne nawet się nie fatygowałam – więc co się działo w całym Mungu nawet nie wiedziała. I chwilowo próbowała nie zaprzątać sobie tym głowy, bo byłaby jeszcze gotowa wybuchnąć. Ognisko powtórzyła za nim bezbarwnie, a jej mózg bardzo się opierał przed zrozumieniem, bo gdy sobie to wyobraziła – tę obskurną ulicę i jakichś wyrostków wokół ogniska podczas pieczenia kiełbasek nabitych na różdżki, to występował w jej głowie jakiś błąd systemu. – Gdyby nie to, że widziałam dzisiaj mnóstwo naprawdę dziwnych rzeczy, to pomyślałabym, że opowiadasz właśnie bardzo nieśmieszny żart – ale wiedziała, że nie ściemniał, bo jego irytacja była zbyt autentyczna. Zresztą mu się nie dziwiła. Gdyby jakiś chuj ukradł jej dokumenty to… Cóż, to już raz miało miejsce i skończyło się to rzutem obcasami prosto w głowę gnoja, a potem, gdy już Rookwood go złapał, to z najwyższą satysfakcją skuwała typowi ręce. – Mam wrażenie, że największe mąty wylazły z ukrycia jak takie karaluchy, a ty stałeś się tego postronną ofiarą – skrzywiła się na samą myśl. – Wiesz co, nawet bym cię nie próbowała powstrzymać – mruknęła w przypływie szczerości, nim zamknęła dziób.

Gorzały od Atreusa nie czuła, ale po prawdzie, to nie czuła wiele poza smród spalenizny czy swąd czarnej magii, od którego ilości trochę wywracało jej bebechy, a po takim czasie to w ogóle mało jakie zapachy odróżniała. Za to przekleństwo aurora zwróciło jej uwagę i zaraz podążyła wzrokiem za jego różdżką i westchnęła. Głęboko. Był to błąd, bo zaraz zakaszlała krótko i z przekleństwem w myślach spróbowała zrobić coś bardzo podobnego do tego, co robił właśnie Atreus – a więc wyczarować sobie ochronę na nos i usta, bo koncentracja kłębu dymu oznaczała kłopoty… Już zresztą mieli z tym do czynienia.


// Kształtowanie ◉◉◉◉○ – wyczarowanie materiału wokół ust i nosa
[roll=PO]


RE: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Atreus Bulstrode - 19.10.2025

Nie zazdrościł jej tego obrzydliwego uczucia, które czaiło się w gardle i gnieździło w zatokach, ale cierpiał w dokładnie ten sam sposób. Drapanie w gardle było uciążliwe, a łzawiące oczy przeszkadzały w normalnym patrzeniu - nie był jednak pewien, czy skłonny byłby sięgnąć po takie Chłoszczyć i zamienić ten nieprzyjemny, popielny posmak na mydliny.

- Mam momentami okropne poczucie humoru, ale nie aż tak - westchnął. Szkoda, że gnoje faktycznie nie potraciły tych cieni, może dzięki temu troszkę by się zaniepokoili tej nocy, albo zastanowili czy faktycznie byli aż tak nietykalni. Pozostawało im jednak tylko wytrzeźwieć w areszcie, a potem pewnie odbiorą ich bogaci tatusiowie i mamusie.

- Oj, nie kuś losu - odpowiedział, z jakimś takim poważniejszym tonem. - Tymi mętami są pewnie też panowie w czerni. Albo wiesz co? Kurwa nie, niech przyjdą, jak Matkę kocham - urwałby takiemu głowę. W przenośni oczywiście, bo morderstwo mogło być źle postrzegane przez kolegów aurorów, brygadzistów i ogólnie sędziów Wizengamotu, a pewnie tłumaczenie że to dobra wola, niewiele by mu tutaj pomogło. - Ale w takim razie, gdyby ktoś coś to skorzystam chętnie z tego przyzwolenia. Potem w sadzie powiem że mi kazałaś - prychnął, próbując nieudolnie sięgnąć po jakieś typowe dla siebie odpowiedzi, dla rozluźnienia atmosfery. Ale ta trzymała ich kurczowo, ściskając w pięści i nie pozwalając ani na moment obniżyć czujności.

Wyczarował sobie chustę z powodzeniem i zawiązał ją na twarzy, chcąc chronić chociaż odrobinę drogi oddechowe. I tak zakaszlał, jakby w odpowiedzi na duszności Lestrange, a może już czując ten gęściejszy dym, który czaił się przed nimi. Biorąc pod uwagę, ze ostatnio znaleźli w takim cywila, wypadało sprawdzić i tę alejkę.
- No to co, hop do przodu? Nawet nie powiem panie przodem, bo to by było bestialstwo - sam westchnął, zanurzając się w gęstą chmurę, ograniczającą skutecznie widoczność.


RE: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Victoria Lestrange - 19.10.2025

Zacisnęła usta w wąską kreskę, gdy myślała o panach w czerni, ale nic nie byli w stanie na to poradzić. To męczyło jej serce, bo znała tożsamość przynajmniej dwóch… I domyślała się trzeciego – i przy tym wiedziała, że jeden z nich został panem w czerni dlatego, że go do tego zmuszono. Terror, groźby… Siali zniszczenie i mord, samemu będąc do tego zmuszani. Nie wszyscy, rzecz jasna, nie wierzyła w to, ale skoro był tam przynajmniej jeden przymuszony rodzynek, to może było takich więcej i to tym bardziej ściskało serce.

– Smutni panowie w szlafrokach – wymruczała pod nosem, bo tak ich nazywała i te ich szaty. Robiła to też trochę po to, żeby odciągnąć wagę sytuacji, wtłoczyć odrobinę abstrakcji i śmiechu tam, gdzie była tylko ciemność. – Nie ich miałam na myśli, ale punkt dla ciebie – sama nie zamierzała oceniać żadnego aurora, który stoczył walkę z czarnoksiężnikiem, bo często były to pojedynki na śmierć i życie. Czasami gdy walczyłeś o własne życie, nie miałeś wyboru… – Taak, a ty się mnie zawsze słuchasz, prawda? – zaczepiła go. – Zapamiętam to sobie, Bulstrode – nawet uśmiechnęła się krótko, doceniając te próby – a oboje byli już zmęczeni tą nocą, tylko końca nie było widać.

I jej udało się wyczarować materiał, który obwiązała wokół ust i nosa, żeby się nie udusić włażąc w chmurę gęstego dymu. Musiała przy tym zmrużyć oczy, bo szmata na ryju miała zasadniczy minus – nie obejmowała też oczu, które też podrażniał i już gotowała się na to, co zaraz nastąpi.

– No to panowie przodem. Będę ci osłaniać plecy – powiedziała, a jej głos był nieco przytłumiony przez materiał i zaraz oboje zanurzyli się w kłąb dymu. Już wiedzieli, że gubią się w nim ludzie… a może to było właśnie inaczej: może dym, jak taka dzika świadomość, dopadał człowieka i koncentrował się wokół niego? Może ci ludzie się tam wcale nie gubili, tylko zostali tam siłą zgubieni? Nie zamierzała tej teorii sprawdzać, no bo jak, ale była to taka myśl…




RE: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Atreus Bulstrode - 19.10.2025

Atreus mógłby stanąć pośrodku kółeczka swoich przyjaciół, ubranych w czarne szaty i wciąż wątpić, który z nich należał do wspomnianego przez niego grona. Ta świadomość przychodziła mu niezwykle ciężko i przez większość swojego życia wzbraniał się z całych sił przed myśleniem o tym, ale przecież doskonale znał ich sympatie. Mógłby to pewnie ignorować dalej, mając szczerą nadzieję że to świat się mylił, a nie on, ale kiedy Stanley zniknął z Ministerstwa zmieniło to wszystko. Fakt, że mógłby spotkać tutaj jednego z przyjaciół zwyczajnie ciążył mu na duszy, a możliwość walki z którymś, rozrywała na strzępy.

- W życiu nie zrobiłem niczego, czego sama byś mi nie powiedziała - prychnął, niby rozbawiony. Zmęczenie jednak nie pozwalało na dalsze podrygi i próby rozjaśnienia sytuacji, szczególnie że oboje przygotowali się do wejścia w kłęby dymu. Obwiązali twarze, spojrzeli na siebie ostatni raz kontrolnie i zanurzyli w gęstą zawiesinę, w której pewnie sami byliby w stanie się zgubić, gdyby spędzili tam odrobinę za dużo czasu.

Zaniósł się kaszlem po paru oddechach, kiedy dym wdarł się skutecznie do płuc mimo ochrony i podrażnił już i tak wrażliwe gardło. Przynajmniej wiedzieli już, że nie da się tego ewenementu tak zwyczajnie rozproszyć, więc nawet nie próbował męczyć się nad tym i niepotrzebnie frustrował. Nie potrzebowali też długo czekać, by gdzieś przed nimi odezwał się głośny, chropowaty kaszel kogoś, kto pewnie tu utknął. Jeszcze parę długich kroków i wreszcie zamajaczyła przed nimi snująca się, wymęczona sylwetka mężczyzny. Deja vu.

- Już dobrze, jesteśmy z biura aurorów, wyciągniemy stąd pana - powiedział niemrawo, wspierając faceta na sobie i rzucając jeszcze jedno spojrzenie Victorii. - Cofniemy się, co nie? Nie wiadomo jak daleko się to ciągnie ulicą w tamtą stronę - rzucił, zanim pociągnął mężczyznę w zapowiedzianym kierunku, byle dalej od dymu.

// af ◉◉◉◉○ na wyciągnięcie pana z dymu

[roll=PO]


RE: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Victoria Lestrange - 19.10.2025

To była tragedia. Ta wojna śmierciożerców i mugolaków miała więcej ofiar, niż tylko te dwie frakcje – tragedią było właśnie też to, że przyjaciele musieli stawać przeciwko sobie… Ale dlatego tym bardziej Victoria starała się kończyć pracę punktualnie i nie wynosić jej na prywatę, bo jak mogłaby wtedy spać spokojnie? Ona nie musiała zgadywać, ona dokładnie wiedziała – i przy tym był to absurd, bo taki Sauriel nie miał nic do mugolaków i mugoli. Lubił ich prawdę mówiąc, grał mugolskie piosenki, interesował się ich kulturą i historią… Ale jego rodzina tego nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć. I pewnego dnia zmusili go do założenia szaty i złożenia swoich poglądów za sobą, w imię… czego właściwie? Byli tu z Atreusem dokładnie tak samo rozdzierani, z tą świadomością, że mogli dzisiaj spotkać kogoś znajomego… Albo nawet rodzinę. I nie mieli też żadnego wyjścia. Kiedy Lestrange zaczęła pracę brygadzistki, z myślą o tym, że zostanie aurorem, nie myślała o tym, że pewnego dnia pojawi się taki Lord Voldemort, który nastawi przeciwko sobie przyjaciół i rodziny.

Uśmiechnęła się pod nosem, bo oboje wiedzieli, że była to jedna z rodzaju prawd, owszem, ale z określnikiem „gówno”. Gówno prawda.

Atreus kaszlał, po chwili i Victorii się zdarzyło, chociaż bardzo się próbowała przed tym wstrzymywać, to się nie dało, bo dym jednak drapał w gardło, nawet jeśli osłaniali się przed nim materiałem. Próbowała ten kaszel stłumić, ale nie dało się powstrzymać.

Mężczyzna zakaszlał, gdy Atreus zbliżył się do niego, znacznie gorzej niż ich dwójka i mrużył oczy, chyba nie widział za dobrze w tym dymie (i ciekawe jak długo tak błądził…), jednak nie odsunął się od Bulstrode’a – najwyraźniej naprawdę potrzebował tej pomocy, bo gdy auror go złapał, to się nie opierał.

– Tak, tamten kierunek już znamy – przytaknęła i poczekała aż Atreus i zanoszący się kaszlem cywil przejdą, a może nawet pobiegną pierwsi, a ona ruszyła w ślad za nimi. Nie minęło dużo czasu, a cała trójka znalazła się poza tą gęstą chmurą na „świeżym” powietrzu – to znaczy takim, którego nie dało się gryźć, w przeciwieństwie do tego cholernego kłębu. Na zewnątrz nadal nie było idealnie, wiadomo, ale o niebo lepiej. I nieznajomy aż zachłysnął się tym powietrzem, gdy w końcu przestał się dusić. Lestrange nie ponaglała go, dając czas, by w miarę doszedł do siebie. Wiedzieli już co się może stać, gdy ludzie utkną tam na zbyt długo – oni tam naprawdę się dusili, tracili przytomność… Jednego takiego przecież zabrała do Munga. – Wszystko w porządku? – odezwała się po chwili do mężczyzny w średnim wieku, gdy sama odwiązała materiał z twarzy.




RE: [08-09.09.1972] Is there anybody out there that's payin' attention? - Atreus Bulstrode - 19.10.2025

Mężczyzna łapał łapczywie powietrze, a w tym czasie Atreus zdjął chustę i przetarł nią twarz, chociaż podejrzewał że niewiele to dawało - uczucie lepiącego się brudu wciąż trwało, niemożliwe do pozbycia się w zaistniałych warunkach. Niewiele go tez to w tym momencie obchodziło, bo schludny wygląd był ostatnim czym się przejmował.

- Ja... - zaczął mężczyzna, ale zaraz na nowo dopadł go atak kaszlu. - Już-już tak... Dziękuję bardzo, naprawdę - przetarł załzawione oczy. - Już myślałem, że w ogóle stamtąd nie wyjdę. Moja żona, miałem do niej iść i utknąłem tam... Jest w Mungu, więc ja... Jeszcze raz dziękuję, ale muszę do niej iść - mówił ciężko, łapiąc łapczywie powietrze, co z kolei przetykał ten cholerny kaszel. Facet był wyraźne zmęczony, ale stał o własnych nogach i nie słaniał się tak jak jeszcze chwilę temu. Mógł więc się sam teleportować, a Atreus ani nie zamierzał go namawiać by tego nie robił, ani też samemu robić mu za taksówkę. A nawet jakby się rozszczepił to i tak kierował się do szpitala, prawda? Mężczyzna nie dał z resztą aurorom zbyt długiego czasu do namysłu, bo złapał za różdżkę i zniknął z trzaskiem.

Atreus wyprostował się, poluzowując palcem kołnierzyk koszuli. Przez moment zwyczajnie patrzył w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się mężczyzna, by wreszcie przenieść wzrok na Lestrange.
- Ten przynajmniej nie zasłabł - uśmiechnął się krzywo, chowając materiał do kieszeni munduru, bo może jeszcze się przyda zanim zniknie. - Wiesz... trochę nie chcę cię ciągać, ale jak tu już jesteśmy... miałabyś coś przeciwko żebym tylko zobaczył, czy mojej kamienicy nic nie jest?