![]() |
|
(26.09.1972) Noc ma tysiące oczu - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: (26.09.1972) Noc ma tysiące oczu (/showthread.php?tid=5268) |
(26.09.1972) Noc ma tysiące oczu - Benjy Fenwick - 24.10.2025 noc w Regent’s Park
Oparłem się o chłodny, chropowaty murek, czując, jak wilgoć z kamienia powoli przechodzi przez materiał mojego płaszcza. Powietrze miało w sobie ten, typowy dla nowego Londynu, specyficzny ciężar - mieszaninę dymu, kurzu i ledwo wyczuwalnej mżawki, która potrafiła przykleić się do skóry, jak nieprzyjemne wspomnienie, którego nie dało się z siebie zmyć. Papieros żarzył się w moich palcach, maleńka pomarańczowa iskra pulsowała w rytm myśli wypełniających mi głowę - zbyt szybkich, zbyt głośnych.Patrzyłem na park po drugiej stronie ulicy - był pusty, ciemny. Latarnie dawały tylko tyle światła, żeby było wiadomo, jak mało go jest. W środku, za żeliwną bramą majaczyły kształty drzew, nieruchome. Czasem coś zaszeleściło w krzakach, ale to mógł być tylko wiatr. Albo kot, albo… Cokolwiek, naprawdę. Zaciągnąłem się głęboko, dym szczypał mnie w spieczone gardło. Udawałem, że to mnie uspokaja, to tylko papieros, a nie wymówka, żeby nie musieć wracać, nie musieć mówić, słuchać, ani tłumaczyć. Wypuściłem szarą chmurę z ust prawie w tym samym momencie, gdy poczułem, jak mięśnie karku napinają mi się same z siebie. Coś było nie tak. Niby nic się nie działo, a jednak… Odwróciłem głowę w bok, powoli - tak, jak robił to ktoś, kto nie chciał wyglądać, jakby się czegoś spodziewał, ale się spodziewałem. W półmroku chodnika coś się poruszyło… Albo mi się tylko wydawało. Zastygłem w pół ruchu, z papierosem uniesionym na wysokość ust. Ktoś szedł. !Strach przed imieniem RE: (26.09.1972) Noc ma tysiące oczu - Pan Losu - 24.10.2025 Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach. Przerażenie narasta w tobie z każdą chwilą, aż nagle wbrew swojej woli wypluwasz z siebie słowa: Na zgliszczach tego świata urodzą się pokój i miłosierdzie, jakiego ten pełen chwastów świat nie mógł zaznać, nim nie pozwolimy mu odrodzić się w doskonalszej formie.. RE: (26.09.1972) Noc ma tysiące oczu - Benjy Fenwick - 24.10.2025 Przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że świat wokół mnie przestał oddychać, latarnie jakby przygasły, a dźwięk odległych ulic ucichł, zredukowany do jednostajnego szumu we krwi. Przerażenie narastało we mnie z każdą chwilą - powoli, gęstniejąc, jakby ktoś nalewał je do środka i obserwował, jak się przelewa. Nie rozumiałem, skąd się bierze, dlaczego serce bije mi tak nierówno, dlaczego palce drżą, mimo że próbowałem je zacisnąć. I wtedy coś pękło - obca myśl, obcy głos, przebił się przeze mnie. Słowa wypłynęły same, ciężkie, nieznane, a jednak wypowiedziane moim głosem - tonem, którego nie poznawałem. - Na zgliszczach tego świata urodzą się pokój i miłosierdzie, jakiego ten pełen chwastów świat nie mógł zaznać, nim nie pozwolimy mu odrodzić się w doskonalszej formie. - Głos odbił się czysto, echem od pustych ulic, wracając do mnie, wciąż brzmiąc, jak coś obcego. Papieros wypadł mi z palców i zasyczał, gdy dotknął wilgotnego bruku. Stałem nieruchomo, z ustami wciąż lekko rozchylonymi, jakbym chciał dodać coś jeszcze - coś, co nie należało do mnie, ale następne słowa nie popłynęły. Całe szczęście, gdyż moje oczy napotkały spojrzenie, tym razem bardzo realne, spodziewane, chociaż może dopiero za kilka minut, jeszcze nie teraz, wpatrzone wprost we mnie, nierozumiejące - ja też nie rozumiałem, nawet nie próbując się poruszyć. RE: (26.09.1972) Noc ma tysiące oczu - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.11.2025 Nie lubił się spóźniać, natomiast bycie na czas nie zawsze wchodziło w grę, zwłaszcza ostatnio, gdy wokół działo się coraz więcej nieprzewidywalnych rzeczy. Z dwojga złego, wolał więc wychodzić możliwie jak najwcześniej, pojawiając się jeszcze przed oficjalną godziną spotkania. Tak. Nawet, jeśli wypadała ona niemalże w samym środku wilgotnej londyńskiej nocy. Poniekąd był przyzwyczajony do konieczności wychodzenia z domu na długo po tym, gdy wielu innych ludzi kładło się spać albo już słodko spało. Nie było to dla niego nic szczególnego, tym bardziej, gdy w grę wchodziło zrobienie czegoś, w co nieświadomie została zamieszana całkiem mu bliska osoba. Jasne, może nie zawsze się dogadywali, ostatnio zaliczyli kilka słabszych momentów, ale nie zamierzał udawać, że nie przejął się uzyskaną informacją. Nie mógł także przekazać jej koledze w innych okolicznościach, czy to listownie, czy w Exmoor. To musiało być tu, musiało być teraz. Całe szczęście, udało im się zorganizować spotkanie. Przybył na nie niemalże na czas, może pięć minut wcześniej, tak samo spodziewając się, jak i nie spodziewając się, że będzie pierwszy. Benjy nie był aż tak przewidywalny. Nie dla niego. W razie czego był jednak gotów poczekać tak długo jak to było potrzebne. Tak się jednak nie stało. Ambroise zwolnił kilka kroków przed przyjacielem, nie od razu pewien, co tak właściwie widzi. Jeszcze przed chwilą miał wrażenie, że Fenwick po prostu czeka. Stoi i tyle. Jak zawsze z papierosem w dłoni, w tej swojej pozornie niewzruszonej pozie, za którą bez wątpienia kryło się zbyt wiele myśli, by którakolwiek dała się nazwać spokojną. Ale coś było nie tak. Coś w sposobie, w jaki Benjy opierał się o mur. W tym, jak głowa opadła mu lekko w bok, a spojrzenie nawet z tej odległości zdawało się być nietypowo przymglone. Ambroise zwolnił krok, instynktownie prostując plecy i marszcząc czoło. Coś w tej scenie było na tyle nietypowe, że nie zamachał ręką ani nie zwrócił uwagi kolegi na swoją obecność. Po prostu szedł, wpatrując się w sylwetkę, która nagle nie wyglądała już tak znajomo. Słowa, które padły chwilę później, sprawiły, że wszystko w nim zesztywniało. Głos przyjaciela zabrzmiał dziwnie czysto, niemal uroczyście z tą nienaturalną dykcją, jakiej nigdy wcześniej u niego nie słyszał. Nawet wtedy, gdy jeszcze chodziło do Hogwartu, czasami musząc zachowywać się jak na dobrze wychowanych chłopców przystało. Każda sylaba opuszczająca usta kumpla była jak ostre przecięcie chłodnego powietrza słowem, wypowiedziane nie do niego, ale do kogoś... ...czegoś?... ...innego. Do nieistniejącej publiki? Benjy sprawiał przy tym wrażenie pustego, jakby był tylko naczyniem, a nie źródłem. - Co ty - zaczął, lecz nie dokończył. Poczuł jak włosy na karku stają mu dęba, choć nie rozumiał jeszcze, o co tak właściwie tu chodziło. W tonie przyjaciela nie było nic z człowieka, którego znał. Głos był zimny, wyzuty z emocji. Na zgliszczach tego świata... Nie poruszył się, gdy wreszcie stanął bliżej Fenwicka. Jeszcze przez chwilę pozostał w niemal całkowitym bezruchu. Mógłby coś powiedzieć, zadać pytanie, zrobić krok, ale nie zrobił nic. Wpatrywał się w przyjaciela, który stał z rozchylonymi ustami, wyglądając tak, jakby próbował dokończyć zdanie, a może wręcz przeciwnie: posłuchać głosu, który nie należał do niego, tłumiąc go w sobie. Patrzył jak papieros wypada z drżących palców Benjy'ego i syczy, gasnąc na mokrym bruku. Dopiero wtedy podszedł bliżej, wolno, z ostrożnością kogoś, kto nie jest pewien, czy zbliża się do człowieka, czy do czegoś, co właśnie przestało nim być. - Hej - głos Ambroisa był cichy, pozbawiony typowej dla niego ironii. - Co to miało być? - Zgniótł niedopałek pod butem, chociaż przecież ten leżał już w kałuży. Był to jednak gest bardziej automatyczny niż przemyślany, może nawet nieco absurdalny, ale z drugiej strony... ...w jakiś sposób mający nadać rzeczywistości pozory porządku. RE: (26.09.1972) Noc ma tysiące oczu - Benjy Fenwick - 06.11.2025 Nie od razu zrozumiałem, że to był jego głos, nie coś docierającego z wnętrza mojej własnej głowy, mimo że wiedziałem, iż to Ambroise pojawił się tuż obok mnie, żywy i realny. Wszystko wydawało mi się rozmazane i nieostre, patrzyłem na niego, jak przez szkło - cienką, nierówną taflę, przez którą świat docierał do mnie z opóźnieniem. Jego sylwetka majaczyła w półmroku, rozmazana przez to cholerne światło latarni, które co chwilę migotało, jakby i ono nie było pewne, czy powinno tu być. Powietrze pachniało metalem. Nie dymem, nie deszczem, tylko metalem, rdzą, betonem - tak, jak po burzy albo… Jak po czymś, czego nie chciałem sobie przypominać, ale wiedziałem, że ze mną zostanie, jak wszystkie poprzednie takie momenty. Gardło miałem ściśnięte, a język ciężki jak ołów - miałem wrażenie, że wciąż czułem na nim smak tych słów, które przed chwilą wypowiedziałem, gorzki, jakby ktoś kazał mi przeżuć popiół. Wiedziałem, że Roise stanął blisko, słyszałem jego głos, ale dźwięki odbijały się gdzieś za mną, jak echo w pustym korytarzu. Nie potrafiłem się poruszyć, nie potrafiłem nawet odwrócić głowy, więc patrzyłem na niego, tak naprawdę nie patrząc na niego wcale, był dla mnie tylko nieostrym kształtem, duchem teraźniejszości, gdy sam jeszcze znajdowałem się w przeszłości - tu, w tym samym miejscu, ale przez tymi paroma chwilami, gdy straciłem nad sobą kontrolę. Ciało miałem napięte do granic, palce mojej dłoni drżały, chociaż niczego już nie trzymałem. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą był papieros, zostało tylko ciepło - takie dziwne, pulsujące, jakby pod moją skórą coś się tliło. Chciałem coś powiedzieć, naprawdę chciałem, ale żaden dźwięk nie przechodził mi przez gardło. W głowie mi dzwoniło, jakby ktoś tuż przy uchu uderzał w cienką, pękniętą strunę. Czułem, że Ambroise patrzy na mnie, czekał, próbując zrozumieć, co się dzieje, a ja sam nie wiedziałem, czy to, co przed chwilą powiedziałem, wyszło ze mnie, czy może przeszło przeze mnie. Nie ruszyłem się, stałem tak, aż wreszcie byłem w stanie powoli opuścić głowę, kuląc ramiona i dalej milcząc, tyle tylko, że tym razem już wpatrzony w mokry bruk, nie w niego, obserwując, jak zdeptany niedopałek z wolna stygnie, aż zgasł całkiem. Przez krótką, okrutnie długą chwilę pomyślałem, że może ja też właśnie gasnę. Odbijało mi coraz bardziej. RE: (26.09.1972) Noc ma tysiące oczu - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.11.2025 Nie otrzymał odpowiedzi, ale czy tak naprawdę spodziewał się ją uzyskać? Zwłaszcza tak od razu, zupełnie natychmiast? Po tym wszystkim, co się stało, a co nawet bez głębszej wiedzy istocie problemu było czymś nieludzkim? Złym, parszywym, śmierdzącym czymś gorszym niż pewnie mógłby się spodziewać? Nawet jeśli w powietrzu nie unosił się ten konkretny swąd, Ambroisowi już z daleka śmierdziało to czarną magią. Mroczniejszą niż ta, którą znał. Bardziej... ...wszechwładną. Bezwiednie sięgnął po różdżkę, nie odwracając przy tym wzroku od Benjy'ego. Przyjaciel wciąż stał zawieszony w pół ruchu, z oczami wbitymi gdzieś ponad jego ramieniem. To nie wyglądało dobrze, naprawdę nie wyglądało. Cokolwiek miało teraz miejsce, było nienaturalne. Ambroise przestąpił krok, próbując złapać wzrok towarzysza. Jednocześnie dyskretnie machnął różdżką, tuż przy swoim biodrze, starając się dowieść lub zaprzeczyć obecności kogoś trzeciego. Nic się nie stało. Nie wyglądało na to, aby ktoś im towarzyszył, a przynajmniej nie z bliska, więc ponownie wsunął ją do rękawa, bezwiednie chrząkając. - Słyszałem to - powiedział powoli, uważnie ważąc każde słowo. - Całe - chyba po prostu potrzebował powiedzieć to na głos, nadać znaczenie zarówno swoim słowom, jak i reakcji. Bo wciąż tu był, prawda? Nie odszedł, nie odsunął się. Wręcz przeciwnie, stanął bliżej, bo czymkolwiek to było, skoro padło między nimi, byli w tym razem. Milczenie. Jedyną odpowiedzią była ta sama przejmująca cisza, co wcześniej. Ambroise uniósł dłoń, jakby chciał dotknąć Benjy'ego, ale zawahał się w połowie ruchu. Zamiast tego przesunął palcami po wewnętrznej stronie płaszcza, ponownie odnajdując różdżkę. Nie dlatego, że chciał jej użyć, raczej dlatego, że czuł się cholernie nieswojo. Kolejny raz nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Nienawidził tego uczucia. - Dobra, spokojnie - wymruczał, tym razem ciszej, prawie tak, jakby mówił do kogoś śpiącego. - Oddychaj - z trudem wydusił z siebie to słowo, bo sam czuł, że powietrze staje się cięższe. Krople deszczu zaczynały gęstnieć, tworząc delikatną zasłonę między nimi a resztą świata. Zerknął w stronę parku, w ciemność po drugiej stronie ulicy. Żadnego ruchu, żadnych cieni. Tylko zwykła londyńska noc z jej nieustannym szumem, który jednak dziś brzmiał niepokojąco cicho. RE: (26.09.1972) Noc ma tysiące oczu - Benjy Fenwick - 13.11.2025 Wciąż czułem na języku tamto… Coś. Słowa, które nie były moje, a jednak wyszły przeze mnie, jakby ktoś chwycił mnie od środka i pociągnął za ścięgno języka, zmuszając moje struny głosowe do pracy. Nie brzmiałem jak ja, nawet w mojej głowie nie brzmiałem jak ja. Ambroise mówił coś, dotarło to do mnie z opóźnieniem, jak dźwięk zza ściany, grubej i mokrej od tej cholernej londyńskiej mżawki powoli przechodzącej w ulewę. Słyszał - oczywiście, że słyszał, jak niby mógł nie słyszeć, skoro to, co powiedziałem, rozciąło noc jak nóż? Miałem wrażenie, że jeśli spojrzę mu prosto w twarz, zobaczę w jego oczach odbicie czegoś, co już wlazło mi pod skórę. Dlatego patrzyłem ponad nim, dalej, mocniej, szukając czegoś, czegokolwiek, co mogłoby mi dać wytłumaczenie, że to nie ja, to nie padło ze mnie, ale nic tam nie było - ani kształtu, ani cienia, ani tej paskudnej obecności, którą czułem jeszcze przed chwilą. Spróbowałem, naprawdę spróbowałem zaczerpnąć powietrza jak człowiek, ale płuca wzięły tylko tyle, ile mogły wziąć - za mało, za płytko, za szybko. Zacisnąłem zęby, czując, jak drżą mi mięśnie szczęki, jakby coś chciało znowu przejąć kontrolę, wejść między kolejne słowa, zagiąć je, skręcić, wypchnąć na świat w swojej popierdolonej, pokręconej wersji. - Nie odsuwaj się. Ploszę. - Mruknąłem cicho, prawie niewyraźnie, bo nagle byłem pewien, że jeśli zostanę sam, choć na chwilę, to to coś rozpruje mnie od środka. - To nie byłem ja. - Wymamrotałem, niezamierzenie jadowicie, jakbym splunął czymś obcym, głos miałem obniżony, chropowaty, niemal nie do poznania. - Ambloise… Ja… Kulwa, ja tego nie powiedziałem. - Przełknąłem ślinę, która nagle stała się gęsta. Zrobiłem krok w bok, nie do tyłu, nie od niego - bardziej jak ktoś, kto musiał znaleźć grunt pod nogami, zanim cokolwiek się powtórzy. Ręce mi drżały - każda część mnie drżała. - Coś siedzi mi w głowie. - Wyszeptałem, ledwo słyszalnie, bardziej do siebie niż do niego, ale wiedziałem, że usłyszy. - Wsunęło się… Nie wiem, kiedy. Nie wiem, jak. Czułem to jeszcze zanim to powiedziałem. - Przesunąłem dłonią po twarzy, czując chłód tak intensywny, że aż piekący. Deszcz tłukł już tak gęsto, że prawie nas rozdzielał, ale ja czułem, jakbyśmy stali w jednej granicy, w jednym kręgu - i jeśli miałem przetrwać tę pieprzoną noc, musiałem się tej jednej rzeczy trzymać, zanim znowu otworzę usta i wypłynie z nich coś, czego nie znam. |