Secrets of London
[08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? (/showthread.php?tid=5317)



[08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Brenna Longbottom - 06.11.2025

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VII

Brenna jako dziecko nie miała skłonności do paranoi, hipochondrii, podejrzewania ludzi o coś złego czy w ogóle nadmiernego przejmowania się. Z czasem, jako nastolatka, zaczęła – bardzo powolutku – od kogoś typowo narwanego przechodzić do osoby, w której charakterze leżało planowanie, by potem, już w Ministerstwie, stać się kimś, komu w głowie czasem odbijała się ulubiona maksyma ojca: każdy jest czegoś winny.
Paranoja pojawiła się dopiero wraz z początkiem wojny, by z czasem podsyciły ją ognie Beltane i Spalonej Nocy.
Dlatego kiedy wyciągnęła dziś w pracy swój notatnik, i znalazła w nim wpisy, których sama na pewno nie dokonała, w pierwszej chwili zrobiło się jej słabo, w drugiej się wściekła, w trzeciej postanowiła zbadać sprawę. Upewniła się, że szuflada została zamknięta. Że nikt nie podchodził do biurka. Zastanawiała się, czy wczoraj ktoś mógł dostać go w swoje ręce, wyciągnąć go z jej płaszcza, poza pracą… I w jej głowie od razu tworzyły się różne scenariusze, ale w żadnym z nich nie brała pod uwagę, że notatki, dotyczące kolejnych godzin, są prawdziwe. Miała zamiar zbadać to wszystko bliżej, gdy tylko będzie mogła sobie na to pozwolić, ale chwilowo musiała skupić się na pracy.
A jednak… jednak dokonali tego dnia aresztowania, które bardzo przypominało to, które w zaskakujących szczegółach opisano w dzienniku. Alchemik, rozprowadzający trefne eliksiry, przez które trzy osoby trafiły do Munga, a jedna zmarła. I to mógł być przypadek, oczywiście, ale w głowie Brenny zapanował pewien chaos. I kiedy, już w nadgodzinach, uzupełniła raport, i znów otworzyła notatnik, by spojrzeć, co „miał do powiedzenia” na temat reszty wieczora.
Stała tam enigmatyczna notatka. 18.33. Lazarus Lovegood, niemagiczny Londyn – tu padł adres jednej z niemagicznych ulic – i złowieszczy dopisek: groźba poważnego wypadku komunikacyjnego. Kojarzyła luźno Lovegooda, bo i nazwisko było w magicznym światku całkiem znane.
Była osiemnasta jeden. Brenna zaklęła więc pod nosem, podpisała się pod raportem, wręczyła go jednemu z młodszych Brygadzistów i wyciągnęła mapę Londynu.
*

O osiemnastej dwadzieścia dziewięć Brenna pędziła chodnikiem w niemagicznym Londynie, w myślach przeklinając to, że miała pewne problemy ze znalezieniem właściwej ulicy. Teleportowała się w pobliżu dziesięć minut temu, ale chwilę jej zajęło dotarcie na miejsce, gdzie w teorii zaraz miało dojść do wypadku komunikacyjnego. Co to w ogóle, do diabla, oznaczało? Miała wypchnąć go spod mugolskiego auta? A co jeżeli takie prowadził?
Na pewno w ogóle go tutaj nie będzie, powtarzała sobie Brenna, rozglądając się pośród ludzi, gdy zatrzymała się pod budynkiem, którego adres podano w dzienniku.


RE: [08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Lazarus Lovegood - 06.11.2025

Nieważne, czy Lazarus miał lat szesnaście, czy trzydzieści sześć, odwiedziny u ojca zawsze miały w sobie coś z zabawy w udawanie. Całkowicie niemagiczny rodzic był co prawda doskonale świadom tego, że ożenił się z czarownicą i spłodził czarodzieja… ale Lazarus podejrzewał, że w głębi duszy marzył o normalnej rodzinie. Dlatego odszedł od jego matki. Dlatego Lovegood odwiedzając go, unikał afiszowania się ze swoimi zdolnościami. Dlatego od zawsze podczas tych wizyt zajmowali się zwykłymi, mugolskimi rozrywkami - kolejkami elektrycznymi, wycieczkami do zoo, kinem, książkami.
Dlatego też nigdy nie teleportował się do ani z mieszkania ojca, wybierając metro albo spacer, przedłużając maskaradę, zyskując czas na przestawienie się na mugolski sposób myślenia i z powrotem.

Niemagiczny Londyn zdawał się tego dnia wyjątkowo głośny i rozpraszający. Mieszkanie po magicznej stronie miasta pozwalało łatwo zapomnieć, jak nieustający potrafi być szum samochodów, jak wieloskładnikowy gwar populacji dużo większej, niż ta czarodziejska. Lazarus szedł, pogrążony w myślach, pozwalając, by dźwięki przepływały gdzieś obok niego. Od dramatycznych wydarzeń Spalonej Nocy minął miesiąc i kompulsja ostrożnego przemykania tam, gdzie nie można się było teleportować, ciągłej gotowości na kolejne niebezpieczeństwa, zelżała, choć z tyłu głowy co jakiś czas przewijało się niepokojące przeczucie, że to jeszcze nie koniec. To nigdy nie był koniec, nieważne, jakie były preferencje Lazarusa w tej kwestii.

Mugole zdawali się podnosić po zamieszkach dużo sprawniej, niż czarodzieje. Ciekawe, czy był to wynik działań Amnezjatorów, nieświadomości tego, jak poważny był problem, czy jakaś wrodzona cecha, niedostępna czarodziejom? Czy właśnie to zapewniało mugolom przewagę selekcyjną? Coś musiało, rozmyślał Lazarus, skoro było ich o tylu więcej, niż czarodziejow. Ciekawe, czy istnieją jakieś porównania między tym, czy bardzej prawdopodobne jest, że w czystokrwistej czarodziejskiej rodzinie przyjdzie na świat charłak, czy że w całkowicie mugolskiej - czarodziej?... Na tyle, na ile można prześledzić rodowód mugolskiej rodziny, biorąc pod uwagę dyrektywę o Niejawności i nie tak znowu dawne z punktu widzenia genealogii prześladowania ujawnionych czarodziejów…

Pogrążony w myślach, mechanicznie zatrzymywał się wraz z innymi na przejściach dla pieszych i ruszał razem z tłumem, kiedy światło zmieniało się na zielone, nie bardzo zwracając uwagę na otoczenie. Nie poświęcił szczególnej uwagi narastającej w oddali kakofonii naciskanych bez opamiętania klaksonów, pisku opon i ryku silnika, zbliżających się i wybijających ponad zwykły miejski gwar.
Światło zmieniło się.
Zza rogu wypadł z wizgiem rozpędzony czarny samochód.
Ludzka masa na chodniku zafalowała, w ostatniej chwili zatrzymując się, wypluwając na pasy tylko jedną postać, wysoką, czarno ubraną i rudowłosą.

wprost

pod

koła


Była 18 : 33.


RE: [08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Brenna Longbottom - 07.11.2025

Brenna, wyjątkowo, nie zwracała uwagi na oznaki pozostałe po Spalonej Nocy na mugolskich budynkach i nie tylko dlatego, że niemagiczny Londyn ucierpiał mniej niż Pokątna i Horyzontalna. Tu i ówdzie, gdyby zadarła głowę w górę, mogłaby pewnie dostrzec nadpalone dachy czy wybite okna… ale skupiała się na ulicach, poszukując kogoś, kogo rozpozna.
Plan był prosty, i miał dwie wersje. Pierwsza, optymalna – Lovegooda tu nie ma, Brenna westchnie w duchu, że jest idiotką, i teleportuje się z jakiegoś ciemnego zaułka powrotem do pracy, bo chciała poogarniać jeszcze trochę papierów, a potem spróbuje ustalić, kto robił jej głupie żarty.
Druga, mniej optymalna: wypatrzy Lazarusa, z jego charakterystyczną, rudą czupryną, zaczepi go, pogadają pięć minut, a potem… no spróbuje ustalić, dlaczego jej dziennik nagle przewidywał przyszłość równie dobrze jak Morpheus.
Plany mają jednak to do siebie, że lubią brać w łeb.
Nie zobaczyła Lazarusa przed osiemnastą trzydzieści dwie. I już gdy uznała, że opcja pierwsza, na całe szczęście, dostrzegła go wreszcie, w tym samym momencie, w którym ruszył na przejście. Syknęła, rzucając się do biegu natychmiast, na sekundę przed tym, jak zza rogu wypadło to rozpędzone auto, bez wątpienia prowadzone przez jakiegoś mugolskiego wariata – może nie mknął sto dwadzieścia na godzinę, ale pewnie tylko dlatego, że ciężko byłoby mu wejść w zakręt, a przemysł motoryzacyjny jeszcze nie rozwinął się tak, by wyścigi były naprawdę emocjonujące… ale jechał o wiele, wiele za szybko.

af, czy zrobimy sobie poważniejszą krzywdę…
[roll=PO]

Brenna wypadła na ulicę w ślad za Lazarusem, a chwilę później mężczyzna mógł usłyszeć pisk opon, klakson, czyjeś krzyki, i poczuł uderzenie.
Na całe szczęście tym, co go uderzyło, nie było auto, a Brenna: wpadła na mężczyznę z impetem, tak że oboje przetoczyli się po ulicy, boleśnie obijając, ale samochód, który też przynajmniej spróbował odbić trochę na bok, przejechał tuż obok nich.
Brenna przez chwilę po prostu leżała, zapatrzona w szare, londyńskie niebo, z mocno walącym sercem. Była chyba trochę zdziwiona, że mózg nie alarmuje jej właśnie o tym, że się wykrwawia albo połamała. A potem powoli usiadła na chodniku, otumaniona od uderzenia. Jakiś mugol podbiegł, chcąc pomóc jej wstać, ale ona obejrzała się na Lazarusa, który upadł tuż obok.
- Panie Lovegood? - spytała, podchodząc do niego na czworakach, bo miała wrażenie, że nie zdoła tak od razu wstać.


RE: [08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Lazarus Lovegood - 08.11.2025

Myśl o tym, że nagle wokół zrobiło się podejrzanie pusto i czemu ta kobieta tak krzyczy? nie zdążyła się nawet w pełni uformować w głowie Lazarusa, nim uderzenie posłało go na asfalt.
Wrażenia dotarły do niego niemal jednocześnie. Pisk opon. Pęd powietrza za mijającym go o włos samochodem. Wybijające powietrze z płuc zderzenie z ziemią i ból przeszywający prawą nogę. Coś miękkiego, przetaczającego się wraz z nim. Nie coś. Ciało. Ktoś.
Wylądował na brzuchu i przez chwilę leżał z policzkiem przyciśniętym do płyt chodnika, łapiąc oddech, łącząc fakty. Samochód. Krzyk. Wypadek.
Ktoś go uratował.

Panie Lovegood?
Kobieta najwyraźniej pozbierała się szybciej od niego. Podciągnął pod siebie ręce i z bolesnym sapnięciem odepchnął się od ziemi. Spróbował podnieść się na kolana, ale ledwo przesunął prawą nogą po ziemi, ponownie zaatakował go obezwładniający, niemal wyciskający łzy z oczu ból. Opadł na lewe biodro, usiadł i podniósł wzrok na swą wybawczynię.

Brenda? Brenna? Longbottom w każdym razie, znał ją z widzenia, pracowała w Brygadzie Uderzeniowej. Szczęście w nieszczęściu, że trafił na czarownicę i to jeszcze koleżankę z pracy.
- Tak… - powiedział z wysiłkiem, krzywiąc się - Nic pani nie jest? Chyba powinienem dziękować…
Jego wybawczyni wydawała się uniknąć większych uszkodzeń - to Lazarus przyjął na siebie twarde lądowanie. Na szczęście impet uderzenia posłał ich z powrotem na chodnik, więc nie groziło im już przejechanie, ale wokół zgromadzili się gapie. Czarodziej pomacał się po kieszeni płaszcza - przez materiał wyczuł, że różdżka jest na swoim miejscu. Nie wydawała się złamana. Dobre i to.

- Nic państwu nie jest? Co za wariat, tak zapieprzać w środku miasta! - oburzał się ktoś.
Lazarus podjął próbę wstania, ale nie oderwał się nawet od ziemi. Z trudem stłumił jęk. Prawa noga ewidentnie nie nadawała się do użytku.
- Pogotowie chyba trzeba!
Natężenie bólu pozwalało podejrzewać złamanie nawet bez fachowej wiedzy. Lovegood jednak wolałby zdecydowanie Świętego Munga, niż mugolski szpital. Szkiele-Wzro może i było cholernie nieprzyjemne, ale przynajmniej działało szybko.
- Nie! - zaprotestował szybko, nie mając jeszcze pomysłu na sensowną wymówkę - Nie trzeba, my… ja… poradzę sobie jakoś. Poradzimy - doskonale zdawał sobie sprawę, że plącze się w zeznaniach, ale trudno było szybko myśleć wobec dojmującego bólu. Spojrzał na Brennę - Pracujemy razem - dodał tonem wyjaśnienia, w sumie trochę niepotrzebnie.


RE: [08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Brenna Longbottom - 08.11.2025

Odetchnęła z ulgą, gdy otworzył oczy i potwierdził, że żyje, i kiedy nie dostrzegła żadnych krwawych ran ani kończyn wygiętych pod dziwnym kątem (że złamał nogę nie od razu zrozumiała). Przysiadła więc po prostu obok, przez moment po prostu mrugając, i próbując przeczekać dziwne dzwonienie w głowie. Adrenalina powoli opadała, poobijane ręce i twarz zaczęły dawać o sobie znać, a Brenna odzyskała jasność myśli. I uświadomiła sobie, że Lazarus i ona przetrwali wypadek, co było dobre, ale rzeczony wypadek został przewidziany… przez jej dziennik.
Bez tego Lovegooda walnąłby samochodów, w mugolskim Londynie, bez żadnego czarodzieja w pobliżu, co zapewne nie byłoby czymś dobrym.
Ale szpileczki niepokoju i tak wbiły się gdzieś w jej wnętrzności.
Jak zwykle jednak w takich chwilach zepchnęła to na bok, postanawiając skupić się na uporaniu najpierw z sytuacją, którą mieli tutaj w trakcie.
– Wszystko w porządku. Dobrze się pan czuje, panie Lovegood? Przepraszam. To noga, tak? – spytała, dopiero po chwili otrząsając się na tyle, aby dotarło do niej, że mężczyzna miał łzy w oczach, próbował uklęknąć i nie zdołał. Na logikę wyrzuty sumienia nie miały sensu, bo nie mogła użyć różdżki przy mugolach, a spotkanie z autem pierwszego stopnia mogłoby skończyć się gorzej, ale i tak czuła się źle z tym, że popchnęła go tak, że upadł na tyle nieszczęśliwie, by zrobić sobie krzywdę. – Tak, tak. Tutaj… tutaj w pobliżu mieszka nasz znajomy… on zawiezie nas do szpitala – zapewniła, posyłając uśmiech mugolowi, który chciał wzywać pogotowie. Zanim znaleźliby tu budkę telefoniczną i dojechało to mugolskie… coś… co przyjeżdżało w takich wypadkach, to minęłoby dużo czasu. A potem mogliby odkryć, że Lazarus nie miał mugolskich dokumentów. – Może mógłby nam pan pomóc dotrzeć do jego klatki schodowej? – poprosiła jeszcze i podniosła się ostrożnie.
Zabolało kolano, ale doświadczenie wielu różnych upadków podpowiadało, że po prostu je sobie rozbiła, i załatwi to zwykła maść. Nie była jednak pewna, czy sama zdoła pomóc Lazarusowi wstać, by nie zrobić mu większej krzywdy, a żeby teleportować się w okolice Kliniki musieli zniknąć z oczu mugoli.
– Och… tak, oczywiście – powiedział mugol, chociaż bez zbędnego entuzjazmu. Widać było mu głupio odmówić, ale chociaż odruchowo ruszył w stronę osób, które uległy wypadkowi, nie był zachwycony zaangażowaniem go.
– Da pan radę wstać? – zapytała, pochylając się, by pomóc mu w podniesieniu się.


RE: [08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Lazarus Lovegood - 09.11.2025

Lazarus zacisnął zęby i podjął jeszcze jedną próbę podniesienia się, tym razem zaczynając od lewej nogi. Zachwiał się, odruchowo spróbował wesprzeć na prawej i - z okrzykiem bólu - ponownie upadł na chodnik. Przez chwilę oddychał urywanie, nie mogąc wydobyć głosu. Poradzimy sobie? Co za nonsens, jak niby zamierzał sobie poradzić w tej sytuacji?
Usiadł wygodniej. Ostry ból poniżej kolana zelżał do tępego, ale za to promieniującego na całą nogę i dopóki klątwołamacz się nie ruszał, dało się wytrzymać.
Spokojnie, pomyślał. To tylko ból, a z bólu się nie umiera. Nawet na złamaną nogę się nie umiera. Odetchnął i powiedział - cichym, odrobinę drżącym, ale opanowanym głosem:
- Nie mogę stanąć na prawej nodze. Chyba uderzyłem w krawężnik… - spojrzał na Brennę a potem na obcego mugola - Sam nie dam rady iść.

Trzeba było coś zrobić. Dobrze, że jego wybawczyni miała głowę na karku. Odosobnione miejsce. Teleportacja. Mung. Jeżeli będzie wystarczająco zdecydowany, może ten mężczyzna nie będzie zadawał zbyt wielu niepotrzebnych pytań. Zdecydował się pociągnąć narrację Brenny o krok dalej.
- Mój brat tu mieszka, właśnie od niego wracałem - powiedział tak pewnie, jak tylko dał radę - Odwiezie nas do szpitala, tylko pomóżcie mi dojść do jego kamienicy.

Z wdzięcznością przyjął pomoc przy wstaniu - ostrożnie, opierając się tylko na zdrowej nodze i barkach kobiety i mężczyzny. Rozejrzał się i wskazał pierwszy lepszy rząd budynków, może dwieście metrów od nich.
- Ach, to faktycznie blisko - powiedział z oczywistą ulgą mugolski mężczyzna.
Ruszyli, niezgrabnie i nieznośnie powoli. Lazarus kuśtykał, jeden nieporadny, wsparty na ciałach obcych ludzi skok za drugim. Ból w dotkniętej niechcący prawej nodze. Nogawka spodni zrobiła się podejrzanie ciasna - prawdopodobnie zaczęło puchnąć. Niekomfortowo bliskie sapnięcie któregoś z jego towarzyszy. Jego własne stłumione syknięcie. Sto osiemdziesiąt metrów. Sto pięćdziesiąt. Sto dwadzieścia.
- Wszystko okej? Może państwu pomóc? - głos jakiejś młodej dziewczyny przerwał skupienie Lazarusa.
- Nie, dziękuję. Radzimy sobie - odmówił.

Gdy wreszcie pokonali najdłuższe dwieście metrów w życiu Lovegooda, w tym sześć schodków, które przebijały swoją trudnością każde jedno zejście na stanowisko archeologiczne, jakie napotkał w swoim życiu, czarodziej z westchnieniem ulgi uwolnił oboje mimowolnych ratowników od swojego ciężaru i oparł się plecami o ścianę. Na klatce schodowej pachniało smażonym boczkiem. W którymś z mieszkań ktoś głośno słuchał muzyki.
- Dziękujemy, teraz już sobie poradzimy - Lazarus posłał drugiemu mężczyźnie słaby uśmiech.
- Na pewno mnie już nie potrzebujecie? - zapytał tamten bez przekonania, ale trudno było mieć mu to za złe. Tym lepiej - powinni jak najszybciej pozbyć się mugola. Gdy wreszcie zostali sami, przymknął oczy i odchylił głowę w tył. Był zmęczony, trochę roztrzęsiony w środku od odpływającej adrenaliny i obolały, a pozostała im jeszcze teleportacja i przebijanie się przez procedury przyjęcia pacjenta w klinice.


RE: [08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Brenna Longbottom - 10.11.2025

– W takim razie pomożemy panu – oświadczyła.
Lazarus był wysokim mężczyzną, nawet jeśli wyjątkowo chudym, podpieranie go nie należało więc do szczególnie wygodnych, zwłaszcza że i ona trochę się poodbijała. Mieli szczęście w nieszczęściu, że Brenna jak na kobietę też była wysoka, a w jej rodzinie do aktywności fizycznej podchodzono w sposób niemalże religijny. Pomoc mugola okazała się jednak nieoceniona, bo tylko dzięki temu, że podpierali Lovegooda z dwóch stron, ten mógł faktycznie oszczędzać nogę.
W głowie Brenny tłukło się coś o tym, że chyba skręcone czy złamane kończyny trzeba było unieruchamiać, ale nie miała pojęcia, jak miałaby to zrobić na środku niemagicznego Londynu.
– Dziękujemy – powiedziała do mugola, gdy Lazarus podparł się o ścianę. Sama zrobiła to samo, wciąż gotowa go podtrzymać: stanie na jednej nodze, nawet z podparciem, nie wydawało się jej zbyt wygodne. Zwłaszcza dla kogoś, kto ewidentnie cierpiał z bólu. Bladość, krople potu, drżący głos… To wszystko sprawiało, że zaczęła się martwić, czy na pewno jedynym obrażeniem, jakiego doznał Lazarus, była ta złamana noga. – Proszę się nie martwić, ja pobiegnę po… brata, i on zaraz przyprowadzi samochód – oświadczyła, po czym poczekała, aż drzwi klatki się za nimi zamkną, a potem aż umilkną kroki. Odbiła się od ściany, by upewnić się, że ktoś zaalarmowany ich pojawieniem nie zobaczy miejsca, w którym stoją, przez wizjer: nie chciałaby żadnych pogłosek o znikających ludziach.
– Bardzo mi przykro – zadeklarowała cicho, odwracając się po chwili do Lazarusa. Nie słyszała, by ktoś schodził z góry, a jeżeli nawet ktoś spoglądał zza drzwi, według jej oceny nie powinien dostrzec ich tuż przy wejściu. – Proszę odetchnął i teleportujmy się w pobliże Munga… Pewnie nie był pan u brata, prawda? Z kimś się pan tutaj spotykał?
Mogłoby się wydawać, że pyta, bo potencjalnie ktoś mógłby służyć im pomocą. Ale w rzeczywistości interesowało ją raczej, czy ktoś wiedział, że Lazarus Lovegood był w tym miejscu, w tym czasie. Czy ten wypadek mógł być zaaranżowany? Zdawało się to Brennie straszliwie nieprawdopodobne, ale… czy bardziej nieprawdopodobne niż to, że ktoś w jej dzienniku opisał przyszłość? Morpheus doznał jakiejś wizji i zapisał ją, a akurat notatnik bratanicy znalazł się pod ręką? To nigdy się nie zdarzyło, ale do licha… jakieś wyjaśnienie musiało istnieć, prawda…?


RE: [08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Lazarus Lovegood - 11.11.2025

Stanie przy ścianie na jednej nodze w istocie nie było najwygodniejsze, ale Lazarus zgadzał się z Brenną - musiał odetchnąć, zanim podejmie próbę teleportacji. Skupić się… Sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów i zapalniczkę - nigdy nie wybierał się poza magiczny Londyn nieprzygotowany na wypadek, gdyby miał ochotę zapalić, a nie mógł swobodnie użyć różdżki. Zaciągnął się dymem. Ulga była natychmiastowa.
Bardzo mi przykro, powiedziała Brenna. Zerknął na nią z lekkim zdziwieniem.
- Dlaczego? - zapytał - przecież nie była w niczym winna temu, że wyszedł prosto pod koła - To ja dziękuję za ratunek. Nie powinienem był tak nieostrożnie wychodzić na ulicę, miałem szczęście, że pani tam była - wzruszył ramionami, wypuszczając chmurkę dymu.

- Wracałem od ojca, ale on mieszka pół godziny piechotą stąd - dodał. To znaczy, pół godziny normalnym tempem. W jego obecnym stanie mógłby równie dobrze być w Edynburgu albo Berlinie.
Czarodziej nie podejrzewał prawdę mówiąc celowego działania, po prostu jakiś wariat pędził po Londynie samochodem. Dlatego właśnie nawet jak jest zielone, rozglądamy się na ulicy! Każde mugolskie dziecko to wiedziało. Bardziej interesujące było, co po mugolskiej stronie robiła detektyw, ale Lovegood nie miał zamiaru pytać. To nie była jego sprawa.

Przez chwilę stali w niezręcznej ciszy. W końcu Lazarus wypalił papierosa i bezradnie rozejrzał się wokół. Tego nie przemyślał - oczywiście na klatce schodowej nie było ani kosza, ani popielniczki, nie mógł wyjść na zewnątrz, a przecież nie mógł wyrzucić niedopałka na ziemię? Rozejrzał się raz jeszcze, odwrócił plecami do wnętrza korytarza, by nikt nie mógł go podejrzeć przez wizjer i dopiero wtedy dyskretnie przełożył różdżkę z kieszeni płaszcza do rękawa i zgasił papierosa magią. Wcisnał peta na powrót do paczki.
- No dobrze, wydaje się że bardziej gotowy już nie będę, teleportujmy się do szpitala - powiedział, bo i noga, na której stał zaczynała boleć i tę drugą, prawdopodobnie złamaną, coraz trudniej było utrzymać w powietrzu.[/b][/b]


RE: [08.10.72] Czy ktoś tu igrał z czasem? - Brenna Longbottom - 11.11.2025

Dlaczego?
To było trudne pytanie, bo Brenna wbrew pozorom doskonale wiedziała, że odpowiedź „mogłam pana trochę delikatniej wypychać spod tego pędzącego auta” brzmiałaby bardzo, bardzo głupio. I w takiej sytuacji na pewno nie miałaby do nikogo pretensji, że coś jej połamał – ostatecznie prawdopodobnie bolało to mniej niż uderzenie autem i potem ponowne, o asfalt czy krawężnik, kiedy wóz by ją odrzucił… zakładając ten szczęśliwy scenariusz. Mimo to widząc, jak Lazarus się męczył, nie mogła powstrzymać odrobiny wyrzutów sumienia.
– Przykro mi, że tak nieszczęśliwie upadliśmy – uzupełniła więc po prostu. Uśmiechnęła się do niego, uśmiechem z gatunku tych raczej pocieszających niż wesołych. – Tamten mugol prowadził naprawdę po wariacku. Jeżeli to była czyjaś wina, to tylko jego.
Albo twórcy tych zapisków w dzienniku, jeżeli ktoś naprawdę to zaaranżował. Tylko po co ktoś miałby to robić? Nie powodujesz wypadku dla zabawy, a jeżeli ktoś chciałby ją skrzywdzić, mógłby wykorzystać ten pomysł w sposób znacznie bardziej kreatywny. Ktoś mógł prowadzić z nią jakąś chorą grę albo jasnowidz zapisał coś w jej dzienniku, albo…
Odsunęła od siebie wszystkie teorie wirujące w głowie, upominając się, że należało najpierw zadbać o Lovegooda.
– W takim razie zdecydowanie go nie angażujmy. - …i ojciec Lazaursa na pewno nie zaangażowałby takiego wypadku. Musiała spróbować dyskretnie dowiedzieć się, czy ktoś z jej krewnych go kojarzy, ale wątpiła, aby on był kluczem do rozwiązania tej zagadki. – To tylko noga? Nie ma pan problemów z widzeniem, oddychaniem? – upewniła się jeszcze, wodząc spojrzeniem po jego twarzy. Zwalczyła chęć sięgnięcia do włosów, aby upewnić się, że przez ich rudość i własne oszołomienie nie przegapiła jakiejś krwi. Zdawał się nie mieć problemów ze skupieniem na niej wzroku i mówił całkiem sensownie, a to Brenna znała jako pierwsze objawy urazów głowy – i ona, i jej koledzy ulegali takim na tyle częste, że tu akurat miała doświadczenie – ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.
– W takim razie lecimy – zdecydowała. Jeszcze raz spojrzała ku drzwiom klatki, a potem w górę, ku schodom, i kiedy upewniła się, że nikt nie nadchodzi, jedną ręką sięgnęła do kieszeni, po swoją różdżkę, a drugą zacisnęła na dłoni Lazarusa.
I znikli z cichym trzaskiem.

Koniec sesji