![]() |
|
[SEN] [24-25/09/72] Helloise w Krainie Mordu - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117) +---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116) +---- Wątek: [SEN] [24-25/09/72] Helloise w Krainie Mordu (/showthread.php?tid=5365) |
[SEN] [24-25/09/72] Helloise w Krainie Mordu - Helloise Rowle - 22.11.2025 "NIE ZAMYKAJ OCZU"
Akt I — DægberhtDokąd idziemy, gdy zasypiamy? Cóż, to wyglądało jak walijskie wybrzeże. Zatoka, którą kiedyś widziała, choć nie umiałaby jej nazwać. Zielonkawe morze obmywało skaliste klify obsypane jeszcze zieleńszą drzewiną. Fale uderzały o skały miarowo — to na nich siedziała wsłuchana w rytm pływów czarownica otulona cieniem skarlałego drzewa. Tylko takie tu były. Wiatry znad wody przewracały te z nich, które próbowały rosnąć zbyt wysoko, zbyt szeroko otwierały korony. Nazywali to miejsce zawieszonymi lasami. Wiedziała, że siedziała długo. Czasem gdy wiatr wzmagał się, mgiełka roztrzaskanej o skały morskiej wody wzbijała się aż ku Helloise, oblepiała jej twarz solą. Siedziała tu chyba zawsze, tak jej się wydawało. Ociągała się z ruszeniem w dalszą drogę. Od czasu do czasu odważyła się odwrócić głowę na ścieżkę prowadzącą w głąb lądu — wśród gęstego mroku kniei czaiło się coś złego. Nie chciała tam odchodzić, gdy tak bezpieczne wydawały się fale. Jeszcze chwilę, jeszcze ostatnią chwilę patrzyła na morze, lecz nie mogła tu dłużej zostać. Z przejmującym poczuciem tęsknoty odeszła w las odprowadzona pieśnią morza, od którego równolegle z nią szedł także ktoś dobrze znany. Szli w górę rzeki, a walijski krajobraz tracił swoje surowe cechy, przeradzał się w rozmokłą Knieję, szum wody cichł. Gdy całkiem zniknął, wraz z nim zniknął wszelki dźwięk. Las milczał, nienaturalnie milczał. Powinny nucić liście, powinno szeleścić poszycie — nic. Gdziekolwiek obróciła się zdezorientowana czarownica, drzewa wydawały się identyczne, nieme i głuche. Zielone gałęzie uginały się w upiornym bezdźwięku. Choć Helloise szła i szła przed siebie, nic się nie zmieniało. Ta sama pozostawała droga pod jej stopami, ten sam układ scenerii. Nie wiedziała, jak zawrócić. To samo było przed nią i to samo za nią. Monotonia tej pułapki zaczynała przyprawiać ją o panikę. Coś tu było. Poruszało się poza granicami, których ona, schwytana w pętlę, nie mogła przekroczyć. Coś krążyło, zbliżało się, a Helloise nie mogła wyjść; nieważne, jak bardzo przyspieszała kroku. Coś krążyło za nią od rana. Przypomniała sobie przez mgłę każdy moment w chacie, gdy czuła kogoś za swoim ramieniem, choć spędziła dzień sama. Każdy moment poza nią: gdy szła rzucić kurom warzyw z obiadu — ktoś przecinał ścieżkę za jej plecami. Porządkowała narzędzia w szopie — ktoś spacerował po podwórzu. Widma — myślała — przeklęte widma. Lodowaty cień Kniei znów o sobie przypomina. Znów chce ją dopaść. Nie tym razem. Widma nie miały twarzy. Nie miały zapadniętych jam wokół nieruchomych oczu. Nie miały wysokiego czoła. Nie miały krzywego nosa ani zbyt szerokich ust. Stanęła jak wryta, gdy znalazł się przed nią ten mężczyzna. Patrzyła na niego wśród ciemnego lasu jak ogłupiałe zwierzę złapane między światła rozpędzonego samochodu. Liczyła uderzenia serca zbyt dobrze słyszalne wśród niemych korytarzy drzew. RE: [SEN] [24-25/09/72] Helloise w Krainie Mordu - Dægberht Flint - 24.11.2025 Pierwszym znakiem tego, że Dægberht wciąż żył, była głośna, żałosna próba odkaszlnięcia wody. Później kolejna i kolejna – ledwo unosząc ciężar swojego ciała na drżących rękach i kolanach zdartych o kamienie, próbował kolejny raz oszukać śmierć. Nie zabierze go dzisiaj bezdenna otchłań oceanu – skoro miał siłę pluć słoną wodą, to przeżyje i tę katastrofę. …tylko jaka to była katastrofa? Skąd się tutaj wziął, w tym miejscu pośrodku niczego? Znów rozbił się statkiem? Dałby sobie uciąć rękę, że zasnął dziś w Londynie, a obudził się w tutaj, na skałach przy brzegu morza. Rozglądał się, mrużył oczy i nic. Nie było tu żadnego wraku. Pomiędzy skałami nie obijała się nawet pojedyncza deska Foki, nie widział w oddali ani łajby, ani oznak życia. Był on, piekielne duszności i woda, tak dziwna, jakby w śnie. Czuł się bardziej spocony niż mokry od zanurzenia w morskiej toni. …czyli to był sen? Dægberht wstał. Sposób, w jaki to zrobił, był wybitnie żałosny. Chciałby mieć więcej siły w rękach, więcej tchu w płucach – ale nawet kiedy był możliwie jak najbardziej skupiony na celu – nie był w stanie kontrolować niczego wokół. Czyli był to sen świadomy i jednocześnie nim nie był. Anomalia na tle setek innych razów, kiedy doświadczył czegoś takiego. Nie widział w tym sensu ani celu. Był tu samotny! Po cóż jego własny umysł wyprowadziłby go do tej samotni, jeżeli nie miał o co zaczepić się myślami? Zrobił kilka niezdarnych kroków w kierunku brzegu, splunął słoną śliną na złoty piasek. Odrętwiałymi palcami przeczesał splątane włosy i wyciągnął z nich obrzydliwe, zielonkawe, oślizgłe rośliny. I rozglądał się wciąż, poszukiwał w tym wszystkim jakiegoś sensu, przesuwając się wzdłuż linii brzegowej wyjątkowo powolnie i ociężale. Nie czuł się sobą. Przyspieszył kroku dopiero w momencie, w którym w oddali dostrzegł znikającą pomiędzy drzewami Helloise. Jej obecność nadawała temu zdarzeniu jakiegokolwiek smaku. Chciał za nią krzyknąć, zwrócić na siebie jej uwagę, ale kiedy zmrużył oczy dostrzegł, że kobieta nie była sama. Każdy kto go znał wiedział, jak pierwsza myśl przemknęłaby mu przez głowę w innej sytuacji – nie powinien im przeszkadzać. Ale nie dzisiaj, nie teraz! Nie przy tym… człowieku? Przy tej odrażającej kreaturze, której obecność wzburzyła go tak bardzo, że zalała go fala gorąca. Lepiej, żeby nie wiedział o jego obecności. Nagle człowiek, który przed chwilą słaniał się na nogach i ledwo stawiał niezdarne kroki, biegł przed siebie, aż brakowało mu tchu. I kaszlał, niemal zadławił się śliną. Ale biegł i biegł, bo nie opuszczało go przeczucie, że to nie ta róża zjedzona kilka dni temu w ogrodach Maida Vale, lecz to co się działo teraz, było dla Helli największym zagrożeniem, jakiemu będzie musiała stawić czoła w tej jesieni. Wiedźma stojąca naprzeciw swojego przeciwnika musiała zemrzeć ze strachu. To paskudne, złowieszcze, obrzydliwe coś zamachnęło się nożem, a Flint próbował wrzasnąć, ale po leśnej gęstwinie poniósł się tylko świst powietrza, kiedy niskorosły morderca zamachnął się. Flint nie pozostał mu dłużny. W całym tym chaosie odważył się dorwać rękoma spróchniałą gałąź, którą się zamachnął jakby to był co najmniej buzdygan i rozbił ją na łysym czerepie z impetem. – Hella, uciekaj! – Wydusił z siebie. Melodyjny głos poety złamał się, ochrypł. Wyglądał też jak siedem nieszczęść, w poszarpanych ubraniach, doszczętnie przemoczony, z kosmykami włosów poprzyklejanymi do wytatuowanego ciała. RE: [SEN] [24-25/09/72] Helloise w Krainie Mordu - Helloise Rowle - 17.02.2026 To było nowe. Rzadko się zdarzało, żeby coś na nią polowało. Większość stworzeń w Kniei Godryka nie było zainteresowanych człowiekim jako posiłkiem, a wśród tych groźniejszych Helloise krążyła jedynie jako niematerialny duch, którego obecność pozostawała przez drapieżniki niezauważona. Ten drapieżnik ją dostrzegał — z całą pewnością. Dopóki się nie poruszył, i ona się nie ruszała — ogarnięta rozwijającym się lękiem, ale i zaciekawieniem; nie rozumiała, kto to i czego chce. Wtem znajomy głos przebiegł gęstwinę — obróciła się na sponiewieranego, przemoczonego Dægberhta. Pojawił się w jej śnie tak naturalnie. Już czarownica otwierała usta, aby odezwać się do niego, gdy upiorny nieznajomy — niby kukła pchnięta do życia nagłym demonicznym tchnieniem — zamachnął się ze świstem nożem. Flint krzyknął. W chaotycznym zrywie Helloise rzuciła się do ucieczki. Zbyt wolno i nieskoordynowanie, aby ocalić się w pełni od ciosu, który spadł płytko na jej plecy, zostawiając szramę. Przez chwilę czuła ciepło rozlewające się boleśnie wokół draśnięcia, lecz biegła, wciąż biegła i zaraz cała zgrzała się, a uwagę skupiła na ucieczce przez las, nie skaleczeniu. Przez pierwszą chwilę po głuchym uderzeniu mordercy gałęzią przez Dægberhta nie słyszała pościgu. Na pewnej odległości odważyła się odwrócić — lecz ów mężczyzna już się zebrał się z ziemi. I mimo że to żeglarz go zaatakował, brzydal na celowniku wciąż miał ją i to w jej stronę ruszył. Helloise gwałtownymi ruchami dłoni oklepała poły spódnicy na sobie — nie znalazła różdżki. Odbiegła jeszcze o kilka kroków, odwróciła się znów, łapiąc przelotnie kontakt wzrokowy z Flintem — tchnęła strachem i gniewnym niedowierzaniem na śmiałość agresywnej kreatury, lecz nie było czasu na wyrażanie oburzenia. — Masz różdżkę?! — krzyknęła do Dægberhta. — Też uciekaj! Nie znała się na walce. Czy coś by zmieniło, gdyby się znała? Gdyby była silniejsza? Czy niezależnie od tężyzny to aby nie hazard z pięściami rzucać się na dzierżącego nóż? Człowiek zbliżał się, nie bacząc na Flinta. Ostrze oklejone jej krwią wciąż dzierżył w dłoni, złowieszczo zapowiadając, że to jeszcze nie koniec. Nie umiała go zaatakować. Musiała znów biec. Ile kroków jeszcze jej zostało, zanim zwolni za bardzo? Niedoszły morderca nie dyszał nawet i niestrudzenie parł do przodu, gdy jej oddech szalał ze strachu i wysiłku. Przed czarownicą wyrosło niewielkie wzniesienie terenu, na którym pod drzewami rozrzucone były omszałe skałki. Ominąć je i biec płasko czy ryzykować wspinaczkę? Strach napiął nerwy, przyspieszył i tak spieszne serce, gdy w sekundy kobieta musiała podjąć decyzję. Pobiegła ku wzniesieniu. Wspinała się, chwytając dłońmi wystających korzeni drzew, gdy gleba osypywała się spod jej stóp. Dotarła do skałek niemal na kolanach. Wygrzebała z ziemi spory kamień i bez myślenia cisnęła go na wspinającego się za nią człowieka. RE: [SEN] [24-25/09/72] Helloise w Krainie Mordu - Dægberht Flint - 21.02.2026 Nie miał różdżki, nie miał swojej broni, nie miał eliksirów, nie miał nic. Żaden przedmiot nie mógł uratować go w bezpośredniej walce z tym upiorem – jedynym, o co mógł się oprzeć, była siła jego własnych mięśni i spryt. Bo cóż miałby zrobić – zastraszyć go groźnym spojrzeniem, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi krzyczały, że to normalny człowiek nie był? Zwierzę – chyba też nie. Do goblina również daleko mu było. Zjawa, mara senna – ale czemu w takim kształcie, czemu tak żywa, tak emocjonująca, jakby to wszystko było prawdziwe? W głowie pojawiało się coraz więcej pytań, na które nie dało się znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi, bo nie było na to czasu. Każda drogocenna sekunda była wyrywana z rąk żeglarza przez adrenalinę. – Precz, duchu! Wróć do cyklu i przeproś Matkę! – Wrzasnął, zamachując się gałęzią jeszcze raz, skutecznie powalając to, co uznał za post-istotę na podłoże z miękkiej ściółki. Prawda była jednak taka, że Flint miał swoje limity. Nigdy nie był człowiekiem wielkiej krzepy. Delikatna uroda nie zwodziła innych na manowce – żaden z niego siłacz, moc dzierżona w dłoniach miała swoje źródło wyłącznie w naciąganiu sznurów na łajbie i szorowania pokładu. Widział więc dwa rozwiązania. Jedno, makabryczne – przebić oponenta gałęzią i tak przytwierdzić go do gruntu. Mało realistyczne, bo przecież mordercą nie był – pewnie by się zawahał. Drugie – przypominające mu o poltergeiście uwięzionym w szybie wentylacyjnym Victorii Lestrange – polegało na obwiązaniu go tak, żeby się ruszyć nie mógł, zanim uciekająca ile sił w nogach Helloise się wykrwawi. I tak – był tam nóż. Ale w chwili, kiedy ktoś na kim mu zależało mógł zginąć, trafił na rozsądku, a zyskiwał za to na kreatywności. Rozejrzał się wokół, kiedy ta maszkara znów zaczęła biec. To nie była dżungla amazońska, żeby znaleźć tu pnącze! Szmata do porwania nie spadnie mu z nieba, koszuli nie miał. Rozdarcie tych spodni musiało należeć do cięższych zadań, jakie sobie mógł wymyślić w pośpiechu. Wiedząc, że nie dokona tu nagle przełomu, ruszył w pościg. Coś mógł wymyślić po drodze, a jak straci ich z oczu, to w niczym nikomu nie pomoże. Dopiero przy tych skałach go olśniło. On nie miał czego porwać, żeby obwiązać napastnika, ale napastnik był ubrany. Dægberth uniknął odłamka skały lecącego w jego kierunku po tym, jak odbił się od łysawego czerepu i przełknął głośno ślinę. Zacisnął palce na kiju i spróbował ściągnąć go nim w dół, jakby próbował strącić z jabłoni przejrzałe jabłko. Wystarczyło przecież mieć szczęście i skutecznie zaczepić o materiał, a dziwak runie w dół i trochę zajmie mu podniesienie się. A może i nawet – jeśli czuwała nad nimi Pani Księżyca – sam nadzieję się na nóż i rozwiąże wszelkie kwestie moralne zapraszające Flintowi głowę. |