22.11.2025, 21:55 ✶
"NIE ZAMYKAJ OCZU"
Akt I — Dægberht
Dokąd idziemy, gdy zasypiamy? Cóż, to wyglądało jak walijskie wybrzeże. Zatoka, którą kiedyś widziała, choć nie umiałaby jej nazwać. Zielonkawe morze obmywało skaliste klify obsypane jeszcze zieleńszą drzewiną. Fale uderzały o skały miarowo — to na nich siedziała wsłuchana w rytm pływów czarownica otulona cieniem skarlałego drzewa. Tylko takie tu były. Wiatry znad wody przewracały te z nich, które próbowały rosnąć zbyt wysoko, zbyt szeroko otwierały korony. Nazywali to miejsce zawieszonymi lasami.
Wiedziała, że siedziała długo. Czasem gdy wiatr wzmagał się, mgiełka roztrzaskanej o skały morskiej wody wzbijała się aż ku Helloise, oblepiała jej twarz solą. Siedziała tu chyba zawsze, tak jej się wydawało. Ociągała się z ruszeniem w dalszą drogę. Od czasu do czasu odważyła się odwrócić głowę na ścieżkę prowadzącą w głąb lądu — wśród gęstego mroku kniei czaiło się coś złego. Nie chciała tam odchodzić, gdy tak bezpieczne wydawały się fale. Jeszcze chwilę, jeszcze ostatnią chwilę patrzyła na morze, lecz nie mogła tu dłużej zostać. Z przejmującym poczuciem tęsknoty odeszła w las odprowadzona pieśnią morza, od którego równolegle z nią szedł także ktoś dobrze znany. Szli w górę rzeki, a walijski krajobraz tracił swoje surowe cechy, przeradzał się w rozmokłą Knieję, szum wody cichł.
Gdy całkiem zniknął, wraz z nim zniknął wszelki dźwięk. Las milczał, nienaturalnie milczał. Powinny nucić liście, powinno szeleścić poszycie — nic. Gdziekolwiek obróciła się zdezorientowana czarownica, drzewa wydawały się identyczne, nieme i głuche. Zielone gałęzie uginały się w upiornym bezdźwięku. Choć Helloise szła i szła przed siebie, nic się nie zmieniało. Ta sama pozostawała droga pod jej stopami, ten sam układ scenerii. Nie wiedziała, jak zawrócić. To samo było przed nią i to samo za nią. Monotonia tej pułapki zaczynała przyprawiać ją o panikę.
Coś tu było. Poruszało się poza granicami, których ona, schwytana w pętlę, nie mogła przekroczyć. Coś krążyło, zbliżało się, a Helloise nie mogła wyjść; nieważne, jak bardzo przyspieszała kroku.
Coś krążyło za nią od rana. Przypomniała sobie przez mgłę każdy moment w chacie, gdy czuła kogoś za swoim ramieniem, choć spędziła dzień sama. Każdy moment poza nią: gdy szła rzucić kurom warzyw z obiadu — ktoś przecinał ścieżkę za jej plecami. Porządkowała narzędzia w szopie — ktoś spacerował po podwórzu. Widma — myślała — przeklęte widma. Lodowaty cień Kniei znów o sobie przypomina. Znów chce ją dopaść.
Nie tym razem. Widma nie miały twarzy. Nie miały zapadniętych jam wokół nieruchomych oczu. Nie miały wysokiego czoła. Nie miały krzywego nosa ani zbyt szerokich ust.
Stanęła jak wryta, gdy znalazł się przed nią ten mężczyzna. Patrzyła na niego wśród ciemnego lasu jak ogłupiałe zwierzę złapane między światła rozpędzonego samochodu. Liczyła uderzenia serca zbyt dobrze słyszalne wśród niemych korytarzy drzew.
dotknij trawy