![]() |
|
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue (/showthread.php?tid=5603) Strony:
1
2
|
[12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 13.01.2026 Światło wpadało do salonu nisko, pod kątem wskazującym na to, że musiało być już po szesnastej, blisko pory zmierzchu, zostawiając długie cienie na ścianie i jedną jasną smugę na dywanie. Drobinki kurzu tańczyły w powietrzu, poruszone w górę, gdy sięgnąłem, aby dolać nam trochę więcej nalewki do kieliszków, które opróżniliśmy sam nie wiedziałem, kiedy. Czułem się ciężki i lekki jednocześnie, pogrążony w tym stanie, w którym wspomnienia minionego dnia nie znikają, tylko przestają gryźć, a świat staje się jakby bardziej przystępny, ładniejszy, chociaż cały nasz nowy dom taki był - naprawdę przyjemny, nawet jeśli musieliśmy nadać mu własne akcenty i nowe, bardziej pasujące nam kolory, bo poprzednia właścicielka gustowała w palecie, jakiej sami z pewnością nigdy byśmy tu nie wprowadzili. Wszystko było dopiero przed nami, chwilowo to był pierwszy raz, gdy zostawaliśmy tu na noc, mogąc oswoić się z myślą, że tak już miało być - to było miejsce, które mieliśmy uczynić własnym. Siedziałem na dywanie, plecami oparty o kanapę, z kieliszkiem odstawionym na deski podłogowe, trochę za blisko kolana, by to było całkowicie bezpieczne, zwłaszcza w tym stanie, w jaki oboje powoli wprowadzaliśmy się z pomocą domowych specjałów. Byłem podchmielony, nie na tyle, żeby tracić kontrolę, raczej na tyle, żeby przestać udawać przed samym sobą, że to nie tego potrzebowałem - czułem ciepło w karku, policzkach, w dłoniach, które przestały się napinać przy byle myśli, chociaż tych wcale nie przestało być wiele więcej, niż zazwyczaj. Tym razem po prostu przychodziły falami - i praktycznie żadna nie chciała zostać na dłużej - jedna mówiła, że jest mi za ciepło, druga, że za zimno, trzecia, że pigwówka była podstępna, czwarta… Cóż, czwarta nie nadawała się do stworzenia logicznego zdania, była raczej uczuciem, takim, które siedziało gdzieś pod żebrami i robiło się cięższe z każdym oddechem. Nie byłem w stanie wskazać momentu, w którym przeniosłem wzrok na szybę drzwi tarasowych, to stało się zupełnie bezwiednie - po prostu w pewnej chwili zobaczyłem odbicie i przestałem mrugać aż poczułem suchość pod powiekami. Podłoga była chłodna przez cienki dywan, czułem to nawet przez spodnie, ale zupełnie się na tym nie skupiałem - wbiłem wzrok w nas dwoje na dywanie, salon za nami, wszystko trochę ciemniejsze niż w rzeczywistości. Moja twarz wyglądała na zrelaksowaną, tylko oczy miałem nadal odrobinę zbyt czujne jak na spokojne popołudnie, Prue sprawiała wrażenie bardziej rozluźnionej, chociaż też pogrążoną w myślach. Wyglądaliśmy jak para, która siadywała razem od lat i nie musiała niczego sobie tłumaczyć, a jednak mieliśmy sobie jeszcze bardzo dużo do powiedzenia. Zorientowałem się, że patrzę za długo, ale zamiast przesunąć wzrok, dalej wpatrywałem się w to odbicie, jakbym czegoś w nim szukał - przecież dokładnie tak było - moje myśli układały się w prosty ciąg - to, co było, to, co jest, to, co będzie i to, o czym się nie mówi. W mojej głowie miało to sens, było logiczne, niemal oczywiste. Domowe trunki zawsze działały na mnie podstępnie - najpierw rozluźniały kark, potem ramiona, a na końcu język. Byłem podchmielony, w tym stanie, w którym ciało jest spokojne, a umysł przestaje się pilnować, alkohol tylko zdjął ostatnią warstwę ostrożności. Nie odwracając głowy, odezwałem się na głos, pierwszy raz od kilku minut, jakbym pytał o coś zupełnie zwyczajnego: - Zastanawiałaś się kiedykolwiek nad tym… Czy ty… Chcesz… Tego? - Zabrzmiało logicznie, jak ciąg dalszy myśli, która już padła, chociaż wcale nie pamiętałem, żebym ją wypowiadał. Wypite nalewki sprawiały, że te rozważania wydawały się oczywiste, pozbawione ostrych krawędzi i niedopowiedzeń, nie brzmiały w mojej głowie jak coś, co nigdy wcześniej nie opuściło jej wnętrza, raczej jak logiczne pytanie, które tylko czekało, aż ktoś je wypowie. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 13.01.2026 Z każdym wypitym kieliszkiem nalewki robiło jej się odrobinę lżej, a że zdążyła już ich wypić kilka, a może nawet kilkanaście to powoli w niepamięć odchodziło wszystko to, co jeszcze przed chwilą wydawało się być czymś o czym trudno będzie zapomnieć, chociaż na chwilę kierowała myśli gdzieś indziej. To na pewno do niej wróci, ale przynajmniej nie w tym momencie. Nie miała pojęcia, która była godzina, słońce powoli zaczynało się chować, robiło się coraz ciemniej, zakładała więc, że była jakaś szesnasta, no może zbliżali się do siedemnastej, ale nigdzie im się przecież nie spieszyło. Mogli spędzić ten dzień tak jak chcieli, być może nie do końca wszystko poszło po ich myśli, jednak znajdowali się w końcu w swoim domu, razem, powinni się tym cieszyć bez względu na to, że pojawiły się drobne, no może wcale nie takie drobne komplikacje. Miejsce jeszcze nie do końca było ich, musieli wprowadzić tutaj sporo zmian, aby faktycznie do nich pasowało, nadal można było zauważyć w większości akcentów kolorystycznych, czy stylu rękę Ellie, ale już niedługo powinno się to zmienić. Prue naprawdę chciała, aby ten dom stał się ich azylem, w którym będą czuli się dobrze, a nie tymczasowym przystankiem, to wiązało się ze zmianami, które powinni wprowadzić do tego miejsca. Pewnie trochę im to zajmie, ale nie wątpiła w to, że w końcu faktycznie będzie to ich dom, na stałe. Przyjemne ciepło rozchodziło jej się po całym ciele przez alkohol, który krążył w jej krwi. Czuła się lekko, oczy jej błyszczały, policzki zrobiły się rumiane, jak zawsze gdy nieco wypiła. Nie przeszkadzał jej chłód, którego nie powstrzymywał cienki dywan, całkiem wygodnie jej się na nim siedziało. Przeniosła spojrzenie na butelki, jakby chciała skontrolować ilość wypitych trunków, ale na to chyba było już nieco za późno, potrzebowała tego, nie ma się co oszukiwać, potrzebowała czegoś co na chwilę zagłuszy te wszystkie myśli i sposób, który wybrali okazał się być całkiem skuteczny. Nie myślała już o rodzinnych dramatach, w tej chwili nie miało to najmniejszego sensu. Wolała się skupić na tym momencie - kolejnym wartym zapamiętania. Nie była na tyle pijana, aby ta chwila miała jej gdzieś uciec, jeszcze nie. Sięgnęła po butelkę aroniówki, jej dłoń znalazła się niebezpiecznie blisko kieliszka, jednak kiedy nią o niego zahaczyła ten tylko się zachwiał i nie przewrócił. Nawet nie zwróciła na to uwagi. Nalała im kolejną porcję trunku, bo czemu by nie. Nie musieli nigdzie wychodzić, godzina była całkiem wczesna, mogli celebrować odpowiednio ten dzień. Widziała, że Benjy był nieco wyciszony, trochę obawiała się tego, że padły tam jakieś słowa, które mogłyby uderzać głębiej, niż się mogło na początku wydawać, jednak nie wypytywała o to, była z nim szczera, nie miała zamiaru poruszać czegoś, czego sam nie chciał, nawet jeśli ją to ciekawiło, gdyby chciał, to by się z nią tym podzielił. Uniosła swój kieliszek do ust, upiła niewielki łyk alkoholu, był całkiem przyjemny nieco cierpki, ale jednak słodki, kolejna fala ciepła uderzyła w jej ciało. Przeniosła wzrok w stronę szyby, zauważyła, że Benjy wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, dostrzegła to odbicie, zastanawiała się, co mu teraz chodzi po głowie, jednak o to nie zapytała, jeszcze nie, chociaż wypity alkohol na pewno do tego zachęcał. Padło pytanie, niezbyt konkretne, przeniosła wzrok na swojego męża, wpatrywała się przez chwilę w jego twarz. - Nie wydaje mi się, abym się nad tym zastanawiała. - Nie do końca mogła stwierdzić, czym było to, chociaż chyba wiedziała do czego zmierza, albo tak się jej wydawało. - Nie zakładałam w ogóle, że może mi się to przytrafić, na pewno nie przez ostatnie lata, nie było więc się nad czym zastanawiać. - Nie miała w zwyczaju rozważać sytuacji, które nie miały racji bytu, których nic nie zwiastowało. Raczej nie zakładała, że będzie miała dom, męża, będą sobie siedzieć na dywanie, pić, rozmawiać, jakby robili to od lat. To wydarzyło się spontanicznie. - Nawet nie wiedziałam, że mi czegoś brakuje, wiesz? Dopiero jak się pojawiło, to zauważyłam. - Przeniosła wzrok na kieliszek, który trzymała w dłoni, obracała nim na różne strony, i oglądała jak jego zawartość spływa to z jednej ścianki na drugą. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 14.01.2026 Przesunąłem kieliszek po dywanie, bliżej siebie, chociaż nie byłem pewien, czy chcę jeszcze pić, czy tylko mieć go pod ręką. Aroniówka była mocniejsza, niż się spodziewałem, czułem to na języku i w tym lekkim szumie pod czaszką, który sprawiał, że wszystko wydawało mi się jednocześnie prostsze i bardziej splątane. Nawet się nie spostrzegłem, że w którymś momencie zupełnie przestałem pilnować twarzy, alkohol zrobił swoje, więc zamiast tej wersji mnie, która kiwała głową, w odpowiednich momentach unosząc kącik ust w krzywym półuśmiechu i rzucając coś na rozładowanie sytuacji, był ten drugi - ten, który za długo zatrzymywał wzrok w jednym punkcie i nie zawsze wiedział, co z nim zrobić, dokładnie tak jak, na ironię, uprzedziłem Prue, że potrafiło mi się zdarzać. W głowie kręciło mi się kilka rzeczy naraz - dom, ślub, to popołudnie, jedno zdanie rzucone wcześniej, zdecydowanie celowo i aż nadto obrazowo, przez jej ojca. - No, tak… - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej. Słuchałem odpowiedzi, ale reagowałem nie w ten zwyczajny, bardziej responsywny sposób - tym razem bardzo powoli kiwnąłem głową, chociaż nie byłem pewien, na co dokładnie - na jej głos, na sens, na to, że mówiła tak, jakby doskonale rozumiała sedno naszego dialogu? Przez ten cały czas sunąłem palcem po dywanie, po tej samej nitce w kółko, aż poczułem, że robię się od tego trochę głupszy - oparłem więc łokcie o kolana i spojrzałem na podłogę, bo szyba drzwi tarasowych serwowała mi nie tylko to całkiem idealne odbicie, ale też skojarzenie, które nie chciało się odczepić. - Jasne. Nie zastanawiałaś się, bo… Niby po co, nie? - Machnąłem ręką w powietrzu, bez konkretnego celu. - Tesz się nad wieloma szeczami nie zastanawiałem. Po plostu się… Działy. - Zmarszczyłem brwi, bo sam nie byłem pewien, czy to zdanie ma sens, język miałem ciężki, a myśli za szybkie albo za wolne, nie potrafiłem tego rozstrzygnąć. Alkohol krążył mi już we krwi na tyle mocno, że trudno było oddzielić to, co właśnie padło, od tego, co już wcześniej siedziało mi w głowie. Spojrzałem na kieliszek, potem na butelkę, potem znowu w szybę drzwi tarasowych, w której druga Prue obracała szkło, i nagle wszystko to - dom, dywan, to popołudnie - wydało mi się zbyt konkretne, żeby udawać, że nic za tym nie stoi. Potarłem dłonią twarz, przeciągnąłem ją po policzku, odzywając się na nowo. - No, i właśnie… - Zacząłem i od razu się zatrzymałem, urywając i przymykając oczy z autodezaprobatą, gdyż to „właśnie” niczego nie wyjaśniało. - Bo to jest tak… - Odchrząknąłem, chociaż w dalszym ciągu miałem wrażenie, że jeśli się nie odezwę, to wszystko we mnie zlepi się w jeden nierozróżnialny ciężar. - Kulwa… - Parsknąłem krótko nosem, tym śmiechem, który nawet mnie samego drażnił, bo brzmiał bardziej jak chrząknięcie niż coś wesołego. Prawda była taka, że nagle wszystko to, co mówiliśmy teraz, zaczęło mi się mieszać z czymś innym - z obrazami, z głosami, z tym jednym zdaniem, które ktoś kiedyś rzucił niby mimochodem, a które utkwiło mi w głowie, tylko po to, aby niespodziewanie wyjść po latach, w momencie, w którym miało być już dobrze. Poczułem, że robi mi się ciepło nie tylko w ramionach, ale gdzieś głębiej, w brzuchu, w klatce piersiowej - podniosłem wzrok, ale zamiast na nią, znowu trafiłem w szybę drzwi tarasowych, co gorsza, tym razem widziałem tam głównie swoje odbicie, to lekkie rozjechanie spojrzenia, tę minę człowieka, który wiedział, że zaczynał mówić za dużo, ale nie potrafił już przestać. - Czasy są do dupy. - Powiedziałem prosto, bez ozdób. - I będą golsze. To nie jest moment na lomantyczne decyzje ani na… No, dokładanie sobie powodów, szeby ktoś jeszcze balsiej nam się pszyglądał, tylko sze… - Zawiesiłem głos, machnąłem ręką w powietrzu, jakbym próbował coś rozgonić. - Jest okej, tak jak wszystko się układa. Jest… Dobsze. Lepiej nisz dobsze, ale… Dobsze, lozumiesz? - Zawahałem się. Potarłem dłonią twarz, przejechałem palcami po ustach, potem po brodzie. - Tylko sze „dobsze” to telaz dość elastyczne pojęcie, nie? Jedni kszyczą, dludzy znikają, a ja mam na czole wypisane, sze jestem niewłaściwego pochodzenia. Ktoś mógłby powiedzieś, sze to supel czas na… - Urwałem, prychnąłem i wzruszyłem ramionami. - Na dalekosięszne plany. I niby mam to w dupie, te wszystkie opinie, my je mamy… Tylko sze są takie szeczy, o któlych się nie myśli, dopóki ktoś nie powie „ej, a co dalej?” i wtedy nagle… No, wiesz… Wszyscy są stlasznie zdziwieni. Nie mówię, sze… Znaczy, mówię, ale nie tak, by… Cholela. Tylko… No, sze mosze powinniśmy o tym pogadaś. O tym „tym”, bo jak się nie gada, to potem wychodzi… Lósznie. A jasność byłaby… - Spojrzałem znowu w szybę drzwi, ale już krócej - moje własne odbicie patrzyło na mnie z dezaprobatą, całkowicie świadome tego, jak to wszystko brzmiało, więc zamilkłem na chwilę, biorąc oddech, który był trochę zbyt głęboki, po czym pokręciłem głową, uśmiechając się krzywo, bez wesołości, za to z rozczarowaniem wobec własnego języka. Nie przesadzałem, gdy mówiłem, że zupełnie nie potrafię rozmawiać na niektóre tematy, nawet jeśli milczenie mogło nam się odbić kolejną czkawką… - Moszesz mnie po plostu spytaś? Wiem, sze musisz mieś pytania. - Bo kto by ich nie miał, prawda? RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 14.01.2026 Dostrzegła zmianę w wyrazie jego twarzy. Wiedziała, że coś go gryzie, nie miała jednak jeszcze pojęcia, co to było. Spoglądała na niego ukradkiem, tak, żeby nie poczuł się obserwowany, chociaż na pewno miał tego świadomość. Coś zaczęło go męczyć, chyba jeszcze nie wiedział, czy chce się z nią tym podzielić. Mieli czas, nigdzie się nie spieszyli, nie zamierzała nalegać, jak będzie gotowy sam postanowi się odezwać, co do tego nie miała najmniejszych możliwości. Mieli wiele do nadrobienia, nie byli przy sobie przez wiele lat, sporo ich ominęło i wiedziała, że sporo z tego o czym nie wiedzieli nie należało raczej do szczególnie przyjemnych rzeczy, bo nie ma się co oszukiwać i ona i on byli ludźmi po przejściach. Nie łatwo było więc otworzyć się i mówić o tym, co leżało na sercu. Z czasem pewnie będzie inaczej, jednak początki bez względu na to, jak bardzo by się nie kochali mogły być trudne, musieli się dotrzeć, zmienić przyzwyczajenia, odnaleźć się w tym nowym, wspólnym świecie. Próbowała zrozumieć do czego zmierza. - Nie wyglądasz, jakbyś był zadowolony z tego, że się działy. - Nie padły żadne konkrety, nie wiedziała o co dokładnie mu chodzi, ale skoro sam zaczął mówić, być może warto było z niego wyciągnąć nieco więcej. Miała wrażenie, że chce jej powiedzieć coś wprost, coś konkretnego, ale nie do końca potrafił to zrobić. Musiała mu w tym pomóc. Sama nie była mistrzynią mówienia o emocjach, tyle, że jej w przypadku wynikało to raczej z tego, że obawiała się tego, iż zostanie zbyta, że jej troski zostaną uznane za nic wielkiego, to też ciągnęło się za nią przez przeszłość, która była taka, a nie inna. Widziała, że próbuje coś z siebie wyrzucić, pewnie to, co go gryzło, jednak nie do końca mu się to udawało. Spoglądała na niego ciepło, przesunęła też wolną rękę na jego kolano, jakby chciała mu dodać nieco otuchy, na pewno sobie z tym poradzi, jakoś. W końcu rozmawiał z nią, z nikim innym, mieli dużo czasu, aby udało mu się to zrobić, by mógł wyrzucić z siebie to, co zaczynało go dręczyć. Zaczął mówić, to był dobry znak, ale dość szybko przerwał. Musiało być to dla niego okropnie trudne, sięgnęła po kieliszek, i dopiła jego zawartość, czekała, dała mu czas, aby zebrał myśli. Nie widziała w tym niczego złego, istotne było, że próbował, że chciał jej coś przekazać. Słowa, które padły w jej rodzinnym domu wcześniej mogły trafić głęboko i poruszyć w nim coś, co dawno nie zostało dotknięte. Nie miała pewności o czym rozmawiał z jej ojcem, ale wiedziała, że tamten nie był delikatny, skoro do niej zwrócił się w ten okropny sposób. Mimowolnie zaczęła wracać do tego, co się wcześniej wydarzyło próbując wyłapać jakieś szczegóły, słowa, które mogły na niego wpłynąć. - Wydaje mi się, że rozumiem. - Przynajmniej to, co do niej mówił teraz. Nie był to najlepszy moment na odnajdywanie zagubionej miłości, i tworzenie wspólnego życia, zakładanie rodziny... Zmrużyła na moment oczy, jakby coś przeskoczyło jej w głowie, a on mówił dalej. - Hej, nam się nigdzie nie spieszy, nie musimy nic planować, skoro tak jest dobrze, to dobrze i najlepiej, żeby zostało tak jak najdłużej. - Czasy nie były łatwe, to prawda, pojawiało się wiele zewnętrznych czynników, na które nie mieli żadnego wpływu, nic nie mogli z nimi zrobić, musieli po prostu zaakceptować ich istnienie. To było trudne, ale na pewno sobie z tym poradzą. Nie przestawała intensywnie myśleć, kiedy tak mówił, to wydawało jej się, że dociera do niej o co konkretnie mu chodzi, fakt, nie przeszli jeszcze tej rozmowy o tym, jak widzieliby to miejsce za kilka lat, czy chcieliby aby poza nimi znajdował się tutaj ktoś więcej, to było całkiem naturalne, że zazwyczaj, z czasem do dwóch kochających się osób dołączał ktoś jeszcze, owoc ich miłości. Później padło to, czy może go po prostu spytać. Skinęła jedynie głową, chyba to było lepszą opcją, bo on okropnie się męczył, gdy próbował to z siebie wydusić. Analizowała w głowie wszystko to, co do tej pory padło, na samym początku wspomniał, że rzeczy się działy, jakie to były rzeczy, z czym musiał sobie radzić, później przeszedł do tego, że nie był to czas na dokładanie sobie kolejnych powodów, które mogły zwrócić na nich uwagę, wspomniał o nazwisku, o bezpieczeństwie, próbowała to jakoś zebrać do kupy, żeby się w tym nie pogubić. - Czy chodzi Ci o to, żebyśmy aktualnie nie podejmowali decyzji dotyczących powiększenia naszej nowej rodziny? - Sięgnęła po proste słowa, nie był to moment, w którym zamierzała używać metafor, unikać tego, co musiało zostać powiedziane. - Takie rzeczy się dzieją, ale ja nawet sama nie wiem, nigdy o tym nie myślałam, czy chciałabym zostać matką. - Mieli być ze sobą szczerzy, to mówiła wprost, to co myślała. Alkohol w tym przypadku był sprzymierzeńcem, przestała zupełnie filtrować słowa, które padały z jej ust. - bo wiesz, tak naprawdę nie miałam do końca okazji, by się nad tym zastanawiać, było, jak było. Ty tego nie chcesz? Czy po prostu uważasz, że warto obgadać to, że to nie jest na to dobry czas i kiedyś wrócić do tej rozmowy? - Stawiała kolejne pytania, bo próbowała go rozgryźć, tak właściwie to nie miała pojęcia, czy dokładnie o to mu chodziło, a zaczęła ten temat, jakby była pewna, o czym chce porozmawiać. - Co takiego się działo, nad czym się nie zastanawiałeś i z czym musiałeś sobie poradzić? - Zapytała nagle, wróciła do tej myśli, która pojawiła się na samym początku, chciała wiedzieć co go tak gryzło, a skoro sam powiedział, że ma go zapytać, no to pytała. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 14.01.2026 Wciągnąłem powietrze nosem, trochę za głośno, nabierając powietrza i wypuszczając je parokrotnie, jak ktoś, kto chciał coś powiedzieć od dawna i nagle miał na to przestrzeń, ale dalej nie wiedział, od czego powinien zacząć. A przecież już to zrobiłem, zacząłem, otworzyłem więc ponownie usta, ale przez chwilę nic z nich nie wyszło - to było za dużo słów i pytań naraz, wszystkie sensowne, wypowiedziane w punkt, a ja miałem wrażenie, że ktoś właśnie wysypywał mi zawartość głowy na dywan i kazał to posortować alfabetycznie. To był burdel, pierdolnik, całe lata wyparcia i spychologii, i chociaż to powinno paść w naszej sytuacji, zwłaszcza po tym, co wydarzyło się raptem przed paroma godzinami, wcale nie tak łatwo było to ubrać w słowa. - Dobla, stop. - Mruknąłem w końcu, kręcąc głową. - Nie „nie pytaj”, tylko… - Zawiesiłem głos, bo zgubiłem wątek, więc prychnąłem pod nosem, bardziej z frustracji niż z rozbawienia, i sięgnąłem po kieliszek, chociaż był już pusty. Obróciłem go w palcach, jakby to miało mi pomóc zebrać myśli. - To nie jest tak, sze my… - Urwałem, skrzywiłem się, przetarłem twarz dłonią i opuściłem ją ciężko na kolano, jednocześnie odstawiając szkło z powrotem na dywan, chociaż krzywo. Czułem obecność cholernie bliskiej mi osoby, której w żadnym wypadku nie chciałem pochopnie ugodzić tym, co miałem w zanadrzu. Prue, moja żona, ż o n a, była tuż obok, praktycznie na wyciągnięcie ręki - to jednocześnie polepszało i tylko pogarszało sprawę, bo robiło się trudniej udawać twardego. Odruchowo miałem ochotę wstać i przejść się po pokoju, żeby nie musieć patrzeć na nią w tej chwili, to nie były przecież słowa, o których jakakolwiek osoba mogła marzyć, a wypadało, bym je w końcu z siebie wydusił. - Kulwa, nienawidzę tego tematu. - Wzruszyłem ramionami, bezradnie, słowa zawisły między nami, słyszałem je wyraźnie, mimo ciśnienia pulsującego mi w skroniach, podniosłem na nią wzrok na moment, potem znowu uciekłem nim w bok i w dół. Tchórzostwo - to było tchórzostwo, żenada, w niczym nie pomagająca. - Cholela. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do Prudence. - Daj mi sekundę. Albo dwie. Albo… - Urwałem i prychnąłem krótko, nawet na trzeźwo miewałem problem z odpowiadaniem po kolei, alkohol w tym wypadku niby robił swoje - nie pozwalał mi się całkiem zamknąć, ale też nie pomagał w znajdowaniu właściwych słów, wszystko się ze mnie wylewało, ale nie w tej kolejności, w jakiej powinno. - Nie. - Powiedziałem nagle, zbyt szybko. - To znaczy… Nie. - Westchnąłem ciężko i potrząsnąłem głową, wszystko było rozjechane, pytania nachodziły na siebie, a ja nie miałem nawet porządnej kolejności, zero pojęcia, od czego powinienem zacząć, wiedziałem tylko, czego nie chcę zrobić - powiedzieć czegokolwiek, co zabrzmi jak żądanie, albo plan, albo ultimatum. - Ja nawet nie wiem, czy… - Urwałem. - Dobla, inaczej. To nie jest tak, sze ja uwaszam, sze to zły moment. - Skrzywiłem się, minimalnie, to by było zbyt proste. Podniosłem wzrok, nie patrząc jej w oczy, raczej gdzieś obok. - Nie jestem niezadowolony s tego, co się działo. - Zacząłem bez dramatyzmu, bardziej z irytacją na samego siebie - nalewka w moim organizmie krążyła już bez pytania, robiła swoje, plątała kolejność myśli. - Znaczy… S nami. S nami jest dobsze. Naplawdę. - Uniosłem rękę, jakbym chciał to podkreślić, po czym przejechałem tą samą dłonią po udzie, potem po dywanie, po czymś, co było pod ręką, jakbym szukał stabilnego punktu, jednocześnie nie sięgając po ten najbardziej racjonalny, który powinienem był złapać. - Ja pieldolę… - Wymsknęło mi się cicho, bardziej do podłogi niż do niej. - Widzisz? Właśnie o tym mówię. - Nawet nie wiedziałem, od którego końca należało to rozpocząć. - Wiem, sze to bszmi jak coś, co się powinno powiedzieś wcześniej, tylko… - Wzruszyłem ramionami - nie było „wcześniej”, było życie, było wszystko inne - zacisnąłem palce na dywanie. - Wiem, jak to bszmi. Jak coś, co się mówi, a potem „szycie welyfikuje”. - Machnąłem ręką. - Tylko, sze mnie jusz zwelyfikowało… - Urwałem na moment, bo sedno było dokładnie tam, gdzie nie chciałem grzebać. Milczałem chwilę, a potem wróciłem do ostatniego pytania, do tego, co naprawdę gryzło. - To, co się działo… - Zacząłem wolno. - To, o czym nie myślałem, a potem musiałem się s tym mieszyś. - Przełknąłem ślinę. Wojna, nazwiska, strony, deklaracje, dzisiaj jesteś „wystarczająco w porządku”, jutro ktoś uzna, że już nie. - To nie zaczęło się dziś. Ani u twojego ojca, ani wczolaj, ani nawet w ostatnich tygodniach. - Przesunąłem językiem po zębach. - Nie chcę, szebyś miała wlaszenie, sze musisz się do tego ustosunkowaś tu i telas, na podłodze, s kieliszkiem w lęku. - Prychnąłem. - To byłoby chamskie nawet jak na mnie. Po plostu… Nie chcę udawaś, sze to temat „na później”, skolo dla mnie on jusz jest… Dosyś mocno… Zamknięty. - Potarłem dłonią twarz, potem kark, jakbym próbował zetrzeć z siebie napięcie. - Nie chcę, szebyś myślała, sze coś stawiam na ostszu nosza, albo sze plóbuję ci coś odeblaś, zanim to w ogóle zdąszyło się pojawiś. - Pokręciłem głową, spojrzałem w bok, na drzwi tarasowe, na szybę, w której wcześniej widziałem nasze odbicie - teraz widziałem tam głównie siebie, wszystko inne było lekko rozmazane - mimo to jej dłoń na moim kolanie była ciepła, spokojna, miałem ochotę ją zdjąć i jednocześnie przytrzymać, żeby nie zniknęła. - To nie jest tak, sze ja siedzę i myślę „nie, nigdy, absolutnie”. - Powiedziałem, akcentując słowa, chociaż nierówno. - To nie jest manifest. To jest laczej… - Urwałem, parsknąłem krótko, bez rozbawienia. - Kulwa, to jest laczej lista powodów, pszez któle człowiek nie powinien w ogóle tego… - Zrobiłem pauzę, za długą, ale alkohol nie pozwalał mi się już wycofać, a przynajmniej tak to sobie wmawiałem, byleby tylko kontynuować, tym razem przejść do sedna, zamiast obracać się wokół niego. Wciągnąłem gwałtownie powietrze, zanim zdążyłem się rozmyślić, bo jakbym dał sobie jeszcze sekundę, to bym znowu uciekł w gadanie dookoła. - Dobla, do cholely. - Rzuciłem pospiesznie, prawie wchodząc sobie w słowo. - Oszeniłem się, bo wpadliśmy. - Wyrzuciłem z siebie. - Oświadczyłem się, bo byłem pod ścianą. Nie dlatego, sze chciałem się szeniś. - Słowa poleciały jedno po drugim, zbyt szybko, bez żadnej osłony, zgodnie z całą paskudnie przyziemną prawdą - to nie było romantyczne, ani przemyślane, to była reakcja, panika, próba ogarnięcia sytuacji, która mnie wtedy przerosła. Pokręciłem głową, alkohol sprawiał, że słowa wypadały ze mnie zbyt ostro, zbyt prosto. - Nie chciałem wtedy małszeństwa, chciałem, szeby pszestało się waliś, i wmówiłem sobie, sze to to samo. - Zamilkłem, czekając, z poczuciem, że właśnie przewróciłem coś, czego nie da się już postawić z powrotem tak samo. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 14.01.2026 Ciężko jej było patrzeć na to, jak ze sobą walczył. Widziała po nim, że chciał jej coś powiedzieć, ale jednak bardzo trudno było mu to z siebie wydusić. Milczała więc, spoglądała tylko na niego uważnie. Dała mu czas, którego potrzebował, zadała pytania, o które prosił, bo chyba też powinna była to zrobić. dostrzegała jak się miotał, nie przywykła do tego widoku, dość szybko domyśliła się więc, że to musiało być coś większego, co siedziało w nim bardzo głęboko. - Ile tylko potrzebujesz. - Powiedziała cicho, nie chciała wybić go z tego stanu, w którym się znajdował, bo to raczej by nie pomogło. Słowa, które padały z jego ust same sobie zaprzeczały, niby chciał jej coś powiedzieć, ale gardło nie do końca współpracowało z głową, może nie zdążył jeszcze sobie tego ułożyć. Powoli, nigdzie się przecież nie spieszyli, mieli dużo czasu, bardzo dużo. Starała się doszukać sensu w tym co mówił, ale chyba zbyt wiele miał jej do przekazania, bo póki co trudno jej się było w tym wszystkim połapać. Naprawdę próbowała nadążyć, ale nie była w stanie, nie ułatwiało jej wcale tego ten lekki szum w głowie związany z wypiciem alkoholu. Widziała, że ledwo co siedział spokojnie, jego ręka wędrowała po udzie, po dywanie, jakby czegoś szukał, ale nie mógł tego znaleźć. Zareagowała odruchowo, bez słowa przesunęła swoją dłoń i położyła na jego, była tu, siedziała obok, nic takiego się nie działo, przynajmniej jak na razie. To tylko jedna z wielu rozmów, które wypadało odbyć, tak to sobie tłumaczyła. Była całkiem spokojna, czekała, aż w końcu z siebie wyrzuci wszystko, co leżało mu na sercu. Tak jak się spodziewała chciał jej powiedzieć o czymś, co było w nim bardzo głęboko zakorzenione, mówił o tym w ten sposób, że temat był zamknięty, czyli zdążył już go przetrawić, miał ku temu jakieś okoliczności. Miała świadomość, że miał wcześniej żonę, która okazała się nie być tym, czego szukał, czego potrzebował. Nie wypytywała o nią, nie uważała, żeby był sens rozgrzebywać przeszłość, bo po co. To było za nim, zdawała sobie sprawę z tego, że nie rozeszli się bez powodu, a to, co jej dotychczas powiedział sugerowało jej tylko, że nie trafił na najlepszą kobietę, miłość, uczucia powodowały, że nie widziało się wszystkiego od razu, niektórzy dopiero z czasem pokazywali co w nich siedziało. Zresztą sama przeżyła związek, który nie należał do najbardziej udanych, każdy miał prawo się pomylić, to nie było nic wielkiego, te doświadczenia spowodowały, że byli nieco bardziej świadomi, a przynajmniej tak się jej wydawało. - Wiesz, jak dotąd nigdy się nad tym nie zastanawiałam, to nie jest tak, że zacznę to robić od razu, być może nigdy nie poczuję takiej potrzeby, tak naprawdę niczego nie stawiasz na ostrzu noża, jak możesz stawiać, skoro ten temat dopiero się pojawił. Zresztą nie czuję, żeby to było problemem. - Musiała w końcu wejść mu w słowo, bo miała wrażenie, że zaczął się obwiniać o coś, co nie miało miejsce. Prue tak naprawdę sama nie wiedziała co o tym myśleć. Zdawała sobie sprawę, że miejsce, w którym żyli aktualnie nie było szczególnie bezpieczne, więc coś takiego można byłoby uznać wręcz za nierozsądne, a ona przecież zawsze była rozsądna, nie znosiła niepotrzebnego ryzyka. Później wyrzucił to z siebie. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Nie spodziewała się tego. Zupełnie. Nie miała pojęcia, że coś takiego go spotkało, to było wiele. Teraz docierało do niej, co miał na myśli mówiąc o tym, że życie już go zweryfikowało. Wszystko zaczęło składać się w całość. Nie spodziewała się tego, że ten obrazek będzie wyglądał w ten sposób, zupełnie, naprawdę brakowało jej wielu informacji. Raczej sądziła, że po prostu był młody, myślał, że ta na którą trafił jest odpowiednia i tyle. Nic wielkiego, później coś się posypało. Zrobił to z zupełnie innego powodu, podjął decyzję, wziął na siebie odpowiedzialność za czyjeś życie. Tyle, że no właśnie, skoro ożenił się przez wpadkę, a teraz nie było przy nim poprzedniej żony, to gdzie było dziecko? Czy ukrywał przed nią fakt, że miał potomka? Przełknęła głośno ślinę, w jej głowie pojawiało się milion scenariuszy i nie wiedziała, które mogły być prawdziwe. Teraz też zrozumiała dlaczego słowa ojca mogły spowodować u niego powrót do czegoś, co było zakopane. On to kiedyś przeżył, wziął ślub z tego powodu, to co powiedział John przyniosło powrót do przeszłości, do wyborów, które kiedyś zostały przez niego podjęte. - To... - Zaczęła, chociaż niemalże od razu zamilkła. Nie do końca wiedziała, co ma na to odpowiedzieć. To było dużo informacji, o których nie miała pojęcia. Ożenił się, bo miało pojawić się dziecko, mogła tylko domyślić się tego, że pewnie nie wpasowałaby się w standardy jego rodziny. O to wcale nie było tak trudne, wybrał ich bezpieczeństwo, co wcale nie było takie logiczne, bo podobne sytuacje się zdarzały, ale nie wszyscy przejmowali się swoimi dziećmi z nieprawego łoża, może był to tylko kolejny powód, bodziec przez który postanowił uciec. - to musiało być dla Ciebie trudne. - Zaczęła, bo od czegoś musiała zacząć. Próbowała ułożyć sobie to wszystko w głowie, ale to wcale nie było takie łatwe. Sięgnęła po butelkę, która znajdowała się tuż obok i upiła z niej łyk, zignorowała istnienie kieliszków. Nie do końca potrafiła sobie wyobrazić, co musiał wtedy przeżywać. Był bardzo młody, okropnie młody jak na kogoś kto musiał podejmować takie decyzje, decyzje, które miały wpływ na całe jego życie. - Wziąłeś na siebie odpowiedzialność. - Mówiła dalej, chociaż nie do końca była pewna, co powinna powiedzieć. - Nie każdy postąpiłby w ten sposób, ale Ty już tak masz, nie uciekasz przed konsekwencjami swoich czynów. - Zawsze to robił, stawiał czoła temu, co mu się przytrafiało, znajdował jakieś wyjście z sytuacji. - To znaczy, że masz już dziecko i nie chcesz kolejnych? - Na jej bardzo prostą logikę, skoro była ciąża, była żona, to musiało być i dziecko, chociaż nie wydawało jej się, że by je porzucił, to w nią uderzyło. - Chyba, że... - Nie dokończyła, bo nie miała pojęcia, czy powinna mówić o tym, do czego doprowadziły ją jej myśli. Nie do końca wiedziała, jak się czuje z tym co właśnie usłyszała, czy w ogóle mogła mieć do niego pretensje, że wcześniej jej o tym nie powiedział, że ukrył przed nią ten drobny fakt? Sama nie wypytywała go jakoś szczególnie o przeszłość, nie ciągnęła za język. - Zamiast przestać się walić, rozsypało się jeszcze bardziej. - Skomentowała to jeszcze, mówiła cicho, bardziej do siebie niż do niego, systematyzowała chyba w ten sposób informacje, którymi się z nią podzielił. - To całkiem jasne, że możesz nie chcieć, teraz rozumiem, co miałeś na myśli mówiąc o tym, że niektóre rzeczy się zdarzają nim się je przemyśli. Dla kogoś kto lubi mieć kontrolę, to musiało być dramatyczne nagle stracić grunt pod nogami. - Pamiętała go wtedy, naprawdę musiało to w niego mocno uderzyć. - Ta sytuacja się nie powtórzy. - Rzuciła jeszcze, jakby miała co do tego stuprocentową pewność, docierało do niej dlaczego w ogóle zaczęli o tym rozmawiać, nie chciał podążać za starymi schematami, które nie okazały się być dla niego zbyt dobre, wręcz przeciwnie. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 14.01.2026 Poczułem to znajome uderzenie ciepła, ten ścisk w żołądku, wrażenie, które było jak zapadanie się podłogi o centymetr - niby nic, ale wiesz, że coś się przesunęło. Poruszyłem się niespokojnie, jakbym chciał zmienić pozycję, ale zostałem tam, gdzie byłem. Teraz, siedząc na dywanie obok Prue, wiedziałem już, jaka jest różnica między byciem dorosłym a byciem dojrzałym, wiedziałem to aż za dobrze - wiedziałem, czym jest potrzeba bycia kochanym, a czym miłość, wiedziałem, jak smakuje życie z poczucia obowiązku i jak wygląda bycie z kimś, bo naprawdę się tego chce - i dlatego czułem się podle, mówiąc to wszystko swojej żonie, bo… Teraz miałem punkt odniesienia. Teraz wiedziałem, że tamto, co w ogóle doprowadziło nas do chwili obecnej, było czymś innym, nawet jeśli przez chwilę udawałem, że jest wystarczające, i że gdzieś w tym wszystkim było teraz też to jedno zdanie, które musiało paść, nawet jeśli nie padło na głos. - Pluey… - Zacząłem i zaraz urwałem, bo imię wypowiadane w ten sposób samo w sobie było już ryzykiem. Zatrzymałem się w połowie myśli, z głową lekko pochyloną, poruszając się tylko trochę, by spojrzeć na jej dłoń, kiedy położyła ją na mojej, i miałem wrażenie, że jeśli ją zabiorę, to się rozsypię, a jeśli zostawię, to zaraz powiem coś jeszcze gorszego. Powaga sytuacji sprawiała, że wszystko było albo-albo, zero środka. Oddychałem płytko, słuchałem jej, naprawdę słuchałem, ale równocześnie miałem w głowie tamto inne pomieszczenie, inną ciszę, inne spojrzenie, które kiedyś oznaczało początek końca. Nie potrafiłem nic na to poradzić, instynktownie przygotowywałem się na to, że zaraz coś poleci - słowo, obrączka, decyzja - zawsze tak było, nawet jeśli próbowałem postępować właściwie, ale nie mogłem dłużej udawać, że ta część mojego życia nigdy nie istniała. Prudence zasługiwała na to, by wiedzieć, reszta nie należała już do mnie. Pokręciłem głową, alkohol szumiał mi w uszach, pogarszając sprawę, bo jasne - rozwiązywał język, ale zupełnie plątał chronologię. - To nie jest tak, że ja nie rozumiem, dlaczego ludzie chcą… - Urwałem, machnąłem ręką. - Tego. Tylko sze udawanie kogoś, kim się nie jest, nawet w najlepszej intencji… To się zawsze kończy tak samo, a ja… - Zamilkłem na chwilę, bo kolejne zdanie było trudniejsze. „Ja nie mówię, że życie może być zawsze pod naszą kontrolą, ale ja już raz straciłem ją całkowicie, i nie mam ochoty udawać, że to było budujące doświadczenie”, tak to powinno było zabrzmieć - a może nie? Zupełnie nie wiedziałem, jak jej to przekazać. A potem to z siebie wylałem… Pytanie wisiało w powietrzu od chwili, gdy wypowiedziałem słowo „wpadliśmy”, wiedziałem, że do niego dojdziemy. Zesztywniałem, zanim jeszcze skończyła mówić, nie gwałtownie - raczej tak, jak ciało robi to samo z siebie, kiedy zna już ten moment - ramiona napięły mi się pod koszulą, nadal siedziałem na podłodze, ale byłem gotowy na wszystko. Na policzek, na metaliczny dźwięk obrączki uderzającej o parkiet, na słowa, których nie da się cofnąć, znałem to aż za dobrze, ten moment tuż przed, a jednak wciąż nie patrzyłem jej w oczy, nie chcąc dostrzec prawdy, zanim nie powie tego, co myśli. Bałem się, że zobaczę tam dokładnie to, co już widziałem kiedyś - obrzydzenie, zimne podsumowanie, to spojrzenie, które mówi „aha, więc taki jesteś” - to wszystko wróciło, całe tamto pasmo zdarzeń, które nigdy nie układało się w prostą historię, bo prawda była taka, że kiedy to się stało, nie było już właściwie czego ratować. Pokręciłem głową, powoli, zrobiłem to odruchowo, zanim jeszcze zdążyłem zebrać słowa, jakby ciało wiedziało pierwsze. Przez moment nie odpowiedziałem wcale, to pytanie - o dziecko - uderzyło we mnie mocniej, niż się spodziewałem, jakby ktoś dołożył jeszcze jeden kamień do plecaka, który i tak już ledwo dźwigałem. - Była… - Urwałem, skrzywiłem się, przesunąłem dłonią po karku, potem po twarzy, czułem, że gadam nieskładnie, ale nie umiałem już inaczej - filtr między myślą a ustami praktycznie nie istniał, siedziałem tak przez chwilę chwilę, zanim ponownie się odezwałem, bo to nie było coś, co dało się powiedzieć jednym zdaniem, nawet jeśli bardzo bym chciał. - A potem jej nie było. To nie jest… - Machnąłem ręką, bezradnie. - Ja bym nigdy… - Zawiesiłem głos, bo to jedno słowo niosło za sobą za dużo rzeczy naraz - to było to słowo, które zawsze pojawia się za wcześnie i zawsze wali dokładnie tam, gdzie boli najbardziej. Alkohol sprawiał, że reakcja przyszła szybciej niż decyzja, co właściwie odpowiedzieć. Otworzyłem usta, zamknąłem je z powrotem, odwróciłem głowę na bok, jakby odpowiedź mogła być gdzieś na ścianie albo w dywanie. - Nie… - Zacząłem i głos mi się urwał. - Nie, to nie jest tak. - Potarłem twarz dłonią, wolno, jakby ten ruch mógł mnie uspokoić, czułem, że serce bije mi za szybko, zupełnie nieadekwatnie do tego, że siedzieliśmy spokojnie na podłodze. - Nie mam. - Powiedziałem w końcu, już wyraźniej, ale nadal cicho. - Nie ma szadnego dziecka, któle gdzieś jest, któle uklywam albo o któlym nie mówię. - Wypuściłem powietrze przez nos, dłużej niż trzeba. - I to nie jest tak, sze… - Zacząłem i urwałem, bo zabrzmiało, jakbym się bronił, podczas gdy tak naprawdę znów się zaplątałem. - To znaczy, było i… Było i nie było, to… - Znowu przyspieszyłem, starając się składać ze sobą kolejne słowa, jakby ich sens mógł mnie dogonić, zanim je wypowiem. - To nie było tak, sze my byliśmy razem i nagle „o, ciąsza, ślub, lodzina”. To jusz się wcześniej sypało. My się jusz wtedy loschodziliśmy. Często… Wieloklotnie… I ja… - Przesunąłem drugą, wolną dłonią po udzie, potem po dywanie, jakbym znowu czegoś szukał, uporczywie nie poruszając ręką, którą przykrywały jej palce, by nie postanowiła ich nagle zabrać. Słowa słowami - tak, mówiła spokojnie, nadal tu była, próbowała racjonalizować, teoretycznie słyszałem to, co do mnie mówiła, ale przecież jednocześnie wiedziałem, że właśnie tak miała - próbowała deprecjonować własne uczucia, wybielać innych kosztem własnego serca, a tego nie chciałem, od tego powstawało coś, co później zamieniało się w coraz głębszą przepaść. - Nie chcesz tego słuchaś, plawda? - Alkohol sprawiał, że reakcje miałem opóźnione, a jednocześnie boleśnie szczere, patrzyłem gdzieś w bok, na dywan, na jej palce, na wszystko, tylko nie na jej twarz. - To… - Zacząłem i urwałem, bo głos mi się na sekundę załamał. Odchrząknąłem. - Jeśli nie chcesz znaś szczegółów… Jeśli to jest za duszo na las… Albo po plostu za duszo w ogóle… - Urwałem, szukając słów. - To… Nie musisz pszes to blnąś. Nie musisz się zmuszaś, szeby tego słuchaś tylko dlatego, sze jesteśmy… Tu… - Powiedziałem to spokojniej, niż się czułem, to była największa, najważniejsza sztuczka - mówić tak, jakby wszystko było pod kontrolą, nawet kiedy środek już się sypał - to nie było dramatyczne, to było suche, praktyczne - tak, jak nauczyłem się formułować komunikaty, kiedy stawka była zbyt wysoka, żeby pozwolić sobie na emocjonalny chaos. „Kanapa mi wystarcza. Wyjeżdżam z rana, nie czekaj”. - Nie musisz byś… Mogę… - Cofnąłem dłoń z jej dłoni, nie gwałtownie, raczej odruchowo, jakby dotyk nagle przypomniał mi, że nie mówię w próżnię. Wycofałem się w pół zdania, dosłownie, gdy tylko złapałem się na tym, że brzmię tak, jakbym właśnie próbował usprawiedliwić coś, czego nie dało się usprawiedliwić, i nagle zabrakło mi oddechu, żeby ciągnąć to dalej tym samym tonem. To była strategia ochronna, wyuczona latami - dać wyjście, zanim ktoś sam je sobie wyrwie, dać przestrzeń, zanim stanie się przepaścią. - Wyjść. - Spojrzałem w bok, na dywan, na plamkę po alkoholu, cokolwiek, byle nie w jej oczy. - Albo usiąść w dlugim pokoju. Albo zniknąś na kilka… Godzin… Dni, jeśli tszeba. Nie musisz… Tylko powiedz… Nie będę cię tym… Pszytłaczaś. - Zamilkłem, nie ruszając się przedwcześnie z miejsca, chociaż może powinienem uprzedzić fakty, by choć udawać, że miałem jeszcze jakąś kontrolę nad sytuacją, mimo to jednak nadal siedziałem na dywanie, sztywny, gotowy na cios. I jednocześnie na granicy rozsypki, bo znałem ten moment aż za dobrze, i mimo wszystko wciąż liczyłem, że tym razem nie skończy się tak samo. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 14.01.2026 Nie do końca spodziewała się tego, że odbędą dzisiaj taką rozmowę. Nie była przygotowana na to, że otworzy się przed nią tak bardzo, nie sądziła, że to, co powiedział jej ojciec, te paskudne słowa, które rzucił nie zastanawiając się nad ich wagą spowodują, że Benjy wróci do przeszłości. Nie miała prawa tego wiedzieć, bo nie zdawała sobie sprawy co dokładnie wydarzyło się w jego życiu, kiedy zniknął z tego jej. Gdy przestała mijać go na szkolnych korytarzach, przestała wdawać się z nim w te słowne potyczki, nie miała pojęcia, jak wtedy wyglądało jego życie. We wrześniu nieco się dowiedziała, dotarło do niej, że przez lata żyła w błędzie. Nie spodziewała się jednak tego, że mogło być aż tak skomplikowanie. Słuchała go uważnie, może nie była na to przygotowana, ale słuchała, tak, aby nic jej nie umknęło. Obserwowała przy tym jego twarz, chcąc z niej cokolwiek wyczytać. Mieli sporo rzeczy do nadrobienia, nie rozmawiali o nich wcześniej, bo to wcale nie było takie łatwe, mówić drugiej osobie o swoich traumach, o tym, co w życiu nie wyszło. Zdawali sobie jednak sprawę, że i ona i on dosyć sporo przeżyli, mało kto mógł się pochwalić podobnymi traumami, chociaż zupełnie się one od siebie różniły. - Wcale nie uważam, że tego nie rozumiesz. - Odezwała się cicho. Nie sądziła, że nie wie dlaczego ludzie podejmowali tę decyzję, Benjy rozumiał dużo więcej niż niejedna osoba, nie raz jej to pokazywał, a teraz ona musiała zrozumieć jego i naprawdę starała się to robić. Jak zawsze kiedy wymieniali się swoimi poglądami słuchała go uważnie, nie oceniała, nie mogłaby tego zrobić. Zresztą tak jak stwierdziła, sama nie miała pojęcia, czy by tego chciała. Przez ponad trzydzieści lat swojego życia nie miała okazji ku temu aby w ogóle o tym pomyśleć, niby była zaręczona, ale nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy chciałaby mieć dzieci, to mówiło samo za siebie o tamtej relacji. - Nie musisz się obawiać tego, że znowu świat Ci się rozsypie. - Powiedziała jeszcze. Naprawdę zdawała sobie sprawę z tego, jak musiał w niego uderzyć brak jakiejkolwiek kontroli, dostosowywanie się do sytuacji, szukanie właściwej drogi, bez jakiejkolwiek pewności, że ma ona jakiś sens. Znała go przecież, to musiało być dla niego okropnie trudne. Wyrzucił to z siebie, nie miała pojęcia, czy chociaż odrobinę mu ulżyło, miała nadzieję, że tak, nie chciała nawet wiedzieć, jakim musiało być ciężarem trzymanie tego wszystkiego w sobie. Widziała zresztą jak ze sobą walczył, jak próbował zbierać myśli, a nie był w stanie sięgać po słowa. Powrót do wydarzeń sprzed lat wiele go kosztował. Z początku nie odzywała się zbyt wiele, dała sobie chwilę, przetwarzała bardzo intensywnie te informacje, nie ruszyła się jednak z miejsca, nie zabrała ręki, nie chciała tego robić. Zamiast tego uświadamiała sobie, jak bardzo musiał być wtedy zagubiony i zraniony, a i tak starał się postąpić, jak najbardziej odpowiedzialnie. Dostrzegła zmianę w jego postawie, wyczuła, że się spiął, nic dziwnego, nie sądziła, że często do tego wracał, że mówienie tego było dla niego codziennością, nie miał w zwyczaju dzielić się takimi rzeczami, zresztą mało kto lubił mówić o cierpieniu, o tym co bolało. - Tak, wiem, przepraszam, po prostu zabrakło mi... - Weszła mu w słowo, wiedziała, że zareagowała zbyt szybko, przecież zdawała sobie sprawę, że na pewno nie zostawiłby dziecka, nie był takim człowiekiem. Po prostu była ciąża, nie było dziecka, pierwsze co przyszło jej na myśl gdy pomyślała o wpadce to, że powinien się pojawić potomek, a przecież nie każda ciąża kończyła się szczęśliwie. To też musiało go zaboleć, uderzyć w niego. Podjął pewne decyzje, wbrew sobie, robił to po coś, a później okazało się, że powód, nie powód, że dziecko zniknęło. Nastawiał się na to, że będzie jego ojcem, że stworzy rodzinę i zostało mu to odebrane, zostawił wszystko za sobą i stracił to, co miało być jego przyszłością. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak się musiał wtedy czuć. To było tak wiele, jak na barki jednego, młodego człowieka. - Benjy, ja wiem jak to jest tkwić w czymś, w czym nie do końca chcesz być. - Być może w jej przypadku nie wiązało się to z rozchodzeniem i schodzeniem, jednak rozumiała go bardziej, niż mogło się mu wydawać. Jego doświadczenia były jeszcze bardziej bolesne, bo podjął decyzję, która wydawała się mu być słuszna, liczył na to, że to go uratuje, ich uratuje, a skończyło się jeszcze gorzej. Naprawdę trudno jej było sobie wyobrazić, jak się wtedy czuł. Był sam, nie miał z kim porozmawiać, musiał to dusić w sobie, trawić to przez lata. Uniosła głowę i spojrzała na niego, gdy powiedział, że nie chce tego słuchać. Skąd w ogóle przyszło mu to na myśl. Nie miała pojęcia jak bardzo musiał zebrać się w sobie, aby się z nią tym wszystkim podzielić, ile go to kosztowało, i jeszcze obawiał się, że ona nie chce tego słuchać. Mrugnęła, nie do końca wiedziała, co się właśnie działo. Jak bardzo ktoś go musiał skrzywdzić, że podchodził do tego w taki sposób? - Mówiłam Ci, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, zawsze tu będę, aby Cię wysłuchać. - Ton jej głosu nadal był spokojny, ciepły. - Do niczego się nie zmuszam, chcę usłyszeć Twoją historię, chcę wiedzieć. - Być może musiał to usłyszeć, zdecydowanie musiał to usłyszeć, zaczął się wycofywać, jakby wystraszył się tego, że mogłaby w tej chwili wstać i odejść. Zrezygnować z niego, niby dlaczego? Bo miał swoją przeszłość, bo życie go doświadczyło bardziej niż innych? Cofnął swoją dłoń, to było tylko potwierdzeniem tego, że być może żałował, że się przed nią otworzył. Zdecydowanie nie miał dobrych doświadczeń związanych z mówieniem o swoich emocjach, o tym, co mu się przytrafiło. Nie podobało jej się to, że ktoś mu to zrobił, że ktoś spowodował, że podchodził do tego w ten sposób. To na pewno nie było jego decyzją, raczej wypadkową tego, co mu się przytrafiło w przeszłości. - Nie chcę, żebyś znikał, nie chcę, żebyś stąd odchodził, niby dlaczego miałabym tego chcieć? - Może nie powinna pytać, ale zbyt wiele myśli pojawiało się w jej głowie. Była zaskoczona jego podejściem, zdziwiona, że wybierał ucieczkę, że wolał zniknąć, niż być teraz z nią po tym wszystkim co jej powiedział. - i też się nigdzie nie wybieram. - Dodała jeszcze, bo miała wrażenie, że to musiało zostać powiedziane, że musiał wiedzieć, że to nie było coś, co ją przerażało. - Każdy ma jakąś przeszłość, nie masz na to wpływu, na to co się wydarzyło, to było i minęło. - A oni byli tu i teraz i tylko to miało znaczenie. Miała ochotę znaleźć jego byłą żonę i pokazać jej, jak bardzo była na nią wkurwiona za to, że doprowadziła go do takiego stanu, podejrzewała, że wpływ na jego reakcje miały wcześniejsze doświadczenia, te z poprzedniego małżeństwa. - Opowiedz mi o wszystkim, wyrzuć to z siebie, powinieneś wreszcie to zrobić. - Nie miała pojęcia, czy zdarzyło mu się już komuś o tym opowiadać, nie mogła mieć pewności, jednak teraz to ona była jego najbliższym człowiekiem, a on jej i naprawdę nie było jej obojętne to, co przeżył. Poruszyła dłonią, miała gdzieś to, że chwilę wcześniej odsunął swoją rękę, chciała po nią ponownie sięgnąć i spleść ich palce ze sobą, drobny gest, który miał mu przypominać o tym, że nadal tu była i nigdzie się nie wybierała. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Benjy Fenwick - 15.01.2026 Przesunąłem kciukiem po krawędzi dywanu, bez sensu, mechanicznie, kiwając głową, tym razem nawet nie próbując udawać, że robiłem to jakoś bez przekonania. Nie chodziło o to, co mówiła, chociaż jednocześnie słuchałem jej bardzo uważnie, zwłaszcza jak na ten stan upojenia, w którym wszystko było jednocześnie jasne i poplątane przez myśli pchające się do głowy bez pozwolenia. Przede wszystkim chodziło o to, że ta sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, to było nowe, niekomfortowe w inny sposób niż zwykle, to nie był ten rodzaj odsłonięcia, który można było obrócić w żart albo ironię, bardziej jakby ktoś - moją ręką, ale wciąż - zdjął ze mnie pancerz, zanim zdążyłem powiedzieć, że jeszcze go potrzebuję. Tak, nawet po tylu latach radzenia sobie z przeszłością, słowa Johna sprawiły, że się zawahałem, a potem zacząłem myśleć, robiąc to zbyt intensywnie. To było jak uderzenie w coś, co już wcześniej było pęknięte - nie gwałtownie, nie brutalnie, raczej dokładnie w ten czuły punkt, który bolał najbardziej, i oto byliśmy, gdzie byliśmy, w naszym nowym salonie, ale jednocześnie w miejscu, w którym oboje poruszaliśmy się po grząskim gruncie, nietrudno było domyślić się, że żadne z nas nie było na to gotowe. To, że Prudence słuchała, patrzyła na mnie uważnie, nie przerywała, nie ucinała - to było dla mnie jednocześnie ulgą i czymś niepokojącym, bo byłem przyzwyczajony do tego, że momencie, gdy zaczynało robić się niewygodnie, zazwyczaj ten drugi ktoś się wycofywał, albo atakował, albo kazał mi się ogarnąć. A to, w jaki sposób odpowiadała, to było coś, co słyszałem praktycznie nigdy, zwykle zakładano, że rozumiem za mało, albo że rozumiem aż za dobrze i dlatego lepiej trzymać mnie na dystans, właśnie dlatego teraz czułem się tak, jakbym stąpał po kruchym lodzie. Nie za bardzo wiedziałem, tylko i aż, jak to wyjaśnić, by nie zabrzmieć najgorzej. - Ja… - Zacząłem i urwałem, bo to „ja” niczego nie niosło, a potem odezwałem się, mimo wszystko, potrzebując podkreślić znaczenie moich słów, nawet gdy powiedziała, że mi tego nie zarzuca. - Ja wiem, jak ludzie dochodzą do takich decyzji. Teoletycznie. - Odchrząknąłem. - Ale kontlola… - Wzruszyłem ramionami, ciężko, nie chodziło o to, że musiałem zawsze wszystko trzymać w garści, bardziej o to, że kiedy ją traciłem, automatycznie wiedziałem, co przychodziło potem, i nie chciałem tam wracać. - Widzisz… - Powiedziałem powoli. - Ja jusz kilka lasy byłem pewien, sze goszej byś nie mosze. - I za każdym razem życie udowadniało mi, że jednak może - nie musiałem tego dodawać, prawda? Nie chodziło mi o to, by się żalić, tylko, by odzyskać równowagę w prowadzeniu narracji, która musiała zostać wypowiedziana, by uniknąć kolejnego emocjonalnego pobojowiska, więc w końcu właśnie to zrobiłem - rzuciłem wszystko na stół. Nie patrzyłem na nią długo, raczej zerkałem, krótkimi spojrzeniami, odruchowo sprawdzając, czy jeszcze tu była - bardziej mentalnie niż fizycznie, chociaż tak naprawdę w obu wersjach - i czy nie zmieniła zdania w trakcie jednego oddechu. Nie, bym jej to zarzucał, ale to było silniejsze ode mnie, nie miało wiele związku z trzeźwą racjonalnością. Siedziałem obok niej, nadal, świadomy każdej sekundy, w której jeszcze mnie nie odepchnęła, nie do końca wiedząc, do granic absurdu, czy to już znaczyło coś więcej, czy tylko tyle, że jeszcze nie skończyła słuchać - to dezorientowało mnie bardziej niż jej otwarta złość by mnie kiedykolwiek zdezorientowała, tyle tylko, że to nigdy nie było domeną Prue, chociaż trudno było o tym pamiętać, gdy mechanizmy obronne robiły swoje. Nie ruszałem się zbyt gwałtownie, jednak ramiona miałem sztywne, jakbym spodziewał się kolejnego ciosu, chociaż żaden nie nadchodził. Słuchałem jej, ale jednocześnie w głowie rozgrywał mi się stary, znajomy ciąg zdarzeń, którego nie dało się już zatrzymać - to nie było coś, do czego wracałem codziennie, właśnie dlatego mówienie o tym teraz było tak trudne, bo kiedy już się otworzyło, to nie dało się tego zamknąć jednym zdaniem. Uniosłem dłoń odruchowo, nie patrząc na nią. - Nie. - Powiedziałem szybko. Nie miałem jej za złe tego pytania, naprawdę nie, jakże miałbym mieć, skoro wiedziałem, skąd się wzięło, to była normalna logika, oczywisty ciąg myśli - ciąża—dziecko, każdy by tak pomyślał, a ona, jako jedna z nielicznych, miała prawo dociekać faktów, tyle że moje życie od dawna nie układało się w normalne ciągi. - Nie musisz. - Wydźwięk tonu głosu wyszedł mi bardziej szorstki, niż planowałem, więc zaraz dodałem. - Selio. To było… Logiczne pytanie. Miałaś… Masz plawo pytaś. - Wzruszyłem lekko ramionami, bez teatralności, raczej odruchowo, jak ktoś, kto całe życie słyszał, że „trzeba się zebrać” i przestał już liczyć na to, że ktoś inny zrobi to za niego. Opuściwszy rękę, wbiłem wzrok w dywan - widziałem pojedyncze włókna, drobne zmechacenia - jakby skupienie się na czymś konkretnym mogło mnie utrzymać na miejscu. Przesunąłem palcami po tej samej nitce co wcześniej, całe życie słyszałem, że jak coś się sypie, to trzeba to ogarnąć samemu, bez hałasu, bez robienia scen, wytłumaczenie tego komuś, kto tak nie słyszał, stawiając raczej na akceptację, było łatwe i niełatwe - w teorii to nie były wielkie słowa, w praktyce niosły bardzo dużo ciężaru. - „Nie jestem panienką”, Sunny. Nikt nigdy nie zakładał, sze ktoś będzie się ze mną obchodził delikatnie. Ja nie obchodzę się ze sobą delikatnie, pszeciesz wiesz, to jest tak pojebane. - Prychnąłem krótko, chociaż nie brzmiało to śmiesznie, wiedziałem o tym, to nawet nie miało takie być. Nie cofnąłem się, nadal siedziałem na dywanie, dokładnie tam, gdzie byłem, ale coś we mnie wciąż stało pod ścianą, z plecami napiętymi, jakby to była pozycja wyjściowa, nie chwilowa. Pokręciłem głową powoli, kilka razy, jakbym chciał strząsnąć z siebie tę jedną myśl, a ona i tak wracała - nie dlatego, że nie wierzyłem w odpowiedź, jaką usłyszałem, właśnie to było najgorsze - wierzyłem, a mimo to coś we mnie ciągle czekało na moment, w którym to się zmieni. Patrzyłem na jej dłoń długo, za długo, leżała między nami spokojnie, otwarta, jak zaproszenie, jak coś oczywistego, co dla mnie oczywiste nigdy nie było. Alkohol robił swoje, spowalniał ruchy, wyostrzał myśli w najgorszy możliwy sposób, w głowie miałem echo tego, co powiedziała - że nie chce, żebym znikał, że się nigdzie nie wybiera - i kompletnie nie wiedziałem, co z tym zrobić. Uniosłem rękę, zawahałem się w pół drogi, przez sekundę wyglądało to pewnie tak, jakbym miał splątać nasze palce, zrobić dokładnie to, czego ode mnie oczekiwała. Zamiast tego przesunąłem kciukiem po grzbiecie jej dłoni, krótko, ostrożnie, dopiero potem ująłem jej rękę tylko na chwilę, zamknąłem ją w swojej, ale nie ścisnąłem, raczej osłoniłem, jak coś kruchego. - Wiem. - Powiedziałem cicho, prawie bezbarwnie. - I właśnie dlatego… - Urwałem, pokręciłem głową, z tym gorzkim, zmęczonym uśmiechem, który pojawiał się zawsze, gdy robiło się zbyt blisko przekroczenia granicy czegoś, co nie powinno było być przekraczane. - Nie… - Zacząłem i urwałem, bo głos mi się złamał w najbardziej wkurwiającym momencie. Przełknąłem ślinę, spojrzałem gdzieś obok niej, w podłogę, w ścianę, w cokolwiek, byle nie w jej twarz, bo ona patrzyła za uważnie. - To nie tak, sze myślę, sze nie chcesz słuchaś. - To nie było zaprzeczenie jej słów, bardziej… Brak zgody na to, żeby tak łatwo je przyjąć. Tym razem scisnąłem jej dłoń odrobinę mocniej, zaraz potem znów poluzowałem chwyt, jakbym się sam upomniał. Znów pokręciłem głową, tym razem szybciej, z irytacją skierowaną wyłącznie na siebie. - To laszej… - Pociągnąłem nosem, zawahałem się, oddech mi się rozjechał z rytmem zdań. Upojenie robiło swoje - myśli przychodziły falami, nie w tej kolejności, w jakiej powinny. - Ja wiem, sze mówisz, sze chcesz. - Podkreśliłem, zaraz oddychając głębiej, bo tu było sedno - to, co mówiła, było zbyt proste, żeby dało się w to od razu uwierzyć, było czymś, co trzeba kilka razy obejść dookoła, zanim się to dotknie. - Ale często, jak ktoś mówi „zostań”, to lepiej byś gotowym, sze za chwilę powie „jednak nie”. - Pokręciłem głową, krzywo się uśmiechnąłem, bez radości. Puściłem jej dłoń, ale nie cofnąłem ręki od razu, zatrzymałem ją tuż obok, tak, żeby było jasne, że to nie ucieczka, raczej granica. To nie był gest odsunięcia, raczej ostrożność, jakby coś we mnie bało się, że jeśli spleciemy palce, to pęknie we mnie kolejna tama. - Całe szycie uczono mnie, sze jak ktoś mówi „moszesz”, to znaczy „zlób to na własne lysyko”, więc… - To było aż zatrważająco szczere, tak bezpośrednie, że odruchowo, nerwowo, przesunąłem palcami po włosach, zostawiając je w jeszcze większym nieładzie. - Nie dlatego, sze myślę, sze jesteś taka. Tylko… Losumiesz. - Wyrzuciłem z siebie, szybciej, jakby ktoś mnie gonił, bo alkohol już dawno rozluźnił mi język, a teraz zaczynał plątać myśli. - Tylko dlatego, sze… Moje szeszy to moje szeszy i nikogo nie obchodzą. - Pokręciłem głową, krzywo, z tym gorzkim półuśmiechem, który pojawiał się zawsze, kiedy robiło się zbyt serio. Siedzieliśmy dalej na tym samym dywanie, ale czułem się, jakbym stał na krawędzi czegoś, co równie dobrze mogło mnie uratować, jak i rozwalić na kawałki. - A wiem, sze powinienem był cię upszedziś. - Powiedziałem w końcu, bardziej szorstko. - O tym wszystkim. Nie tylko o tym, ile tego jest. Jaki mam bagasz. O tym, sze czasem sam się o niego potykam. Nie mam na to doblego wytłumaczenia. - Parsknąłem krótko, ale jednocześnie wzruszyłem ramionami, jakby to nie było nic wielkiego, jakbyśmy rozmawiali o jakimś cholernym wyjeździe, a nie o mojej pieprzonej przeszłości. A przecież wiedziałem, że powinienem był ją poinformować, konkretnie poinformować, z odpowiednim wyprzedzeniem, bardzo konkretnymi słowami, nie o jakimś nieokreślonym „bagażu”, tylko o tym, że to nie jest „kilka trudnych wspomnień”, a całe pudła, które nosi się z miejsca na miejsce. - Powinienem był ci to powiedzieś wcześniej. - Przejechałem dłonią po twarzy, mocniej niż trzeba. Czułem się dziwnie obnażony, choć przecież siedziałem w tym samym ubraniu, na tym samym dywanie, nic się fizycznie nie zmieniło, a jednak wszystko było inne. - Zanim. Zanim w ogóle… „My”. Po plostu… Nim się obejszałem, byłaś jusz kimś. Nie „kimś s mojej histolii”, tylko kimś moim. I ja się w tym obudziłem za późno, szeby to poukładaś jak dolosły człowiek. - Zamilkłem, kręcąc lekko głową, bardziej do siebie niż do niej - to był ten odruch, stary jak ja - zaprzeczanie zanim ktoś zdąży mnie naprawdę zobaczyć, jakbym mógł to wszystko odwołać ruchem szyi. Tak, to brzmiało na marną wymówkę, ale dokładnie tak było - w jednej chwili nie działo się nic, potem było za późno na rozmowy w stylu „hej, uprzedzam, to może być problemem”. Przestało być „fajnie”, „miło”, „bez zobowiązań”. Wiedziałem, że powinienem był powiedzieć jej wcześniej - wiedziałem to aż za dobrze, tylko że… Nie miałem momentu, który wyglądałby jak „teraz jest właściwa chwila, żeby wyciągnąć wszystkie trupy z szafy”, najpierw było coś chaotycznego, potem coś, co miało nie być niczym poważnym, a potem, kurwa, nagle było wszystko. Nie planowałem tego, nie planowałem się zakochać, zresztą, przecież nawet wtedy, będąc na miejscu większości ludzi, nie siadasz z kimś przy stole i nie mówisz „hej, zanim się zakochamy, mam tu cały bagaż, trauma gratis, brak gwarancji, możliwe nawroty wspomnień”, prawda? To tak nie działało, nie ma na to formuły. Potarłem twarz dłonią, nieco za mocno, jakbym chciał się dobudzić, otrzeźwieć na tyle, aby zrobić coś, co by nam pomogło przejść przez to wszystko. - Ja… - Urwałem, bo właściwe słowo uciekło mi dokładnie w tym momencie, kiedy byłem pewien, że je mam. Przetarłem twarz dłonią, ciężko, jakby to mogło pomóc mi coś uporządkować, chronologia się sypała, wszystko było jednocześnie „wtedy” i „teraz”. - To było… Kulwa, w gludniu. Sześćdziesiąty pielwszy. Wtedy to… Sfinalizowałem. Papiel, podpisy, koniec. - Zawahałem się, marszcząc brwi. - Tylko sze to gówno plawda, bo to się… - Pokręciłem głową, nie dlatego, że zgubiłem wątek jeszcze zanim zdanie zdążyło się rozpędzić, ale dlatego, że w dalszym ciągu próbowałem to jeszcze jakoś cenzurować, by nie brzmiało najgorzej. - To nie było „placujemy nad tym”. To było… Pszeciąganie czegoś, co dawno nie działało. A potem się losjebało. S hukiem. - Powiedziałem to prosto, bez ozdobników. - Musisz splóbować zlozumieś… - Zacząłem i znowu przerwałem, bo to brzmiało jak rozkaz, a ja nie miałem prawa niczego jej nakazywać, więc zamiast tego przesunąłem językiem po zębach, szukając innego słowa, ale żadne właściwe nie przychodziło mi na myśl. Siedziałem dalej na dywanie, ale czułem się, jakbym stał pod ścianą. - Musisz splóbowaś zlozumieś jedno… Po tym wszystkim… Ja jusz niespecjalnie wieszyłem w związki. - Spojrzałem na nią krótko, żeby to wybrzmiało. - To nie było tak, sze stałem się cynikiem. Jeszcze. Pewnie za kilka lat mogłoby mi to gloziś, jasne, ale nie chodziłem i nie pieldoliłem, sze „miłość nie istnieje” albo sze wszyscy kłamią. Po plostu… - Wzruszyłem ramionami. - W ogóle nie blałem pod uwagę stabilizacji. Tego całego „budujemy coś”. „Lazem na zawsze”.To nie było na liście. Nawet nie obok, tylko w ogóle poza mapą. Nie myślałem o tym, sze „kiedyś” „s kimś”. Szyłem s dnia na dzień, lobiłem swoje, załatwiałem splawy, spałem tam, gdzie spałem. - Skrzywiłem się na tę nagłą, nieproszoną myśl, jak to mogło zabrzmieć, więc doprecyzowanie tego drugiego dna wydało mi się jeszcze bardziej konieczne. - Pszez te lata nie było nikogo. Nikogo, kto zlobiłby… To. - Wskazałem nieokreślonym gestem przestrzeń między nami, dopiero wtedy spojrzałem na nią, oczy miałem ciężkie, ciemne, szczere aż do bólu. - Po plostu któlegoś dnia to… Pszestało byś waszne. I to nie tak, sze byłem pusty albo maltwy w środku. Ja po plostu… Szedłem dalej. Lobiłem swoje. Szyłem. - Urwałem, przełknąłem ślinę, parę razy skinąłem głową, jakbym sam siebie próbował do tego przekonać. - Nie byłem święty, jasne, ale to nie znaczy, sze masz się telas zastanawiaś, czy gdzieś nie wyskoczy dziecko-niespodzianka s matką, któla nagle sobie o mnie pszypomni. To nie tak, sze masz się obawiaś, sze za chwilę ktoś zapuka do dszwi s histolią spszed dekady. Odpowiedź bszmi „nie”. Nie mam dzieci w kaszdym polcie. Nie mam… Szadnych zobowiązań, poza tym jednym. Nami. - Dodałem od razu, jakby to było oskarżenie, które musiałem odeprzeć - i było, tylko nie pochodziło od niej. - A to, od czego my zaczęliśmy… - Zawahałem się, szukając słowa i nie znajdując żadnego, które by nie brzmiało głupio. - Nawet nie wiem, jak to nazwaś. „Zachowawcze”? „Głupie”? „Stlasznie, kulwa, naiwne”? - Uśmiech wykrzywił mi się w coś bliższego goryczy, jeszcze zanim następne słowa wylały się wraz z prychnięciem. - To nie było tak, sze latałem od wakacyjnego lomansu do wakacyjnego lomansu. Cholela, nie. To nie było schematyczne, oswojone, legulalnie plaktykowane „poznaję kogoś, bawimy się, lozchodzimy się bez śladu”. - Parsknąłem krótko. - To nawet nie było bliskie mojemu standaldowi, kiedykolwiek, nawet w momencie, w któlym było… Intensywnie, po plostu. - To był ten rodzaj szczerości, o którą nikt nie prosił, ale wolałem postawić sprawę jasno, niż wspominać insynuacje, jakie robił mi jej ojciec, myśląc o tym, że bywały takie chwile, w których każdy dopuszczał do siebie najgorsze możliwe sugestie, nawet nieświadomie. - Nie oszukiwał, nie jestem niewiniątkiem, doskonale to wiesz, jestem doświadczony, ale moje szycie to nigdy nie było „las tu, las tam, zelo konsekwencji”. To są steleotypy. Wygodne, ploste, gówno plawda. - Spojrzałem na nią spod brwi, oparłem łokcie o kolana, nachyliłem się do przodu, kiwając głową, jakbym mówił coś, co trzeba powiedzieć. Zapadła krótka cisza, ciężka, ale potrzebna. - Zlesztą, Pluey… Czy to kiedykolwiek było dla ciebie „tylko”? Tylko cokolwiek. Czy był jakiś moment, w któlym to naplawdę miało bszmieś jak „dzięki za wszystko, było miło, powodzenia dalej”? Czy naplawdę widzisz scenariusz, w któlym mówiliśmy sobie „hej, fajnie było, pa, do następnego lasu” i ot tak szliśmy w swoje stlony? - Zawiesiłem głos, świadomy tego, jak to brzmiało. Wiedziałem, że to brzmiało jak prowokacja, chociaż wcale nią nie było, to było raczej pytanie zadane z miejsca, w którym jednocześnie spodziewasz i nie spodziewasz się, że zaraz ktoś ci powie „tak, właśnie tak”. - Ja nie pamiętam takiego momentu. Ani jednego. Nawet się nie spostszegłem, kiedy to pszestało byś „lubię s tobą gadaś” i „dobsze się pszy tobie czuję”. - Urwałem, parsknąłem pod nosem, bardziej z bezradności niż z humoru. W naszym wypadku to zawsze było „wszystko albo nic”, w moim przypadku to zawsze było „wszystko albo nic”, nietrudno było domyślić się, że jeden i jeden dadzą dwa, wystarczyło tylko nie mydlić sobie oczu - a to już było trudne, najwidoczniej. - Kulwa, ja nawet nie wiem, kiedy to jusz nie było „zajebiście mi s tobą”, a zaczęło byś „o cholela, kocham cię”. - Zachłysnąłem się tym zdaniem, jakby było czymś, co nie powinno wyjść na głos, a jednak wyszło. Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie, nie do cofnięcia, to nie było „teraz się zaangażuję”, to było jak walnięcie obuchem w głowę. Nie było momentu pod tytułem „dzień dobry, zanim się zakochamy, oto lista rzeczy, które sprawiają, że jestem problematyczny”. Najpierw było „okej, jest dobrze”, potem „nie, jednak jest bardzo dobrze”, a potem „o kurwa, ja ją kocham”, wszystko w linii ciągłej. - Tylko… To nie zmienia faktu, sze to, co mówię, to jest cięszar. Konkletny, piepszony cięszal. Jeden s wielu. I ja wiem, sze to mosze byś za duszo, moszesz pomyśleś „co ja sobie najlepszego zlobiłam”. Histolie, bagasz, stale gówna, moje palanoje. - Parę razy uderzyłem palcami w dywan. - Lozumiem, jeśli to bszmi jak coś, czego nikt nolmalny by nie chciał dźwigaś. - Spojrzałem na nią, ciężko, bez ucieczki wzrokiem. To, co powiedziała, trafiło dokładnie tam, gdzie nie lubiłem grzebać, nie dlatego, że nie było prawdą - właśnie dlatego, że było, a ona zobaczyła coś, czego ja przez lata nie nazywałem nawet w myślach. Zrobiłem z tym, co się stało, to, co umiałem najlepiej - zamknąłem, opisałem jako „załatwione”, „przepracowane”, „dawno temu”, tyle że wystarczyło jedno zdanie, jedno nieuważne słowo rzucone w celu prowokacji, żeby wszystko wróciło - nie w obrazach nawet, tylko w ciężarze, w tym uczuciu, że coś mi się wymknęło, coś zostało mi odebrane już po tym, jak zdążyłem się na to zgodzić. Zniszczyłem sobie życie, nie chciałem go zniszczyć komuś, bo najwidoczniej nadal nie potrafiłem zupełnie o tym zapomnieć, mieliśmy coś budować, nie burzyć i rozgrzebywać, praktykując archeologię czegoś, o czego istnieniu potem nie miała zapomnieć. - Jak chcesz mnie opieldoliś, to mosesz. Jak chcesz kszycześ, to kszycz. Jak chcesz… Cokolwiek, to tesz twoje plawo. Ja… - Urwałem. - Ja po plostu nie chcę, szebyś kiedykolwiek myślała, sze musisz byś wylosumiała, bo mnie kochasz. - Podniosłem na nią wzrok z czymś, co było bliskie ciężkiej, ponurej akceptacji rzeczywistości, w której tłumienie w sobie reakcji dla dobra kogoś innego tak naprawdę nigdy nie było „dobre”, dla niej na pewno nie - zbyt wiele lat musiała to robić, więc jeśli któreś z nas miało to zrobić teraz, to byłem to ja. - Ja cię kocham, właśnie dlatego nie chcę, szebyś się do czegokolwiek zmuszała. - Zrobiłem niewielki gest dłonią w jej stronę, ale zatrzymałem ją w połowie drogi. - Ja to dźwigam, bo to jest moje. To, sze wzięłaś mnie lasem s całym tym syfem, któly ciągnę za sobą. - Zrobiłem nieokreślony gest ręką, jakby wskazywał na coś za plecami, na lata, których tu nie było, a które nagle rozlały się po salonie. - To nie jest… - Zacisnąłem szczękę. - To nie jest cena, któlą musisz płaciś za bycie ze mną. - Siedziałem dalej na dywanie, ciężki w ramionach, podpity na tyle, że szczerość nie miała już filtra, ale jeszcze nie na tyle, żebym nie wiedział, co mówię. Musiałem to powiedzieć wprost, aż do bólu jasno, bo inaczej to by się tylko ponownie rozlało i wróciło do nas bokiem. - To nie jest szaden test od wszechświata. Chcę, szebyś wiedziała, sze nie jesteś mi nic winna. Kocham cię. - Powiedziałem surowo, powoli, bez patosu. - I właśnie dlatego nie oczekuję, sze uniesiesz wszystko, co ja spieldoliłem. - Zamilkłem, czując znajome ukłucie w żołądku. RE: [12/10/72] And finally fading from view, is everything we ever were now | Benjy, Prue - Prudence Fenwick - 15.01.2026 Nie powinno go dziwić to, że Prudence była gotowa go wysłuchać. Nie miała w zwyczaju oceniać, wygłaszać opinii nie znając wszystkich faktów. Siedziała więc na tym dywanie i po prostu słuchała wszystkiego, co miał jej do powiedzenia. Układała to sobie w głowie, powoli, żeby mieć odpowiednie spojrzenie na całość. To było dla niej zupełnie normalne, nie widać było na jej twarzy irytacji, czy zdenerwowania, raczej zamyślenie. Spodziewała się tego, że może mieć wyjątkowe trudne doświadczenia, do tej pory mówił o tym raczej zdawkowo, prawie, że wcale, ale kiedyś musiał nadejść moment, w którym postanowił otworzyć się przed nią bardziej. Podejrzewała, że słowa ojca mogły mieć na to wpływ, nawet jeśli tam całkiem dobrze sobie z tym poradził, nie pokazał, że uderzyło w niego to tak bardzo, coś jednak zmusiło go do myślenia, coś spowodowało, że postanowił właśnie teraz opowiedzieć jej o tym. Nie bała się jego przeszłości, jaka by nie była, w końcu zdawała sobie sprawę, że jak i ona niesie swój ciężar. Nie wątpiła w to, że musiało być mu trudno, bo musiał radzić sobie ze wszystkim sam, a te demony potrafiły być naprawdę paskudne i nie dawać spokoju, miała z tym pewne doświadczenie. Niełatwo czasem było pogodzić się z tym, co się wydarzyło. - Nie ma się więc co dziwić, że tak do tego podchodzisz, że ważne jest dla Ciebie to, aby panować nad wszystkim, co dzieje się wokół. - Nie do końca potrafiła sobie wyobrazić, jak to jest stracić zupełnie władzę nad swoim życiem, być zmuszonym do podejmowania wyłącznie złych decyzji, bo na te dobre było już zbyt późno. Docierało do niej, skąd się to u niego brało. Nie widziała nic złego w tym, że próbował uniknąć błędów, które już kiedyś popełnił. To było całkiem normalne, doświadczenie robiło swoje, zmieniało podejście. Powodowało, że robiło się bardziej czujnym, że wiedziało się, co może doprowadzić do momentów, które mogą bardzo mocno komplikować życie, powodować niepewność i walkę o przetrwanie. Nie dziwiło jej to, że chciał mieć pełną kontrolę nad tym, co działo się w jego życiu, bo niespodzianki niekoniecznie musiały wiązać się z czymś dobrym. - Praktycznie wygląda to nieco inaczej. - Nie każdy miał szansę podejmować takie decyzje. Życie je weryfikowało, była na takim etapie, że raczej nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy tego chce, czy będzie chciała. Rozumiała dlaczego o to pytał, rozumiała też dlaczego miał takie zdanie na ten temat, a nie inne. Jasne, wypadało dyskutować o podobnych rzeczach przed ślubem, bo było to dość istotne, jednak skoro sama nigdy wcześniej o tym nie myślała, to czy mogła mieć w ogóle pretensje o to, że nie było to coś, czego nie chciał, skoro sama nie umiała stwierdzić, jakie ma zdanie? No nie do końca, nie wydawało jej się. Nie zamierzała stawiać go pod ścianą, teraz, czy za kilka lat i mówić mu, że to jest moment, w którym powinni pomyśleć o tym, żeby coś zmienić. Skoro tego nie chciał mogła to zaakceptować, nie sądziła, żeby jej podejście nagle miało się zmienić, raczej była stała w swoim podejściu. Dość szybko zadała pytanie, nie przemyślała tego do końca, bo przecież wiedziała, że życie nie było kolorowe, różne przypadki się zdarzały. Zrobiło jej się głupio, że mogła pomyśleć, nawet jeśli to była tylko sekunda o tym, że zostawiłby gdzieś za sobą dziecko, bo przecież doskonale wiedziała, że nie był takim człowiekiem, właśnie dlatego go przeprosiła. Prue nie miała problemu z tym, żeby przyznawać się do nieodpowiednich reakcji, o ile była w stanie je dostrzec, a tym razem wyłapała do bardzo szybko. - Nie do końca logiczne, bo przecież wiem, jaki jesteś. - Kontynuowała. Jasne, miała prawo pytać, ale nie musiała robić tego w taki sposób, wykazała trochę za mało empatii i miała na uwadze to, żeby nieco bardziej się skupić, widzieć więcej, bo to nie było czarno-białe. - To nie oznacza, że od razu trzeba Cię kopać. Nikt nie mówi, że jesteś panienką, ale każdy zasługuje na to, żeby go wysłuchać i okazać mu odrobinę empatii, nie ma w tym nic złego. - Dla niej było to całkiem naturalne, bywały momenty, kiedy przyzwoitość nakazywała bycie delikatnym i to był jeden z tych momentów. Otwierał się przed nią, mówił to wszystko, to chyba było całkiem normalne, że powinna zachowywać się dość subtelnie. Nie wydawało jej się, aby często się tym dzielił, nie chciała reagować w sposób przez który kolejny raz obawiałby się przyjść do niej z czymkolwiek, zresztą nie była taka. Nigdy nie brakowało jej wyrozumiałości. - Rozumiem, że możesz mieć pewne doświadczenia... - Zaczęła mówić spokojnie, przeniosła wzrok na swoją dłon, którą właśnie przykrywała jego. Nie mogła zaakceptować tego, że sądził, że będzie w stanie go porzucić, tak po prostu, jakby to wszystko co ich łączyło nie znaczyło nic. Nawet na moment. Mówiła mu przecież, że chce być jego wsparciem. Wiedziała, że wynikało to z tego, co przeżył, ale nie do końca jej się to podobało. - ale ja jestem słowna, nie rzucam słów na wiatr, nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Jeśli mówię, że czegoś chcę to dlatego, że faktycznie tak jest. - Najwyraźniej musiała to powtórzyć, jeśli trzeba będzie to zamierzała mu powtarzać to do momentu, w którym uwierzy w jej słowa, kiedyś w końcu musiało do niego dotrzeć, że faktycznie chciała usłyszeć wszystko, co leżało mu na sercu. Nie czuła, aby coś na niej wymuszał, nawet przez chwilę nie pojawiła się nawet drobna presja. - Być może do tej pory nikogo nie obchodziły, ale musisz pogodzić się z myślą, że aktualnie to się zmieniło. Jesteś moim człowiekiem, moim mężem, moją rodziną. Obchodzi mnie wszystko, co dotyczy Ciebie, czy Ci się to podoba, czy nie. To się nie zmieni. - Nie miała pojęcia, czy wcześniej było inaczej, podczas jego pierwszego małżeństwa, pewnie było, inaczej nie miałby takiego podejścia. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak trudno musiało być mu z tą świadomością, jak to jest właściwie uważać, że nikogo się nie obchodzi, to nie brzmiało dobrze, ale coś doprowadziło go do tego, że tak mu się wydawało. Nie miał lekko, nie miał rodziny, odciął się od nich - wcale mu się nie dziwiła, nawet kiedy jeszcze istnieli w jego życiu, to raczej tylko mu dokładali, nigdy nie byli faktycznym wsparciem, później przeżył to samo z osobą, która powinna go wspierać mimo wszystko, dla której powinien być najważniejsza osobą na świecie. To mogło powodować uprzedzenia, nie dziwiło jej, że budował wokół siebie mur, że się wycofywał, wolał zamykać w sobie niż mówić. Zbyt wiele razy go zraniono. - Nie powiedziałeś wszystkiego, ale to nie tak, że nie wiedziałam, że masz swój bagaż, zresztą nie ma się co oszukiwać i Ty i ja przeżyliśmy swoje. Wiedziałam o tym przecież. - Ich relacja rozwinęła się bardzo szybko, nie mieli zbyt wiele czasu, aby przedyskutować wszystko, co wydarzyło się w ich życiach przez ostatnią dekadę, a może i dłużej, choćby bardzo chcieli nie mieli możliwości opowiedzieć sobie o wszystkim, zresztą, czy to było takie ważne? Nikogo nie skrzywdził, nie zrobił nic złego, to raczej on przeżył zbyt wiele. - Nie da się ukryć, że szybko dotarło do nas kim chcemy dla siebie być. - To stało się zupełnie niespodziewanie, czy mieli przestrzeń, aby odbyć tę rozmowę wcześniej? Być może, może nie, przecież od samego początku nie dawali sobie zbyt wiele czasu, mieli być tylko chwilowym przystankiem w swoich życiach, dosyć szybko dotarło do nich, że chcą czegoś zupełnie innego, ale we wrześniu jeszcze nie dopuszczali tego do siebie, nie mówili o tym, raczej przyjmowali to, co padło między nimi na samym początku. Prudence wiedziała, że zaczęło jej zależeć za bardzo, bała się o tym mówić, nie chciała wymagać, że zostanie przy niej mimo swoich naleciałości, a okazało się, że postanowili stworzyć coś na stałe, został jej mężem. Nie śmiała nawet o tym marzyć, kiedy docierać do niej zaczęło, że się w nim zakochała. - Łatwo jest przywyknąć do jakiejś wizji świata bazując na doświadczeniach, jeśli nie spotkało Cię nic dobrego, jeśli poświęciłeś wszystko dla drugiej osoby, a skończyło się to z hukiem, to nie ma się co dziwić, że przestałeś w to wierzyć. - To był zwyczajny, ludzki odruch. Przejechał się na kimś, przejechał się na czymś, co miało być trwałe, miało być przyszłością. Nic dziwnego, że zmienił swoje podejście. - My zaczynaliśmy naukę w Akademii, a Ty w tym czasie godziłeś się z tym, że masz zostać ojcem i mężem, że masz zupełnie zmienić swoje nawyki, wziąć na siebie odpowiedzialność za innych ludzi, byłeś wtedy bardzo młody, to musiało być okropnie trudne. - Ledwie przecież skończyli Hogwart, byli na początku swojego dorosłego, świadomego życia, a on od razu został rzucony na głęboką wodę. Musiał zrezygnować ze swoich młodzieńczych marzeń. Pamiętała go z tamtego czasu, nie sądziła, że było to dla niego łatwe, musiał dostosować swoje wybory pod kogoś innego, brać go pod uwagę, a później został sam. Czy naprawdę można było się dziwić temu, że nie dopuszczał do siebie nikogo, że nie chciał się wiązać? Miał swoje traumy, poparzył się dość mocno w bardzo młodym wieku, to nie było głupim wytłumaczeniem, szukaniem wymówki, wręcz przeciwnie, dla niej było to całkiem logiczne. Sama przecież zamknęła się w sobie, unikała ludzi po tym, jak zmarł jej narzeczony i to nie dlatego, że nie potrzebowała bliskości, bała się tego, że kolejna osoba może nie do końca zaakceptować to, jaka jest. Wolała zaszywać się w swoim mieszkaniu, nosić pierścionek zaręczynowy niczym tarczę, która miała ją chronić przed całym światem, bo tak było bezpieczniej, wygodniej - lepsze to niż kolejne rozczarowanie. - Nie przypisywałam Ci nigdy tych stereotypów, znam Cię, wiem, że to nie są Twoje standardy, Ty taki nie jesteś. - Wiedziała, co kryło się pod maską. Szczególnie po tym, czego już się dowiedziała, po tym jak wyjaśnili sobie z czego wynikały ich niedopowiedzenia w przeszłości. To sporo jej wyjaśniło, na samym początku pojawiła się myśl, że może być tylko kolejną kobietą, która na moment wpuścił do swojego życia, jednak ich rozmowy dosyć szybko wszystko zweryfikowały. Miała co do tego pewność, nigdy nie zarzuciłaby mu, że jest inaczej. Ich historia była skomplikowana, jednak zawsze mieli do siebie sentyment, ogromny, nawet wtedy kiedy wydawało im się, że nie. Nie roztrząsała tego, nie uważała, że zmarnowali czas, musieli przeżyć swoje, by odnaleźć siebie w odpowiednim momencie. - Nie, nie widzę takiego scenariusza, pojawiłeś się zupełnie niespodziewanie, nie sądziłam, że jeszcze będę w stanie tak reagować. Właściwie nie musiałeś nic robić, ja też nie musiałam nic robić, to po prostu się stało, jakby było najbardziej właściwą rzeczą na świecie. - Samo to, że przez lata nie dopuszczała nikogo do siebie, a tylko się pojawił pozwoliła sobie na odstępstwa. Tyle, że to był on, łatwo było się w nim zakochać, okropnie łatwo i przywyknąć do jego obecności, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, jakby właśnie przy niej było jego miejsce, jakby tylko czekała na to, aż wróci i się odnajdą. - Wiesz, że się tego bałam, że tylko ja to czuje, że przyszło mi to tak łatwo? - Spoglądała na niego uważnie, warto było się do tego przyznać. - Obawiałam się, że możesz tego nie chcieć, a ja wpadłam jak kamień w wodę praktycznie od razu, jak jakaś nastolatka, szybko to do mnie dotarło. - Być może stało się tak przez to, że od zawsze tliły się w niej jakieś uczucia, nawet wtedy kiedy była tą małą dziewczynką, która obiecywała mu, że na zawsze będą przyjaciółmi, wcale nie tak trudno było je znowu obudzić, i zatopić się w tym wszystkim, szczególnie kiedy on był sobą, kiedy zaczął ją do siebie dopuszczać, kiedy naprawdę zaczęło jej się wydawać, że czują się podobnie. - Tak, w tym przypadku bardzo trudno jest wyłapać ten moment, to się po prostu stało. - Rozumiała do czego zmierzał, zdawała sobie sprawę, że wszystko wydarzyło się szybko, nie mieli zbytniej przestrzeni, aby dyskutować o tym, co nieśli na swoich barkach, nie mieli kiedy wyłożyć wszystkiego na stół. - Na szczęście już dawno ustaliliśmy, że nie jesteśmy normalni. - Stwierdziła fakt. Próbowała brzmieć lekko, spowodować, żeby to nie było dla niego takie ciężkie. Wiedziała, że czuje się odpowiedzialny za to, co przeżył, trudno, aby było inaczej, jednak każdy miał swoją historię, swoją przeszłość, jedni mniej inni bardziej skomplikowaną, tak wyglądało życie, ona pokochała go takim jakim był, być może nie znała szczegółów, ale czy one faktycznie mogły wpłynąć na jej uczucia? - Twój bagaż to część Ciebie, a ja pragnę być z Tobą, to się ze sobą łączy, akceptuję Cię takim, jakim jesteś Benjy, kocham Cię takim jakim jesteś, tutaj nie ma co rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze, po prostu tak jest. Te doświadczenia Cię ukształtowały, doprowadziły do miejsca w którym teraz jesteś. - Wiedziała, że być może ciężko było mu w to uwierzyć, ale rozumiała to wszystko. Nie analizowała tego, to przyszło jej całkiem naturalnie, to było normalne - przynajmniej dla niej. - Każdy ma jakieś traumy, jedni większe, inni mniejsze, Ciebie życie nie oszczędzało, ale to nie zmienia faktu, że zasługujesz na to, żeby być kochanym, bez względu na wszystko. - Nie miała pojęcia, jak wyglądało to u niego wcześniej, musiało być ciężko, uważał się za problem, uważał swoje traumy za problem, a przecież nie powinno tak być. Potrzebował kogoś kto w końcu go wysłucha, i ona była tą osobą, była jego żoną, miała go wspierać, nie było w tym niczego dziwnego. - Mam Cię opierdolić za to, że masz jakąś przeszłość? Proszę Cię, to byłaby hipokryzja, na pewno znajdę kiedyś lepszy powód. - Pokręciła głową, naprawdę nie sądziła, że to jest rozwiązanie. - Jasne, nie powiedziałeś mi o wszystkim, ale to się zdarza, nawet jeśli byś mi to powiedział to niczego by nie zmieniło, nie miałoby wpływu na podejmowane przeze mnie decyzje, bo tak, czy siak, bym tego chciała. - Tego... tego życia z nim. Nie sądziła, że będzie miała szansę na to, by przeżyć coś takiego, by kogoś pokochać, jakby to była najprostsza rzecz na świecie, ale on pojawił się w jej życiu i udowodnił, że to jest możliwe, przepadła bezwarunkowo i to nie miało się zmienić. - Nie uniosę wszystkiego co Ty spierdoliłeś, ale pomogę Ci z tym, bo wystarczająco długo sam musiałeś sobie z tym radzić. Teraz jest nas dwoje, tak to wygląda. Właściwie to po prostu tu będę, zawsze będę przy Tobie, co by się nie działo, czy coś do Ciebie wróci, czy pojawi się coś innego, to zamierzam trwać przy Tobie i pomóc Ci sobie z tym poradzić. Mam wrażenie, że nie miałeś szansy tego doświadczyć. - Być może to było całkiem śmiałym stwierdzeniem, ale wywnioskowała to z tego, co jej powiedział. Miała wrażenie, że nikt nigdy nie wysłuchał go do końca, że zawsze pojawiało się jakieś ale, jakieś zarzuty, co było cholernie niesprawiedliwe. - Bo to normalne Benjy, że jeśli się kogoś kocha, to jest się gotowym być jego oparciem, to nie jest słabość, to po prostu wynika z tego, że postanowiliśmy trwać przy sobie. Mam nadzieję, że to zaakceptujesz. - Wiedziała, że miał tendencje do tego, aby ze wszystkim radzić sobie sam, zamykał się w sobie trawił to, aż jakoś udało mu się to ułożyć, jednak to już nie było potrzebne. - Nie będę Cię oceniać, co by się nie działo, nie dlatego, że się do tego zmuszam, po prostu to jest całkiem normalne. - Miała nadzieję, że zrozumie do czego zmierzała, nie chodziło o to, że czuła, że jest mu coś winna, po prostu chciała z nim być, z całym tym jego ciężarem, doświadczeniami. - Twoja przeszłość nie jest ciężarem. - Dodała jeszcze, chociaż mogło mu się wydawać zupełnie inaczej, to ona wcale tak nie uważała. |