![]() |
|
[7.10.72, Maida Valen] "A garden is a friend you can visit any time." - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118) +--- Wątek: [7.10.72, Maida Valen] "A garden is a friend you can visit any time." (/showthread.php?tid=5654) |
[7.10.72, Maida Valen] "A garden is a friend you can visit any time." - Cynthia Flint - 24.01.2026 Musiała złapać oddech. Sala wypełniona po brzegi pełna była rozmów i mieszających się zapachów perfum, stukot obcasów nikł w roznoszącej się echem muzyce. Ludzie chyba potrzebowali takiego wydarzenia, klasycznego powrotu tradycyjnego balu maskowego. Zawsze je lubiła, a wręcz miała do nich słabość, co wiązało się chyba z tą niewielką ilością wspomnień, która została jej po matce. Zakończyła prowadzoną właśnie rozmowę, odkładając na jedną z tac do połowy pełen kieliszek po szampanie, a potem dostrzegając uchylone drzwi, zdecydowała się skorzystać z możliwości ucieczki. Maski zapewniały prywatność, ale jeśli kogoś się znało, nie trudno było rozpoznać go po ruchach lub gestach, po głosie. Wszystkie detale, które przez lata obserwowała i zapamiętywała, okazały się niezwykle przydatne dzisiejszego wieczoru. Odetchnęła głębiej, gdy chłód październikowego wiatru przemknął jej po karku i plecach, kołysząc materiałem srebrnej, delikatnie błyszczącej sukienki. Złapała za jej krańce, kierując się do schodów prowadzących w głąb ogrodów. Rozświetlające ścieżkę pochodnie odbijały się od kryształków przyszytych do gorsetu, tworzących wzór kwiatów. Nie było elegancko tak wychodzić bez pożegnania, a nie sądziła, że na bal jeszcze wróci, ale od samej ilości słodkich zapachów i tych niedorzecznych opowieści, kręciło się jej w głowie. Wyprostowała się, walcząc z chęcią rozpuszczenia włosów, które teraz tkwiły zebrane w koka, z którego kilka pasm uciekło, łaskocząc ją po odkrytych fragmentach skóry. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk, w którego kierunku powędrowało jej spojrzenie, prosto do jednej z ławek. Siedząca na niej postać z każdym krokiem wydawała się bardziej znajoma, nie była kimś obcym, chociaż w ostatnich miesiącach ciężko było jej na niego wpaść. - Uciekłeś przed stadem matek przypominających sępy, czy może Twoja urocza partnerka musi odetchnąć? - zapytała go z zaskakującą swobodą i lekkością, unosząc dłonie do góry. Płynnym ruchem rozwiązała wstążkę z tyłu głowy, która przytrzymywała jej maskę i zacisnęła palce na delikatnym materiale, uważając, aby jej nie upuścić. Posłała mu krótki uśmiech, zajmując miejsce obok. Ułożyła przedmiot na kolanach, bawiąc się nim między palcami, które śledziły kształt maski, chociaż znała go już na pamięć. Zaskakująco dużo było masek w jej życiu. Cytnhia wyprostowała głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Dużo się ostatnio działo, Levi o niczym nie wiedział i dowiedzieć się zwyczajnie nie mógł, bo mogło doprowadzić to do całej serii niefortunnych zdarzeń i katastrof. A tych miała pod dostatkiem. - Dobrze się dziś bawisz? Sporo czasu minęło od ostatniego balu maskowego w towarzystwie. Rzuciła po krótkiej chwili milczenia, czując, jak kolejny podmuch kołysze pasmami jej włosów. Coraz więcej uciekało z tego upięcia, ale wyjątkowo, nie zawracała sobie tym głowy. Obróciła twarz tak, aby na niego spojrzeć — był z rodziny jej matki, znali się od zawsze i o dziwo, zawsze umieli ze sobą funkcjonować, odważyłaby się nawet rzucić stwierdzeniem, że w wielu aspektach byli do siebie po prostu podobni. Czuła się więc całkiem swobodnie, na tyle, aby przestać nosić jedną ze swojego wachlarza masek, nawet zrzucić odrobinę lodowej zbroi, tworzącej dystans i pozorny chłód, których tak mocno w ostatnich latach się trzymała. Teraz jednak na jej fakturze pojawiały się rysy, ale Rowle nie mógł o tym wiedzieć. RE: [7.10.72, Maida Valen] "A garden is a friend you can visit any time." - Leviathan Rowle - 24.01.2026
- Znasz mnie - zaczął w odpowiedzi i może tu powinno pojawić się jakieś przewrotne niedopowiedzenie, będące idealnym przeciwieństwem tego, co właściwie spowodowało że wywiało go z dusznych sal rezydenci rodziny Lestrange. Ale gdyby to zrobił, przeczyłby samemu wstępowi. - Nienawidzę ludzi - wybrzmiało wreszcie cicho i spokojnie. - Stado matek nie jest mi aż tak straszne, szczególnie kiedy nie każda matka chce by na jej wnuczęta spłynęła brzydka klątwa. A Astoria i bez mojego ramienia potrafi sobie poradzić - siedział pochylony, ze ściągniętą maską, która teraz leżała obok niego na ławeczce. Wsparł się łokciami o kolana i zwyczajnie siedział, ani nie zajmując rąk papierosem, ani kieliszkiem. Był, trwał, czuwał, zastygły w bezruchu niczym zaklęty w posążek, jakby faktycznie chłonął całym sobą ten spokój, który można było znaleźć w tej części ogrodu. - Miałem ostatnio sen, który mnie zastanawia - zignorował zwyczajnie jej pytanie o dobrą zabawę. To już mieli raczej ustalone - zwyczajnie nie był w stanie powiedzieć, że bawi się tu dobrze. Znośnie? To już prędzej. Lestrange mogli postawić parafkę za obecność przy jego nazwisku i to było najważniejsze. - Nie wierzę, w jakieś wyższe znaczenie tego, co śnimy. Żadne profetyczne bzdury. Śniło mi się, że ktoś stoi nad moim łóżkiem. To było tak cholernie prawdziwe, że nawet kiedy się obudziłem, to musiałem nieco zastanowić się nad tym czy sen już minął i to jawa. Ale w tym śnie ten człowiek uśmiechnął się do mnie i powiedział, że pozbył się... kogoś. Że ten ktoś powinien dać mi spokój... - zmrużył oczy, przez moment jeszcze wpatrując się w krzewy przed sobą, zanim nie odwrócił wreszcie spojrzenia na nią. Mówił cicho, łagodnie i spokojnie, poddając się nieco atmosferze, która panowała dookoła nich. - Nie interesowałoby mnie to aż tak, gdyby nie fakt, że poprzedniego dnia miałem... wiesz, to dziwne uczucie jakby ktoś cię obserwował. Od rana, do nocy. Cień zawsze na granicy spojrzenia, który znikał kiedy tylko spojrzałeś w tamtą stronę. Szczerze myślałem, że to jakieś stworzenie czai się między drzewami, obserwując naszą pracę, ale potem chodziło za mną i w posiadłości, i w moim domu. Słyszałaś może o czymś podobnym? RE: [7.10.72, Maida Valen] "A garden is a friend you can visit any time." - Cynthia Flint - 25.01.2026 Znała go. A jednak, gdy usłyszała jego odpowiedź, tak banalną i prostą, znów ją zaskoczył i rozbawił na tyle, że zaśmiała się cicho pod nosem, obracając twarz w jego stronę. Levi zawsze był samotnikiem, silnym mężczyzną, który umiał stawiać granice i nie ulegać temu, czego od niego wymagano, a przynajmniej nie w tak oczywisty sposób. Patrząc na siebie i na swojego bliźniaka, Cynthia zawsze wierzyła w to, że większość jej genów pochodzi ze strony matki, a nie ojca. - Jakie proste, słodko-gorzkie wyznanie… - zaczęła w odpowiedzi tonem pozbawionym złośliwości, pozwoliła sobie nawet na westchnięcie, pokręcenie delikatnie głową. – Przyznam Ci mój Drogi, że i ja tracę do nich cierpliwość i sympatię, a jednak balu nie umiałam sobie odmówić. Miała setki powodów i jeszcze więcej obowiązków w pracy, aby sobie odpuścić. Sukienka w szafie była jednak zbyt zachęcająca, a maska stanowiła szansę na złapanie oddechu jako ktoś anonimowy, bo spojrzenia gości na balu skupiały się głównie na przedstawicielach rodziny Lestrange, których trudno było przeoczyć. Przestała obracać maską w dłoni, zawieszając spojrzenie gdzieś w przestrzeni. Cisza z nim nigdy nie była uciążliwa, przeciwnie, często była czymś odczuwalnym jako właściwie i przyjemne. Castiel kiedyś ich pytał, czy umieli rozmawiać ze sobą telepatycznie. Pamiętała, że Rowle miał intensywne wakacje, a ciotka była zaangażowana w poszukiwanie odpowiedniej kandydatki, która mogłaby przyjąć ich nazwisko i zadbać o przedłużenie rodu. Wbrew pozorom znalezienie kogoś, z kim dało się zbudować silną codzienność, wcale nie było proste. Ludzie oczekiwali dramatów i romansów, niekończących się nocy pełnych westchnień i satysfakcji, a to przecież wcale tak nie było. - Myślę, że klątwa odstrasza tylko niewielką część sępów. – odparła z delikatnym wzruszeniem ramion, bo wciąż był przystojny, bogaty i miał dobre nazwisko. A dla takich przywilejów, przymykano po prostu oczy. Ludzie byli okropnym materialistami. Nigdy nie miała większej styczności z Astorią, więc nie mogła odnieść się bezpośrednio do niej, ale była piękną kobietą, która wyglądała tak, jakby dokładnie wiedziała, czego szuka i czego oczekuje. Miała wizję przyszłości, której nie mógł zanieczyścić popiół. Pokręciła głową, odrzucając prędko podobne myślenie – to nie była jej sprawa, to nie miało żadnego znaczenia. Dźwięk jego głosu sprawił, że przeniosła na niego wzrok i skupiła się na tym, o czym opowiadał, ściągając odrobinę brwi. Sny bywały objawem wielu problemów, zarówno wynikających z faktycznych chorób organizmu, jak i tych o podłożu mentalnym. Wróżbici natomiast wierzyli w ich moc i próbowali znaleźć w ich przekazie sens, który mógłby wpłynąć na codzienność. Słuchała go w milczeniu, przyglądając się łagodnie jego profilowi, zaskoczona nagłym wyznaniem i tym, jak silnie to na niego wpłynęło. Sam fakt, że sprawa dotyczyła Leviego sprawił, że małe trybki zaczęły przesuwać się w jej umyśle, odtrącając wszystko inne na bok. - Nie jestem dobra z interpretowania takich rzeczy, ale mogę przedstawić medyczny punkt widzenia… - zaczęła ostrożnie, przesuwając spojrzeniem po jego twarzy, aż natrafiła na jego oczy. – Sny bywają personifikacją tego, co dzieję się z naszym organizmem lub umysłem. Mogą być objawem lęku, o którym nie wiesz lub bodźca, który obciąża system nerwowy, docierając aż do umysłu, a ten, aby rozładować to napięcie, zmienia to w doznania wpływające bezpośrednio na Twoje zmysły. – przerwała na chwilę, pozwalając sobie stuknąć paznokciami o materiał srebrnej sukienki, który wprawiony w ruch, zalśnił delikatnie, odbijając najmniejsze źródło światła. Nie była przekonana do jego wiary odnośnie do tego, co mówiła, ale wiedział przecież, że by go nie okłamała. – Może to być objaw poczucia winy, ciężkiego sumienia, nadmiar stresu obciążający nadnercza. Może reagujesz tak na zakończone zaręczyny i Twoją ostatnią stratę. Wszystkie odpowiedzi masz w głowie, ale bardzo trudno do nich dotrzeć. Jeśli chodzi o kwestie fizyczne i stan Twojego zdrowia, mogę się tym zająć nawet teraz. Jej ramiona drgnęły delikatnie. Różdżkę miała przy sobie, nie potrzebowała niczego więcej, aby przekonać się, czy z Levim było wszystko dobrze. Na takie rzeczy mogło wpływać wiele rzeczy, chociaż głównym podejrzanym byłaby tarczyca i układ hormonalny, a także obciążenie układu nerwowego, RE: [7.10.72, Maida Valen] "A garden is a friend you can visit any time." - Leviathan Rowle - 28.01.2026 - Ty jednak wydajesz się o wiele lepiej znosić towarzystwo - uśmiechnął się ledwo zauważalnie. Zawsze wydawała mu się posiadać odpowiednio więcej ogłady, jeśli chodziło o wszelkiego rodzaju zgromadzenia. Wydawała się jakby była ponad wszystkim, co działo się dookoła niej, ale pełno było w tym elegancji i jakiejś aury tajemniczości, która pewnie przyciągała do niej niejedną osobę, zamiast zwyczajnie odpychać. Jemu brakowało tego uroku. Mógł być w miarę przystojny, ale jego dziwaczność robiła swoje już przy pierwszym spojrzeniu. Zwierzęce cechy wyglądu nie sprzyjały początkowej sympatii, a kiedy już ktoś zdecydował się podejść, zwykle witała go mrukliwość albo uwag rzucane wprost i suchym tonem. To nawet nie było tak, że Levi nie potrafił mówić ładnie i biorąc pod uwagę konwenanse, ale zwyczajnie tego odmawiał. Drażniła go ta nieustanna gra w kotka i myszkę, kręcenie się dookoła tematu i próba owinięcia sobie drugiej osoby dookoła palca. - Zdecydowanie za małą - mruknął jeszcze, przeczesując włosy palcami w jakimś swobodnym geście, ale myśli plątały się powoli w okolicach łusek, które powoli, z każdym dniem, tygodniem i miesiącem, połykały coraz to kolejne partie jego skóry. Proces był powolny, ale nie mógł zaprzeczyć że postępował. Nie, kiedy tak obsesyjnie go pilnował i śledził jego rozwój. - Gdyby interesowały mnie domysły i interpretacje, nie mówiłbym o tym tobie - odpowiedział powoli, zerkając na nią przelotnie, zanim na nowo nie wrócił do obserwowania krzewów, które znajdowały się przed nimi. Pozwolił jej mówić, nie przerywając jej w żadnym momencie, nawet jeśli na moment spiął się w sobie, słysząc wzmiankę o lękach, winy i ciężkim sumieniu. Może to ostatnie powinno mu ciążyć, szczególnie po Spalonej Nocy, ale nie było niczego takiego. Ogień oczyścił to, co tego wymagało, nawet jeśli rzucony był z jego różdżki z tak katastroficznymi skutkami. Strata... cóż... skłamałby, gdyby nie powiedział, że w pewien sposób brakowało mu brata. Był... inny niż on, ale wcale nie znaczyło to że był gorszy. Dobry w swojej pracy, dobry dla swojej narzeczonej. Dobry dla rodziny. Ale Macmillan? Za nią w ogóle nie tęsknił i jedyne czego żałował to kłopotów, jakich ich związek przysporzył. - Czemu nie - podsumował, prostując się na swoim miejscu i lekko przekręcając w jej stronę. Jeśli chciała go badać, to nie zamierzał jej powstrzymywać. - Szczerze myślałem, że może skoro pracujesz w Departamencie Przestrzegania Prawa, to jakiś brygadzista albo auror dzielił się z tobą podobną sprawą. Równie dobrze mógłby to być jakiś prześladowca albo palant, który próbuje zdziałać coś dostając się do snów. Bo nie czuję, żebym był chory. Ale cóż, nie ja jestem lekarzem. RE: [7.10.72, Maida Valen] "A garden is a friend you can visit any time." - Cynthia Flint - 10.02.2026 Nie zareagowała na jego słowa niczym, poza wzruszeniem ramion. Jakie miała wyjście? Ojciec zadbał o to, aby umiała odnaleźć się w sytuacjach towarzyskich, niezależnie czy to lubiła, czy nie. Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiała, akceptując po prostu taką kolej rzeczy. Bywało to użyteczne, czasem uśmiech lub zapoznanie z właściwą osobą otwierało drzwi do nowych możliwości, a Cynthia lubiła mieć kontrolę i być przygotowaną na wszystko. I chociaż teraz starała się wybudzić z tego letargu, zrzucić okalające nadgarstki łańcuchy, był to proces czasochłonny. Chciała odetchnąć. Zazdrościła mu trochę tego, że nigdy nie udawał lub też nie chciał udawać, otwarcie wyrażając się na temat tego, czego nie lubił. Ludzi. Kontrastowali, rozmowy z nim były dla niej ciekawym, orzeźwiającym doświadczeniem i prawda była taka, że rzadko kiedy sobie ich odmawiała. Nie był łatwym człowiekiem w obyciu, miał charakterystyczną dla siebie manierę, ale ona jakoś zawsze przyciągała najmocniej najtrudniejsze przypadki. - Ostatecznie jednak w naszej rzeczywistości liczy się status i czystość krwi. Wygląd, charakter ma mniejsze znaczenie. Zwłaszcza gdy nosi się pożądane nazwisko. – zerknęła w jego stronę z cichym westchnieniem, chyba niezrozumienia dla tych wątpliwych priorytetów. Świata jednak nie dało się zmienić, a już na pewno nie teraz, gdy balansował na krawędzi chaosu. Przypadłość Leviego zawsze wydawała się jej fascynującą, taką, która potrzebowała dodatkowych badań i więcej czasu, który można było jej poświęcić. Nigdy jednak nie pytała o to, czy mogłaby się tym zająć – byli rodziną, a jej ambicja była sprawą łatwą do stłamszenia. – Próbowałeś przynajmniej się rozejrzeć? – dodała jeszcze pytanie, które był mieszanką zarówno retorycznego, jak i żartobliwego. Może istniała ciepła i romantyczna strona kuzyna, o której nie wiedziała, ale nie umiała sobie też tego wyobrazić. Uczucia i emocje zmieniały jednak ludzi, pozwalały im odkryć warstwy, o których zapominali lub o których istnieniu nie mieli zwyczajnie pojęcia. - To prawda. A potem mówiła, starając się przypomnieć sobie wszystko, co mogła na ten temat wiedzieć. Lepszą osobą do diagnozy byłby pewnie Rodolphus, który specjalizował się w mózgach w jakimś stopniu, ale Cynthia też trochę czytała. Wolała sekcje i pracę narządów wewnętrznych tkwiących pod żebrami, jednak należało mieć ogólne pojęcie. Nauka zawsze przychodziła jej z łatwością, a umysł i uczucia były tym, co często z nią dyskutowały. Czasem takie wizje, nacierające na nas widma były niemożliwe do wyjaśnienia logicznego. To było równie mocni irytujące, co fascynujące. Przekręciła głowę na bok, gdy się obrócił w jej stronę z odrobiną podejrzliwości, ale zaraz posłała mu lekki, łagodny uśmiech i przytaknęła. Wiedziała, że musiała zachować ostrożność i nie sięgać zbyt głęboko w nekromancje, która była niebywale pomocna w kwestiach badań, a nie tylko – jak twierdzono, noszenia śmierci. Idąc jego śladem, usiadła wygodniej. - Ostatnio w moich obowiązkach jest sporo zmian. Nie mam już tak dużo sekcji, a po tamtej nocy, nie puszczali mnie w teren. Wypełniam papiery, zatwierdzam i wypisuje akty zgonów, identyfikuje i ustalam przyczynę śmierci tych, którzy są zbyt skomplikowani dla innych pracowników. Jeśli jednak chcesz, zajmę się tym w najbliższy poniedziałek i się czegoś dowiem.– wyjaśniła mu z nutą smutku w głosie, bo wolała pracę czynną przy ciałach, niż tą wśród pergaminów i atramentu, nawet jeśli do tej też się nadawała. - Obawiasz się, że ktoś Cię może prześladować? – zapytała jeszcze, ujmując jego dłoń we własną tak, aby ułożyć palce na nadgarstku i zacząć podstawowy przegląd medyczny. Przyglądała się jego twarzy, wolną dłoń uniosła wyżej i odnalazła punkt na szyi, gdzie jej zdaniem, najlepiej było sprawdzać uderzenia. Przyglądała się jego oczom, ustom, szukając jakichkolwiek oznak choroby. Ostatecznie sięgnęła po różdżkę, a dłoń, która tkwiła na nadgarstku, tam została. – Poczujesz ciepło, nic więcej. – wyjaśniła na wypadek, gdyby czuł jakikolwiek dyskomfort, gdy ona niewerbalnie zacznie rzucać czary. |