Sala wypełniona po brzegi pełna była rozmów i mieszających się zapachów perfum, stukot obcasów nikł w roznoszącej się echem muzyce. Ludzie chyba potrzebowali takiego wydarzenia, klasycznego powrotu tradycyjnego balu maskowego. Zawsze je lubiła, a wręcz miała do nich słabość, co wiązało się chyba z tą niewielką ilością wspomnień, która została jej po matce. Zakończyła prowadzoną właśnie rozmowę, odkładając na jedną z tac do połowy pełen kieliszek po szampanie, a potem dostrzegając uchylone drzwi, zdecydowała się skorzystać z możliwości ucieczki. Maski zapewniały prywatność, ale jeśli kogoś się znało, nie trudno było rozpoznać go po ruchach lub gestach, po głosie. Wszystkie detale, które przez lata obserwowała i zapamiętywała, okazały się niezwykle przydatne dzisiejszego wieczoru.
Odetchnęła głębiej, gdy chłód październikowego wiatru przemknął jej po karku i plecach, kołysząc materiałem srebrnej, delikatnie błyszczącej sukienki. Złapała za jej krańce, kierując się do schodów prowadzących w głąb ogrodów. Rozświetlające ścieżkę pochodnie odbijały się od kryształków przyszytych do gorsetu, tworzących wzór kwiatów. Nie było elegancko tak wychodzić bez pożegnania, a nie sądziła, że na bal jeszcze wróci, ale od samej ilości słodkich zapachów i tych niedorzecznych opowieści, kręciło się jej w głowie. Wyprostowała się, walcząc z chęcią rozpuszczenia włosów, które teraz tkwiły zebrane w koka, z którego kilka pasm uciekło, łaskocząc ją po odkrytych fragmentach skóry. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk, w którego kierunku powędrowało jej spojrzenie, prosto do jednej z ławek. Siedząca na niej postać z każdym krokiem wydawała się bardziej znajoma, nie była kimś obcym, chociaż w ostatnich miesiącach ciężko było jej na niego wpaść.
- Uciekłeś przed stadem matek przypominających sępy, czy może Twoja urocza partnerka musi odetchnąć? - zapytała go z zaskakującą swobodą i lekkością, unosząc dłonie do góry. Płynnym ruchem rozwiązała wstążkę z tyłu głowy, która przytrzymywała jej maskę i zacisnęła palce na delikatnym materiale, uważając, aby jej nie upuścić. Posłała mu krótki uśmiech, zajmując miejsce obok. Ułożyła przedmiot na kolanach, bawiąc się nim między palcami, które śledziły kształt maski, chociaż znała go już na pamięć. Zaskakująco dużo było masek w jej życiu. Cytnhia wyprostowała głowę, spoglądając gdzieś przed siebie, szukając jakiegoś punktu zaczepienia. Dużo się ostatnio działo, Levi o niczym nie wiedział i dowiedzieć się zwyczajnie nie mógł, bo mogło doprowadzić to do całej serii niefortunnych zdarzeń i katastrof. A tych miała pod dostatkiem. - Dobrze się dziś bawisz? Sporo czasu minęło od ostatniego balu maskowego w towarzystwie.
Rzuciła po krótkiej chwili milczenia, czując, jak kolejny podmuch kołysze pasmami jej włosów. Coraz więcej uciekało z tego upięcia, ale wyjątkowo, nie zawracała sobie tym głowy. Obróciła twarz tak, aby na niego spojrzeć — był z rodziny jej matki, znali się od zawsze i o dziwo, zawsze umieli ze sobą funkcjonować, odważyłaby się nawet rzucić stwierdzeniem, że w wielu aspektach byli do siebie po prostu podobni. Czuła się więc całkiem swobodnie, na tyle, aby przestać nosić jedną ze swojego wachlarza masek, nawet zrzucić odrobinę lodowej zbroi, tworzącej dystans i pozorny chłód, których tak mocno w ostatnich latach się trzymała. Teraz jednak na jej fakturze pojawiały się rysy, ale Rowle nie mógł o tym wiedzieć.