Secrets of London
[Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | William & Gabriel] Rozważny i romantyczny - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118)
+--- Wątek: [Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | William & Gabriel] Rozważny i romantyczny (/showthread.php?tid=5668)



[Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | William & Gabriel] Rozważny i romantyczny - Gabriel Montbel - 27.01.2026

Uciekł.

To było jedyne słuszne wyjście.

Koszmary nigdy nie były tak plastyczne, tak dokładne, tak obezwładniająco bolesne, jak ten, który przyszedł od niego tego przeklętego dnia.

To nie było tak, że o tym nie myślał, ale problem nie był aż tak dosadny jeszcze tydzień, dwa temu. Ba! Jeszcze gdy kładł się spać w przygotowanej dlań komnacie opactwa, nie wiedział, że sprawa jest AŻ TAKIM problemem.

Teraz zaś wcisnął się pod krzak przeklętej róży, której gałęzie uginały się pod czernią kwiecia i trząsł się jak osika na wietrze, nie mogąc pojąć, cóż takiego się wydarzyło.

Oczywiście mógł zawsze poddać się hipnozie, aby obmyć swe oniryczne ślepia i zapomnieć. Oczywiście mógł spróbować autohipnozy, o czym z resztą rozmyślał, nieco mimowolnie wyciągając z kieszeni zegarek kopertowy, który nerwowo obracał w palcach.

Róża. Róża. Konstelacja róży.

Nie był pewien, raczej takiej nie było, chociaż przecież była jeszcze przed chwilą, gdy sen dociążał mu powieki.

Nie było jej tak samo, jak nie było pocałunku, jak nie było miękkich drobnych warg rozpłąszczających się na jego wargach, usta do ust, które nigdy nie miały się już z nikim całować, nie w taki sposób, wyzbyty z rządzy krwi, a pełen rządzy... drugiej osoby.

Jak???

Zadarł głowę w górę i przeklął momentalnie londyńską metropolię, która zdawała mu się ukazywać gwiazdy na złość. Wypatrzył te najjaśniejszą i bezmyślnie wyciągnął dłoń ku niebu, odwzorowując gest uczyniony przed chwilą.

Uczyniony we śnie.

Jak mógłby spojrzeć jej teraz w oczy? Nie żeby odpowiedź widmowej Lucienne jakkolwiek go dziwiła, powinien się spodziewać, NAWET jego podświadomość wie, że w tej relacji nie ma miejsca na wzniosłe słowa, na gesty wysycone martwą od dawna nadzieją. Prośbą. Lękiem przed odmową, którą właśnie usłyszał, choć ona nie była prawdziwa.

To był tylko sen.

Powtarzał sobie i powtarzał, nie mogąc z oczywistych względów uchwycić blasku gwiazdy, otulić jej złotem i łzami za pytaniem, które nigdy nie powinno paść. Które szczęśliwie nigdy przecież nie padło.

Poczuł dojmujący żal zaciskający mu klatkę piersiową i zwiesił głowę, podkulając ciasno do siebie nogi, chowając się pod przeklętym krzakiem, który tak bardzo przypominał mu jego przeklęte krzaki. Próbował oddychać i to oddychać powoli i miarowo, nie z potrzeby spokoju, a mantry, którą można było, którą powinno się wypowiedzieć bez słów. Nic finalnie się nie stało, a jakby stało się wszystko. Czy gdzieś w odrębnej domenie, w lustrzanym odbiciu ich świata, czy gdzieś para wampirów razem gotowała, tańczyła na śniegu i całowała się pod setką jemioł przywiązanych do gałęzi drzew okalających opactwo? Czy było to wspomnienie kogoś, kto nie był nim? Nadzieja? Z pewnością nie przepowiednia.

Wzdrygnął się i dźwignął z nóg. Zdawało mu się, że kogoś usłyszał, więc pochylony ruszył w głąb ogrodu, by chyłkiem uniknąć spotkania, chcąc by jedynym towarzyszem jego cierpienia były kwiaty, równie smutne co on.

!Maida Vale


RE: [Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | Gabriel] Rosette Nebula - Pan Losu - 27.01.2026

Maida Vale


Dlaczego to miejsce nagle wydaje się być takie... Porzucone? Zatrzymujesz się przy oranżerii, której szklane panele są pokryte pajęczyną delikatnych pęknięć. W przytłumionym świetle dostrzegasz, że na szybach pojawiają się ślady drobnych dłoni – delikatne odciski, które znikają, gdy tylko zbliżysz się do szkła. Wewnątrz zauważasz starą donicę, z której wyrasta pojedyncza czarna róża. Jej płatki są wilgotne. Rosa? A jednak masz wrażenie... jakby kwiat przed chwilą zapłakał. Dotykając płatków, słyszysz za sobą ciche kroki, ale kiedy się odwracasz, nikogo tam nie ma.

Do kości można odnieść się w dowolnym fragmencie sesji - w przypadku nieznajdowania się w miejscu docelowym, należy się w nie przemieścić i odegrać scenę z kostki. Jeżeli postać biorąca udział w sesji jest istotą wodną (selkie lub wiłą) lub posiada przewagę Żeglarstwo, może odczytać zawarte tutaj wspomnienie. W tym celu musi skontaktować się z Mistrzem Gry. Postacie biorące udział w tej sesji nie mogą już użyć kości Maida Vale w ten sam dzień fabularny. Daty sesji nie można przesunąć.



RE: [Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | William & Gabriel] Rosette Nebula - Gabriel Montbel - 11.03.2026

Jej płatki były wilgotne, a on jak na złość nie miał NIC wspólnego z morzem.

Nie miał tez nic wspólnego z tą sprawą - przynajmniej oficjalnie, ale nie po to został konsultantem prywatnej detektyw, żeby pozostać wobec tego tropu obojętnym.

Oczywiście nie mógł zawezwać Lucy, ponieważ ta przed momentem odrzuciła jego oświadczyny, łamiąc mu serce na tysiąc pięćdziesiąt siedem kawałków, zatem musiał rozpaczliwie potrzebować kogoś innego. Przecież nie wyniesie doniczki, jeszcze wezmą go za złodzieja, i wrzucą do Azkabanu (choć nie miałby nic przeciwko temu aby rozejrzeć się za tym przystojnym sędzią z pola golfowego, tylko jaka jest szansa, że akurat on prowadziłby sprawę?). Westchnął dramatycznie (aż dziw, że pierun nad głową nie trzasnął) i przywołał do siebie swoją papużkę z nim nierozłączkę, najnowszy nabytek. Na szybko naskrobał kilka słów do Williama bardzo licząc, że ten nie utonął w książkach. Potrzebował go tu bardziej niż chciałby przyznać, ale patrząc na desperację wypełzającą spomiędzy napisanych słów, to jednak przyznał to dość otwarcie. Uprzedzony za wczasu przez panienkę Wiktorię, że doniczka jest przeklęta, pozostał w oranżerii i czekał. Do Świtu pozostało całkiem sporo godzin. Dla niego do myślenia. Dla doniczki do znikania.


RE: [Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | William & Gabriel] Rosette Nebula - William Lestrange - 13.03.2026

Dzień czy noc - nie miało to dla niego znaczenia. Nie sugerował się kalendarzem natury, naginał dobę zapominając o kolejnej, mijającej godzinie.

Pojawił się przy wampirze z charakterystycznym pyknięciem towarzyszącym teleportacji.

Materiał szlafroka narzucony na wełniany sweter był luźno przewiązany przetartym, należącym do kompletu paskiem. Kalosze, z którymi Gabriel spotkał się już wcześniej brutalnie taksując je spojrzeniem, były idealnym obuwiem na prace ogrodowe w środku nocy.

Z kieszeni nocnego odzienia wystawały dwie pary rękawiczek, jedne wyraźnie ogrodnicze, drugie bardziej labolatoryjne. W dłoni Lestrange wciąż trzymał różdżkę, a ostatnie atłasy iskierek teleportacyjnych odbijały się w zaskakująco czystych szkłach okrągłych okularów; niebieskie oczy spoczywały an rozmówcy witrażem nocnego nieba, szarość angielskiej pogody wydawała się spłoszona głębią barwy.

Odchrząknął, w razie gdyby odgłos i światło zaklęcia nie wybudziły Gabriela z jego stanu emocjonalnego zamyślenia. Gdy ich oczy się spotkały, uniósł brew pytająco, usta nie drgnęły, bezgłośne pytanie było wystarczające.


RE: [Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | William & Gabriel] Rosette Nebula - Gabriel Montbel - 17.03.2026

Dlaczego to miejsce wydawało się takie porzucone? Ten nastrój tak bardzo korespondował z jego własnym prywatnym roztrzęsieniem, że nie mógł się uspokoić wpadając w jeszcze większą i większą flegmatyczną melancholię.

Niektóre noce były czarniejsze, a po takim złośliwym wybryku jego podświadomości, był najczarniejszej kosmicznej pustce, potęgowanej tylko otoczeniem Maida Vale.

Zjawienie się Williama nie przebiło dosadnie tej bańki osamotnienia i pulsującej w głowie potrzeby zniknięcia tak, żeby nikogo już nie obciążać swoją osobą. Szklane popękane panele wykrzywiały wszystko jak percepcja chorego czlowieka, który żył zbyt długo.

– No w końcu! – burknął na niego, ściągając gniewnie brwi, stężały w zaciśnięciu od patrzenia na tę piekielną doniczkę. – Popatrz co znalazłem! Płaczący kwiat. Trochę inny niż pozostałe. Pacjent zero? – sugerował, szczekał właściwie to skamlał udając, że jest rzeczowy, bo przecież był rzeczowy. Prowadził śledztwo, był tutaj z powodu śledztwa, a nie z powodu tchórzliwej ucieczki spod Bristolu, z opactwa leżącego tak blisko Bath, że łunę miasta widać było z wieży, na której kilka dni temu niemal zapomniał gdzie jego miejsce. Sprawa! To było ważne. Róża! – Williamie, potrzebuję Twojej eksprtyzy! – zarządził biorąc go pod ramię i zachęcając do podejścia do doniczki. Przy okazji też na moment położył głowę na jego barku i otarł się o niego ze smutnym westchnieniem. Jesteś... – chciał powiedzieć gestem, wyrazić wdzięczność, gdy jego zewnętrzna powłoka miała tyle kolców.

– Panna Lestrange zareagowała na nią bardzo żywiołowo poprzednim razem gdy wpadliśmy na tę doniczkę. Odciski dłoni, też było je widać na szkle... I róża. Inne kwiaty nie zostały zwilżone. Nie wiem... kto zawiaduje tym ogrodem? Najchętniej zabrałbym ją od razu do Ciebie, ale jeszcze ktoś założyłby, że okradam Twoją rodzinę, a bycie wampirem w dzisiejszych czasach nie jest proste, sam rozumiesz. – raportował chaotycznie wgapiając się w samotny kwiat. Samotny. Czarny. Płaczący.

Nieszczęśliwy.

Była zupełnie jak on.

To była zagadka do rozwiązania.

To było wbijanie szpili pod powieki przez jego własny ogród, spalony i porzucony. Przez każdy kwiat, który ściął w sierpniu i przywiózł do Londynu, aby położyć go na grobie Jonathana Selwyna.

To było piekło.

To był raj.

Z jakiś powodów trwało w nim przekonanie, że jeśli pomoże temu miejscu, to pomoże również sobie.

Nie wypuszczał Williama, trzymał go za przedramię mocno, jakby był jego ostatnią deską ratunku. Po trochę... tak właśnie było. Człowiek stanowił klucz do ogrodu. Klucz do racjonalnego spojrzenia na sprawę i... Cóż, może udałoby się go namówić na małą adopcję. Ta sadzonka potrzebowała miłości. I o ile Gabriel wciąż boleśnie przekonywał się, że on sam jej nie otrzyma (miłości, na sadzonkę własnie bardzobardzobardzo liczył), o tyle ten kwiat...


RE: [Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | William & Gabriel] Rosette Nebula - William Lestrange - 02.04.2026

Porzucenie, flegmatyczna melancholia, czerń oraz szarość - samotność. Gdyby Gabriel wypowiedział którąkolwiek z tych myśli na glos, odpowiedź Williama byłaby banalnie prosta 'przecież to Anglia, czego się spodziewałeś?'

Gloryfikacja podupadajacego imperium istniało jedynie na językach i stronicach ksiąg o zamierzchlych dziejach, gdy jego faktyczne tereny rozciagały się po krainy o niebo cieplejsze - gdy słonce nie zachodziło, a deszcz zwilżał jedynie stolice, rozprzestrzeniając pleśn po całym świecie na deskach dostojnie zaludnionych szkorbutem galeonow.

- Znalazleś kwiat w ogrodzie - odparl beznmietnie, dla osób trzecich mógł brzmieć sarkastycznie, ale William rzadko kiedy wkładal aż tyle wysilku w wypowiedzi.

Pokiwał głową ze zrozumieniem, starajac sie oddzielić informacje od całej reszty dekoracji, którymi zasypywał go wampir. Nie, że nie lubił z nim rozmawiac - wręcz przeciwnie. Lestrange zdawał sobie sprawę, że potrzebuje Gabriela, aby ten swoją emocjonalną paplaniną rozbijał muszlę osamotnienia; dopełniali się, nawet jeżeli nadawali na kompletnie innych falach. Należalo rozmawiać, nalezało też się tej rozmowy nauczyć, a kto inny będzie lepszym nauczycielem od melodramatycznego i samobójczego wampira?

Przyjrzał się kwiatu zakladajac na nos okulary - połówki. Wygladały na nowe, choć już posiadały parę dyskretnych rys.

- Nie padało prawda? Nie pachnie też moczem, więc to raczej nie sprawka przypadkowego lisa - mamrotał pod nosem, starajac się artykułować słowa wyraźnie na tyle, aby towarzysz je zrozumial.

- A bycie wampirem było kiedykolwiek proste? To znaczy, w twoim przypadku? - odnosil sie do rozmowy, którą odbyli w innym ogrodzie, bardziej mugolskim, choć tez różanym, w którym płatki kwiatów zroszone były moczem miejskich lisów oraz ostatkami wody z londyńskiej kanalizacji.

- Rozumiem, jestem twoją karta legalnego wyniesienia cudzej własnosci z cudzego ogrodu. W porządku, czego sie w końcu nie robi dla nauki? Chyba, że chcesz badać ją tu i teraz? - dopytal, bo z Gabrielem nigdy nie było wiadomo. Szybko pożałował, że dał mu wybór, bo co jeżeli z decyzjami było u niego jak z emocjami? Zmieniały sie jak w kalejdoskopie? Cóż, mimo wszystko, William był gotów zbadac roślinę w środku nocy w Maida Vale.


RE: [Jesień 1972, 15.10 Maida Vale | William & Gabriel] Rosette Nebula - Gabriel Montbel - 09.04.2026

Porzucenie, flegmatyczna melancholia, czerń oraz szarość - samotność. Nie martw się drogi Williamie, te słowa jeszcze padną, abyś mógł na nie odpowiedzieć.

Teraz jednak pewien wampir znalazł kwiat w ogrodzie. Zaśmiał się serdecznie na to proste stwierdzenie, postępując krok by naruszyć osobistą przestrzeń Williama i otrzeć się policzkiem o jego ramię przymilnie w dziwacznym tańcu istoty, która niczym kot lubiła bawić się swoim jedzeniem.

William - zupełnym przypadkiem z kolekcji nieudanych prób samobójczych Montbela - zaliczył się w bardzo specyficzny sposób do jadłospisu nieumarłego, choć zdecydowanie pijawka nie zamierzała swojego poprzedniego wyczynu powtarzać. Przynajmniej w najbliższym czasie.

Sama pieszczota była z resztą chwilowa, taniec trwał, w takt niesłyszalnej muzyki gdy okrążał mężczyznę w okularach połówkach i doniczkę.

– Sądzisz, że nie rozpoznałbym zapachu którejkolwiek wydzieliny? Jestem lekarzem, nie zapominaj o tym – zakomunikował usłużnie, chociaż wieki tak się nie przestawiał. A konkretnie odsetek wieku, będzie 6 lat. Los mimo wszystko przydawał mu ostatnio pacjentów a sieć kontaktów wypełniała się sama. Nieoczekiwanie, jak na kogoś kto planował o tej porze roku być już tylko kupką popiołu w zniszczonym francuskim ogrodzie.

– Bycie wampirem było banalne wtedy, gdy mniej przykładało się wagi do rejestru zniknięć – odpowiedział z właściwą sobie szczerością, nie zatapiając się jednak w nostalgicznym bagnie okresu, gdy nóż ofiarny tak wygodnie leżał w dłoni. – Teraz z resztą też nie jest wcale tak trudno być wampirem. Bycie mną... TO dopiero jest wyzwanie. – uśmiechnął się krzywo do własnych odczuć kłębiących się w nieumarłym ciele, jak wiatr szumiał po opustoszałych polach żałoby.

– Jesteś czymś o wiele więcej niż kartą legalnego wyniesienia cudzej własności mon amie. Chciałbym dostać kartę członkowską tego miejsca. Maida Vale przypomina mi dom i chcę aby każdy kto kocha ten ogród i jego los leży mu na sercu, wiedział, że i mi leży na sercu stan tych krzewów, traw, zaniedbanej - musisz przyznać straszliwe niedopatrzenie - oranżerii. Nawet jeśli to serce nie bije. Ten ogród sprawia, że czuje się lepiej, a toczy go choroba. Chcę, żeby formalnie nikt nie miał co do tego wątpliwości. – Trochę prosił. A trochę oczekiwał. – Och i jeżeli nie chcesz tej sadzonki, chętnie ją adoptuje. To byłby świetny test, aby sprawdzić co dzieje się z kwiatem kiedy nie jest w aurze tego miejsca. W ogóle wiedziałeś, że gdzieś tutaj ktoś zakopuje tajemnicze fiolki z krwią? Albo... one się tworzą za sprawą kwiatów i tylko imitują szkło. – zmrużył oczy próbując sobie przypomnieć, ale niestety, nie miał pewności - nie on odkrył świecidełko, nie on zanurzył nos w wonnościach, które chwilę później wyparowały. – Masz tu warunki do przeprowadzania badania? Jeśli tak, to czyń honory mój drogi, jeśli nie, ruszam za Tobą. To ostatecznie nie jest najważniejsze moje zmartwienie dnia dzisiejszego, a skoro noc młoda, pozwól wyrazić mi swoje życzenie, abym mógł wykorzystać Cię w sposób maksymalny – zachmurzył się nieco, wzrok odwrócił w dramatycznym geście, szukając na niebie księżyca, dopiero po chwili przypominając sobie, że przecież są w przeklętej oranżerii i efekt nieco przygasł. Z resztą chyba ostatnio był nów... Oblizał wargi. – Bez gryzienia oczywiście, po prostu Twoja ekspertyza przyda mi się i w innym... zmartwieniu – uściślił.