Secrets of London
[12/09/72] Ołtarz boga, który nigdy nie istniał - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [12/09/72] Ołtarz boga, który nigdy nie istniał (/showthread.php?tid=6029)



[12/09/72] Ołtarz boga, który nigdy nie istniał - Helloise Rowle - 11.05.2026

—12/09/1972—
Chata Helloise || rodzeństwo Rowle


Pomyślałaby, że wszystko to był tylko sen — psychodeliczny koszmar — gdyby nie obudziła się rano w tym miejscu. Od momentu, gdy spadły popioły, Helloise poruszała się jak w transie. Nie wiedziała, ile zniknęło dni, lecz wiedziała, że były dni. Były jakieś dni, bo gdy wstawało słońce, zdejmowała ze swoich doniczkowych roślin warstewki włókniny, aby zielone liście nakarmić wrześniowym słońcem. Chowała je o zmroku z powrotem w białe całuny, aby nie przemarzły. Noce były zimne.
A chronić swoje rośliny... to było ważne. Tyle rozumiała nawet w najgłębszym amoku.
Wszystko inne uciekło jej spomiędzy palców. Żywiła się obsesją, która napędzała ją, ciągała po kątach chaty, gdzie wędrowały nocą błotniste ślady stóp klątwy. Wiedźma obliczała je sobie tylko znanymi wzorami, wpisywała w alchemiczne diagramy, nekromanckie kręgi, uczyniła z nich gwiazdy, które miały być jej drogowskazem.
Dopóki nie przyszedł Alexander, nie docisnął jej brutalnie do rzeczywistości — te ślady nie były znakiem, nie były darem, objawieniem ani zagadką. Ktoś wziął na cel jej dom. To wszystko.
Ach.
Gdy przyszedł Seisyll, Helloise siedziała na podłodze swojej pracowni, otoczona monumentalnymi rysunkami czarnych widm pokrywającymi ściany pomieszczenia. Bujała się hipnotycznie w przód i w tył, a u jej stóp leżała wyrwana z podłogi plątanina sznurków i gwoździ, którymi przez ostatnich kilka dni czarownica rozpinała połączenia między śladami zesłanego na jej dom przekleństwa. Wszystkie utworzone przez siebie konstrukcje zniszczyła, zatarła wypisane kredą obliczenia, choć tu i ówdzie na podłodze wciąż dało się dostrzec tajemnicze liczby. Bez sensu. Wszystko bez sensu. Wyraźnie dało się zobaczyć, gdzie na przestrzeni dni pojawiały się błotniste plamy wędrującej po domu klątwy — każdy odcisk obmalowany był czerwoną farbą, żeby go nie zgubić, gdy w nocy zniknie i zmieni położenie.
Wciąż wędrowały, mimo że Helloise próbowała poprzedniej nocy zasłonić okna kartonami, teraz rozmoczonymi, zerwanymi w gniewie, rzuconymi w ogród, ten ogród wciąż najeżony ukrytymi między wysokimi trawami odłamkami szkła. Skorupa domu na kurzej stopie szczerzyła ostre zębiska wybitych szyb, straszyła spuchniętymi dziąsłami zmokłych drewnianych parapetów. W środku było wilgotno i chłodno. Tego ranka pierwszy raz od kilku dni zapłonął w domu ogień, lecz za mało go było, żeby w kilka godzin wyprosić z wnętrza jesień. Ona zdążyła się już w chacie zadomowić.
Helloise zmyła z siebie niedawno brud, przebrała się w czyste ubranie, lecz na jej twarzy zostały oznaki przeziębienia, a włosy były mimo kąpieli nieprzyjemnie zestrąkowane, jakby nie potrafiły doschnąć. Miała wrażenie, że wszystkie jej szaty są mokre, nawet te, które wisiały przez cały czas zamknięte w szafie.
Siedziała teraz z pustym spojrzeniem i nawijała na palce fioletowe sznurki. Myślała, wciąż myślała. Tej nocy pod presją Mulcibera pękła i uwierzyła, że wszelka wariacka teoria, w jaką ubrała te tajemnicze ślady, nie znaczyła nic. Powinna to porzucić. Uwierzyła mu i zniszczyła dni swojej pracy, całe swoje pokraczne dzieło. Wraz z nastaniem poranka na wierzch wyszły wątpliwości. Tak, wszystko wskazywało na to, że Alexander miał rację — tyle dni szukała i nie znalazła w tym absolutnie nic. Lecz gdy Helloise spojrzała na ślady, których zinterpretowaniu poświęciła tyle swojego czasu, umysłu, pracy… Jak ona niechętnie porzucała swoje przekonania. Raz jeszcze przeszła po odciskach klątwy — wiedziała, to nie ma sensu, nie ma sensu — ale zdawało jej się, że widzi… widzi coś nowego, jakąś nową szansę. Sprawdzi jeszcze tylko jedną rzecz… da sobie już spokój, tylko jeszcze jedna rzecz. Jedna rzecz, od której mogła wpaść z powrotem w tę spiralę szaleństwa, z której dopiero co się wyczołgała.
Co jeśli Mulciber chciał ją wykorzystać? Co jeśli dobrze kłamał? Co jeśli na marne pozwoliła mu odebrać swoje drogie dzieło?
Usłyszała za sobą znajome kroki — Seisyll. On by jej nigdy nie okłamał? Nie okłamałby? A może i on? Może by kłamał, myśląc, że ją chroni? Może oni wszyscy jej chcieli to zabrać, zabrać jej układankę. Zabrać jej. Zabrać. Tyle nad nią pracowała.
Nie, nie. Nie Seisyll. Nie okłamałby. Nic by jej nie zabrał.
— Wiesz, dlaczego to tutaj przyszło? — zapytała zachrypniętym głosem, smętnie wskazując na obrysowane ślady obchodzącej dom klątwy.
Nie była pewna, jakiej odpowiedzi obawia się bardziej.




RE: [12/09/72] Ołtarz boga, który nigdy nie istniał - Seisyll Rowle - 17.05.2026

Stukot butów, uderzenia metalowej laski o drewniane panele, szelest materiałów użytych do uszycia brązowo-zielonej szaty. Tak wiele dźwięków zwiastowało jego nadejście do chatki Helloise, ale dopiero ten ostatni, najcichszy – głębokie westchnienie, kiedy nabrał w płuca śmierdzącego spalenizną powietrza – to on właśnie był najlepszym świadectwem tego, że do Doliny Godryka zawitał właśnie Seisyll Rowle. Człowiek, który oceniał każde miejsce, w którym dane było mu się znaleźć, po tym jak dobrze się w nim oddychało.

Nie uśmiechnął się do swojej siostry, nie powiedział też nic na przywitanie. Rozglądał się wokół, analizując okropny stan jej domostwa i to jak mizernie wyglądała na tej podłodze, otoczona masą rzeczy, na pierwszy rzut gadziego oka będących jakimś krokiem ku temu, aby zaczęła tracić kontakt z rzeczywistością. Zadała mu pytanie, ale na dobrą minutę zawisła pomiędzy nimi cisza. Nie mogło umknąć jej, że przyszedł jej pomóc. Skórzana walizka ze srebrnymi okuciami z pewnością zawierała narzędzia, których mogło jej brakować. Pokaźnych rozmiarów rozmiar sugerował, że przyniósł tutaj nie tylko je, a smoczognik, który ciekawsko wyjrzał z kaptura i momentalnie zdecydował się na rozprostowanie skrzydeł i skoczenie w kierunku pustej okiennicy. Seisyll nie zatrzymał go w żaden sposób, najwyraźniej niezbyt przejęty tym, że mógłby pociąć sobie łapki o rozbite szkło. Całą swoją uwagę skupił przecież na Helloise.

Odłożył walizkę na podłogę. Nie ściągnął ani nie rozpiął skórzanej narzuty ze swoich ramion. Powolnym krokiem, bo po odrzuceniu laski na podłogę, zbliżył się do niej i nie mówiąc nic usiadł obok. Kiedy przestawało się stać nad drugim człowiekiem, kiedy się tak usiadło tuż obok, opierając bokiem o bok... Dopiero wtedy, przynajmniej w jego opinii, dało się oddać zadumie nad tym, co tego człowieka dotyczyło. Wymagało to wiele woli, której nie miał dla innych, ale kiedy chodziło o nią – jak mógłby nie zechcieć obejrzeć czegoś z jej perspektywy? I siedząc tak, oddychając głęboko, nabrał pewności na temat jednej rzeczy – ciężko było patrzeć na to z perspektywy obserwatora, ale jeszcze ciężej patrzyło się na to z perspektywy ofiary. Ofiary własnych myśli i ataku, który nie powinien cię dotyczyć. Kiedy się tutaj siedziało, ten chaos stawał się twoim więzieniem.

– Mówisz teraz o Emberfall czy o tym, co się zalęgło pomiędzy drzewami? – Po zastanowieniu nie był bratem, do którego skierowałaby drugie pytanie. – Nie wiedziałem nawet, że coś przyszło. Wysłał mnie do Londynu, a później to odsypiałem – przyznał, nie bardzo wiedząc co innego miałby powiedzieć. Na temat tego, co wydarzyło się w Anglii przez ostatnie dni wiedział jedno wielkie i dudniące nic. Pewną frustracją i niepokojem napełniało go to, że nie był w tym szczególnie wyobcowany. Ostatecznie jednak, jak się nad tym pochylał głębiej, tak naprawdę nikt nigdy nie znał jego ostatecznego planu. Wiedzieli tylko o obietnicach, mogących okazać się czymś bez pokrycia. – Las nie spłonął – rzucił nagle. Zanim wszedł do środka, przespacerował się przez okolicę, analizując co dokładnie zniknęło z krajobrazu Doliny bezpowrotnie. Ze zdziwieniem odkrył, że było takich miejsc niewiele. – Spodziewałem się ujrzeć Warownię zrównaną z ziemią, a zastaję moją siostrę wyglądającą, jakby zadziwiająco dobry stan Kniei był jedynie fatamorganą. – Powiązywanie dobrostanu Helloise z tym jak wyglądało miejsce uznawane przez nią za święty dar od bogów wydawało mu się oczywiste. – Co się stało? – I coś w jego zachowaniu mówiło, że nie pytał o samo zdarzenie. Zmarszczył brwi w gniewie, jego gadzie oczy zadrżały w sposób charakterystyczny dla okresu, odkąd postanowił zostać Śmierciożercą i powoli przestawał pisać do niej listy pełne lęków i wyrzutów sumienia. To była mina kogoś zdalnego do wyrządzenia komuś krzywdy. Seisyll pytał podświadomie o to kto jej to zrobił. Nie wierzył, że mógł to być sam Lord Voldemort. Czarnoksiężnik czytający mu w myślach nie skrzywdziłby Helloise, bo to zakończyłoby się z jego strony nieposkromionym atakiem furii i złamaniem każdej łączącej ich obietnicy.


RE: [12/09/72] Ołtarz boga, który nigdy nie istniał - Helloise Rowle - 23.05.2026

Seisyll przyszedł i przyłapał ją przy popełnionym błędzie. Gdy na tym samym błędzie przyłapał ją w nocy Alexander, niemal wydrapała mu oczy, lecz teraz, w odpowiedzi na głębokie westchnienie brata, Helloise tylko wzruszyła obojętnie ramionami i spuściła głowę nieco niżej. Kątem oka ledwie spojrzała na smoczognika, który rozwinął w chacie skrzydła; zatliła się w niej nuta obawy o jego bezpieczeństwo, ale szybko zgasła.
Trudno jej było sformułować odpowiedzi na pytania Seisylla, bo sama jeszcze nie miała czasu myśleć o tym, co się rzeczywiście stało. Zbyt wielka była Spalona Noc w jej głowie, zbyt zadymiona i tłoczna; nie zachęcała, aby do niej wracać. Z czarnej smolistej mgły wyłaniały się od czasu do czasu przypadkowe obrazy, lecz czarownica nie próbowała jeszcze przejść przez nie od początku do końca, wspomnienie po wspomnieniu.
Oparła się o ramię Seisylla, oddając mu część ciężaru własnej głowy, przez którą została występnie zdradzona. W palcach wciąż międliła bez sensu sznurki. Gdy roztrzaskała się powiązana tymi sznurkami obsesja, z którą Helloise żyła ciasno przez ostatnich kilka dni, garść ostrych okruchów wbiła się głęboko w umysł czarownicy. Wciąż drażniły, wciąż irytująco zwracały na siebie uwagę, mimo że kobieta wiedziała, że musi temat porzucić i ruszać dalej.
— Czym jest Emberfall? — zapytała, choć słowa były niemal przezroczyste. Nie wydawała się tym zainteresowana.
Przytaknęła tylko, gdy brat wspomniał o tym, że las przetrwał. Zorientowała się wówczas dopiero, jak mało widywała okolicę przez te ostatnie dni. Uświadomiła sobie, jak brakowało jej otwartej przestrzeni; pozwoliła się stłamsić ciasnym ścianom chaty.
— Chciałam, żeby to wszystko miało sens. — Ciężar tych słów kontrastował z rzuconym obojętnie pytaniem. Nastąpiła po nich dłuższa pauza, jakby to było tyle, to było wszystko. Chciała tylko znaleźć sens.
Każde kroki powinny dokądś prowadzić. Nawet jeśli ślady miałyby być tylko zapisem błądzenia, to zawsze błądziły z jakąś intencją. Nawet takie pozornie bezmyślne kroki coś ściągało w określoną stronę. Ślady klątwy powinny mieć sens, musiały mieć intencję. Helloise tę intencję przegapiła, ponieważ nie spodziewała się, że celem błotnistych odcisków ma być wyłącznie zakłócenie jej spokoju.
Co się stało?
Najtrudniej było wysupłać ten pierwszy moment, gdy sytuacja przerodziła się w oderwany od rzeczywistości koszmar.
— Przyszedł jakiś zamaskowany człowiek — zaczęła mówić powoli głosem odległym, zamyślonym; znów szła przez zasypane popiołem wrzosowisko. — Wtedy myślałam, że coś się w lesie wreszcie zmieni. Dlaczego Śmierciożerca miałby przyjść tu, jeśli nie po to, żeby wrócić do Kniei i coś w niej zmienić? Tutaj nie ma przecież wiele więcej. — Niewiele więcej: ot, mieścina gęsto zamieszkana przez czarodziejów, Warownia i inne istotne punkty na czarodziejskiej mapie. — Nie wiem, kto to był. Nic mi nie powiedział. Był ranny, więc wzięłam go do siebie. — Przechodząc przez kuchnię, Seisyll mógł widzieć krew wciąż szpecącą podłogę. — Gdy popękały szyby… pomyślałam, że tak musiało być. To znaczy, że coś się wreszcie dzieje. — Słychać było w jej głosie, że wcale nie wspominała tego ze strachem. Tamte wydarzenia napełniły ją czymś znacznie groźniejszym: nadzieją. — Levi kazał mi być w Londynie, poleciałam więc do Londynu. Londyn był… — Opowieść straciła w tym miejscu ład, poplątała się. Helloise nie była pewna, czy cokolwiek z tego miało znaczenie. Migawki przemocy, twarzy i ognia, ale nic nie przylgnęło do niej szczególnie. — Wiesz, jaki był Londyn. Było tam tyle… był intensywny — zbyła temat. — Leviathan wziął mnie gdzieś… gdzieś tam. Gdy się wszystko skończyło, wróciłam tu. Odpocząć. — Jej odpoczynek po takiej nocy mógł mieć tylko jeden smak. — Ach, Syl, jak strasznie było się potem obudzić. — Narkotyk przestał działać. Sen po opium rzadko bywał dobrej jakości, więc nie zregenerował jej, a jedynie znieczulił. Dom był zimny i mokry, hulał w nim wiatr. Każdy oddech ranił przeziębione po drzemce w mroźnej chacie gardło. Kiedy tylko Helloise się wtedy poruszyła, poczuła, jak potłuczona była po potyczce z mugolakami. Pamięć, porażona mnogością silnych wrażeń, buntowała się, gdy czarownica próbowała poskładać wspomnienia poprzedniej nocy w logiczną całość. — Ale… bracie, coś na mnie wtedy czekało — powiedziała Helloise napełniona nagle echem tamtego natchnienia; jej twarz pojaśniała, oczy błysnęły rozpaczliwym szaleństwem. — Coś tu zostało po tym człowieku. Coś tu chodziło. Zostawiało ślady. Widziałam wzór. Te wzory, jakaś tajemna harmonia. Kto inny niż ty mógłby lepiej zrozumieć? — Odkleiła się od jego ramienia i uklękła przy obrysach, które wykonała wokół śladów klątwy. — Gdy zauważysz, gdy je połączysz… — Przesunęła dłonią nad powierzchnią podłogi, jakby próbowała ponownie ogarnąć myślą całość tego poronionego układu. — I za każdym razem, gdy szłam spać, pojawiały się nowe. Nowe warstwy, nowe kawałki układanki. Próbowałam wyczekiwać ich przez sen. — Przez eksterioryzację odbierała swojemu umysłowi luksus choćby namiastki odpoczynku. — Nie mogłam wiedzieć, kiedy to dzieło będzie dopełnione, ale musiałam tylko cierpliwie poczekać, aż dostanę wszystkie elementy. I to wszystko. Wiedziałam, że na końcu jest jakaś odpowiedź. — Nie zauważyła, kiedy w rozgorączkowaniu brakło jej tchu. Wzięła raptowny wdech. — Matko — jęknęła, z przerażeniem patrząc na ów obraz własnych zmarnowanych dni. Znów uderzyła ją żałosna płonność tych starań. — Chciałam tylko, żeby to wszystko miało sens.
Czy tak wiele trzeba było, aby oszaleć? Helloise prześlizgnęła się opowieścią wyłącznie po powierzchni, wyłącznie po tym, co sama widziała jako istotne. Lecz zanim wybuchła Spalona Noc, ona od miesięcy już żyła w nerwowym napięciu. W pewnym momencie musiała rozbić się o granicę tego, ile mogła znieść.
A przeszła przez ogień Spalonej Nocy samotnie.
Tamtej nocy strzaskano ostatnie bezpieczne miejsce, jakie jej pozostało w Dolinie. Na szczątkach stłuczonych szyb, wśród swądu zwęglonych framug, pomagała tym, którym zawdzięczała krzywdę — nie do końca świadoma tego, co jej się przytrafiło.
Gdy oni paląc i niszcząc Londyn, rozpoznawali swoich po czarnych płaszczach, ona przemykała tamtędy po stronie anonimowych ofiar narażonych na atak z każdej strony. Upartość ducha popychała ją mimo tego do przodu, czasem wręcz ściągała w stronę przemocy, która rozgrywała się fascynująco blisko niej. Stojąc w sercu płonącego Londynu, we wzburzeniu, napędzana adrenaliną i strachem, nie odczuwała, jak mocno naciąga swoje granice. Po prostu parła przed siebie.
Nawet gdy dotarła na spotkanie z Leviathanem, nie przestała czuć się samotna. Ani na chwilę nie zdjął przy niej maski. Wziął ją do Ataraxii, w to zupełnie obce jej miejsce pełne zamaskowanych czarnoksiężników, którzy właśnie dokonali największej rzezi, jaką widział Londyn. Odesłał ją samą do kąta, zaprosił do niej swoich towarzyszy, a sam zniknął wygodnie w tłumie bliźniaczych mundurów, żeby się chełpić swoimi dokonaniami. Helloise nie dostała komfortu zniknięcia w tłumie; stała w morzu czarnych szat jako pojedynczy kolorowy element, samotnie pozostawiony z przykazem, żeby sobie z nimi radzić i nikogo nie denerwować.
Nie zaprotestowała wtedy, gdy Levi ją od siebie odprawił. Nie nalegała, żeby czepiać się jego ramienia, ani nie zażądała, żeby się nią potem zaopiekował. Przywykła do tego, że martwi się sama o siebie. Docisnęła swoją granicę, a gdy wróciła do zrujnowanego domu, okazało się, że zabrakło jej sił.
Zostawiona sama ze sobą, na podatnym gruncie szoku i zszarganych nerwów, wyhodowała pod nawiedzoną Knieją przegniłe myśli.


RE: [12/09/72] Ołtarz boga, który nigdy nie istniał - Seisyll Rowle - 06.06.2026

Seisyll wpatrywał się w to, co robiła Helloise i słuchał, nie wcinając w to swoich myśli. W pewnym momencie, kiedy oparła się o jego ramię, pozwolił sobie przesunąć palcami po powierzchni blond włosów i pocałować ją w czubek głowy. Uczynił to nie przerywając wywodu o tym, co ją tu spotkało, nawet jeśli sama powoli zdawała sobie sprawę z tego, że to co próbowała przekazać umykało pod stresem rezonującym z ciała i duszy.

Stres. Nie musiał słyszeć żadnych opowieści, imion, nazwisk, żeby wiedzieć rzecz prostą jeśli chodziło o domysły i ciężką, kiedy się ją rozpatrywało w kategoriach dźwigania jakiejś prawdy – Helloise została skrzywdzona.

Spoglądał na takie zdarzenia dwojako. Z jednej strony uważał ją za kobietę na tyle silną, aby potrafiła ustawić innych do pionu bez pomocy starszego brata. Krzywda nie oznaczała braku możliwości reakcji. Z drugiej – po cóż by jej ten starszy brat był, jeśli nie pomyślałby teraz, że jego bratankowi od dawna nikt nie wyłamał palców? Rowlowie zasługiwali na okazywanie im ciepła, otaczanie ich jestestwa opieką, walkę o to, aby mogli wieść spokojne życie z dala od zgiełku miasta i bólu. A to…? To nie tylko nie było pozbawione bólu – to było pogardą dla życia. Jeśli Leviathan był tego świadkiem, powinien klęczeć na podłodze razem z nią, żeby pomóc jej się podnieść. Któż natomiast krył się za Śmierciożerczą maską? Odrzucił myśl, że mógłby to być ktoś, z kim dzielił nazwisko, bo odzierało je to z powodów do dumy.

– Fy nghariad – zaczął czule, szczerze żałując tego, że dusza poskąpiła Helloise miłości do Walii – bo gdyby było inaczej, mogliby porozumiewać się w języku, którego nie rozumiały nawet ściany mające uszy – obawiam się, że Czarny Pan nie przynosi układanek, które mają łatwe odpowiedzi. – Zatrzymał się w tej wypowiedzi. Najwyraźniej zastanawiał się, czy warto było przekroczyć jakąś granicę, zza której ciężko było zawrócić. – Po trzech latach wojny odważę się rzucić, że te odpowiedzi mogą nie istnieć wcale. Jak zły bóg prowadzi wszystkich w kierunku drzwi, za którymi mają znaleźć wszystko to, czego szukali, ale za nimi znajdują się tylko kolejne drzwi. Nikt nigdy nie miał dojść z nim do celu, lecz zginąć lub oszaleć w wiecznej wędrówce. – Nie powinien tego mówić. Takie opinie zamieniały ludzi w popiół, a on miał wiele do zrobienia, zanim podda się wiatrom Klifów Moheru i wyda z siebie ostatnie tchnienie. – Jego puste słowa miały nakłonić mnie do wiary w to, że znajdę przy nim cel. To się nigdy nie stało. Bardziej wierzę milczącym drzewom, niż Jemu.

A jednak, ten który się miał przed nim nigdy nie ugiąć, tak samo jak cała reszta klęczał na posadzce Kromlechu i przyrzekał rzeczy, które przybrały postać trupiej czaszki wypalonej na jego przedramieniu czarną jak smoła magią.

– Naprawimy twoje okna – powiedział spokojnie, rzeczowo, może odrobinę bezosobowo jak na kogoś, kto wpatrywał się w skórę pokrytą czarnym tuszem symbolizującą powiązania z morderczą rebelią – a później uprzątniemy stąd Jego pychę. Jedyną rzeczą mającą tutaj sens jest twój niezłamany duch. A on, jeśli nie pojmie zasad rządzących tym światem, może gotować się na dzień, w którym pożre go Dziki Gon.

Metalowa noga zatrzeszczała. Był gotów się podnieść, ale nie zrobił tego, bo wpierw zajrzał w jej oczy, aby sprawdzić, czy ona również była na to gotowa. Mijały przecież lata, ale wciąż – to była tylko i aż jego młodsza siostrzyczka.




RE: [12/09/72] Ołtarz boga, który nigdy nie istniał - Helloise Rowle - 07.07.2026

Gdy przed kilkoma latami Seisyll po raz pierwszy pokazał jej mroczny znak na swoim przedramieniu, Helloise miała opinię idealistycznie skrajną — nie dla ciebie jest służba pod jakimkolwiek ludzkim panem. Szarpała ją niezgoda i rozczarowanie, z radością przyjęłaby w tamtych dniach pełne zwątpienia wyznanie brata. Gdy je teraz wreszcie usłyszała… nie poczuła nic. Ocena jego błędnych decyzji nie miała już znaczenia, gdy siedzieli pośród dzieła niszczycielskiego chaosu, którego jednym z filarów byli Seisyll i pozostali zaangażowani krewni.
— Ty mu to wszystko dałeś — powiedziała chłodno, choć nie do brata nabierała dystansu, lecz do tego przygnębiającego stwierdzenia. — Ty i ci wszyscy, którzy w tym byli od początku. Bez was nigdy nie dotarłby tak daleko. — Wytrącona z równowagi przyroda, mroczne szaty i bezosobowe zimne maski były tak odległe temu, jak Helloise wyobrażałaby sobie rewolucję. Nigdy nie widziała czerni w swoich snach o lepszym świecie. Jeśli pojawiała się w nich przemoc, pachniała rumianą krwią i brunatną ziemią. — Mamy cel mimo Czarnego Pana. Nie oszalejesz… — Zawahała się, bo nie zwykła składać obietnic bez pokrycia, a taka właśnie kwitła na jej ustach: — Nie zginiesz za niego. — Może to nie była obietnica, a życzenie, choć nie brzmiało wcale jak prośba, a warunek stawiany światu. Może to było zaklęcie, które Helloise potrzebowała wypowiedzieć głośno, aby nadać mu moc. Objęła Seisylla ramionami, wtulając się w niego z zaciętą determinacją zatrzymania przy sobie jego duszy, umysłu i życia. — Co pozostało? — westchnęła gorzko, opierając policzek na barku brata. — Wziąłeś udział w stworzeniu tego dzieła, należą ci się owoce z tego drzewa. Może uda się wybrać takie, które nie są całkiem zgniłe.
Wstali wreszcie, choć w pierwszej chwili zakręciło jej się w głowie z ogólnej słabości. Kobieta spojrzała raz jeszcze na nieporządek, który pozostał po jej obsesji. Czuła, że odcięła się wreszcie od niego. Obecność Seisylla pomogła jej odbudować ducha, który nawet jeśli niezłomny, to bywał sfatygowany. Helloise szła po swoje, choćby w miejscu wyjściowego zapału już dawno ziała pustka, lecz potrzebowała od czasu do czasu mieć obok siebie dobrą, wspierającą obecność. Zachowując dumę, nie rościła sobie do rodzinnego ciepła prawa, odkąd niektórzy jej go odmówili, lecz od Seisylla nie musiała przecież nigdy miłości wymuszać. Nie warunkowali jej sobie.
Aby odciągnąć myśli od powracania do bolesnego tematu, czarownica znalazła dla nich inny punkt zaczepienia:
— Czy tobie nic nie jest? — Zmierzyła brata wzrokiem z góry na dół, wypatrując znaku tego, że mógł podczas ataków ucierpieć. — Byłeś na ich spotkaniu pod koniec nocy? — zainteresowała się, retrospektywnie próbując upiornej zbieraninie czarnoksiężników z Ataraxii ponadawać ludzkie twarze.
Stojące przed nimi zadanie wciąż ją przytłaczało, szczególnie gdy myślała o tym, że wymiana okien nie usunie od razu z wnętrza zebranej przez tych kilka dni lepkiej wilgoci. Nie napawało jej to wcale entuzjazmem ani energicznymi chęciami do działania. O wiele wolałaby położyć się i w otępieniu przeleżeć pod stosem pierzyn miesiące brakujące do początku wiosny, licząc na uzdrawiający cud ciepłej pory. Lecz była to wizja poddania się, a tego nie cierpiała.
— Ach, weź tego smoczognika. Jeszcze dorobi nam pracy, jeśli się pokaleczy — zatroskała się, krzesając z siebie wreszcie siły do wykazania inicjatywy i ruszenia naprzód. — Nie mam chyba niczego, czym bym mogła go poczęstować, ale na pewno coś sobie sam znajdzie, jeśli go najdzie na polowanie. — Podeszła do okna, które zwiedzał smok, aby rzucić okiem na smętnie nadwęglone framugi. — Schodź — poleciła gadzinie, po czym kontynuowała, skupiając się wyłącznie na potoku bezpiecznych, praktycznych myśli: — Wszystko będzie do zdjęcia. Łut szczęścia, że mam materiał. Była u mnie parę dni przed tym wszystkim Mona. Chciała, żebym stworzyła mebel do jej mieszkania. To drewno powinno się nadać, a ona będzie musiała mi wybaczyć.


RE: [12/09/72] Ołtarz boga, który nigdy nie istniał - Seisyll Rowle - 19.09.2026

Usłyszawszy jej wypowiedź, Seisyll głośno wypuścił z siebie powietrze. Chociaż nie wyraził werbalnej dezaprobaty dla tego, co mu właśnie powiedziała, Helloise musiała wiedzieć, że starszemu bratu nie do końca podobała się przedstawiona ocena sytuacji, nawet jeśli nie zamierzał napierać na nią w sposób, który doprowadziłby do ich kłótni. Nigdy nie lubił otwartych potyczek słownych, nawet jeśli w pewnych sprawach stawiał twardo na swoim. Ze względu na to, na jak wiele pozwalał w swojej obecności mimo wpływów i siły, ostatecznie mało ludzi mu się sprzeciwiało, a kiedy już ktoś się odważył, to… No właśnie, działo się to. Seisyll posłał siostrze spojrzenie pełne tego czegoś, co zawsze w nim siedziało. Zmieniał się tych momentach, wypływało z niego coś zupełnie sprzecznego z jego naturą i niepojętego dla Helloise, która mogła słusznie sądzić, że znała swojego brata na wskroś – przejrzała każdy, nawet najmniejszy zaułek jego duszy poza tym jednym pomieszczeniem, w którym mieszkała kompletna ciemność. Widziała to w gadzich źrenicach obserwujących ją wpierw z troską, a wtem – prawie że bez powodu, bo jedynie powtórzyła po jego własnej myśli – mrokiem godnym o wiele gorszego niż sam Voldemort czarnoksiężnika.

Czerń rozrastająca się w nim od dzieciństwa czyniła kogoś pełnego ciepła zupełnie pustym.

Mówiła to tak, jakby też był zagubioną owcą, ale… On przecież przejrzał go przed wszystkimi. Powiedział o tym, jak o czymś, co odkrywał latami, ale czas dał mu jedynie potwierdzenie w tym, czego się spodziewał.

– Nie zachowuj się tak, Hella, jakbym miał w to wątpić. Nie oszalałem przy nim właśnie dlatego, że cały czas byłem ponad nim. – Przesunął spojrzeniem po przestrzeni wokół. Wiedział, że jego siostra kochała to miejsce i Dolina była jej bezpieczną przystanią, ale w rzeczywistości to, co ich otaczało było jedynie stosem na wpół martwego drewna. To, na czym najbardziej jej zależało, pozostało nietknięte. Seisyll szczerze wierzył w to, że Voldemort zdawał sobie sprawę z tego, gdzie zaprowadzi go drażnienie smoków. – Miałem w tym swój udział – przyznał jej – i będę miał nadal. Moje serce jest pełne miłości i łamie się widząc twój smutek, ale mój cel i jego zbiegają się w miejscu, w którym wyrywają tę narośl rakową jak chwasty. Twój dom da się odbudować, a Voldemort legnie pod gruzami własnego. Jeśli nie, sam doprowadzę do tego, że sczeźnie.

Pokręcił głową w odpowiedzi na jej pytania.

– Jak się wywiązałem z tego, czego ode mnie chcieli, wróciłem do Walii. Jej ogień nie sięgnął wcale. Jeśli najdzie cię potrzeba, żeby odpocząć od tego miejsca, zarówno Beddgelert, jak i Llanberis na ciebie czekają. W pierwszym nie zapewnię ci jednak braku smrodu spalenizny. – Nim się od niego odsunęła, złapał ją przy brodzie i przesunął palcem po policzku. Żadne z nich nie miało widocznych obrażeń. Nie spodziewał się z tego tytułu plotek, więc nie zamierzał tego zmieniać. – Vergil – zwrócił się do smoczognika – leć się porozglądać, unikaj sów. – I gadzina faktycznie, choć w pierwszej chwili czując bliskość Helloise chciała skoczyć na nią i wpleść miniaturowe łapki w jej odzienie, zaskrzeczała i odbiła się od parapetu, żeby wylecieć na zewnątrz.

– Wiesz w ogóle – zaczął, idąc w kierunku swojej walizki, żeby ją otworzyć – czy mieszkanie Mony nadal stoi? Nic do mnie nie pisała.

Odkryj wiadomość pozafabularną
@Helloise Rowle Sugeruję końcówę, bo mamy milion sesji.



RE: [12/09/72] environmentally sustainable manslaughter - Helloise Rowle - 19.09.2026

Nie potrafiła widzieć przyjęcia mrocznego znaku i kolaboracji z Voldemortem inaczej niż jako złego wyboru. Nie potrafiłaby z równą bratu pewnością siebie deklarować, że doprowadzi do zguby kogoś, przed kim by wciąż z własnej woli klękała. Nie potrafiła nie bać się o Seisylla, bo przecież już poszedł na ustępstwo przed Czarnym Panem, dołączając do tych, którzy się mienili jego sługami. Jedno ustępstwo łatwo prowadziło do kolejnego. Wierzyła w siłę Seisylla, oczywiście, że wierzyła, że jest szansa, że on wyjdzie spomiędzy śmierciożerczych szeregów na swoim — lecz to wciąż była szansa.
Podobnie jak on, nie chciała między nimi sporu, więc pozostała milcząca, gdy skarcił ją za zwątpienie. Nie lubiła, gdy się tak zmieniał i przestawała do niego docierać.
— Nie chodzi o chatę — odparła zimno, kryjąc rozdrażnienie.
Nigdy nie chodziło o tę chatę. Choćby i chata spłonęła do szczętu, ale Knieja stała otworem, to by się na ruinę domu Helloise ani razu nie odwróciła. Nie było w tym domu niczego, na czym by jej wielce zależało, a całą wartość chaty na kurzej nodze stanowiło to, że czarownica musiała mieć gdzie sypiać.
— Niech się wasze cele zbiegają. To dobre cele, ale czy naprawdę nie ma innego sposobu na naprawienie naszego świata niż wywracanie do góry nogami naturalnych porządków? Majstrowanie przy miejscach świętej mocy? Wypuszczanie w las bogowie wiedzą jakich stworów? Wyrywajcie chwasty, ale, na litość, bracie, czy naprawdę trzeba wylewać dziecko z kąpielą? Jak mamy się cieszyć światem, w którym magia będzie czysta, jeśli w procesie pozwolimy rozerwać go na strzępy? — mówiła, błądząc oczami po twarzy Seisylla w poszukiwaniu zrozumienia dla tego, że harmonii nie osiągną, jeśli oprą się wyłącznie na niszczeniu. — To nędzne istoty, nędzne. Czy naprawdę potrzebne jest igrać z czymś tak wielkim jak Limbo i Polana Ognisk, żeby się pozbyć nędznego chwasta?
Niszczyć wadliwe, stwarzać nowe, zachować święte. Naiwna była w tej wierze Helloise, która sądziła, że dobro i zło mogą współistnieć w człowieku na równych warunkach. Życie i śmierć. Stwarzanie i niszczenie. Gesty dobroci obok aktów przemocy. Powinno się być równie zdolnym do obu, czy nie?
Cokolwiek zaś słyszała o Voldemorcie, wiązało się to niemal zawsze z niszczeniem. Jeśli już kreował coś, to wyłącznie własną potęgę. Czy on coś dawał światu? Czy on dbał o niego?
Chciała wierzyć, że Seisylla ten ślepy niszczycielski pęd nie pochłonie; że zawsze obok tej przyrodzonej bratu czerni będzie ciepło i miłość. Tego samego pragnęła przecież dla siebie.
— Nic od Mony nie słyszałam. Jedyne listy, jakie do mnie trafiły od tamtej nocy, to zlecenia prac — prychnęła Helloise z lekceważeniem dla czegoś tak przyziemnego, jak powrót do codziennego przyjmowania zamówień. Spojrzała za odlatującym smoczognikiem, zakasując rękawy przed przystąpieniem do napraw. — Dziękuję, że przyszedłeś — dodała zupełnie łagodniej już, bez śladu rozdrażnienia wcześniejszą różnicą zdań.

Koniec sesji

Odkryj wiadomość pozafabularną
@Seisyll Rowle proszę, oto koniec