11.05.2026, 21:00 ✶
—12/09/1972—
Chata Helloise || rodzeństwo Rowle
Pomyślałaby, że wszystko to był tylko sen — psychodeliczny koszmar — gdyby nie obudziła się rano w tym miejscu. Od momentu, gdy spadły popioły, Helloise poruszała się jak w transie. Nie wiedziała, ile zniknęło dni, lecz wiedziała, że były dni. Były jakieś dni, bo gdy wstawało słońce, zdejmowała ze swoich doniczkowych roślin warstewki włókniny, aby zielone liście nakarmić wrześniowym słońcem. Chowała je o zmroku z powrotem w białe całuny, aby nie przemarzły. Noce były zimne.
A chronić swoje rośliny... to było ważne. Tyle rozumiała nawet w najgłębszym amoku.
Wszystko inne uciekło jej spomiędzy palców. Żywiła się obsesją, która napędzała ją, ciągała po kątach chaty, gdzie wędrowały nocą błotniste ślady stóp klątwy. Wiedźma obliczała je sobie tylko znanymi wzorami, wpisywała w alchemiczne diagramy, nekromanckie kręgi, uczyniła z nich gwiazdy, które miały być jej drogowskazem.
Dopóki nie przyszedł Alexander, nie docisnął jej brutalnie do rzeczywistości — te ślady nie były znakiem, nie były darem, objawieniem ani zagadką. Ktoś wziął na cel jej dom. To wszystko.
Ach.
Gdy przyszedł Seisyll, Helloise siedziała na podłodze swojej pracowni, otoczona monumentalnymi rysunkami czarnych widm pokrywającymi ściany pomieszczenia. Bujała się hipnotycznie w przód i w tył, a u jej stóp leżała wyrwana z podłogi plątanina sznurków i gwoździ, którymi przez ostatnich kilka dni czarownica rozpinała połączenia między śladami zesłanego na jej dom przekleństwa. Wszystkie utworzone przez siebie konstrukcje zniszczyła, zatarła wypisane kredą obliczenia, choć tu i ówdzie na podłodze wciąż dało się dostrzec tajemnicze liczby. Bez sensu. Wszystko bez sensu. Wyraźnie dało się zobaczyć, gdzie na przestrzeni dni pojawiały się błotniste plamy wędrującej po domu klątwy — każdy odcisk obmalowany był czerwoną farbą, żeby go nie zgubić, gdy w nocy zniknie i zmieni położenie.
Wciąż wędrowały, mimo że Helloise próbowała poprzedniej nocy zasłonić okna kartonami, teraz rozmoczonymi, zerwanymi w gniewie, rzuconymi w ogród, ten ogród wciąż najeżony ukrytymi między wysokimi trawami odłamkami szkła. Skorupa domu na kurzej stopie szczerzyła ostre zębiska wybitych szyb, straszyła spuchniętymi dziąsłami zmokłych drewnianych parapetów. W środku było wilgotno i chłodno. Tego ranka pierwszy raz od kilku dni zapłonął w domu ogień, lecz za mało go było, żeby w kilka godzin wyprosić z wnętrza jesień. Ona zdążyła się już w chacie zadomowić.
Helloise zmyła z siebie niedawno brud, przebrała się w czyste ubranie, lecz na jej twarzy zostały oznaki przeziębienia, a włosy były mimo kąpieli nieprzyjemnie zestrąkowane, jakby nie potrafiły doschnąć. Miała wrażenie, że wszystkie jej szaty są mokre, nawet te, które wisiały przez cały czas zamknięte w szafie.
Siedziała teraz z pustym spojrzeniem i nawijała na palce fioletowe sznurki. Myślała, wciąż myślała. Tej nocy pod presją Mulcibera pękła i uwierzyła, że wszelka wariacka teoria, w jaką ubrała te tajemnicze ślady, nie znaczyła nic. Powinna to porzucić. Uwierzyła mu i zniszczyła dni swojej pracy, całe swoje pokraczne dzieło. Wraz z nastaniem poranka na wierzch wyszły wątpliwości. Tak, wszystko wskazywało na to, że Alexander miał rację — tyle dni szukała i nie znalazła w tym absolutnie nic. Lecz gdy Helloise spojrzała na ślady, których zinterpretowaniu poświęciła tyle swojego czasu, umysłu, pracy… Jak ona niechętnie porzucała swoje przekonania. Raz jeszcze przeszła po odciskach klątwy — wiedziała, to nie ma sensu, nie ma sensu — ale zdawało jej się, że widzi… widzi coś nowego, jakąś nową szansę. Sprawdzi jeszcze tylko jedną rzecz… da sobie już spokój, tylko jeszcze jedna rzecz. Jedna rzecz, od której mogła wpaść z powrotem w tę spiralę szaleństwa, z której dopiero co się wyczołgała.
Co jeśli Mulciber chciał ją wykorzystać? Co jeśli dobrze kłamał? Co jeśli na marne pozwoliła mu odebrać swoje drogie dzieło?
Usłyszała za sobą znajome kroki — Seisyll. On by jej nigdy nie okłamał? Nie okłamałby? A może i on? Może by kłamał, myśląc, że ją chroni? Może oni wszyscy jej chcieli to zabrać, zabrać jej układankę. Zabrać jej. Zabrać. Tyle nad nią pracowała.
Nie, nie. Nie Seisyll. Nie okłamałby. Nic by jej nie zabrał.
— Wiesz, dlaczego to tutaj przyszło? — zapytała zachrypniętym głosem, smętnie wskazując na obrysowane ślady obchodzącej dom klątwy.
Nie była pewna, jakiej odpowiedzi obawia się bardziej.
dotknij trawy